Chcemy uczucia – wystarczająco, ale nie za dużo. Jesteśmy pokoleniem, które nie chce związku, choć bardzo pragnie miłości

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
22 września 2016
Fot. iStock/Balazs Kovacs
 

Czego my właściwie chcemy? Chcemy, żeby na porannym, sobotnim zdjęciu na Instagramie, stały obok siebie dwie filiżanki kawy, nie jedna. I jeszcze jednej pary butów, obok tych naszych, na pretensjonalnym zdjęciu naszych stóp, zrobionym gdzieś na nadmorskiej plaży. Chcemy oficjalnie potwierdzonego na Facebooku statusu „w związku”, który każdy może polubić i skomentować. I kochamy klikać „lubię to”, przy postach mówiących o tym, czy jest prawdziwy związek, jaka jest prawdziwa miłość. Ale my w miłości prawdziwi nie jesteśmy. Ani szczerzy, tak do końca.

Chcemy mieć z kim się spotykać w niedzielę rano na targu śniadaniowym. Pragniemy kogoś, kto wypije z nami kawę i przegna poniedziałkową chandrę, partnera na lunch we wtorek i kogoś, kto wyślę nam SMS-a na „dzień dobry” w środę. Chcemy kogoś, kto pójdzie z nami na te wszystkie wesela, na które nas zapraszają znajomi (Jak oni to zrobili? Jak znaleźli te swoją drugą połówkę?) Ale jesteśmy pokoleniem, które nie chce  związku i bliskości, która wymaga zaangażowania.

Popełniamy szaleństwa, szukając tej „odpowiedniej” osoby. Staramy się znaleźć kogoś najlepszego, kto będzie miał jakiś zestaw cech, ideał, jakby można było to sobie zamówić, wyczekać. Czytamy „5 sposobów, aby upewnić się, że on jest naprawdę dla Ciebie” i „7 sposobów na to, żeby ją w sobie rozkochać”, w nadziei, że jesteśmy w stanie dopasować sobie osobę w związku jak przedmiot w  jakimś projekcie. Inwestujemy coraz więcej czasu i energii, żeby na naszych profilach w portalach społecznościowych pokazać siebie. Pokazujemy iluzję.

Rozmawiamy i wysyłamy do siebie wiadomości, obserwujemy się na Snapchacie i uprawiamy sexting zamiast miłości. Idziemy na kawę i na piwo – wszystko, by uniknąć prawdziwego spotkania dwojga zainteresowanych sobą ludzi.  Czasem dostajemy wiadomość z propozycją spotkania „na prive”. Wtedy wpadamy w panikę.

Nieustannie bierzemy udział w konkursach na  „Największego Indywidualistę”,  i „Najbardziej  Emocjonalnie Niedostępną”. Główna wygrana jest zawsze ta sama. Samotność.

Pragniemy pozorów związku, ale nie chcemy pracy nad związkiem. Chcemy być razem, ale na swoich zasadach: bez spojrzeń prosto w oczy i poważnych rozmów. Chcemy obietnic bez rzeczywistego zaangażowania, chcemy świętować pierwszą rocznicę, nie wkładając uprzednio 365 dni pracy, które by do tej rocznicy doprowadziły. Chcemy żyć z kimś, kiedyś, w przyszłości,  „długo i szczęśliwie”, ale nie uważamy, że trzeba nam włożyć w to wysiłek już „tu i teraz”. Chcemy głębokiego związku, przywiązując wagę do tego, co płytkie.

Chcemy, żeby ktoś trzymał nas za rękę, ale nie umiemy zaufać aż tak, by wiedzieć, że ta ręka może nas również zranić, a mimo to nadal jej pragnąć. Chcemy wybierać,  ale nie chcemy być wybierani, bo to obejmuje możliwość bycia odrzuconym. Nas się nie odrzuca.

Chcemy uczucia, które swoją siłą zwala z nóg, ale jednocześnie pragniemy stać obok, bezpieczni, niezależnie od siebie nawzajem, żyjąc na własną rękę.

Nie chcemy związku – chcemy tylko seksu, wspólnych filmów na Netflixie i chłodu, który mówi: „nie jesteś w stanie mnie zranić”. Pragniemy wszystkiego, co da nam złudzenie relacji, nie będąc tak naprawdę w rzeczywistym związku. Chcemy wszystkich korzyści płynących z bycia z kimś, ale nie przyjmujemy żadnego ryzyka.

Chcemy uczucia – wystarczająco, ale nie za dużo. Chcemy zobowiązań – trochę, ale nie zbyt wiele.

Działamy powoli, z rozwagą, obserwujemy dokąd zmierza nasz związek i… boimy się chcieć więcej niż zwykłe spędzanie ze sobą czasu. To trochę tak, jakbyśmy wchodząc co czyjegoś domu, cały czas jedną nogą stali za drzwiami. Trzymamy ludzi na dystans – bawiąc się swoimi emocjami, ale przede wszystkim bawiąc się swoją samotnością.

Kiedy nadchodzi moment, w którym czujemy, że zaczynamy być sobą – uciekamy. Chcemy się ukryć. Opuszczamy ten związek tylnymi drzwiami. Zawsze są przecież inni, inne… Zawsze jest kolejna szansa na miłość.

Boimy się, panicznie obawiamy się pokazać swoją prawdziwą twarz. Niedoskonałości da się przecież zasłonić filtrem Instagrama. Zamiast przeprowadzić szczerą rozmowę, można obejrzeć następny odcinek ukochanego serialu na Netflixie. Lubimy ideę miłości bezwarunkowej, kochania kogoś, pomimo jego wad. Szkoda, że nas na tę miłość nie stać.

Czujemy, że mamy prawo do miłości, jak czujemy się uprawnieni do pełnoetatowych miejsc pracy zaraz po studiach. Uczą nas, że jeśli chcemy czegoś, zasługujemy na to. Uwierzyliśmy w „prawdziwą miłość”, „bratnie dusze” i w „żyli długo i szczęśliwie” . I że każdy może je mieć. Dlatego lata mijają, a my zastanawiamy się, dlaczego książę z bajki się nie pojawił. Denerwujemy się, że księżniczka się nie odnalazła. Gdzie jest nasza nagroda pocieszenia? Gdzie jest ten cudowny związek, na jaki zasłużyliśmy? Prawdziwa miłość, którą nam obiecano?

Chcemy kogoś, kto będzie obok, ale nie pragniemy prawdziwie OSOBY, człowieka z krwi i kości. Chcemy ciepłego ciała, ale nie PARTNERA. Pragniemy miłości, ale wybieramy samotność. Nawet we dwoje.


Tekst zainspirowany artykułem: „We Are the Generation That Doesn’t Want Relationships”, huffingtonpost.com

 


Nie wrócę do Polski, bo… niby co miałoby mnie skusić do powrotu?

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
23 września 2016
Fot. iStock / janos_somodi
 

Emigracja Polaków to jeden z największych problemów ostatniego dziesięciolecia. Dane statystyczne mówią o tym, że obecnie poza granicami naszego kraju mieszka obecnie 2,4 mln Polaków, z czego prawie 2 mln na terenie Unii Europejskiej – głównie w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

Liczba naszych emigrantów w Europie w stosunku do 2014 r. zwiększyła się o 82 tys.

Kolejne rządy szukają sposobów na to, by zachęcić emigrantów do powrotu. Zdaniem wicepremiera Mateusza Morawieckiego, w ciągu 10 lat, może wrócić do Polski kilka tysięcy emigrantów. Co ma ich skusić? Brexit, napaści na Polaków a także to, że Polska jest krajem bezpiecznym, co pokazała m.in. organizacja Światowych Dni Młodzieży. W Polsce jest też coraz więcej brytyjskich firm, które z chęcią zatrudnią osoby z doświadczeniem w pracy na Wyspach.

Rząd rozważa także wprowadzenie ułatwień w zakładaniu firm dla powracających z Wysp, wprowadzenie przywilejów podatkowych przy zakupie mieszkań, ułatwienia w znalezieniu pracy nad Wisłą nawet dla tych, którzy jeszcze mieszkają w Zjednoczonym Królestwie, a później, przynajmniej na jakiś czas, ograniczenie podatków, jakie muszą płacić od dochodów osobistych.

To wszystko jest ważne, ale nie wystarczające. Bo choć pieniądze to niewątpliwie sprawa kluczowa, nieprawdą jest, że emigranci mieszkają za granicą wyłącznie z powodów zarobkowych. Zapytałyśmy Polki, dlaczego mieszkają za granicą i co skłoniłoby je do powrotu. Wyniki naszej sondy przedstawiamy poniżej.

Nie chcę się bać

Magda, pokojówka, od trzech lat mieszka w Szkocji: rozumiem, że zarobki w Polsce są niższe. Ale kompletnie nie wiem, dlaczego przy takich płacach ceny niejednokrotnie są wyższe niż tu. Mam na myśli podstawowe zakupy spożywcze, na których niestety nie da się zaoszczędzić. Nie wrócę, bo mam dosyć biedy i upokorzeń, których doświadczałam w kraju. Pracowałam w sklepie, zarabiałam mało, nie stać nas było na wynajem mieszkania o wyjeździe na wakacje nie wspominając. Dodatkowo ciągle pamiętam ten strach, co będzie, jeśli stracę pracę.

Tu oczywiście bajki też nie ma, a ja znam słabo język i pracuję zwykle na najniższych stanowiskach. Ale stać nas na normalne życie, dziecko ma swój pokój a ja choć teoretycznie pracuję w nieregularnych godzinach, to nigdy nie wróciłam do domu po 15-tej. Szef wie, że mam małe dziecko i tak ustawia mi grafik, bym miała czas dla rodziny. Strach? Mniejszy, bo wiem, że jeśli córka zachoruje, dostanę dla niej lekarstwa za darmo bez większego proszenia się o pomoc. W Polsce stałabym najpierw kilka godzin w kolejce do lekarza, a potem wydała ze 150 zł w aptece.

Chcę o sobie decydować

Ania, od pięciu lat w Londynie, menedżerka: chociaż jestem setki kilometrów od Polski, dziś przyszłam do pracy ubrana na czarno. W geście protestu przeciwko temu, co dzieje się w moim kraju. W głowie mi się nie mieści, że te informacje o karaniu więzieniem za poronienia i zmuszanie do rodzenia z narażeniem życia, dochodzą do mnie  z państwa w centrum Europy.

Kiedyś poroniłam i bardzo to przeżyłam. Nie wyobrażam sobie, że miałabym się z tego tłumaczyć. Nie chcę, by prokurator grzebał w mojej macicy. Uważam, że kobieta sama powinna zdecydować, czy urodzić dziecko z gwałtu. Chociaż jestem prolife, nie odważyłabym się podejmować takich decyzji za inne kobiety.

Większość z nas na wieść o ciąży zaczyna łykać kwas foliowy, a nie szuka abortera. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce z kobiet robi się morderczynie.

Chcę normalnie pracować

Bożena, od siedmiu lat w Szwecji: Gdy wyjeżdżam miałam dwoje dzieci w wieku szkolnym. Wcześniej nie pracowałam, bo nie byłam w stanie dostosować godzin pracy do systemu szkolno – przedszkolnego. Dziecko w przedszkolu to jeszcze pół biedy, bo ma zapewnioną opiekę przez wiele godzin. Gorzej jest ze szkołą. Córka zaczynała i kończyła zajęcia w różnych godzinach. Raz była w szkole od godz. 11 do 15. Innego dnia szła na 8 i wracała przed południem. Organizacyjny koszmar, tym bardziej, że świetlica szkolna nie oferowała uczniom żadnych ciekawych zajęć. Zwykła przechowalnia.

Trzecie dziecko urodziłam już na emigracji. I bardzo się zdziwiłam, że przedszkole w mojej miejscowości czynne jest w elastycznych godzinach – nawet do godz. 20. Nie muszę już lecieć z duszą na ramieniu, że znów się spóźnię. To nie oznacza, że dziecko jest cały dzień w placówce. Jeśli idę do pracy po południu, to odprowadzam dziecko później. Odbiera je po pracy mąż. Nie rozumiem, czemu w Polsce opieki nad dzieckiem nie można zorganizować na podobnych zasadach.

Nie chcę być na łasce urzędników

Marta, dwa lata w Glasgow: Jestem zapominalska. Nie raz zapomniałam o zapłaceniu rachunku. W Polsce dostawałam ciągle listy z groźbami, co mi zrobią i ile zapłacę kary. Tak, jakbym rzeczywiście chciała okraść energetykę czy inne wodociągi. Tu mi nie grożą, tylko przypominają, że coś jest nieuregulowane. To jest fajne, bo nikt mnie nie traktuje jak potencjalnego złodzieja.

Nie chcę żyć w grajdole

Agata, lesbijka z Londynu: irytuje mnie polskie wścibstwo, zawiść, wtrącanie się do cudzych spraw. Muszę być albo taka sama jak wszyscy, albo staję się wyrzutkiem. Ja się nie wtrącam do ich życia, nie interesują mnie cudze żony ani mężowie. Dlaczego mnie zagląda się do łóżka? Polska – nie, dziękuję.

Okazuje się, że wiele z tych rzeczy, które tak przeszkadzały późniejszym emigrantkom, można było bardzo łatwo i przy niskim nakładzie kosztów wyeliminować. Tylko, że zabrakło woli i pomysłów.

A wy co dodałybyście do tej listy?

 

linia 2px

Jedyne takie spotkanie dla kobiet!

Magazyn Oh!me zaprasza na

„Kobieca strona mocy. Okryj z nami wyższy poziom kobiecości”

zaproszenie ohme.pl

Fot. iStock

Fot. iStock

 


Miłość nie przyjdzie z czasem…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
22 września 2016
Fot. iStock / Georgijevic

Jestem zwolennikiem teorii, że miłość jednak nie przychodzi z czasem. Jedyne, co z nim na pewno dotrze, to wyboje i offroad, który prędzej czy później dopada wszystkie związki. Miłość powinna odnaleźć się już na samym początku dwojga ludzi, jako nieograniczona, wyolbrzymiona, nienaturalnie przerysowana siła, nosząca wręcz znamiona karykaturalnej.  Jedynie z takim startem, wspomnieniami – macie do czego wracać i z takich tylko worków odsypywać nadwyżki, uzbierane skrupulatnie na pierwszych stu randkach. Bilans waszych małych wojen powinien być zawsze dodatni. Zaczynając z zerem absolutnym jesteście siebie niedoświadczeni i nie macie wyższej idei, w myśl której warto byłoby wrócić do początków. Jeżeli jednak pamiętacie jeszcze szał uniesień i bardzo pierwotne orgazmy duchowe podczas wszystkich spędzanych wspólnie chwil, przejdźcie ze mną przez listę nawyków, które być może uzdrowią wasze relacje. Przeczytajcie i zakodujcie w krwioobiegu – tego nie może wam nigdy zabraknąć.

Kłóćcie się!

Dopóki się kłócicie, dopóty wam zależy. Złapcie po talerzu jeżeli trzeba, trzaśnijcie nim o ścianę. A później zbierając skrupulatnie pobojowisko, które po sobie zostawiliście porozmawiajcie o tym, dlaczego tak się stało. Pamiętajcie, że zdrowa kłótnia jest oznaką zaangażowania i nadal buzujących emocji. Nie ma nic gorszego od ciszy, w której rodzą się domysły i przypuszczenia. Kłóćcie się, ale zawsze wracajcie do łóżka pogodzeni. Jutro może przecież nie nadejść.

Rozmawiajcie

Długo. Burzliwie. Przekrzykujcie się jak trzeba. Nigdy nie zapominajcie, że musicie się oczyszczać. Mając do siebie światopoglądowy dystans mórz i oceanów, żyjąc w niezgodzie i w braku zrozumienia nie dajcie się stłamsić ciszy. To jest gwóźdź do każdej trumny, a żadne z was nie umie i nie chce czytać z fusów. Domyślać się, dochodzić oczekiwań. Jasno i klarownie – wyjaśnijcie sobie życie.

Zaskakujcie się

W górach garnków po żeberkach i w hałdach nieuprasowanych gaci musicie wychodzić ponad utarte schematy. Te małe zwroty akcji są jak zastrzyk adrenaliny w obumierające ciało i sprawią magię, na którą razem czekacie. Wystarczy wziąć wolne, pobiec po świeży chleb i twaróg, postawić przed nosem zwyczajne śniadanie. Twarożek i kawa, nie pierścionek z brylantem i tydzień w hotelu Wiśle. W skomplikowanym świecie zrobić coś tak małego, oczywistego, że aż niebywale oryginalnego. Spróbujcie, działa cuda.

Zadbajcie o emocje

Nie ma sensu bawić się dalej w związek, kiedy ani Ciebie, ani jego nie szarpie ludzkie odczuwanie od czasu do czasu. Kiedy jedyne rozmowy to te sprawdzające stan inwentarza i zapasy płynu do prania w łazience, a jedyne uniesienie, to lekkie migotanie komór podczas rozliczenia ogrzewania w miejskiej gazowni. Jeżeli tak jest, jeżeli życie biegnie wam w takt spaceru wokół tężni w Ciechocinku, poważnie zastanówcie się nad dalszym sensem historii i dokładnie zaplanujcie frekwencje zdarzeń. Walczysz – działaj, potęguj zapał, dbaj o zrywy. W innym wypadku pozwól dobrze żyć sobie i jemu, – uwolnij się, odejdź.

Wskakujcie za sobą w ogień

Tu się można kłócić. Nie odzywać godzinami i dziwnie prychać składając rozrzucone po całym domu spodnie, kość waszej codziennej niezgody. Mimo to dać sobie urwać wszystko w dobre imię jej/jego, który tak systematycznie wyprowadza Was z równowagi. Wam ma na sobie po prostu ku*ewsko zależeć, a to uczucie zobowiązane jest okryć wartością nadrzędną wszystkie partnerskie niedociągnięcia.

Zaufajcie sobie

Budowanie relacji na chyboczącym się moście z dziurawymi deskami jest powolnym umieraniem. Zacznijcie od czystej kartki, nie macie podstaw do podejrzewania najgorszego dopóty, dopóki nic się nie stało. Kiedy zaufanie zostało już nadszarpnięte zróbcie rachunek sumienia i przekalkulujcie, czy potrzeba trwania w tym tandemie, przywiązanie, ma więcej mocy niż popełnione w życiu błędy. Jeżeli to dla was za dużo, poważnie pomyślcie o zmianach. Nie pozwólcie nawet na chwilowe marnowanie swojej przyszłości i nie traćcie czasu.

Miejcie czas tylko dla siebie

Trudno jest go znaleźć, kiedy Jasia z angielskiego trzeba zawieść na karate, a Ola ma w tym tygodniu drugi balet. Ja to wszystko wiem, stoję w tych samych butach. Ale tylko wolny od obowiązków i schematów codzienności czas może pokazać wam wyraźnie, palcem, jak było zanim zaczęliście się bawić w dorosłość i za co związaliście się ze sobą na  całe lata. Raz w miesiącu jeden dzień. Dzień i noc. Dacie radę?

Chwalcie się sobą. Chwalcie siebie

„Zobacz, to jest moja żona” powiedział do kolegi z pracy mój mąż, pokazując teksty i publikacje w sieci. „Naście lat o nią walczyłem, teraz jest moja. Moja żona”. Nie ma drugiej takiej głaski, jak świadomość, że jestem dla niego kimś ważnym. Że moja postawa i podejście do świata są w jego oczach godne pochwały. Dlaczego? Bo wybierając go sobie na męża wiedziałam, że co jak co, ale oczy ma najmądrzejsze. Nie mogę sobie przecież sama zaprzeczać. Chwalenie buduje i dodaje skrzydeł. Jest świeżo wylanym betonem na dziurawej ulicy. Daje wyraźny azymut dalszej wędrówki. Dobrze jest chwalić, pokierować. Spróbujcie.

Doceniajcie

Kanapki z grubo pokrojonym chlebem, pranie zrobione białe razem z kolorowymi, kurze starte jedynie z telewizora, a za doniczką już nie. Doceniajcie, bo te nieoszlifowane zrywy świadczą o tym, że wam jeszcze zależy. Liczycie się ze swoim zdaniem.

Miejcie pasje

Wspólne. Chociaż jedną. Nic tak nie zbliży jak organizacja czasu pod kątem rzeczy, która i Tobie i jemu sprawi niebywale dużo radości. Jeżeli nie ma już nic, co ucieszy was wspólnie, patrzcie na punkt 9. Doceniajcie, kibicujcie, chwalcie.

Dziękujcie – za wszystko

Za spełnionych pierwszych dziesięć punktów lub chociaż za próby ich spełniania.

Przepraszajcie – kiedy czujecie, że stając po drugiej stronie lustra poczulibyście się źle.

Walczcie…

… bo bez zapału do walki, bez chęci wyłowienia was spod tafli wody dalsza zabawa nie ma najmniejszego sensu.


Zobacz także

On nie pije i nie bije, więc nikt nie rozumie, dlaczego chcesz odejść

Zdrada w trzech aktach. Ty i mąż. Ty i on. Ty i twoje decyzje…

Regulamin konkursu „Twój sekret piękna”