Za chwilę sprawią, że zawali się czyjś świat. Ale to ich nie obchodzi, chcą tylko nareszcie być ze sobą „naprawdę”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 września 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

To wcale nie miał być żaden romans, to nie miała być nawet przyjaźń. Oboje w z związkach, dzieciaci, „urządzeni życiowo”. Szczęśliwi? Może nie tak, kiedy szczęście sprawia, że chce ci się latać. Po prostu nie oczekiwali chyba nigdy od życia „za dużo”.  Jak to możliwe, że przez blisko 19 lat udawało im się przetrwać, że z siebie nie zrezygnowali? Przecież wszystko przemawiało przeciwko nim. A teraz, już za moment zaczną być ze sobą „naprawdę”. I dwa światy  – świat męża Moniki i żony Maćka –  zawalą się. Czy naprawdę warto?

Monika pamięta taką historię: jest Wigilia, mija nieco ponad rok od ich pierwszego spotkania. Ona siedzi przy świątecznym stole, dzieci – trzyletnie bliźnięta – cieszą się niemożliwe z prezentów gwiazdkowych. Nieznośny zgiełk, tłum. Wokół sami bliscy, mąż kładzie jej rękę na ramieniu, a jej robi się słabo, niedobrze. Nie rozpoznaje już nawet swoich emocji. Chce uciekać, zamknąć się gdzieś, zniknąć… Być daleko, jak najdalej. Nie czuć jak mocno brakuje jej Maćka, jak bardzo powinna być teraz z nim. Zamyka się w toalecie, wszyscy myślą, że jej coś zaszkodziło, a ona wtyka sobie pieść do ust, żeby nikt nie usłyszał, jak płacze. Po dwudziestu minutach poprawia makijaż, oddycha, głęboko i siada obok męża. Jak przez mgłę widzi dzieci, teściów, światła… Wie, że takie będzie teraz jej życie: podzielone między obowiązkiem, a uczuciem.

Maciek nigdy nie zapomni wieczoru, kiedy wrócił z pierwszego wyjazdu z Moniką. Jeszcze czuł na swoim ciele jej dłonie, jeszcze czuł jej zapach – mocno intensywnie. Zaledwie kilka godzin temu kochali się w wynajętym pokoju hotelowym. Teraz jest z powrotem w domu, w innej rzeczywistości. Stęskniona żona wita go w drzwiach sypialni. Całuje – długo, mocno. Chce mu się wyć, ucieka, tłumaczy, że jest wykończony negocjacjami z klientem, podróżą. Od tej pory będzie uciekał przed tą bliskością jak najczęściej.

A ona? Kocha go, przystanie na to. Zadowoli się tym, co Maciek zechce jej dać. Bo przecież to naprawdę dobry mąż, wspaniały człowiek – życzliwy, pomocny, świetny ojciec. Skarb.

Spotkali się w najbardziej banalnych okolicznościach, wcale nie było romantycznie. Monika jest księgową, Maćkowi polecił ją wspólny znajomy. Zadzwonił, umówił się, że przywiezie dokumenty, przyjechał pod wskazany adres, wtedy jeszcze do jej domu, bo pierwsze biuro Monika urządziła sobie w garażu. Zobaczył ją, a właściwie najpierw usłyszał jej „dzień dobry”. Ten uśmiech naprawdę skradł jego serce. On, racjonalny, rozsądny. Mądry. Zakochał się w tej jednej sekundzie. Poczuł, że „to jest to”.

Monika? Pomyślała, że Maciek wygląda, jak jej ulubiony bohater z książek, które czytała w liceum. Że ma taki fajny, „chłopacki” urok. I, że nie powinna tak o nim myśleć. Zrobiła kawę, pamięta, że nigdy wcześniej nikt nie sprawił, że tak drżały jej ręce. A on przecież tylko patrzył… Zaczęli do siebie dzwonić, pod byle pretekstem, szukać siebie… Od początku wiedzieli, czuli, nie oszukiwali się.

Pocałował ją przy piątym spotkaniu, kiedy piętro wyżej jej mama zajmowała się jej dwuletnimi dziećmi – Kacprem i Basią. Monika zamknęła biuro, pobiegła do nich, nieprzytomna, rozedrgana. Inna. Są takie momenty, w których każdy otwiera swoją księgę i zaczyna w niej czytać. Poczuła, że to ten moment.

Maciek nigdy nie zdejmował obrączki i ona też zawsze nosiła swoją. Jakoś przywykli do nich, jak do biżuterii. Nie zdejmowali ich nawet wtedy, gdy szli razem do łóżka. Tak jakby nie miały żadnego znaczenia.

Dylematy? Były na samym początku, zaraz po tym pierwszym pocałunku. Bo wiadomo było, że na tym jednym pocałunku się nie skończy. Rozmawiali, przez telefon, w parku, pisali listy. Postanowili czekać zobaczyć, co będzie dalej. Nie dać po sobie poznać, bo przecież dzieci, mąż, żona… Małżeństwo. Zaufanie. Zawód. Cierpienie.

Czekają tak prawie 19 lat.  Kilka razy udało im się razem wyjechać. Prowadzą podwójne życia, urywają sobie po kawałku szczęścia, jak kawałki waty cukrowej. Oszukują swoich bliskich. Ale postanowili, że tak jest najlepiej. Parę razy próbowali ze sobą zerwać. Ona odchodziła od niego z płaczem, nieszczęśliwa, przestraszona, winna. I wracali do siebie jeszcze bardziej kochając, jeszcze mocniej pragnąc być razem.

Mąż Moniki nigdy jej nie podejrzewał o romans. Ufał i, szczerze mówiąc zbyt był zajęty pracą zawodową, by zauważyć, że jego żona oddaliła się od niego emocjonalnie. Zresztą ona bezpiecznie skupiła się na dzieciach, starając się być jeszcze lepszą matką, jakby chciała w ten sposób „odkupić” swoje winy.

Żona Maćka, choć z natury zazdrosna i nieufna, wierzyła, że mąż nie jest w wstanie jej zdradzić.

Czas płynął. Zestarzeli się, spoważnieli. Dzieci dorosły. Uznali więc, że przyszła pora powiedzieć prawdę. Że męczyli się wystarczająco długo, że obowiązek wobec rodziny został spełniony.

Czy nie boją się, że kiedy zamieszkają razem, dotknie ich proza życia? Że może zainwestowali swoje emocje, uczucia, energię w coś, co jest marzeniem, mrzonką, ich wyidealizowanym spojrzeniem na siebie i ich związek? Że może, gdyby zawrócili z tej drogi na samym początku, to takie samo szczęście dałoby się zbudować w ich małżeństwach?

Ona

Obejrzała „Co się wydarzyło w Madison County” – film o miłości niespełnionej. Pomyślała, że tak nie chce, że nie potrafi zrezygnować ze szczęścia. Że to Maciek jest miłością jej życia.

On

Monika jest jego ideałem kobiety. Żona to bardziej kumpela, do bólu racjonalna, ironiczna. Był pewien, że to mu się podoba, że go to pociąga. Dopóki nie poznał Moniki. Wierzy, że to wszystko, co się wydarzyło miało się dokładnie tak wydarzyć.

Jutro on powie swojej żonie, za tydzień ona powie swojemu mężowi. Czyjeś życie zostanie złamane. Bo jak powiedzieć komuś: „Wiesz, przez 19 lat kochałem kogoś innego, więc teraz odchodzę”?  Maciek ma jeszcze jedną myśl. Że tak właściwie zabrał swojej żonie najlepsze lata jej życia. Że on miał i ma „kogoś”, a ona zostanie teraz sama. I może już nigdy nikogo nie pokocha. Ale to go nie powstrzyma.


Siostry od kuchni polecają: Klopsiki z indyka z pieczarkami w sosie śmietanowo-koperkowym

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
1 września 2017
Fot. Siostry od kuchni
 

Czas przygotowania: 50 min

Z podanej porcji przygotujesz około 20 klopsów.

Składniki:

  • 500g mięsa mielonego z indyka
  • 6-7 świeżych pieczarek
  • 1 cała bułka (może być sucha)
  • 1 łyżka bułki tartej
  • 1 szklanka mleka
  • 2 łyżki siekanej pietruszki
  • 2 łyżki siekanego kopru
  • 1 duża cebula
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka papryki słodkiej
  • 2-3 łyżki śmietany 18% do sosów
  • 6 łyżek mąki
  • olej i masło do smażenia (najlepiej klarowane)
  • sól, pieprz

Dodatkowo składniki na wywar:

  • po 1 sztuce warzyw korzeniowych: marchew, pietruszka, mały seler
  • pól cebuli
  • ziele angielskie, liść laurowy (po 3 szt)
  • 1,5 litra zimnej wody

Przygotowanie:

  1. Do garnka wlewamy 1,25l zimnej wody wraz z obranymi, umytymi warzywami korzeniowymi (mogą być w całości lub przekrojone na połówki), zielem angielskim, liściem laurowym, połową cebuli i 1 łyżeczką soli. Po zagotowaniu zmniejszamy na średni ogień i gotujemy do czasu,  aż przygotujemy klopsiki.
  2. Do miseczki wkładamy bułkę i zalewamy zimnym mlekiem (mleko powinno całkowicie pokryć bułkę). Istotne jest, żeby bułka wchłonęła całe mleko żeby łatwo się rozpadała po dodaniu do mięsa.
  3. Połowę cebuli kroimy i szklimy na patelni na jednej łyżce masła aż do jej zmiękczenia. Jeżeli nie używasz masła klarowanego, dodaj trochę oleju, żeby uniknąć przypalenia cebuli – docelowo ma być miękka, ale nie usmażona.
  4. Pieczarki myjemy i kroimy w drobną kostkę, dodajemy do zeszklonej cebuli i dusimy przez kilka minut pod przykryciem. Następnie ściągamy pokrywę, doprawiamy 1 łyżeczką soli i smażymy całość aż do odparowania wody. Tak przygotowane pieczarki przekładamy na talerz i studzimy przez chwilę
  5. Do miski wbijamy jajko, dodajemy mięso, pietruszkę, paprykę słodką, po łyżeczce soli i pieprzu, odciśniętą z mleka bułkę, bułkę tartą i pieczarki z cebulą. Całość mieszamy ręką, a następnie formujemy klopsiki.
  6. Klopsy obsmażamy z każdej strony na patelni rozgrzanej z jedną łyżką masła i oleju.
  7. Z wywaru wyciągamy wszystkie warzywa korzeniowe wraz z zielem angielskim i listkiem laurowym, marchew kroimy w talarki, a resztę wyrzucamy lub utylizujemy w inny dowolny sposób (można zjeść 😉 ).
  8. Do wywaru dodajemy koper, 2-3 łyżki śmietany oraz mąkę rozmieszaną w 250 ml zimnej wody (najlepiej dodać przez sitko żeby uniknąć grudek). Mieszamy całość, a następnie dodajemy pokrojoną marchew, klopsy i gotujemy przez kolejne 10-15 minut na średnim ogniu. Na koniec doprawiamy sos solą i pieprzem według uznania. Jeżeli sos wydaje się zbyt rzadki, można zagęścić większą ilością mąki rozrobionej w wodzie.
Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

IMG_5802

Zajrzyjcie koniecznie na bloga „Siostry od kuchni” i śledźcie na bieżąco ich poczynania na Facebooku!

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przygotowanie dań trwa chwilę.


„Niech się pani zajmie swoim dzieckiem!” – nakrzyczała, gdy chciałam pomóc

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Siedzę na jednej z pięciu ławek i ze spokojem obserwuję dzieci. Są w różnym wieku. Mój czterolatek jeździ na hulajnodze, jak większość z nich. Kilkoro starszych pędzi na rowerach, a młodsze, 2- i 3-letnie ćwiczą równowagę przeróżnych trójkołowych sprzętach. Spokój przerywa nagły, histeryczny płacz. Było zderzenie, jedno z dzieci upadło. Trzyma się za głowę. Z daleka wygląda to nieciekawie. Wśród rodziców panuje ogólne poruszenie. Podchodzę do matki, trzymającej na rękach zapłakaną 2,5-latkę i proponuję pomoc. Jestem ratownikiem, chętnie zerknę. Jest otarcie i siniak, więc sugeruję, by na drugi raz dziecko miało na głowie kask. – Niech się pani zajmie swoim dzieckiem! – usłyszałam. Tym razem nic poważnego się nie stało.

Obok mojego domu, tuż przy ogromnym placu zabaw znajduje się miasteczko ruchu drogowego. Dzięki tej inwestycji dzieci mogą w bezpiecznych warunkach poznawać przepisy. To doskonałe odwzorowanie prawdziwej infrastruktury drogowej – są tu asfaltowe jezdnie z zaznaczonymi liniami, pasy, sygnalizacja świetlna, przejazd kolejowy, rondo, znaki drogowe i ósemki do ćwiczenia techniki jazdy na rowerze. Jest też wielka tablica z regulaminem, którego zapewne nikt nie czyta. W teorii brzmi świetnie, w praktyce bywa różnie. Wszystko przez lekkomyślnych rodziców, którzy nie mają za grosz wyobraźni. Co gorsza, nigdy przenigdy nie wolno im też zwrócić uwagi. Bo to przecież ich dziecko i oni najlepiej wiedzą, jak należy się nim opiekować.

Moje 4-letnie dziecko niewiele jeszcze wie o przepisach ruchu drogowego. Ogarnia sygnalizację świetlną, rondo i stara się pamiętać, by zawsze jeździć prawym pasem. Mimo to, zdarza mu się zapomnieć i złamać wszelkie przepisy, rozwijając zawrotną prędkość na hulajnodze. Takich dzieci jest tam najwięcej – coś tam świta w głowie, coś tam wiedzą, ale dobra zabawa zawsze jest na pierwszym miejscu. Pewnie dlatego co i rusz słychać „Jasiu, wolniej”, „Aniu, po prawej stronie jeździmy”, „Bartek, uważaj na młodsze dzieci”. Można tłumaczyć, żeby ostrożnie się bawiły, uważały na innych, patrzyły przed siebie, a nie pod koła, jednak wypadki się zdarzają. Po prostu. Dzisiaj na szczęście nic poważnego. A jutro? Zobaczymy.

I tak oto na wszystkich placach zabaw spotykamy dwa typy rodziców. Jedni chodzą za swoimi pociechami krok w krok, zdmuchując sprzed nóg piasek, podczas gdy drudzy bezmyślnie wierzą w szalenie rozwinięty intelekt swojego dziecka i liczą, że ani ono samo nie wpadnie na żaden głupi pomysł, ani towarzystwo wokół. Rodziców, kierujących się rozsądnym i ograniczonym zaufaniem do dzieci (wszystkich) jest jednak niewielu.

Ja wiem, że 2-letnia Zosia na plastikowej hulajnodze czy 3-letni Wojtuś na trójkołowym rowerku, nie będą szarżować bez opamiętania. Na ogół z resztą stoją miejscu, obserwując starsze towarzystwo, grzebiąc w ziemi lub biegając po całym terenie. Nie oznacza to jednak, że nic im nie grozi. Starsze dzieci, które sztukę rozwijania prędkości mają opanowaną do perfekcji, stanowią dla takich maluchów poważne zagrożenie. Nie, nie jestem za tym, żeby nie zabierać dzieci w takie miejsca. Uważam jednak, że trzeba im zapewnić choć podstawowe warunki bezpieczeństwa. To, że Zosia się nie przemieszcza, nie oznacza, że zaraz ktoś jej na tym placu nie potrąci. Nie jestem też jedną z tych matek, które chuchają i dmuchają na swoją pociechę, obcałowując każde zadrapanie. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się puścić mojego syna na rower, rolki czy hulajnogę bez kasku. Nigdy też nie przewoziłam dziecka w foteliku rowerowym bez kasku.

Nie jest to bowiem tajemna wiedza, którą zdobyłam jako ratownik medyczny, a zwykła wyobraźnia. Rezygnując z kasku, ryzykujemy naprawdę wiele. Najmniej poważną konsekwencją upadku na rowerze jest otarcie naskórka – sprawa banalna. Kolejnym urazem, którego może doznać dziecko (dorosły też) bez kasku jest rana głęboka, którą chirurg będzie musiał zszyć. Przeżycie bardzo dla dziecka traumatyczne i bolesne oraz zostawiające trwały ślad w postaci blizny. Te dwie wspomniane przeze mnie konsekwencje są najmniej niebezpieczne. Ale nie zakładając swojemu dziecku kasku na głowę możecie doprowadzić u niego do poważniejszych urazów czaszkowo-mózgowych, które w najlepszym przypadku skończą się tylko wstrząsem mózgu, a w najgorszym: krwiakiem, śpiączką, trwałym kalectwem lub śmiercią. Moim, a także zdaniem moich kolegów-ratowników, którzy naprawdę wiele już w życiu widzieli, niezakładanie kasku dziecku na głowę jest skrajną nieodpowiedzialnością. Ale jak to się mówi – wszystko jest dobrze, dopóki jest dobrze.

Mówimy się, że przykład idzie z góry. A nikt nie jest dla małego dziecka większym autorytetem niż mama czy tata. Jeśli przemieszczamy się rowerem, sami też załóżmy kask. Jeśli dziecko wyjątkowo bardzo wzbrania się przed jego noszeniem, pójdźmy z nim do sklepu i pozwólmy wybrać taki, który mu się spodoba. Na rynku dostępnych jest przecież wiele modeli, w różnych kształtach i kolorach. To niewielka inwestycja w porównaniu z konsekwencjami, może przyjść nam (a przede wszystkim dziecku) zapłacić.

Mamę, która na mnie fuknęła, spotkałam tam ponownie. Ostentacyjnie uniosła głowę mijając ławkę, na której siedziałam. Jej dziecko dalej śmigało bez kasku. Pewnie na złość mi. A co!


Zobacz także

9 pokarmów, których nie powinno się łączyć z czerwonym winem

5 zachowań, które pomagają podtrzymać dobre relacje w związku

Foch, aż boli. Kto ma więcej korzyści z "cichych dni" - faceci czy kobiety?

Foch, aż boli. Kto ma więcej korzyści z „cichych dni” – faceci czy kobiety?