Co roku ustawiam na półce kolejne anioły. Wierzę, że one chronią mnie i moje dzieci przez piekłem, które nam zgotowałeś

Z życia kobiety
Z życia kobiety
26 grudnia 2016
Fot. iStock/Vizerskaya
Fot. iStock/Vizerskaya
 

Pamiętam te Święta. Kiedy znowu krzyczałeś, że wszystko jest nie tak. Że obrus nie tak biały, że pieniądze na prezenty wydane bez sensu. Kiedy nic ci się nie podobało, choć tak bardzo się starałam, by ten raz było w końcu idealnie.

Nawet nie dodałam grzybów do bigosu, bo wiem, że nie lubisz, a barszcz zrobiłam według przepisu twojej mamy, bo podobno nikt nigdy nie zrobił lepszego. Mi też się nie udało. Był za kwaśny, za słony, stawiając ze złością filiżankę rozlałeś go na biały świąteczny obrus. Znieruchomiałam. Normalnie rzuciłabym się w szał wycierania, czyszczenia. A tymczasem siedziałam wpatrując się w plamę, która pochłaniała coraz większą część obrusu. Coś krzyczałeś, machałeś rękami – nic nie słyszałam. Patrzyłam jak niteczka po niteczce obrusu nasiąka czerwienią barszczu.

Wstałam od stołu, poszłam po ściereczkę i bez słowa zaczęłam wycierać to, czego wytrzeć się już nie dało. Nie dało się zgumkować, wymazać z pamięcią, udawać, że nic się nie stało. Że ty po prostu jesteś taki porywczy, taki wymagający, bo dużo wymagasz od siebie, więc masz prawo żądać od innych, by tobie dorównywali. Także ode mnie, od naszych dzieci.

One cicho siedziały przy stole. „Co jeszcze zjecie?” – spytałam uśmiechając się do nich delikatnie. Stałeś się dla mnie przezroczysty. Nagle przestałam się bać. Tak po prostu. Patrzyłam na dzieci, jak zjadają ze smakiem pierogi, jak nieśmiało podnoszą wzrok niemo prosząc o dokładkę. Nie chciały cię denerwować, nie chciały burzyć tego przez chwilę panującego spokoju. Nie obchodziło mnie, co czujesz, co myślisz. Chciałam postawić szybę między nami a tobą by nie dotknęło ich już żadne złe słowo, żaden krzyk, by nie widziały podnoszonej na mnie ręki.

Kiedy rozpakowywaliśmy prezenty, wyszedłeś. Twoje leżały pod choinką nietknięte. Tak manifestowałeś swoją złość, swoje oburzenie na moje zachowanie. Nie widziałeś, jak Oliwia cieszyła się z nowej czapki i serii książek, o których marzyła, a Tomek wyściskał mnie za nową piłkę do nogi. Już dawno pozbawiłeś ich złudzeń o istnieniu świętego Mikołaja. „Przestańcie wierzyć w takie głupoty, to ja haruję na te wasze prezenty” – powiedziałeś im kiedy jeszcze tak bardzo chcieli wierzyć, kiedy w Mikołaja wierzyli ich rówieśnicy. Dla mnie zapakowany niezdarnie w pudełku był anioł. Oliwia zrobiła go dla mnie. I ten podpis: „Niech chroni cię Mamo”. Tak bardzo nie chciałam płakać i bardzo nie mogłam powstrzymać łez. „Kocham cię”- szepnął Tomek ściskając mnie mocno. Wróciłeś jak już dzieci spały. Położyłam się z nimi w pokoju chcąc choć w ten jeden dzień oszczędzić im nocnej awantury i krycia siniaków przy świątecznym śniadaniu. Wiedziałam, że na obiad pojedziesz do swojej matki. My chcieliśmy iść na spacer, na cmentarz zapalić znicze, tych, których już z nami nie było. Od kilku lat ten pierwszy dzień Świąt spędzaliśmy właściwie osobno.

Wróciłeś wcześniej niż się spodziewałam. Słyszałam, że nie mogłeś otworzyć drzwi. Waliłeś pięścią. „Śmierdzisz tymi smażonymi rybami” – usłyszałam, gdy wpuściłam cię do domu. Złapałeś mnie za rękę, tak mocno jak tylko ty potrafisz. „Na kolana” – wybełkotałeś i pociągnąłeś mnie za włosy. Nie chciałam się szarpać, nie chciałam, by dzieci, które dopiero co zasnęły, obudziły się. Przeciągnąłeś mnie za włosy do pokoju, kopnąłeś w brzuch, aż straciłam oddech. Chciałam nie żyć. Chciałam leżeć na tej podłodze tak długo, aż zapomniesz o moim istnieniu. Ale ty nie zapomniałeś. Otworzyłeś prezent, cisnąłeś płytą przez cały pokój. „Myślisz, że jedna płyta mnie uszczęśliwi, że tyle jestem wart? Haruję na was, a ty mi pod choinkę kładziesz jedną płytę?” – mamrotał. Pociągnął mnie za włosy tak, że musiałam wstać. Uderzył pięścią w twarz. Znowu leżałam. Już nie prosiłam, by przestał, nie tłumaczyłam, że dzieci śpią, nie uciekałam do łazienki, żeby zamknąć się w poczuciu bezpieczeństwa.

Zasnąłeś na siedząco w fotelu. Czułam krew na ustach. Znałam ten schemat – rozcięty łuk brwiowy i warga. Może pęknięte żebro – oby nie. Po ciuchy weszłam do łazienki. Obłożyłam twarz lodem. Posmarowałam maścią. Może rano nie będę wyglądać aż tak źle – pomyślałam.

Kiedy jeszcze rano spałeś – spakowałam nas. W drugi dzień Świąt od ciebie odeszłam. Zabrałam dzieci, świąteczne prezenty i wyjechałam, do ciotki, która mieszkała daleko od nas, z którą nigdy nie miałam kontaktu, a o której wiedziałam, że uciekła od męża. Moja mama, nim umarła opowiedziała mi o niej, dała adres. „Ja nie umiałam ci pomóc, może ona będzie potrafiła” – powiedziała płacząc tuż przed śmiercią. Myślałam, że serce mi pęknie… Dwa lata trzymałam te kartkę głęboko schowaną.

Nie wiedziałam, czy będzie w domu, czy nas przyjmie. Ale wtedy to już nie miało znaczenia. Podjęłam decyzję, choć wsiadając do pociągu przez chwilę pomyślałam, że wrócę, a w głowie krzyczały mi twoje słowa: „Nic nie jesteś warta”, „Nic beze mnie nie znaczysz”, „Jesteś nikim”. Tomek pociągnął mnie za rękaw: „Chodź mamo”.

Dzisiaj mija pięć lat od tamtego dnia. Pięć lat temu stanęłam w drzwiach obcej dla mnie osoby, która pokochała mnie jak własną córkę, której nigdy nie miała, a moje dzieci traktuje jak swoje wnuki. Pięć lat temu byłam gotowa jak pies skamleć o pomoc dla moich dzieci i dla siebie. Pięć lat temu patrząc na plamę barszczu na obrusie zrozumiałam, że odbierasz mi moje życie. Że nie jesteś tym, kogo chciałam kochać. Że ty nigdy się nie zmienisz, że nigdy nie pokochasz nas bezwarunkową miłością. Ty tylko kochałeś za coś, albo po coś, choć dzisiaj myślę, że nie jesteś zdolny do miłości. Przestałam cię żałować, tłumaczyć cię stresem, pracą, dzieciństwem. Ktoś ko kocha nie krzywdzi…

Wylizałam swoje rany. Podniosłam się. Pod choinką co roku znajduję anioła zapakowanego coraz to piękniej. Ustawiam je na półce wierząc, że chronią nas przed tobą, przed twoją nienawiścią, słabością, złością i agresją. Nadal się boję, budzę się czasami w nocy, kiedy śni mi się, że dobijasz się do naszych drzwi.

Ale ciebie nie ma, nie pozwoliłam ci wrócić. Już nie tym razem. Nie uwierzyłam, że się zmienisz, nie dałam się przekupić obietnicami i prezentami.

Narodziłam się na nowo. Dałam miłość i bezpieczeństwo moim dzieciom. Dziś wiem, że moja wartość mierzona jest uśmiechami moich dzieci, ich otwartością i radością. Już nigdy nie dam sobie wmówić, że jestem nikim.


„O wszystko, co złe w moim życiu winiłam jego. A to były moje wybory, moje wyobrażenia, jaki powinien być nasz związek”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
12 stycznia 2017
Fot. iStock/eclipse_images
Fot. iStock/eclipse_images
 

Mówią: „Takie z was fajne małżeństwo”, „Wy to macie szczęście, że na siebie trafiliście”. Uśmiecham się, bo co innego mam zrobić. Tłumaczyć, że to nie tak. Że to, co widzą inni okupione jest ogromem pracy, złości, awantur, pakowania walizek?

Tak, dziś, kiedy na nas patrzę, mam pewność, że „fajna” z nas para, kiedyś jej nie miałam, nie miałam jej przez wiele lat, gdy to raz ja chciałam się wyprowadzić, gdy innym razem jego pakowałam.

Nie jestem łatwym człowiekiem, muszę postawić na swoim, muszę mieć rację, muszę udowodnić, że to nie ja się mylę. Dużo tego „ja muszę” było w między nami. Ja musiałam, a on – miałam wrażenie – nie musiał nic. Jemu wystarczało, że był, że to ja dźwigam ciężar i odpowiedzialność naszego wspólnego w końcu życia na barkach.

Łatwo jest wszystko co wspólne wyrzucić na śmietnik, odwrócić się na pięcie, wyjść, dogadać się po ludzku, co z dziećmi, co z majątkiem.

A nas jednak coś trzymało blisko siebie, nawet wtedy, gdy byliśmy tak daleko, że nie widać było drogi powrotnej do siebie, do nas. Jakbyśmy oddali się przyczepieni do niewidzialnej nici, dzięki której możemy do siebie wrócić, jeśli tylko tak zadecydujemy,

Było w nas dużo buntu, wiele własnych racji, nieprzejednanych opinii. Raz jedno uważało się za lepsze, drugi raz inne.

Pamiętam wyjazd na wakacje, gdy dzieci były małe. W czwórkę w ciasnym samochodzie wypełnionym po brzegi bagażami i… skończył się olej, gdzieś w środku szczerego pola. Wpadłam w szał. Alarmującą lampkę widziałam już kilka dni wcześniej, ale oczywistym wydawało mi się, że to ty o to zadbasz. Ja nas pakowałam, prałam, tworzyłam listy, co brać, a czego jednak nie. Nasz pierwszy z dziećmi wyjazd za granicę. Jeny jak ja wtedy krzyczałam. Że jest nieodpowiedzialny, że jak tak skrajnie można być zapatrzonym w siebie, że nie dba o nasze bezpieczeństwo, o nasz komfort, że na niego nigdy nie można liczyć, że mogłam sama pojechać na te wakacje, że go nie potrzebuję.

Było we mnie tyle żalu, tyle pretensji o to, że moje życie nie jest idealne, że on nie jest idealny, że tak bardzo mnie rozczarował, że byłam przekonana, że jest inny. Świadoma jego braków, ale licząc, że pewnych rzeczy, jak się kocha, można się nauczyć – ot tak po prostu.

I to moje życie – nudne do bólu, oparte jedynie o filar rutyny, gdzie poza nią nic. Przewidywalne do bólu – dzieci, śniadanie, obiad, brudna podłoga, rozlane mleko, obiad, jakiś spacer z dziećmi, żeby on odpoczął, kąpiel, kolacja, bajki do czytania i seks od czasu do czasu – od wielu miesięcy wtedy nie miałam orgazmu. Udawałam dla świętego spokoju myśląc tylko, jak bardzo jestem zmęczona.

Oczywiście, że nie rozmawialiśmy. Klasyka gatunku. O wszystko, co złe w moim życiu winiłam jego. O to, że mam taką pracę, a nie inną, że nie mogę iść z koleżankami do kina, bo on na pewno sobie z dziećmi nie poradzi, że nie wyjadę na weekend, bo jemu się nie chce. Tysiące usprawiedliwień pod wspólnym mianownikiem tego, kto całemu złu jest winien.

Wtedy nie rozumiałam, że to wszystko to moje wybory, moje decyzje, moje wyobrażenia o tym, jak życie wyglądać powinno, a jak rozczarowywało.

Pamiętam, jak się wyprowadził. Bo tak lepiej, bo odpocznijmy od siebie, bo może nabierzemy dystansu. Poczułam ulgę, że on to zaproponować, coś, co mi chodziło po głowie od dawna. Dzieci u dziadków na wakacjach, później każde na obóz. Wspólne dwa tygodnie bez dzieci już przerabialiśmy, prowadziły donikąd. Staraliśmy się być dla siebie mili, wierzyliśmy, że czas, który zyskujemy, bo nie poświęcamy go dzieciom, wystarczy, żeby było dobrze. I było. Na chwilę, na kilka tygodni.

A później przestaliśmy się nawet kłócić, zawsze jedno machnęło ręką, wyszło, mówiło, a na pewno myślało: „Daj już spokój”.

On wynajął pokój, ja napawałam się ciszą i spokojem w domu. Mogłam czytać książki, dopóki nie było dzieci, mogłam jeść to, na co miałam ochotę, nie czułam żadnego przymusu, że coś muszę, że coś powinnam. Dobrze mi było. Szłam biegać, popływać, na spacer. Wolność, której tak potrzebowałam. Wolność wyborów, decyzji od nikogo nie uzależnionych.

Ale ucieszyłam się, jak zadzwonił. Ot wyjście na piwo. Chyba wtedy pierwszy raz rozmawialiśmy, tak naprawdę, tak do bólu szczerze. To nie było miłe. Usłyszałam, że ja zawsze chcę o wszystkim decydować, że nawet gdy on coś proponował – i tak miałam swój plan, a później pretensje, że on niedecyzyjny. „Przyzwyczaiłaś mnie do takiej miłości. Miłości, w której ty ze wszystkim dajesz sobie radę, a ja jestem na doczepkę, czasami jak piąte koło u wozu…”.

Argument po argumencie, ale bez złości, bez kłótni, awantury. Jak dwoje dorosłych ludzi siedzących na kozetce u terapeuty. Bolało jego, bolało mnie. Nie mogłam wtedy zasnąć. Coś we mnie pękło.

Wiele takich rozmów odbyliśmy. Wiele godziny przegadaliśmy, przepłakaliśmy. Czułam, że po tej linie wracamy do siebie. Tacy zupełnie inni, dostrzegający, jak bardzo się zmieniliśmy, jak bardzo nam na sobie zależy, jak chcemy zrozumieć, co się stało.

Tak, jesteśmy „fajną” parą, ale to efekt naszych chęci, naszego zrozumienia i akceptacji siebie nawzajem. Bo nagle okazało się, że będąc w związku też mogę być wolna, że jeśli tylko pozwolę mu na siebie liczyć, to mogę wszystko. A w zamian dostanę ogromne wsparcie. Zrozumiałam, jak bardzo jesteśmy inni, jak każde z nas czego innego oczekuje, w innym tempie dąży do tego, na czym mu zależy. Zrozumiałam, że związek to dwa zbiory, gdzie tylko pewna część jest wspólna, gdzie każdy ma prawo do własnych poglądów, pasji, wyborów, ale to co nas łączy jest fundamentem naszej miłości.

I kiedy dziś myślę o nas – uśmiecham się do siebie. Jak jesteśmy pogodzeni z tym, jacy jesteśmy. Jak nie przestaliśmy sobie wyobrażać, jak być powinno, tylko cieszymy się z tego, co mamy.

Tak to takie rzewne, i „nudne”, ale to dobra miłość, dziś bez potrzeby fajerwerków, spokojna, i pewna nas samych.

Życzę wam byście takiej miłości doświadczali każdego dnia.


Brak prezentów, popsute grzyby i napięty dzień w pracy, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie Święta

Z życia kobiety
Z życia kobiety
23 grudnia 2016
Fot. iStock/awatchaiprakobkit
Fot. iStock/awatchaiprakobkit
 

Znacie to?

Rok temu obiecywałaś sobie: ostatni raz na ostatnią chwilę. OSTATNI RAZ. Za rok wszystko zrobię inaczej.

Po pierwsze przez rok będę zapisywać pomysły na prezenty, które wpadną mi do głowy, od tak po prostu.

Po drugie kupować prezenty będę od listopada, na spokojnie – zamawiać, oglądać mieć czas, żeby w razie czego wymienić. Do 10 grudnia już nie będę i prezentach pamiętać, wszystkie szczęśliwie leżeć będą w domu. Aaa i papier do pakowania, ten też będzie zdecydowanie wcześniej niż zazwyczaj.

Po trzecie nie obiecam szefowi, że do Świąt skończę jeden z ważnych projektów. Co to, to nie. Z góry mu zakomunikuję, że czas mamy do połowy stycznia i tego terminu zamierzam się trzymać, a nie wypruwać sobie żyły, żeby jemu coś udowodnić.

Po czwarte NIKOMU nie obiecam, ze upiekę dla kogoś ciasto, nie dam się nabrać, że tylko mój makowiec smakuje najlepiej. „Chcesz dam ci przepis” – tak tę odpowiedź muszę pielęgnować w głowie. Nie. Koniec i kropka.

Po piąte oleję świąteczne porządki. No przecież nie mam tak zapuszczonego mieszkania, żeby z językiem na wierzchu szorować szafki, które są czyste, na kolanach pięć razy myć podłogę po której i tak zaraz przeleci stado dzieciaków. Nie – świąteczne porządki ograniczę do minimum.

Po szóste – właśnie, przejrzę ozdoby choinkowe, bo zawsze mi się wydaje, co mam, co ocalało po zeszłorocznych Świętach, a w efekcie gonię w dzień przez Wigilią w poszukiwaniu bombek… Pomijam, że to co zostało dalekie jest od mojej wizji przepięknej i kolorowej choinki….

Po siódme – w końcu zrobię pierniki, te które sześć tygodni stać muszą w zamkniętym pojemniku. Zrobię i już. A kto mi zabroni. Niech Święta będą w moim domu szybciej niż na dwa dni przed Wigilią.

Po ósme – lista zakupów – przysięgam, że w tym roku nie będę jej robić na kolanie, na szybko, byleby była, kiedy mąż stoi nade mną ubrany wychodząc do sklepu. Lista zakupów tworzona będzie systematycznie, bez niepotrzebnych rzeczy, by znowu nie zostać z trzema nadprogramowymi puszkami masy makowej i dwoma kilogramami grochu, kiedy to grochówka czkawką w marcu odbijać się nam już będzie.

W końcu po dziewiąte – sprawiedliwie rozdzielę zadania. Mama zrobi tym razem barszcz, siostra ulepi pierogi i uszka, a mąż ogarnie temat ryb. Każdy będzie miał swój wkład w te Święta, niech one będą wspólne, a nie kosztem jednej osoby.

I po dziesiąte – NIC, kompletnie NIC nie będę robić w samą Wigilię. Wszystko przygotuję wcześniej, nie będzie pogoni za makiem do klusek, nie zdarzy się wyławiania ostatniego karpia u pana na targu, który zamierzał się już pakować. Wszystko w piątek wieczorem ustawione w lodówce będzie czekać na achy i ochy przy kolacji, a ja z dziećmi przystroję choinkę – wiedząc, co mam na niej do powieszenia.

Tymczasem jest piątek. Jutro Wigilia, a ja… Nie śpię od szóstej myśląc, co kupić pod choinkę szwagrowi, mamie, teściowej i siostrze męża. W głowie robię szybki przegląd, ale już wiem, że znowu skończy się na koszuli, książce i płycie. W sumie, ro temu każdy z prezentu takiego się ucieszył, to czemu w tym roku miałoby być inaczej.

Przy porannej kawie wypisuję, co mam do ugotowania, żeby wiedzieć co kupić trzeba i… okazuje się, że znowu wszystko robię sama. FUCK. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Jak to się znowu stało? Z piekarnika wyciągam dwie rolady makowe dla koleżanek z pracy, żeby im świeże dowieźć, w głowie (znowu) notując, że maku, mąki i jajek do makowca dla nas brakuje. OSTATNI raz, ten rok na pewno jest ostatnim. Jak to było? „Podam przepis”?

O matko: GRZYBY SUSZONE?!? Spleśniały w pudełku, przecież miałam zajrzeć tydzień temu. A jeszcze pierogi i uszka dziś wieczorem. SMS od męża – pudła z ozdobami stoją w przedpokoju. Jakie pudła? W jakim przedpokoju. Przecież zaraz lecę do pracy. Nie mam czasu. Nie mam czasu. Dobra rok temu chyba kupiłam z zapasem bombek. Coś wymyślę. „Jak zawsze” w głowie dodaję.

Już czuję ciśnienie, spięcie w żołądku. Makowiec, pierogi, uszka, barszcz. Aaa ŚLEDZIE! No jak mogłam zapomnieć o śledziach.

Przez chwilę chce mi się płakać, bo przecież miało być inaczej. Miałam spokojnie zasiąść do Wigilii, a już wiem, że dziś od popołudnia do jutra do popołudnia będę warczeć, krzyczeć, wszystkich ustawiać po kontach.

Jeszcze te prezenty….

Nie, w tym roku miało być inaczej. W tym roku nie miałam spieprzyć sobie Świąt dopiero w drugi ich dzień oddychają z ulgą, siadając z dziećmi na podłodze grając w planszówkę, którą znalazły pod choinką.

Dzwonię do kadr. Urlop na żądanie. Słyszę: „Zwariowałaś, dzisiaj?”. Tak dzisiaj. Kurde od trzech lat tego urlopu nie wykorzystałam, zawsze przepada. Uśmiecham się. Dzwonię do przyjaciółki: „Gdzie zamawiasz pierogi?”, wiem, że mi jeszcze też załatwi. Łapię swoją czerwoną dużą torbę – idealna na szybkie prezentowe zakupowy, wybieram galerię gdzieś na uboczu, największą odpuszczam. O i tam nawet znajduję fajne ozdoby choinkowe. Buraki, śledzie, groch. W tym roku będzie 12 potraw licząc ze stojącym na stole masłem. W końcu to też jakiś rodzaj potrawy.

A z dziećmi wieczorem pójdę na łyżwy. A kto mi zabroni i w sumie dlaczego nie? Bo pierogi zamówione i tylko jedno ciasto gotowe?

Za rok już na pewno będzie inaczej. NA PEWNO!