„Chcę mieć dziecko”. Ona przejmuje kontrolę, a on gubi odpowiedzialność. Pragnienie, które buduje lub niszczy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 listopada 2015
Fot.  iStock / druvo
Fot. iStock / druvo

Zawsze jest tak, że ktoś chce bardziej dziecka i niemal zawsze chce bardziej kobieta. Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholog od wielu lat pracuje z kobietami i parami, które starają się o dziecko. Nam opowiada o emocjach ludzi, którzy walczą z niepłodnością, odpowiednim momencie na podjęcie decyzji o dziecku, o tym, jak radzić sobie wspólnie w trudnych momentach i co robić, by te starania skrócić.

Ewa Raczyńska: Podejmujemy decyzję: „Chcemy mieć dziecko” i jesteśmy przekonani, że do tego wystarczy jedynie seks. Jednak po kolejnym negatywnym teście wpadamy w panikę i myślimy: „Co jest ze mną nie tak?”.

Tatiana Ostaszewska-Mosak: Starania dobrze byłoby zacząć od wizyty u lekarza.

Tylko my do lekarza idziemy raczej, jak już w ciąży jesteśmy, albo jak starania zaczynają się wydłużać i nas to martwi.

Dlatego właśnie powinniśmy znaleźć dobrego ginekologa, który na początku starań zleci podstawowe badania. Podpowie, co możemy zrobić chcąc zwiększyć szanse na zajście w ciążę. Niestety tu nie ma prostego i uniwersalnego przepisu. Jedna kobieta usłyszy, że powinna jeść więcej nabiału, inna by więcej się ruszać a trzecia, by ograniczyć mordercze ćwiczenia. Jeszcze kolejna, by ograniczyć tłuszcze zwierzęce w diecie… Ale to powie lekarz, który widzi człowieka, a nie przypadek. Który wie,  że przy staraniach ważne jest zarówno ciało – stan zdrowia, sposób odżywiania, styl życia jak i sposób radzenia sobie ze stresem.

A co z blokadą psychiczną? Chcę zajść w ciążę, a moja głowa robi mi psikusa i nie pozwala na to?

To mój ulubiony temat (śmiech). Istnieją pewne doniesienia, że taka blokada być może istnieje. Jednak jest z nią jak z Yeti. Mówi się, że jest, ale czy ktoś to naprawdę widział? Zbadał? Sprawdził? Do dzisiaj nie ma  badań które, by blokadę psychiczną potwierdzały. Nie ma też takich, które by jej zupełnie zaprzeczały. Tyle wiemy. Natomiast, my, psychologowie zajmujący się pomocą osobom starającym się o dziecko, staramy się o tym nie mówić. Uwagę skupiamy raczej na tym, na co na pewno można wpłynąć, czym się zająć, co pozostaje pod kontrolą kobiety czy pary.

Oczywiście wpływ psychiki na ciało zdecydowanie istnieje. Natomiast czy w tak dużej i niejednorodnej grupie kobiet starających się o dziecko ma ona tak znaczny wpływ? Trudno powiedzieć. No a co z osławioną blokadą w przypadku mężczyzn? Na te pytania nie ma odpowiedzi.

Wiadomo natomiast, że na płodność wpływa tak wiele czynników, że obciążanie niepłodnością samej tylko psychiki jest sporym ograniczeniem. Mam pacjentki, które po niewielkiej zmianie diety czy sposobu życia zachodziły w ciążę. Albo zachodziły w ciążę zmieniając styl i częstotliwość współżycia. Czasem naprawdę delikatne, ale właściwe zmiany w ciele, sposobie widzenia siebie i swoich starań, dieta, ograniczenie cukrów, wprowadzenie delikatnych ćwiczeń już daje rezultaty.

Niewiele trzeba…

Często – bardzo niewiele. Niestety z powodu tego podejścia, o którym rozmawiamy, robiło się przez wiele lat bardzo złe rzeczy. Długo miał miejsce trend, kiedy skupiano się tylko na kobiecie. Trafiała ona na przykład na terapię, gdzie szukano przyczyny niemożności zajścia w ciążę czy nawracających poronień grzebiąc w jej dzieciństwie. I podczas, gdy ona chodziła do tego swojego zaufanego ginekologa i terapeuty przez rok, dwa lub trzy, żaden nie zaproponował jej zbadania nasienia partnera.

Co teraz jest problemem.

Tak, bo bezpowrotnie został stracony czas, który w staraniach jest kluczowy. Bo kobieta tyle już przeszłą, że jest emocjonalnym wrakiem. Ale mając zaufanie i przekonanie, że idzie do kogoś, kto wie, co robi, myśli, że wszystko jest w porządku.

Więc kiedy martwić się tym, że nie mogę zajść w ciążę?

Wracam do tego, że staranie o dziecko to przede wszystkim właściwa opieka lekarska, znalezienie ginekologa, który ma prawdziwe wyniki, dobrą opinię, jest świetnym specjalistą. I widzi sprawę całościowo. A kiedy zacząć się martwić? Najpierw należy sprawdzić swoją historię ginekologiczną. Czy są podstawy do niepokoju? Czy nie miałyśmy problemów z regularnością miesiączek, czy były one bolesne, czy wszystko do tej pory szło prawidłowo? Jeśli tak, i jeśli jesteśmy przed 30-tką, to rok można spędzić na fajnych i spokojnych staraniach. Aczkolwiek warto, żeby podstawowe badania zrobiła zarówno kobieta jak i mężczyzna. Przez ostatnie 10 lat norma parametrów nasienia została znacznie obniżona. Ci mężczyźni, którzy dzisiaj uważani są za płodnych i zdrowych, 10 lat temu byliby na granicy normy określających ich płodność.

A co, gdy zaczynamy starania po 30-tce?

Po 33. roku życia powinniśmy zacząć od badań i kiedy starania trwają pół roku, zgłosić się do specjalisty. Medycyna rozrodu bardzo szybko się rozwija i zmienia. Obserwuję to już od 14 lat. Widziałam wiele trendów. Obecnie badaniem polecanym wielu kobietom, jest badanie AMH, czyli badanie tzw. rezerwy jajnikowej. Bo niestety dzisiaj, kiedy mamy 25 lat, wcale nie znaczy, że jeszcze z powodzeniem przez 10 lat możemy zajść w ciążę. Tak jak spada płodność męska, tak też spada kobieca. Coraz częściej spotyka się kobiety dobiegające trzydziestki, które dowiadują się o tym, że właściwie hormonalnie wchodzą w okres menopauzalny. W takim przypadku zwlekanie, odkładanie starań czy szukanie przyczyn tego stanu w psychice nie jest wskazane. Co jednak wcale nie oznacza, że trzeba dać się sparaliżować strachem, czy od razu skazywać się na niepowodzenie. Choć przecież wiem, jak bardzo to jest trudne.

No tak, bo panikujemy, zwłaszcza gdy na pierwsze dziecko decydujemy się po 30. roku życia i mamy poczucie że czas nam ucieka.

Dlatego ważne jest, aby lekarze, psychologowie, specjaliści od „starań” postarali się to wyważyć: nie straszyć, nie popędzać na siłę, i nie zmuszać do szybkich decyzji, a jednocześnie mówić o tym, że płodność nie jest cały czas taka sama, że warto rozważyć wcześniejsze rozpoczynanie starań. Że nie warto bez powodu odwlekać ich na nie wiadomo kiedy, jeśli nie ma ważnych powodów. Dla nas, ludzi spotykających się z kobietami starającymi się, jest to bardzo trudne, bo przecież nie mogę mówić: „Kobiety do 25. roku życia zachodźcie w ciąże, bo później może być już trudniej”. Wiem, jak trudno jest wejść w dobry związek, utrzymać dziecko, mieć dobrą pracę, egzystencjalny spokój.

Istnieje w ogóle idealny moment na zajście w ciążę?

Idealny – nie. Może być wystarczająco dobry. Często mówię osobom, które myślą o dziecku, że odwlekanie i czekanie na odpowiedni czas jest strzelaniem sobie w stopę. Nie ma idealnego momentu – takiego idealnego z wszystkich punktów widzenia. Bo najczęściej nie ma momentu, w którym można pogodzić wszystkie elementy: aspekt biologiczny, finansowy, społeczny, związkowy. Rzadko się zdarza, żeby na 100% można było powiedzieć – tak, to na pewno teraz. I to bez żadnych wątpliwości, bo one mogą a nawet powinny być. Obojętnie czy mamy 26, 30 czy 35 lat. One mogą być różne, ale ich posiadanie jest rzeczą naturalną. Jest wyrazem tego, że człowiek myśli, analizuje i zastanawia się nad najlepszymi rozwiązaniami. Posiadanie nawet wielu wątpliwości nie jest od razu jakąś straszną tendencją do zaprzeczania własnym pragnieniom. Nie dajmy się złapać w taką pułapkę uproszczeń i pozornie „pozytywnego myślenia”.

Potrafimy z partnerem rozmawiać o tych wątpliwościach, o przedłużających się staraniach?

No tak – niby to takie oczywiste, niby powinno być proste, ale takie nie jest. Na pewno teraz jest lepiej niż kilka lat temu. Do takich rozmów, rozmów z właściwymi wnioskami, rozwiązaniami dochodzi w związkach, które mają dobrą komunikację, które w trudnych sytuacjach, pomimo dyskomfortu dochodzą do wspólnego zdania. Natomiast związki, które przez jakiś czas leciały na tak zwanym automatycznym pilocie, nie miały nigdy potrzeby konfrontować się z jakimiś poważnym problemem, albo nie nauczyły się, jak miłość prawidłowo wyrażać – to dla nich taki moment będzie bardzo trudny. W tej sytuacji trzeba przecież połączyć dwie indywidualności, dwa sposoby patrzenia na życie, dwa sposoby myślenia o tak ważnych kwestiach jak ciało, upływający czas, emocje, relacje, etyka. Różnimy się w wielu aspektach, pogodzenie tego wszystkie jest bardzo trudne.

To jednak kobieta wychodzi z inicjatywą: „Chcę mieć dziecko”.    

Zgadza się. Zawsze – mówię zawsze, bo w 99% par, to kobieta jest liderem, siłą napędową starań o dziecko. Ona również przejmuje nad tym kontrolę. I ta jej rola jest zupełnie naturalna, bo w głównej mierze dotyczy jej ciała, natomiast w żadnym wypadku nie powinna brać całej odpowiedzialności. Powinna uświadomić partnerowi – jeśli jest taka potrzeba, że on także jest odpowiedzialny. Tak jak wtedy kiedy dziecko już będzie na świecie.

Tylko czy my umiemy dzielić się tą odpowiedzialnością?

To jest bardzo trudne. Bo jeśli kobieta przejmie na siebie pełną odpowiedzialność lub co gorsza winę za to, że nie może zajść w ciążę, to od razu stawia się na pozycji emocjonalnie przegranej. Dla niej ta sytuacja będzie już zawsze trudna i obciążająca. Rozłożenie odpowiedzialności jest szalenie istotne. Dlatego ważne, by od razu zachęcić do wspólnego myślenia i działania – chodzenia do lekarza, do przebadania się zarówno jednej jak i drugiej strony.

W końcu wspólnie łatwiej radzić sobie ze staraniami.

Oczywiście. Ja zawsze to podkreślam i do tego zachęcam. Bo czy tego chcemy, czy nie, cokolwiek będzie się działo, będzie i tak bardziej obciążało kobietę – jej organizm, psychikę, zachowanie. I skoro ona i tak bierze więcej tego ciężaru, tej odpowiedzialności, to choćby praktyczne sprawy jak np. dzwonienie do kliniki, umawianie wizyty niech będzie po stronie partnera. Lub cokolwiek innego, co oboje ustalą aby rozłożyć to na dwoje.

Łatwo powiedzieć…

Ja wiem, że to trudne, że my kobiety często wychodzimy z założenia, że ja to zrobię, załatwię lepiej, szybciej ale właśnie w ten sposób utrudniamy sobie życie. A także zniekształcamy nasze partnerstwo. Mówmy – „Chodź ze mną. Zadzwoń. Ty to zrób.” Jeśli mąż czy partner pyta „A dlaczego ja?”, powiedzmy „A dlaczego nie? Przecież mamy razem mieć dziecko, przecież mamy przez to razem iść, to dlaczego nie od razu na starcie”. Nie za pół roku, czy za rok, jak już jednej stronie będzie dużo trudniej.

Jednak zawsze to kobietom, które starają się o dziecko zarzuca się, że o niczym innym nie potrafią mówić, mają zagadać swojego partnera tysiącem wątpliwości i lęków?

No właśnie, zawsze jest druga strona. To, że chcemy wejść wspólnie w starania, że dobrą rzeczą jest przeniesienie części odpowiedzialności na partnera, wcale nie musi znaczyć, że teraz to już cały czas musimy o tej ciąży lub jej braku mówić. Czasem bywa wręcz przeciwnie – jeśli jest pewność współpracy i zrozumienie to nie ma potrzeby w kółko krążyć wokół tematu. Nie musimy ciągle wracać do pytań i wątpliwości, omawiać to na nowo, za każdym razem w okresie płodnym wspominać: „To jest właśnie dziś i teraz musisz stanąć na wysokości zadania”.

Znam mężczyzn, którzy mówili: „Już mam dosyć tego seksu na zawołanie”

Też takich znam. Miałam również w gabinecie takie pary, w których mężczyzna nie był w stanie współżyć w miesiącu przez dwa trzy dni w okresie płodnym, po którym natychmiast jego zdolność do współżycia wracała…

I to wcale nie znaczy, że nie chciał mieć dziecka?

Oczywiście, że nie. Być może została zbudowana taka atmosfera napięcia. Może on sam poczuł silną presję, a nie powiedział o tym. Poczuł, że wszystko tak bardzo od niego teraz zależy, że po prostu stres go zjadł. Gdyby komunikacja była dobra, gdyby było poczucie bezpieczeństwa, opiekowania się sobą wzajemnie, gdyby wiedział, że może się tym podzielić, że partnerka go nie skrzyczy, zrozumie, nie będzie naciskać, denerwować się, być może byłoby inaczej. Tylko, że ona denerwuje się i naciska także z jakiegoś powodu, o którym być może nie da się z nim porozmawiać. I tak koło się zamyka.

To jak rozmawiać?

Komunikacja jest ważna jak miłość. Należy przełożyć miłość na komunikację. Okazuje się, że jako kobiety wcale nie jesteśmy takie super fajne w tej komunikacji. Mamy przeważnie potrzebę rozmawiania – to fakt. Ale często tylko na własnych warunkach. I wtedy gdy rozmowa układa się po naszej myśli. A od mężczyzn także możemy się czegoś w tej dziedzinie nauczyć. Choćby skupienia się na tu i teraz, na rozmawianiu tylko o jednej rzeczy na raz, kończenia tematów, nie poświęcania uwagi rozpraszającym pierdołom, skoncentrowaniu się na rozwiązaniu, a nie na emocjach z problemem związanych, jeśli naprawdę chodzi o dojście do właściwej decyzji. No i mówienia o swoich potrzebach. To wszystko jest bardzo istotne.

Można także trochę nauczyć się i wziąć pod uwagę męskie postrzeganie czasu i działania. Staramy się, kiedy jest na to czas. Natomiast kiedy nic od nas nie zależy, to hulaj dusza. W granicach rozsądku oczywiście. Niestety starania o ciążę są wredne, bo podczas całego miesiąca wpływ na to, żeby w nią zajść mamy tylko przez kilka dni. Dla własnego spokoju i równowagi nie podporządkowujmy temu całego pozostałego czasu. Może otwórzmy się trochę bardziej na te męskie propozycje „odwrócenia uwagi”. Zobaczmy czy coś dobrego może z tego wyniknąć.

To z jednej strony. A z drugiej dobrze by było, gdyby mężczyźni tych naszych kobiecych, bardziej emocjonalnych zachowań nie odbierali jako tragicznych, ostatecznych, niepokojących i żeby nie widzieli ich jako czegoś, z czym z założenia nie potrafią sobie poradzić. Tu naprawdę najczęściej niewiele potrzeba. Czasem, aby nie nakręcać sprawy, wystarczy nic nie powiedzieć, przytulić. Ewentualnie zapytać „czego teraz ode mnie oczekujesz?”, ale z pełnym zrozumieniem, zaangażowaniem i miłością. No może to jest i dużo, ale od czegoś trzeba zacząć. To takie uczenie się od siebie nawzajem, nie oskarżanie się z powodu różnic, prawdziwe zrozumienie, że mamy inaczej. Ale że to nie jest zagrożenie. No i jest coś co nas łączy – oboje chcemy tego dziecka.

Ale pojawia się pytanie: Czy on na pewno chce, tak samo jak ja?

Ale on nie chce tak samo! On bardzo chce, ale zupełnie inaczej. Spokojniej. By starania były bardziej wplecione w rytm życia, żeby nie było tak nerwowo, w napięciu. Musimy wiedzieć o tym. Mówimy razem: „Tak, chcemy być rodzicami”, ale każde z nas być może inaczej do tego chce dojść. Kobiety jednak uwielbiają wartościowanie: „Ale jak BARDZO on chce tym tatą być? Bardziej, czy mniej niż ja? Tak bardzo jak ja?”.

Jestem tego zupełnie pewna, że w związku zawsze ktoś ma coś bardziej, a ktoś ma mniej. Zawsze. I to dotyczy absolutnie wszystkiego. On chce bardziej zmienić mieszkanie, a ona mniej. Ona bardziej lubi weekendowe wyjazdy, a on lubi mniej. I zawsze to pragnienie ktoś ma większe niż ktoś. Jeżeli kobiety będą cały czas z tym dyskutować i nie zgadzać się, będzie bardzo trudno, bo licytując się w ten sposób z góry stawiamy się na pozycji przegranej. Emocjonalnie.

Kiedy czasem rozmawiam z kobietami, pytam: „Naprawdę chciałaby Pani, żeby on reagował tak samo jak Pani? Żeby z tym testem siedział z Panią w kącie, wył i rwał sobie włosy z głowy jak Pani?”

No nie.

Właśnie: „No nie. Wtedy ja bym chciała, żeby on był tą ostoją i wsparciem. Lepiej, żeby powiedział kocham. Jestem. Damy radę”. Czyli jednak ma być inaczej! Jak widać nie można mieć wszystkiego na raz. Żeby on tak samo chciał, ale żeby emocjonalnie zachowywał się inaczej niż my.

Gdyby to wszyscy wiedzieli i stosowali… Może nie byłoby rozstań pod tytułem: „Bo nie możemy mieć dziecka”

To nie tak do końca. Z moich obserwacji wynika, że rozstania bardzo, ale to bardzo rzadko są tylko i wyłącznie z tego powodu, że nie ma dziecka. Tam zawsze jest jeszcze coś innego. Cokolwiek by to było: budowa domu, choroba w rodzinie, ważna przeprowadzka inny kryzys, to tu chodzi o problem, którego oni między sobą i ze sobą nie są w stanie załatwić razem. Nie potrafią wypracować wspólnego działania i myślenia. A że to jest dziecko, starania o nie, to jest złożenie czynników. Mam osobiście od czynienia z dużą liczbą związków bardzo doświadczonych przez niepłodność, które jednak świetnie razem przechodzą przez ten trud i wychodzą silniejsi. Choć może nie od razu było to takie proste i oczywiste.

Zawsze wychodzą z dzieckiem?

Przeważnie. Przez 14 lat mojej pracy dane mi było poznać kilka tysięcy osób. Pary, które wyszły bez dziecka mogłabym policzyć na placach jednej ręki. Oczywiście nie zawsze było to dziecko poczęte tak, jak im się to marzyło i jak to sobie wcześniej wyobrażali. Były dzieci po inseminacji, po zabiegu in vitro, z dawstwa komórki jajowej czy nasienia, dzieci adopcyjne. Ale najczęściej byli w końcu rodzicami.

Kiedy powinniśmy pogodzić się z tym, że nie możemy mieć naturalnie dzieci i podjąć decyzję: „Próbujmy inaczej”?

W procesie starań przychodzi wiele zmian w sposobie myślenia. Towarzyszyłam takim zmianom bardzo często. Na przykład osoby, które przychodziły na pierwszą wizytę i mówiły: „Nie, my takiej czy innej metody nie akceptujemy, my nigdy tak nie zrobimy”, z biegiem czasu, z dopływem nowych informacji o stanie zdrowia ze zmianami w życiu zmieniają także zdanie i okazuje się, że czasem to co było niemożliwe teraz jest możliwe.

Od czego zależy zmiana zdania?

Najczęściej od tak zwanego punktu siedzenia. Bardzo łatwo jest nam mówić, że na coś na pewno się nie zgodzimy, jeśli nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji. Pewne rzeczy po prostu z założenia i dla pewnego uproszczenia odrzucamy. Natomiast, kiedy okazuje się, że trzeba inaczej, to nasz świat poznawczy się zmienia i pewne rzeczy okazują się jednak możliwe. I wtedy myślimy: „No dobra, nie będzie to takie wymarzone, ale dam radę”.

I to wszystko? Tak po prostu?

Gdyby to było takie łatwe… Zawsze podkreślam, bo jest to niezwykle istotne, że żadna z takich decyzji nie może być podejmowana pochopnie. Nasz świat emocjonalny nie podąża za nami tak szybko, jak byśmy chcieli. Emocjonalnie jesteśmy gdzieś w Afryce na sawannie, a nie tu w centrum dużego miasta, gdzie mamy podjąć decyzję czy z tą, czy inną komórką… Desperacja powoduje, że przyspieszamy pewne rzeczy, bo patrząc przez jej pryzmat są one chciane i upragnione. A tak nie powinno być. Lepiej przed podjęciem jakichkolwiek decyzji dać sobie czas. Cały potrzebny czas. Może dłuższy a może bardzo krótki ale to się dopiero okaże. W tym procesie dzieje się coś bardzo subtelnego, czego osoby doświadczające rozczarowań często nie chcą zobaczyć, nazwać. Następuje strata pewnych marzeń, złudzeń i nadziei. To jest coś, czego my nie widzimy, ale musi się dokonać. Musi na przykład nastąpić zgoda na to, że my już tego dziecka być może nie poczniemy w sposób naturalny.

I to jest chyba najtrudniejsze…

Tak. Zostaje zachwiany obraz osoby, która zupełnie spokojnie i naturalnie zachodzi w ciążę lub jest tej ciąży przyczyną. Zmienia się wewnętrzny obraz samego siebie, zmienia się cały misternie pisany scenariusz na życie, który powstaje przecież od najmłodszych lat. Tyle, że trzeba to zobaczyć i przeżyć, i nie udawać, że to jest takie nic.

Ważna jest bardzo wiedza i samoświadomość. Powinniśmy pamiętać, że obecnie tylko w 20% przypadków nie znajduje się odpowiedzi na pytanie, dlaczego para nie może począć. Kilkanaście lat temu było to około 40%. Powinniśmy szukać mądrych i dobrych lekarzy. Nie bać się badań. Niestety nie ma społecznego przyzwolenia na wizytę w klinice leczenia niepłodności, a przecież powinno to być czymś zupełnie naturalnym. Skoro potrzebuję pomocy, to proszę o nią specjalistów. Najlepiej zrobić to od razu, by nie marnować czasu, by po na przykład czterech latach starań nie usłyszeć od innego lekarza: „Zaczynamy wszystko od nowa”, bo tu już od nowa się nie da.

drTatianaOstaszewskaMosakTatiana Ostaszewska-Mosak – psycholog, psychoterapeuta. W swojej praktyce wykorzystuje różne podejścia i metody psychologiczne oraz psychoterapeutyczne takie jak – Terapia Akceptacji i Zaangażowania (ACT), logoterapia, psychologia pozytywna, terapia zorientowana na cel, terapia krótkoterminowa i interwencja kryzysowa. Od zawsze zainteresowana problematyką stresu, jego wpływu na zdrowie i funkcjonowanie człowieka oraz ogólnie pojętą psychosomatyką. Od czternastu lat związana z problematyką niepłodności i wspierania jej leczenia – wcześniej współpracowała z Europejskim Centrum Macierzyństwa InviMed. Pomaga w prowadzeniu ciąż zagrożonych, trudnych oraz uzyskanych po szczególnie skomplikowanych i medycznie wspomaganych staraniach. Przygotowuje do porodów i wczesnej opieki nad niemowlęciem. Zajmuje się profilaktyką depresji poporodowej. Współautorka książki „Drogi ku płodności”. Obecnie związana z Centrum Płodności FertiMedica.


Jesteś rodzicem ucznia? Nie wymagaj od szkoły, że wychowa dziecko za ciebie! Apel nauczycielki

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
25 listopada 2015
Fot. iStock / alexeyrumyantsev
Fot. iStock / alexeyrumyantsev

Wchodzę do klasy, moi mundurowi lokują się na swoich miejscach, jest nieźle, o wiele lepiej, niż w pierwszych dniach mojej pracy w tej szkole. Ja się uśmiecham, bo lubię pozytywną energię, tak samo dawać jak i odbierać, oni się uśmiechają, choć do końca nie mam pewności czy z sympatii czy bo wypada odpowiedzieć na uśmiech nauczyciela. Jest nieźle, podejrzewam, że sympatia na linii ja – uczniowie jest rzeczywiście obustronna, a wiem że moje koleżanki / koledzy nauczyciele mają różnie. Co prawda nie znam nikogo, komu uczniowie kosz na głowę założyli, ale absolutnie jestem wstanie uwierzyć, że są takie przypadki. Czyja to wina?

Szkoła szkole nierówna, uczeń uczniowi również. Podobnie jak wychowywanie ich przez rodziców. A może jego brak…

Po co wychowywać? Przecież od tego jest szkoła!

No właśnie drogi rodzicu, po co? No choćby po to, żeby nauczyciele (reszta społeczeństwa również) nie użerali się z „gównażerią”. By ci, mający iskrę bożą byli wstanie pracować z zapałem i radością z waszymi dziećmi. Szkoła nie jest od tego, aby przejąć rolę rodziców i wychowywać wasze pociechy, choć niektórym właśnie tak się wydaje.

Pracowałam w szkołach różnego szczebla. Jeśli myślicie, że patologia odnosi się jedynie do gimnazjum, to wierzcie mi na słowo – już w podstawówce towarzystwo potrafi stać pod szkołą i kląć aż miło. To dzieci – być może wasze dzieci. I tak wędruje te małe, pyskate od maluchów, po gimnazjum aż do liceum, obrastając w piórka bezczelności, wręcz chamstwa. Niestety, znikąd się to nie bierze, dziecko podstawy kultury bierze z domu. Czy uczycie swoje pociechy szacunku do ludzi? Nieważne czy starszych, kobiet, nauczycieli policjantów, dla pani z mięsnego?

Ona tam gówno wie, nie przejmuj się synek!

A może sami przy nich rzucacie niewybrednymi uwagami, typu “pogadam sobie z tą kretynką, nie będzie średniej swoimi ocenami psuła”. Zanim mnie zakrzyczycie, że nie, absolutnie przesadzam, powiem, że byłam świadkiem podobnej wymiany zdań, pomiędzy mamami stojącymi pod szkołą z dziećmi. Nie ma co się dziwić, że dziecko chętnie weźmie przykład. Nie jestem zdziwiona również, gdy młody butny człowiek “wysapie” w stronę nauczyciela na lekcji “możesz mi naskoczyć”.

Rzeczywiście mogę “naskoczyć” uczniowi, bo utarło się przekonanie, że teraz najważniejsze są prawa uczniów i ich absolutna nietykalność. Uwierzycie, że w szkole podstawowej, gdy byłam dzieckiem nauczyciel uderzał za karę drewnianą linijką w otwartą dłoń? Nikt nie śmiał protestować, pyskować a nie daj Boże, żeby rodzic się dowiedział! Teraz tego nie ma, i dobrze, ale autorytet i szacunek też odchodzi w zapomnienie. A jeszcze jak podciągnie się pod temat niż demograficzny, wtedy trzeba walczyć o ucznia, biorąc – ja was przepraszam – wszystkich jak leci. Obecnie krąży po Facebooku demot z przedstawieniem dwóch sytuacji:  lata `70 XX wieku – matka pyta ucznia “synu, byłeś miły dla pani w szkole?” oraz “synku, pani w szkole była dla ciebie miła?” Współczesność… Komentarz zbędny…

Autorytet – hasła nie znaleziono…

Google pewnie zna, a czy wasze dzieci również? Nie wydaje mi się, by należało bić nauczycielom pokłony za – bądź co bądź – trudną pracę. “Pani Profesor”… niegdyś wyrażało pełnie szacunku dla belfra, dziś kiedy moi znajomi słyszą że uczniowie szkoły w której pracuję, tak się do mnie zwracają, od razu są poruszeni, a właściwie dlaczego tak? Ano dlatego, by uczeń wiedział,  że poza uśmiechem, wiedzą jaką planuję mu przekazać, jest też pewien dystans który należy utrzymać. Nie chcę być koleżanką dla uczniów, okazując im szacunek dla ich postaw, odrębności, oczekuję tego samego.

Oczekuję również, że w moją pracę z kształtowaniem postaw patriotycznych, obywatelskich, zaangażujesz się ty – drogi rodzicu. Nie jestem jedynym nauczycielem, który chce ciut więcej niż tylko przespać zajęcia. Są też uczniowie, którzy chcą coś więcej niż dotrwać do końca lekcji, ale zaniżają poziom także zachowania, zgodnie z tym co proponuje klasa. Moja w tym rola i twoja również, by wyjaśnić dziecku /młodzieży, że może stoimy po dwóch stronach barykady, ale walczymy o ten sam cel – jego powodzenie w przyszłości.

Obyś cudze dzieci uczył!

To formuła przekleństwa, którą niegdyś rzucało się do osoby, której dobrze się nie życzyło. Tak szczerze mówiąc, w dzisiejszych czasach nabrało świeższego, ale tak samo negatywnego nasycenia. Rzeczywiście nie jest łatwo uczyć po 30 osób w klasie, więc jeśli nie potrafisz tego zrozumieć, tym bardziej nie życzę ci tego doświadczenia.  Ale gra jest warta świeczki. Rodzicu, świadomie i odpowiedzialnie pomóż nam – nauczycielom  w tym zadaniu. Przyjdź na wywiadówkę, zainteresuj się dzieckiem w szkole, nie traktuj tej instytucji jak przechowalni. Nie składaj jedynie na nasze barki wychowania pociechy, bo to się nie uda!  Szkoła ma cel wspomóc rodzica, ale nie wyręczyć.

Z nauczycielskim pozdrowieniem!


Wielki balon oczekiwań

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
24 listopada 2015
Fot. iStock / PeopleImages
Fot. iStock / PeopleImages

Oczekiwania.  Wszyscy je mamy, a jakże! Oczekujemy od ludzi, od życia, oczekujemy nieustannie. Inni też oczekują. Od nas zwłaszcza, jak się okazuje. I też nieustannie, na nasze nieszczęście. Jest trochę tak, jakby całe życie na oczekiwaniach polegało. Jakby bez oczekiwań, nie dało się żyć. I poniekąd to prawda, bo żyjemy wśród ludzi, często dla ludzi, a nawet jeśli tylko dla siebie żyjemy to od siebie też… non stop oczekujemy.

Antycypacja, nadzieja, czekanie. Przypuszczenie, pragnienie, przewidywanie. Oto czym są oczekiwania. Mentalnym wybiegiem w przyszłość. Precyzyjnie utkaną, energetyczną wibracją, wiodącą wyimaginowany żywot w człowieczej głowie. Pryzmatem, przez który postrzegamy ludzi i zdarzenia. Narzędziem, które rzekomo pomaga nam żyć. I nic to nowego dla nas, ludzi XXI wieku. Tak przecież cała ludzkość żyje od zarania dziejów. Zorganizowana w gatunek wielu oczekiwań.

I niby czemu to ma być jakiś problem? Czyż Gotthold Lessing nie powiedział : „Oczekiwać przyjemności jest też przyjemnością”? No bo jest i nawet brzmi to całkiem rozsądnie. Do czasu kiedy Herman Hesse nie powie: „[…] zawsze oczekuję nadzwyczajności, spodziewam się nie wiedzieć czego; zaledwie kogoś poznam i znajdę go sympatycznym, już przypisuję mu wszystko, co najlepsze, ba – żądam tego, i jestem rozczarowany i zasmucony, gdy się to nie zgadza z rzeczywistością.”

Bo w rzeczy samej. Oczekiwania z reguły mają ten nadpozytywny wydźwięk. Kiedy w wyobraźni nieograniczonej widzimy wszystko piękniejszym, zachwycającym, pociągającym, satysfakcję gwarantującym.  Są jak te słodkie tęsknoty, owe małe marzenia. Pokładamy je w bliskich, bo chcemy zapewne by piękni byli. Na miarę marzeń, naszych marzeń rzecz jasna. Pokładamy je też w obcych, bo mamy standardy, których  byśmy sobie i u nich życzyli. Pokładamy je w życiu, bo przecież tyle nam się od życia należy!

Oto oczekiwania. Koncepty dokładnie przez ego przefiltrowane. Nic więc dziwnego, że potem jest huk, że świat się wali, kiedy pragnienie starannie wypielęgnowane rodzi się i nagle o zgrozo! …. nie jest już łabędziem.

Tak rozpoczyna się faza druga, ta faza w trakcie której oczekiwanie transformuje w rozczarowanie. Kolejny koncept człowiekowi właściwy, będący energetyczną wibracją zamieszkującą zakamarki tegoż samego umysłu. Pamiętajmy bowiem, że wszystko nadal dzieje się w głowie. Całe wielkie życie toczy się tam właśnie. Te wszystkie dramaty, pogmatwane historie, włosów rwanie na potęgę i rzeki, oceany łez wypłakanych. Wszystko w głowie. Z rozczarowania zrodzone i tak intensywne, że prawie namacalne. Zaczynamy wierzyć więc, że realne, że w świecie zewnętrznym, od głowy oderwanym istnieje, i że zamachem jest na nas i na nasze marzenia.

Kuriozalne to zjawisko. Z umysłu wylazło. Nie jest górą, która tkwi, nie jest kamieniem, drzewem czy ptakiem. Nie jest materią żadną. Ciała nie ma, krew w nim nie płynie, w fizycznym świecie nie istnieje, ale uderza z mocą meteorytu w centrum samej duszy. Tak właśnie żyje większość ludzkości. Na wiecznym roller-coasterze. Wznosi się w nadziei i opada w nieszczęście.

Wyolbrzymiam, rzecz jasna. Ale zabieg to celowy. Sama oczekiwań w życiu miałam wiele i równie wiele rozczarowań.  Dopóki nie dotarło do mnie, że to mechanizm jak każdy inny. Powiesz A, musi stać się B. Problem z oczekiwaniami polega na owej przyjemności, wzmocnionej ekscytującą niepewnością i uskrzydlającą nadzieją. To jest to, na co łapie się każdy z nas. Z reguły bowiem nie oczekujemy przecież rzeczy negatywnych, nieprzyjemnych, brzydkich i niechcianych. Oczekujemy dobroci wszelakiej, najczęściej wyolbrzymionej, wielkiej jak nadmuchany do białości balon. Huk! Bam! Trach! No i pękł. Już po balonie. W powietrzu unosi się dramat trójwymiarowy, a my lądujemy w krainie rozczarowań.

Tymczasem….

„Dzień zaczynam, jakbym nic od niego nie chciał, co przyniesie, to przyniesie”.[1]

Oto może i rozwiązanie. Proste, nieskomplikowane a przy tym wyposażone w zaskakującą moc. Moc jaką dają nieograniczone możliwości, biorące się z braku jakichkolwiek limitujących oczekiwań i nierealnych przekonań, że coś nam się należy, że ktoś coś jest nam winien, że córka powinna być sławnym chirurgiem, a syn samym prezydentem, mąż zaś z kolei winien czytać w moich myślach, podczas gdy szef już dawno winien był dać mi podwyżkę, a pies Burek nauczyłby się z toalety korzystać wreszcie, bo kolejny z nim spacer mnie wykończy jak nic. Obciążające, prawda? Aż boli, takie życie!

Tymczasem….

Kiedy człowiek podchodzi do sytuacji z sercem i umysłem szeroko otwartym wtedy cuda się dzieją największe. Wtedy właśnie człowiek dostaje. Od życia i od ludzi. Cały wachlarz podarunków. Kiedy człowiek nie filtruje obsesyjnie każdej sytuacji, nie naciska, nie wymusza, kiedy nie zakłada na oczy ograniczających widzenie klapek budzących w nim instynkt emocjonalnego szantażysty, wtedy widzi jakże więcej. I jeżeli życie mimo wszystko go rani, to jest w tym najczęściej jakiś głęboki sens. Lekcja na drodze duchowego rozwoju. Taka z serii tych, które przenoszą nas na wyższy poziom i dają życiową mądrość. Bezcenna znaczy się.

Zaczynajmy zatem dni bez oczekiwań. Wychodźmy z łóżka czujni i uważni, ale także nieuprzedzeni i bez nastawienia na to czy na owo. Pozwólmy dniu by sam się rozwinął, dajmy mu szansę na akt samonarodzin. Dajmy życiu żyć. Dajmy innym żyć. I nade wszystko podarujmy życie sobie. Niech się dla nas rozwija, niech dzieje się na naszych oczach, niech nas zaskoczy, zachwyci, odurzy. Wyzbądźmy się mózgodramatów, przewietrzmy umysły, wyrzućmy wszystko co nas ogranicza. A potem wchodźmy w życiowe sytuacje otwarci jak księga, gotowi na doświadczenie, na naukę, na rozwój. Niech samo życie kreuje dla nas los, bo nikt lepiej jak ono tego nie potrafi. Niech nam pokaże, którą drogą mamy iść i które wrota mamy pchnąć by znaleźć odpowiedzi. Życie jest bowiem najlepszym rzeźbiarzem, a człowiek inspirującym je kamieniem. I jeśli w upartym przeświadczeniu, że wiemy lepiej, nie pozwolimy życiu tchnąć w nas Życie, to jako ten kamien będziemy tkwić.


[1] Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”


Zobacz także

Fot. Pixabay / Tante Tati /

Spakowałam się w 3 walizki i tak zostawiłam za sobą wszystko co dotychczas miałam. Skoczyłam na głęboką wodę, miałam tylko nadzieję, że potrafię w niej pływać

Nie biega z nożem i nie robi dziwnych min. Jak rozpoznać psychopatę?

Nie biega z nożem i nie robi dziwnych min. Jak rozpoznać psychopatę?

Fot. iStock / sunemotion

Jest takie miejsce w mózgu mężczyzny pełne… niczego. Kobieto, wyjdź z tej głowy!