Chcesz mieć dobry i dojrzały związek? Wyluzuj i przestań oczekiwać. Wiem, co mówię

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 stycznia 2018
Fot. iStock/m-gucci
 

– Jak często czegoś od niego oczekujesz? – spytała mnie ostatnio przyjaciółka. Byliśmy na wspólnym wyjeździe, kilka par, biegające dzieci, misz masz ludzi, którzy dobrze się znają, ale też różnią. Dobre miejsce do obserwacji.

– Kiedyś oczekiwałam codziennie. Żeby sam z siebie zrobił mi kawę, dał buziaka na dzień dobry, zadzwonił w ciągu dnia, napisał SMS-a, a wieczorem zamiast zalec przed telewizorem poszedł ze mną na spacer, pobawił się z dziećmi, ugotował obiad.

– A teraz?
– Teraz już nie oczekuję niczego.
– I co?
– I w końcu jest nam ze sobą dobrze.
– Tak można?
– Dzisiaj myślę, że tak powinno być.

Myślę sobie, że zazwyczaj na co dzień jesteśmy jednym wielkim oczekiwaniem. Zobaczcie, jak to jest – wiążemy się z facetem, bo czujemy, ba – wiemy, że to ten jedyny, że z nim chcemy żyć, założyć rodzinę, a nawet się zestarzeć. To on jest ideałem i jesteśmy przekonane, że takim pozostanie.

Pamiętam, jak mój mąż pierwszy raz złapał mnie za rękę, a ja poczułam, że chcę mieć z nim dzieci. To było tak silne, że samą mnie zaskoczyło. Ale nim urodziły się dzieci, przeszliśmy kilka lat burzliwego związku, rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie. Ba – nawet jak już pojawiły się dzieci przeżyliśmy kilka ciężkich momentów, kryzysów, z których wydawało się, że już nie ma wyjścia. Że już nigdy do siebie nie wrócimy, że rozminęliśmy się w naszych… oczekiwaniach. Słowo klucz. Oczekiwania.

Jesteśmy nimi przepełnieni. Snujemy swoje wizje, mamy wyobrażenia, jak wszystko ma wyglądać. Bardzo często nie zdając sobie z tego sprawy, planujemy w szczegółach swoje życie. Wiesz, co byś chciała zjeść na obiad jutro, w co dzieci powinny zostać ubrane do przedszkola, jak chciałbyś spędzić wieczór. Tymczasem on robi zakupy i tym samym na obiad jest spaghetti, a nie ryba. Odbierasz córkę, a ona w leginsach, zamiast w przygotowanej przez ciebie czerwonej spódniczce, i jeszcze mówi, że umówił się z kumplem na tenisa wieczorem. A chciałaś, żeby zaprosił cię do kina, przecież nawet podesłałaś mu repertuar.

Rozczarowanie. W zdecydowane większości związków przychodzi taki moment, kiedy jesteśmy rozczarowani – nim, sobą nawzajem, związkiem, który nie tak miał wyglądać. Przecież byliście dla siebie stworzeni. On zabawny, towarzyski, ty lekko wycofana, wyciągał cię do ludzi – świetnie się uzupełnialiście. Albo ty mająca wielu przyjaciół i on trochę mruk, zamknięty w sobie – miałaś go otworzyć, intrygował cię. Może oboje lubiliście imprezować? Może wspólnie podróżować? Kiedy to wszystko się zmieniło, kiedy to, co tak cię w nim pociągało, zaczęło irytować? Dlaczego on nie dorósł, nie widzi, że wasze życie składa się nie tylko z przyjemności i zabawy, ale też, a raczej przede wszystkim, z obowiązków. Śmieszne, on tobie zarzuca, że się zmieniłaś, że wszystko traktujesz zbyt poważnie. Kiedy on nadal do wszystkiego podchodzi zbyt beztrosko.

Bardzo często obserwuję kobiety, które stają matronami – poważnymi, których czas wypełniony jest tym, co muszą, a nie co chcą. To uważają za swoją misję – udowodnić światu, jak się poświęcają, jak wiele dają innym, jak są odpowiedzialne i zdyscyplinowane, jak dostosowują się do presji społecznej.

Zaczynamy rzadziej uśmiechać się do naszych partnerów, rzadziej do nich przytulać, stają się oni ucieleśnieniem całej niesprawiedliwości naszego poświęcenia. Bo my gotujemy obiad pięć razy w tygodniu, a on szóstego jak gdyby nigdy nic zabiera dzieci na pizzę. Bo my planujemy każdy wyjazd tak, by był bezpieczny dla całej rodziny, a on w ostatniej chwili zmienia w nim wszystko. Bo choć tego nie cierpimy, idziemy w niedzielę do jego matki. Bo mamy poczucie, że nie traktuje nas poważnie, a jego „wyluzuj” sprawia, że chcemy przegryźć mu tętnicę.

Nieustannie chcemy mu udowodnić, że jest nieodpowiedzialny, że to my jesteśmy lepsze, że lepiej się organizujemy, więcej rzeczy mamy na głowie. Aż w końcu dochodzimy do wniosku – po co nam on? On, który się wycofuje, który nie pomaga, który chce życie traktować jak błahostkę. Można się w tym zapętlić, ale można wyjść poza schemat swojego myślenia, zawalczyć o swój związek i spojrzeć na samych siebie i siebie nawzajem trochę inaczej.

Bo co jest złego w sobotniej pizzy? W końcu ty nie musiałaś stać w kuchni? Co jest nie tak, gdy on chce z dziećmi pooglądać wieczorem bajki? Co jest złego w tym, że wychodzi pobiegać, na rower, czy trening koszykówki? Czego się boisz? Dlaczego to cię wkurza, co ta złość mówi o tobie?

Może zamiast oczekiwać od niego, by był taki jak ty, by życie traktował równie poważnie, pozwól mu być sobą i czerp od niego tę radość i beztroskę, którą nadal w sobie ma. Zamiast oczekiwać, że coś powie, czy zrobi, po prostu mu o tym powiedz. „Chcę, żeby odkurzył mieszkanie”, „Chcę iść z tobą jutro do kina”, „Chcę, żebyś wieczorem zajął się dziećmi”. Nie lepiej tak, niż po raz kolejny wyrzucać, że znowu się nie domyślił? Może poddać się trochę jemu, pozwolić sobie pożyć jego rytmem, nie fochować, nie rywalizować, tylko odpuścić i skupić się na tym, co ty chcesz?

Chcesz mieć czyste mieszkanie – okej, ale nie wymagaj, że on zrozumie mycie podłogi trzy razy dziennie – bo po co? Chcesz z dziećmi pograć w planszówki wieczorem – proszę bardzo, ale nim wyrzucisz, że znowu ty to robisz, spytaj siebie, czy akurat dzisiaj naprawdę tego chcesz. Może lepiej poleżeć wspólnie na kanapie i pośmiać się przy jakieś bajce?

Wyluzuj – tak powtórzę za nim – wyluzuj, odpuść, pomyśl, na czym ci zależy – tak uczciwie. Chcesz być męczennicą, każdego dnia pokazując mu, że cię rozczarowuje, bo za mało cię podziwia, nie docenia, bo nie pomaga? Czy chcesz być szczęśliwą kobietą w związku, w którym jesteście partnerami, a nie walczącymi na rodzinnym ringu bokserami? Boisz się, że on temu nie sprosta? To jego problem. Ty dzisiaj pomyśl o sobie, a on – jeśli jest dojrzałym i kochającym cię facetem, zrozumie, doceni i uwierz – odnajdziecie się na nowo. Spójrz na niego tak jak kiedyś. Roześmiej się. I powiedz mu, że fajnie, że jest. I że z tobą wytrzymuje. 😉


„Chłopcy pozostaną chłopcami” – kilka błędów wychowawczych, które popełnili twoi teściowie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 stycznia 2018
Fot. iStock/LukaTDB
 

Nie oszukujmy się, to, że masz problem w związku w dużej mierze wynika z tego, w jaki sposób wychowano twojego partnera. Jego rodzice, czy też opiekunowie „stworzyli” dorosłego, z którym dzielisz życie. Pokazali mu wzór związku, wzór relacji między dwojgiem ludzi, przekazali wiedzę i wartości, które mogą być mniej lub bardziej podobne wartościom wyniesionym przez ciebie z domu. Jeśli twój ukochany jest wyjątkowo kiepskim partnerem, nie popełniasz błędu doszukując się zródła (niekoniecznie głównego i na pewno nie jedynego) tej katastrofy w jego dzieciństwie.

Kilka błędów wychowawczych, które popełnili twoi teściowie

Uważali (pewnie nadal uważają), że ich syn jest absolutnie doskonały

Mówiąc w dużym uproszczeniu: najpiękniejszy, najmądrzejszy, a w ogóle takiego drugiego to ze świecą szukać. I nie wydaje im się, że powinien się w jakikolwiek sposób zmieniać. Jeśli twój ukochany zachowa się wobec ciebie w niedopuszczalny sposób i poprosisz ich o rozmowę z nim – najprawdopodobniej nie uwierzą, że on mógł „coś takiego zrobić, coś takiego powiedzieć”. Nie możesz liczyć na nich w razie kłopotów, które – z całą pewnością – się pojawią. Prędzej dowiesz się, że na pewno wina leży po twojej stronie, bo coś zrobiłaś nie tak.

Kontrolowali go na każdym kroku

W związku z czym, teraz jest nieufny w stosunku do ciebie i stara się robić to samo w waszej relacji. Twoje kontakty ze znajomymi, twoje zakupy, twoje myśli… Masz wrażenie, że przestajesz oddychać, że on chce za ciebie decydować na każdym korku?  Jak mogłoby być inaczej, skoro już jako dziecko dowiedział się, że kontrola to podstawa. Wzdychasz i myślisz – oduczę go tego ciągłego sprawdzania, bo inaczej zwariuję. Możesz sobie odpuścić. Prędzej zwariujesz niż on nauczy się ci ufać.

Nie nauczyli go odpowiedzialności

Wyręczali go od dzieciństwa, zgodnie z zasadą: „mama/tata załatwi to lepiej, a ty się synku nie przemęczaj”. Usprawiedliwiali go przed nauczycielami w szkole, a potem nawet w pracy, w kolejnych związkach, przed innymi członkami rodziny, przed przyjaciółmi i znajomymi. Nigdy nie musiał brać odpowiedzialności za swoje błędy, nigdy nie zrozumiał, co to znaczy „uczyć się na błędach”. Cokolwiek zrobił, zawsze natychmiast mu wybaczali, głaszcząc po głowie. Nie ponosił konsekwencji, żyjąc w „szklanej bańce”, pod ochroną.

Nie nauczyli go szacunku dla drugiego człowieka

Nieważne czy chodzi o partnerkę czy panią, która pracuje na kasie w dużym sklepie. Nie wymagali od niego tego, by szanował innych niezależnie od tego kim są, ile zarabiają, jaką skończyli szkołę. Może twoi teściowie sami w ten sposób traktowali innych ludzi, może taki przykład dali swojemu synowi – to nieistotne. Istotne jest to, że po tym, jak traktujesz tych, którzy pod wieloma względami mają gorszą sytuację życiową lub materialną niż twoja, najlepiej widać jakim jesteś człowiekiem, jakim będziesz partnerem.

Oczywiście, człowiek świadomy tego, że nie potrafi dobrze funkcjonować w relacji, na której mu zależy powinien nad sobą pracować, by zminimalizować negatywny wpływ doświadczeń z dzieciństwa i przeszłości na obecny związek.

Czy to się uda, to już jednak całkiem inna historia. Zazwyczaj chłopcy pozostają chłopcami…


„Hej, mamo! Nie chcesz karmić piersią? Ok”. List młodej mamy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
5 stycznia 2018
Fot. iStock/Mikolette

Wiem, że posypią się na mnie gromy, ale trudno. Piszę, ponieważ kolejny raz, odkąd zostałam matką, spotkałam się z kompletnie nieuzasadnioną krytyką. I to z ust innej matki. Już nauczyłam się, żeby pewnych tematów nie poruszać, ale najwyraźniej popełniam błąd. Bo takich kobiet jak ja, które mają już dość osądzania i wtykania nosa w nieswoje sprawy, jest na pewno więcej. O czym mowa? O karmieniu piersią. Ale nie tylko. 

Skąd młoda mama czerpie dziś wiedzę na temat macierzyństwa? Z blogów parentingowych. Zdawać by się mogło, że całkiem słusznie. W końcu kto lepiej doradzi, jak nie inna matka, która wiele już widziała i doświadczyła. Problem jednak polega na tym, że prawdy tam nie przeczytacie. Jedynie to, o czym mówić wypada i co jakiejś wielkiej burzy nie wywoła. Co i rusz któraś próbuje czymś się wyróżnić, zaskoczyć, ale tak naprawdę wszystkie ględzą o tym samym. Dziwie się, że są kobiety, które mają czas to wszystko śledzić i jeszcze im się nie porobiło kiełbie we łbie.

Weźmy takie karmienie piersią.

Pokarm matki jest dla dziecka najlepszy – nie ma co do tego wątpliwości. Ale może warto zachować umiar w nachalnym zmuszaniu kobiet do karmienia piersią? Odważę się nawet powiedzieć, że kobiety, które nie chcą tego robić, muszą być przygotowane na lincz. Na wszystkich blogach i portalach parentingowych mówi się tylko o tym, co poprawne. Nie brakuje poradników o tym, jak przystawić dziecko, jak sprawdzić, czy jest najedzone, jak pobudzić laktację, aż w końcu jak tę laktację wygasić i odstawić dziecko od piersi. Dlaczego nigdzie nikt nie powiedział głośno: „Hej, mamo! Nie chcesz karmić piersią? Ok. Nie jesteś złą matką”.

Nie, takie kobiety jak ja trzeba zepchnąć na margines. „Dziwolągi”, „wyrodne matki” – to najlżejsze określenia, jakie usłyszałam. Gdy raz wdałam się w dyskusję na jednym forum dla matek, inna kobieta życzyła mi chorego dziecka. Żeby spotkała mnie/je kara za to, że nie chcę dać swojemu dziecku to, co najlepsze. Bo prawdziwa Matka Polka jest wpatrzona w dziecko i zawsze się poświęca. Nawet te, które nie mogą karmić z nie swojej winy, muszą się ukrywać. I choć przeżywają tę sytuację bardzo, nie spotka ich zrozumienie. Nie wiem jak musiałyby się ubiczować, żeby laktacyjne terrorystki ją pogłaskały po głowie.

Bo Matka Polka rodzi w bólach (krzyżowych) trzy doby, a potem ze łzami w oczach karmi aż do ukończenia przez dziecko 3. roku życia. Wtedy można powiedzieć, że stanęła na wysokości zadania.

Niby mówi się też o tym, że każda z nas ma prawo być nieperfekcyjna, myśleć o powrocie do pracy, dbać o siebie i oczekiwać, że partner wspomoże je w opiece i wychowywaniu dzieci. I te farmazony wypisują blogerki, które całe dnie siedzą w wysprzątanych domach ze swoimi wypielęgnowanymi dziećmi i głoszą, czego to one by nigdy nie zrobiły, albo co zawsze dla swojego dziecka/rodziny zrobią. I że owszem, czasem jest ciężko, ale przecież ta najcudowniejsza istota daje im wszystko. Zadziwiające jest to, że za te swoje sponsorowane wypociny jeszcze dostają pieniądze, a rzesze zapatrzonych w nie matek tylko przyklaskuje i czyta z wypiekami na twarzach.

Jedna mądrzejsza od drugiej, ale weź tam zostaw jakiś negatywny komentarz – jeśli nie one same cię zjedzą to ich fanki na pewno.

Nasze matki musiały mierzyć się z tym, co mówiły im własne matki, teściowe lub ciotki. Współczesna kobieta musi mierzyć się ze wszystkimi mądrymi głowami, które pojawiają się jak grzyby po deszczu. Ich osądzający i krytykujący wzrok spotkasz na placu zabaw, w przychodzi, w sali zabaw… jeśli oczywiście akurat nie przesiadują w internecie. Tam pozwalają sobie już na wszystko.

I niby każda chce być inna, wyjątkowa, niepowtarzalna, prezentować się jako ta, która „naprawdę ma wywalone i jest mega wyluzowana”, a jednak potem zamyka okno przeglądarki, odkłada laptopa i umordowana życiem idzie obierać marchewkę do zupki bez soli i pieprzu.

Ale są jeszcze takie matki jak ja. Które wiedzą, czego chcą, jak ma wyglądać ich macierzyństwo i nie potrzebują tych wszystkich zakłamanych matek, na których trzeba się wzorować. Takie, które potrafią oprzeć się presji otoczenia i powiedzieć: „Kurde, nie chcę karmić piersią, bo nie i już” albo „Nie znoszę gotować i będę podawać słoiczki”. Takie, które w domowym zaciszu śmieją się za tym całym pędem w dążeniu do (nie)perfekcji, a tak naprawdę… splendoru, sławy i pieniędzy.

Takie matki jak ja, które po fachową wiedzę i doradztwo pójdą do lekarzy i autorytetów, zamiast czerpać wiedzę z domorosłych specjalistów w osobie innej matki, która zjadła wszystkie rozumy tylko dlatego, że urodziła dziecko i umie googlować w internecie.


Zobacz także

Jeśli się nie zmienisz, to odejdę. Dlaczego szantaż emocjonalny nie jest dobrym rozwiązaniem

Bo miał trudne dzieciństwo? Daj spokój, nie oszukuj się. Pogarda nie jest siostrą miłości

Nie walcz do upadłego, żeby on z tobą został. To się i tak nie uda