„Było fajnie, ale mamy rodziny”. Jak porzuca kochanek

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 kwietnia 2016
Jak porzuca kochanek
Fot. Flickr / Thomas Berg / CC BY-SA
 

(…) Kilka miesięcy temu znalazłam się w dość skomplikowanej relacji. Dla wielu może nawet w niezrozumiałej, ale tak się wydarzyło. Jako mężatka zakochałam się, jak łatwo się domyślić nie w mężu. Nie było to zwykłe zauroczenie, które szybko przychodzi i odchodzi. Zakochałam się w swoim przyjacielu. Miłość do niego pojawiała się powoli, zdobył moje uczucie stopniowo, jak kropla, która drąży skałę. Po roku niezobowiązujących spotkań, rozmów, zainteresowania z jego strony, pękłam i dałam temu uczuciu zawładnąć moim sercem.

I w momencie, kiedy ja się otworzyłam, druga strona nagle się zaczęła się wycofywać. Najpierw brak telefonu, brak zainteresowania, unikanie. Jeszcze się łudziłam, że nie ma czasu, ma problemy w domu itp. Ale ta huśtawka emocjonalna mnie wykańczała psychicznie. Poprosiłam o rozmowę i usłyszałam coś czego się do końca nie spodziewałam. „To co nas łączyło zaszło za daleko, nie możemy więcej się spotykać, bo oboje mamy swoje rodziny, a sytuacja jest zbyt skomplikowana. Było fajne, ale się skończyło. On musi myśleć o swojej rodzinie, a nie o mnie, więc koniec”.

To był dla mnie szok. Nie dawałam mu przecież poznać, że z mojej strony było coś więcej, a tu takie niespodziewany obrót rzeczy. Czułam się jak idiotka, przecież wiedziałam, że nie zostawi dla mnie żony, ani dziecka, nawet tego nie chciałam. Miałam przecież swoją rodzinę, dzieci. Nie wiem na co wtedy liczyłam, ale na pewno nie na to.

Po tej rozmowie „wyłam”, nie chciało mi się żyć. Nic mi się nie chciało. Czułam jakby ktoś wyciął mi serce i tak zostawił z pustym miejscem.

Marzyłam tylko o tym, żeby ten dzień się w końcu skończył, a ja o nim jak najszybciej zapomniała, żebym rano wstała i wróciła do normy.

Najgorsze, że musiałam wrócić do domu, do męża i dzieci, i grać, być przynajmniej dobrą matką, bo żoną już nie byłam…

Spotkania i rozmowy z przyjacielem uświadomiły mi, że moje małżeństwo nie istnieje, że z moim mężem łączą nas tylko tzw. sprawy organizacyjne domu, dzieci, że nie mamy wspólnych zainteresowań, pasji, właściwie to poza dziećmi nie mamy nic wspólnego. Mojemu mężowi taki układ pasował, miał zadbaną i ustawioną żonę, czegóż chcieć więcej. Tylko, że mnie już przestało to pasować.

W tym właśnie dniu po jednym rozstaniu podjęłam decyzję o rozstaniu z mężem. O dziwo mąż przyjął to normalnie, takie przynajmniej sprawiał wrażenie, widział, że od dawna mieliśmy problemy i nie potrafiliśmy sobie z nimi poradzić, a może już nie chcieliśmy.

I tak w jeden dzień rozstał się ze mną facet, którego ja bezgranicznie kochałam, a ja rozstałam się z facetem, który jak twierdził, że mnie kochał, ale już nie miał siły na walkę o nasz związek.

I wtedy przyszedł dół. Poczucie, że jestem całkiem sama. Czułam się już tak kiedyś wielokrotnie, ale nie z taką siłą.

Rano nie miałam siły wstać do pracy, pustka wypełniła mi cały dzień…

Musiałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez poczucia, że jestem dla kogoś ważna, bez przyjaciela, do którego mogłam dzwonić w każdej chwili, porozmawiać na każdy temat. W głowie pojawiały mi się tematy naszych rozmów, ale ja już nie miałam rozmówcy, który by mnie wysłuchał.

Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Nie mogłam być nawet na niego zła, bo dlaczego. Przecież chciałam, żeby był szczęśliwy, skoro wybrał rodzinę, to w sumie chwała mu za to.

Tylko co ze mną ? Co ja mam teraz ze sobą zrobić? Jak żyć, kiedy najbliższy mi człowiek odszedł ?

Mówiłam sobie, że to minie, że przecież czas jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Chciałam, żeby minęły kolejne dni, tygodnie, miesiące i wtedy zapomnę o tym wszystkim, stanę na nogi.

Tylko co zrobić z tymi pustymi dniami, jak zmusić się do wstawania codziennie rano, jak zająć się dziećmi, jak pracować ? Co zrobię jak go spotkam?

Musiałam coś wymyślić. Oczywiście próbowałam sobie wmówić, że to co się zdarzyło, to tak miało być, nie mam przecież wpływu na to co się stało, na niego, nie zmuszę nikogo, żeby był ze mną.

Nagle zaczęłam mieć wątpliwości co do tej naszej przyjaźni, może to w ogóle nie była przyjaźń, skoro tak łatwo można mnie wyrzucić ze swojego życia. Czułam się jak stara, niepotrzebna rzecz, której trzeba jak najszybciej się pozbyć, tak szybko, żeby nikt nie zauważył, że w ogóle była w pobliżu. „Mała dziewczynka” we mnie szalała w wymyślaniu jaka to ja jestem beznadziejna. Nie mogłam jej na to pozwolić …

Zaczęłam działać.

Godzinami siedziałam na telefonie z przyjaciółką, która pomagała mi się pozbierać…

Dzięki niej zaczęłam widzieć dobre strony tej sytuacji, zrozumiałam, że trzeba żyć dalej, że powinnam mu podziękować, bo dzięki niemu podjęłam decyzję o rozstaniu z mężem, że mam w końcu szansę być szczęśliwa. Dziękuję Aga 😉

Kiedy tylko nie chciało mi się żyć dzwoniłam do niej i rozmowa z nią mi pomagała.

Problem był tylko w tym, że ja potrzebowałam lekarstwa 24 godziny na dobę, bo „mała dziewczynka” we mnie była bardzo sprytna i dopadała mnie w najmniej spodziewanych momentach.

Przyjaciółka jednak miała swoje życie i rodzinę, więc nie mogłam jej ciągle zawracać głowy. Musiałam wymyślić coś innego, aby zrzucić z siebie te emocje. Zaczęłam pisać pamiętnik i muszę przyznać trochę pomagało. Ale wciąż było mało. Nie należę do osób, które są bierne i czekają, aż nicość je pochłonie. Bałam się, że jak w nią wpadnę, to już nic mnie nie uratuje. Więc musiałam działać. Zapisałam się na terapię. Terapeutka doradziła mi, abym zaczęła sprawiać sobie codziennie jakieś przyjemności.

A ja matka, jeszcze żona, nagle zaczęłam mieć problem z tymi przyjemnościami. Próbowałam sobie przypomnieć, co sprawiało mi przyjemność w młodości. Do głowy wpadło mi bieganie. Kiedyś gdy miałam jakiś problem, to biegałam. To był strzał w dziesiątkę. Zaczęłam od krótkich dystansów, poczułam to.

Zaczęłam biegać słuchając muzyki, a to kolejna nowość. Nie pamiętałam, kiedy tak normalnie jej słuchałam. Więc dostarczałam sobie podwójnej przyjemności.

I tak stopniowo skupiłam się więc na sprawianiu sobie przyjemności.

Nagle w swoim nabitym grafiku znalazłam czas na godzinne bieganie, co było dla mnie również swego rodzaju medytacją. Po dwóch kilometrach problemy przestawały istnieć w mojej głowie. Skupiałam się tylko na biegu. Tak mi się to spodobało, że zaczęłam startować w organizowanych biegach na 5, 10 km. W planach mam półmaraton, a później może maraton.

Zaczęłam marzyć o podróżach, i kiedy pojawiła mi się ta myśl w głowie, dostałam propozycję wyjazdu na 7 dni do Francji, nawet się nie zastanawiałam, kolejna przyjemność. Skoro podróże, to dobrze by było znać język, francuski mi nie leży, ale zapisałam się na angielski. Chodzę raz w tygodniu, zaraz po pracy.

Wieczorami, żeby nie myśleć czytałam, właściwie pochłaniam książki, gdy tylko kończyłam jedną już musiałam mieć kolejną w pobliżu. Bałam się bezsennych nocy i tego ciągłego rozmyślania, więc wolałam czytać i zasypiać zmęczona.

To był mój sposób na przeżycie tej żałoby, o której mi mówiła moja terapeutka i pokonania tego kryzysu. Wiem, że nikt za mnie tego nie zrobi.

Nie chciałam tylko biernie czekać, aż minie ten czas. Nie chciałam, aby moje dzieci widziały wciąż smutną, zniechęconą do życia matkę. Wiem, że przez to bieganie, podróżowanie ( bo nagle pojawiły się też inne propozycje wyjazdów) i inne moje zajęcia, one tracą, bo nie spędzam z nimi wystarczająco dużo czasu. Wtedy mówię sobie, że robię to również dla nich, bo jak ja będę szczęśliwa, to przecież one również na tym skorzystają.

Życie jest za krótkie, a im człowiek starszy tym ten czas biegnie jeszcze szybciej. Nie mogłam czekać pół roku, czy roku i nic nie robić, tylko tkwić w tym dole. Nie mogłam na to pozwolić. Dlatego działałam i nadal działam.

Nie mówię, że nie boli. Boli, każdego dnia, gdy pomyślę, że to koniec mojej miłości  (dziwne, że w tym wieku tak ją przeżywam, ale nie zastanawiam się zbytnio nad tym) , że mąż się wyprowadził i że jestem sama, choć w tym przypadku na własne życzenie, ale to też boli, że się nam nie udało.

Boli i to bardzo, ale wiem już, że to minie. Może znowu będę smutna, pełna żalu i zrezygnowania jeden, góra dwa dni. Akceptuję to, nawet się temu chwilowo poddaje. Ale nadal sprawiam sobie małe przyjemności, one weszły mi już w krew i to mi pomaga.

Gdy czuję, że się rozsypuję, wkładam strój do biegania i deszcz, śnieg czy wiatr mi nie przeszkodzą. 5 km biegu dla mnie działa cuda. Wracam pełna endorfin i mogę żyć dalej. Czasami zdarza się, że nawet te 5 km nie zdziała cudów, to wtedy się poddaję. Daję sobie czas na płacz, smutek, ale góra dwa dni. Później wiem, że wrócę do mojego stanu zero. Bo lepszy stan zero niż ten poniżej kreski. A kto wie może niedługo przekroczę stan zero i wyląduję na plusie?

Na razie pilnuję stanu zero. A czas pokaże…

Kama


List nadesłany w ramach naszej akcji: „Pokonałam kryzys. Ty też możesz”.

 


Marzenia są przereklamowane. Gdyby nie one, nasze życie byłoby lepsze

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Lea Dubedout / CCO
 

Po co marzyć? Nic tak nie frustruje jak marzenia. To one pokazują nam, w którym miejscu jesteśmy i boleśnie przypominają o codzienności.

Bo pomyślmy: wstaję rano, ogarniam dzieci, zbieram się do pracy. Kawa, śniadanie, przepychanki poranne – bo co ubrać, a gdzieś się zapodział zeszyt, a mąż ma znowu wszystko ma w d*pie i wychodzi wcześniej. I luz. Której z nas nie dotyka taki poranek, choćby od czasu do czasu.

I gdyby nie marzenia byłybyśmy w tym poranku opanowane. Nie wkurzałybyśmy się marząc o innej pracy, albo o innym mieszkaniu, czy w ogóle innym  miejscu do życia. No dobra, czasami też o innym facecie.

O ile nasze życie byłoby spokojniejsze, gdybyśmy przestały marzyć. Dały sobie święty spokój z tymi bzdurami typu: „Marzy mi się, żeby…”. Tiaa jasne, żeby dostać gwiazdkę z nieba. Sięgnąć niemożliwego. Naiwna.

W końcu marzenia w dosadny sposób pokazują nasze porażki i rozczarowania samymi sobą. Zaczyna się od marzeń, kim będę, kiedy dorosnę. Liczyłam, że zostanę lekarzem, może stewardessą, a może otworzę biuro rachunkowe. I ZONK. Wylądowałam w budżetówce, na średnio płatnym stanowisku, albo wokół zawistnych kobiet, które tak jak ja marzyły o zupełnie innym życiu. Ale cóż, mają to co mają.

Później marzyłam o księciu na białym koniu. Miał być wysokim brunetem o ciemnych oczach. Inteligentny, wrażliwy i koniecznie z poczuciem humoru. Trafił się korpulentny blondyn – ale wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Okazało się, że facet bez specjalnej pasji, wygodny, i bierny. I może nigdy bym się nim nie rozczarowała, gdyby nie te cholerne marzenia o księciu kiedyś, a teraz o romansie z tym mimo wszystkim wysokim brunetem.

O ile życie byłoby łatwiejsze bez marzeń. Lądujesz w mieszkaniu, o ogrodzie pozostaje nadal ci marzyć. Z dziećmi jeździsz nad morze, choć wieje i pada, no bo jak w góry skoro one nie przejdą nawet kilometra, a żeby jechać gdzieś dalej? Przecież nie wysiedzą w aucie. Marzenia są po to, żeby o nich marzyć, więc siedząc opatulona w koc na plaży w Ustce, marzysz o miejscu, w którym właśnie chciałabyś być. A tak, może pogoda wcale by ci nie przeszkadzała i nie psuła nastroju.

No i jeszcze marzenia na swój temat. Chciałaś realizować swoje pasje, być kobietą ciekawą świata, ludzi. Kiedy myślałaś o sobie w przyszłości, uśmiechałaś się do siebie. Wow – wykorzystam życie do granic możliwości – zakładałaś, będę punkt po punkcie realizować to, co sobie wyznaczę. I będę szczęśliwa. To było twoje marzenie. I gdyby nie ono, dziś pewnie byłabyś naprawdę szczęśliwa, a nie sfrustrowana tym, co osiągnęłaś, a co dalekie bywa od tego, o czym marzyłaś. Owszem masz dzieci, mieszkanie, jakąś tam pracę (choć powiedzmy sobie szczerze – tyłka nie urywa). I mąż nie najgorszy, przecież bywają ci co biją i piją, a twój po prostu jest powszedni, bywa nudny i zwyczajny. Ot, życie.

Nie chcesz się konfrontować z marzeniami. Bo i po co. One są w tej sferze niedoścignionej, nieosiągalnej, choć nadal są tacy, którzy życzą ci „spełnienia marzeń” na urodziny, święta i imieniny. To najgorsze z życzeń, jakie możesz otrzymać. Phi – spełnienie marzeń, też mi coś, bzdura.

Gdybyśmy nie marzyli, nasze życie byłoby prostą linią, po której byśmy się posuwali do przodu. Nie mielibyśmy ani wzlotów, ani upadków. Nie płakalibyśmy nad sobą, nie myśleli, że jesteśmy tchórzami, którzy boją się zrobić krok w inną stronę niż tę, którą właśnie idziemy. Nasze życie byłoby zwykłe, bez niespełnionych oczekiwań, i smutku za tym, czego nie spróbowaliśmy.

Nie oczekiwalibyśmy dla siebie lepszego życia, albo innego. Nie myślelibyśmy o tym, co moglibyśmy osiągnąć, o zmarnowanych szansach i niewykorzystanych okazjach, które zaprowadziłby nas zupełnie gdzie indziej.

Więc jeśli nie zamierzasz realizować swoich marzeń, porzuć je. Daj sobie spokój. Przestań myśleć nad poranną kawą, jakby to było, gdyby twoje marzenie się spełniło. Przestań w nocy, kiedy nie możesz spać, zastanawiać się, kim byś była, gdybyś odważyła się zrobić coś, o czym zawsze marzyłaś.

Po co marzyć, skoro w ogóle tych marzeń nie chcemy spełniać. A przecież rolą marzeń nie jest sprawianie nam przykrości, wytykania palcem i mówienia: „Hahaha ty naiwna i co? I po co ci to było? To marzenie zmarnowane? Myślałaś, że samo się spełni?”.

Bo marzenia same się nie spełniają. Taka ich przypadłość. Nie wystarczy marzyć, żeby coś mieć. Po marzenia trzeba sięgać. Więc jak już marzysz, to odważ się je spełniać. Może się okazać, że niektóre z marzeń, wcale nimi nie są. Są jakąś mrzonką, do której wcale nie chcesz dążyć, ale na ich miejscu pojawiają się te, o które będziesz chcieć walczyć. W które uwierzysz.

Składamy się marzeń. Z takich małych drobnostek, kolorowych koralików, więc skoro je mamy, skoro są naszym udziałem, to dlaczego za nimi nie podążyć? Dlaczego zamykać je szczelnie w jakimś pudełku i nie pozwolić rozbłysnąć. Przecież to nasze marzenia, one nam nie zrobią krzywdy, wręcz przeciwnie, uczynią nasze życie takim, jakim byśmy chcieli, żeby było. A przecież życie mamy tylko jedno i nie da się marzyć o kolejnym, o innym, o powtórce. Po co o tym marzyć, skoro się nie spełni to, co niemożliwe.

A cała reszta? Wszystko jest w naszych rękach. Wszystko. To kim jesteśmy, gdzie będziemy zależy tylko i wyłącznie od nas. Pytanie, czy tego chcesz naprawdę? Bo jeśli nie, przestań marzyć i ciesz się tym co masz, po prostu.


„Ja byłam w ciąży, ona też. Podwójne życie mojego męża”. Kolejny list z naszej akcji „Pokonałam kryzys”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 kwietnia 2016
Fot. Pexels / Pixabay / CC0 Public Domain

Wydawało mi się, że jesteśmy fajnym małżeństwem. Znajomi mówili, że jesteśmy lepszym małżeństwem niż byliśmy parą przed ślubem. Tak było. Jak już zamieszkaliśmy razem poczułam wreszcie, że stanowimy jedność, mimo że wtedy byliśmy ze sobą już 6 lat.

7 miesięcy po ślubie urodziła nam się córeczka i to już była pełnia szczęścia. Pamiętam te smsy „Jesteście dla mnie wszystkim. Obydwie”, „Kocham Was” itp. Mimo, że był to czas, gdy obydwoje dopiero zaczynaliśmy rozwijać się zawodowo, więc też dopiero zaczynaliśmy się dorabiać, to nie było na co narzekać. Mieliśmy mieszkanie (wprawdzie na kredyt, ale niezbyt wysoki), dwa samochody, spore grono stałych znajomych (dzisiaj wiem, że część z nich to przyjaciele), rodziców, którzy chętnie zostawali z malutką, gdy my chcieliśmy gdzieś wyskoczyć, albo zwyczajnie odpocząć.

Oczywiście bywały różnice zdań, proza życia (zawsze umiejętnie starałam się ją urozmaicić wyjazdami i spotkaniami ze znajomymi), brak czasu (hmm, błędne koło – częste spotkania towarzyskie, a jednoczenie brak czasu na odpoczynek), drobne kłótnie, ale nigdy takie, żebym uznała, że są czymś zagrażającym naszemu związkowi. Czułam, że się kochamy, ale najbardziej pielęgnowałam poczucie, że jak będą jakieś problemy to damy radę, póki mamy siebie…

Po pół roku od urodzenia córeczki wróciłam do pracy, pojawiły się nowe możliwości zawodowe. Pełnia szczęścia w domu i w pracy. Mój mąż (policjant) też zaczął poważnie myśleć o swoim rozwoju zawodowym. Tylko w jego „firmie” nie było takie proste. Żeby cokolwiek osiągnąć, pójść wyżej, trzeba było ukończyć kurs oficerski w Szczytnie (psycholog z Komendy Głównej powiedziała mi kiedyś, że oni nazywają tą szkołę „Pacanowem”). Tak więc mój mąż myślał o Szczytnie, a ja … zaczęłam myśleć o drugim dziecku. Zapytałam kiedyś co on na to. Powiedział „fajnie, będziemy mieli dwa takie małe bąki”.

Zawsze lubiłam wszystko planować. Lista rzeczy na wakacje. Lista wydatków na wyjazdach. Lista zakupów. Zaplanowałam więc kiedy urodzę drugie dziecko. Na wiosnę, wtedy urlop macierzyński spędzę na wakacjach, później jesień i Święta Bożego Narodzenia na zaległym urlopie i z Nowym Rokiem szczęśliwa żona i mama wróci tryumfalnie do pracy. Żadnych problemów nie przewidywałam, bo przy takiej pełni szczęścia nie ma mowy o problemach.

Mój plan się udał… prawie. W wakacje zaszłam w ciążę (termin na kwiecień zgodnie planem). Test ciążowy robiliśmy na wyjeździe ze znajomymi. Mój mąż tymczasem dostał wreszcie zgodę na kurs oficerski w Szczytnie. Pół roku poza domem – wyjazd z początkiem września. Zawsze byłam optymistką, wiec i tym razem cieszyłam się z jego sukcesu, myśląc, że dobrze się wszystko złożyło.

Pranie „mózgu” w Pacanowie

No i pojechał… i zmieniał się z każdym tygodniem. Wracał i miał pretensje o wszystko. Że nieposprzątane, że stare jedzenie w lodówce. A dla mnie pierwszy trymestr był… jak pierwszy trymestr. Wszystko śmierdziało okropnie, więc unikałam otwierania lodówki (za wyjątkiem robienia jeść dziecku – mała miała już ponad 2,5 roku). Non stop mogłam spać. I żeby mi się tak chciało jak mi się nie chciało. Cały czas pracowałam zawodowo, do ósmego miesiąca ciąży. A moja trzylatka była baaardzo absorbująca. Moi rodzice pomagali. Do dziś pomagają … Postanowiłam kiedyś, że też chcę być w przyszłości tak wielkim wsparciem dla moich dzieci.

No dobra, pojechał. W pierwszym miesiącu przyjeżdżał jeszcze co weekend…

Później mówił, że może tylko dwa razy w miesiącu bo mają jakieś służby. A jak już przyjeżdżał to drażniłam go pod każdym względem. Oczywiście wtedy myślałam, że to środowisko go tak zmienia. Ten „stan kawalerski” i trudność nagłych powrotów do obowiązków, dziecka i żony, która też miała swoje oczekiwania, bo oczywiście nie przyjmowałam tego wszystkiego bezkrytycznie. Przestaliśmy też ze sobą sypiać, bo mówił, że boi się, że to zagrozi ciąży. To też łyknęłam. Im bliżej rozwiązania, tym bardziej czułam się samotna. Zawsze uważałam, że mam w nim nie tylko męża, ale też przyjaciela. Tymczasem on sukcesywnie przestawał ze mną rozmawiać. Zostałam sama ze „swoją” ciążą i trzylatką, którą kochałam bezgranicznie, a która tęskniła za tatą.

Pod koniec ciąży i jego pobytu w Szczytnie, postanowiłam, że będę walczyć i pomogę mojemu mężowi znowu odnaleźć się w domu, wrócić do rodziny, do mnie i dzieci. Na dwa tygodnie przed jego powrotem do pracy, po półrocznej przerwie na Szczytno, zorganizowałam tygodniowy wyjazd do Zakopanego na narty. Obydwoje zawsze lubiliśmy jeździć na nartach. Tym razem wiadomo było, że w 9 miesiącu ciąży nie pojeżdżę. Chciałam, żeby Z. pojeździł, spędził czas ze mną i z małą, przypomniał sobie jak fajnie jest nam razem, jak potrafimy spędzać razem czas. Drugi tydzień miał być już w domu, żeby przygotować się do porodu. Jeszcze w Zakopcu powiedział mi, że zadzwonili z pracy, że na drugi tydzień urlopu chcą go wysłać na szkolenie… do Szczytna. Nie mają kogo wysłać bo jest dużo roboty, a jego i tak nie było pół roku to za jednym zamachem może i to ogarnąć. Łykałam wszystko jak młody pelikan.

Później już wszystko potoczyło się z górki. Choćbym nie wiem jak się oszukiwała, wiedziałam, że jest źle. Bardzo źle. Urodził się nasz synek – to była dla mnie ogromna radość. Z. nie wykazywał entuzjazmu. Wychodziliśmy do domu w dniu katastrofy smoleńskiej. Jak to u młodej mamy, hormony buzowały. Miałam przy sobie noworodka, zszokowaną trzylatkę potrzebującą mamy i taty i do tego siedziałam przed telewizorem i płakałam. Płakałam jak cała Polska. Tyle, że ja patrzyłam na wspomnienia o Marii i Lechu Kaczyńskich (których dopiero wtedy zaczęto pokazywać jako przykładne małżeństwo) i myślałam o tym, że moje małżeństwo takie nie jest. I płakałam, że mój mąż tak nie chce, że tego nie potrzebuje, że nie czuje tego co ja. Miałam wrażenie, że przeszedł solidne pranie mózgu. Inny człowiek.

Tryb pracy Z. też bardzo się zmienił. Częste wyjazdy „służbowe” i wszystko tajne przez poufne. Wiedziałam tylko do jakiego miasta, a na jak długo … trudno mu było przewidzieć. Co jakiś czas potrzebował odpocząć, więc jechał z „kolegami” na motor. Pierwszy raz tak pojechał jak nasz synek miał tydzień i oko zaropiałe od zatkanego kanalika łzowego, tak że groziło to zabiegiem. Z. był tym niewzruszony. W ogóle nic go nie wzruszało. Był nieobecny duchem, całymi wieczorami siedział przy komputerze (nie wiedziałam co robi, bo skutecznie odwracał moja uwagę) i raczył się whisky.

Nadeszły wakacje. To było najgorętsze lato od lat. Pamiętam dokładnie. Najpierw zagrożenie powodziowe, bo podobno jeździł pilnować wałów przeciwpowodziowych, a później upały nie do wytrzymania. Ja siedziałam z dziećmi w bloku w Warszawie, w gorących murach (mimo że mój plan zakładał cudowny, wyjazdowy, rodzinny urlop macierzyński), a Z. miał ciagłe wyjazdy „służbowe”.

Byłam załamana, nie wiedziałam co robić, miałam dwoje dzieci, a myślałam tylko o tym, że moje małżeństwo się wali. Nie wiedziałam jak z tego kryzysu wyjść i nie rozumiałam co takiego się wydarzyło, że się rozwaliło. Tak po prostu. Bez kłótni, bez niezgody, bez nieporozumień. Powolne obumieranie. Wtedy wkroczył tata. To był jeden dzień prawdy. Już nie dałam rady dłużej udawać, że jest wszystko w porządku.

Tata: Gdzie jest Z?

Ja: Wyjechał

Tata: Dokąd?

Ja: Do Koszalina – w delegację

Tata: samochodem?

Ja: Tak, służbowym

Tata: Gdzie swój zostawił?

Ja: Pod stołeczną (Komenda Stołeczna)

Tata: pakuj małego, jedziemy

Zrozumiałam od razu co ma na myśli, chociaż gdy sama wcześniej o tym myślałam, to odrzucałam to od siebie. Samochodu pod stołeczną nie było. Pojechał swoim. Czyli nie służbowo… Wrócił następnego dnia wieczorem. Zeszłam do samochodu spisać stan licznika, a znalazłam paragon ze stacji benzynowej w Olsztynie. Nietypowa trasa do Koszalina … Już wiedziałam, ale wciąż nie chciałam w to wierzyć. Myślałam, że może to platoniczne zauroczenie. Może jeszcze nic się nie wydarzyło. Wiedziałam tez do kogo jeździ. Była tylko jedna kobieta na kursie, o której mimochodem wspominał.

Później już wszystko potoczyło się szybko. Znalazłam wszystko co mogłam znaleźć, ale najgorsze były ich pisemne rozmowy na Skype. Zrozumiałam dlaczego ciągle siedział wieczorami przy komputerze. Pisał tez o mnie, pogardliwie, bez szacunku. O dzieciach, bez uczucia. Za to z najdrobniejszymi szczegółami o ich łóżkowych eksperymentach. Ona też w to brnęła mimo wiedzy o ciężarnej żonie i małym dziecku. Suka przez duże S. Kiedyś do niej zadzwoniłam prosić, żeby go zostawiła. Potraktowała mnie jak gówniarę, jakby niewystarczająca była krzywda, którą mi wyrządzała. Wtedy nie miałam dowodów, więc tylko podkuliłam ogon. Dotarło do mnie jedno – póki im tego nie udowodnię to oni się nie przyznają, a romans się nie skończy.

Sierpień. Z. znowu był na wyjeździe. Nie mogłam spać. Nie mogłam jeść. Nie mogłam myśleć o niczym innym. Znalazłam to czego szukałam. Smsy, maile, skype, wyciągi bankowe z płatnościami na stacjah benzynowych, zdjęcia. Wiedziałam już, że to nie był przelotny romans. Trwał od września. Ledwie zdążył wyjechać na ten pieprzony kurs. Nie wracał na weekendy, bo wyjeżdżał z nią. Co tam, że w domu żona w ciąży, że córka (kiedyś oczko w głowie). Zadzwoniłam i powiedziałam, że już wszystko wiem. Nie przejął się, uznał mnie za wariatkę. Spakowałam go w worki na śmieci i zawiozłam do jego rodziców. Dopiero wtedy wrócił.

Pokonać kryzys? Jak? Przecież to nie kryzys, to koniec życia!

Cios w plecy? Nie. Raczej brak sensu w życiu, brak poczucia własnej wartości, całkowity brak akceptacji siebie. Rozpacz. Nie spałam. Nie jadłam. Ważyłam 47 kg, a byłam matką karmiącą. Praktycznie straciłam pokarm. Nastąpiła wegetacja. Bałam się zasnąć, bo bałam się swoich snów. A w nich oni razem, a ja sama. Już do końca życia. I to ciągłe poczucie niepokoju, ucisku, gdzieś w klatce piersiowej i w żołądku. Zasypiałam z nim i budziłam się z tym uczuciem, a już nie mogłam go udźwignąć. Dzisiaj wiem, że jak zaczynam to czuć, to oznacza, że mój organizm mnie ostrzega.

Nie wierzyłam, że jestem w stanie poradzić sobie z tym sama. Poszłam do psychologa. W Komendzie Głównej. Oczyszczająca rozmowa, ale niestety już na wstępie usłyszałam, że jednorazowa. Nie mogą udzielać pomocy rodzinom policjantów. Na chwilę pomogło. Na krótko. Ale pomogło, wiec szukałam dalej. Koleżanka mi kogoś poleciała. To było nawet zabawne, bo po 45 minutach opowiadania swojej historii usłyszałam, że mam się wykąpać w płatkach róż. Ta pani utwierdziła mnie w przekonaniu, że żaden psycholog mi nie pomoże.

Tymczasem Z. zmienił taktykę. Chciał wrócić. A ja chciałam, żeby wrócił. Nie mogłam przestać myśleć o tym co czytałam, ale chciałam , żeby wrócił. Dużo mówił o tym, że chce naprawiać, ale teraz z perspektywy widze, że on w ogóle dobrze przekonuje. I to by było na tyle, bo nie próbował zrobić żadnego kroku dalej. Wynajmował mieszkanie, mieszkał sam, na dzieci nie płacił, bo skoro wynajmuje to mu ciężko i żalił się na swój smutny los. A ja naiwna myślałam, że biedny, że muszę mu pomóc i tak próbowałam uporać się ze sobą i nie utrudniać życia Z. żeby tylko chciał wrócić. A czułam ogromną pustkę, przeraźliwy żal, który wypalał mi serce. Żal za swoim idealnym wyobrażeniem rodziny, której nie ma. Żal, że dzieci nie maja taty, a powinny mieć mamę i tatę. Katowałam się swoją wyobraźnią i swoimi projekcjami. Katowałam się, ale jednocześnie w przebłyskach racjonalności myślałam: o Boże, jak ja wrócę do pracy? Jak nie stanę na nogi to zawalę i pracę. Mam dwoje dzieci – muszę się ogarnąć, zająć się pracą. I wróciłam do pracy po 5 miesiącach od porodu. Do ludzi, których lubiłam, do dobrej atmosfery, do obowiązków, które lubiłam. Praca zaczęła pomagać. To była odskocznia od lawiny myśli. Ale i tak gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że czas leczy rany to bym powiedziała „Gówno prawda”. Teraz wiem, że leczy, ale od to nas zależy jak szybko.

Czułam, że muszę działać. Przypadkiem trafiłam na mediatora. Z. się zgodził, parę razy poszliśmy. Nie udało się, ale pamiętam jedną rzecz, którą pani mediator/psycholog powiedziała „Pani mąż nigdy nie podejmie decyzji”. Miała rację, a to było 5 lat temu. Szkoda, że nie wyciągnęłam wniosków. Po tej próbie postanowiłam, że nie pójdę już do żadnego psychologa, ale nie zdecyduję się na rozwód, póki nie będę czuła, że zrobiłam wszystko co mogłam. Jak coś się psuje to trzeba to naprawić, a nie wyrzucić. Tym razem ja zmieniłam taktykę. Postanowiłam zrobić coś dla siebie. Kto by chciał wrócić do zblazowanej, smutnej żony. Czas wziąć się za siebie. Z każdym miesiącem szukania możliwości wyjścia z tego impasu czułam się silniejsza. Chciało mi się bardziej. Znalazłam studia podyplomowe. Co ciekawe, zawsze podświadomie o nich myślałam, tylko przy Z., który zawsze realizował swoje zainteresowania, na moje jakoś nie było czasu. Motywacja też wtedy była słaba. Można by powiedzieć, że dzięki tej sytuacji zaczęłam realizować swoje marzenia, rozwijać się i szybciej iść do przodu (trzeba szukać pozytywów 😉 ). Co wybrałam? Psychologię społeczną. Pomogło i to bardzo. Na pierwszym wykładzie usłyszałam, że każdą traumę trzeba przeżyć, przetrawić te emocje, ale w pewnym momencie trzeba temat zamknąć i iść do przodu. Pani Profesor mówi do mnie, niesamowite – pomyślałam. Wyszłam i wiedziałam, że te studia to będzie zwrot. I był. W pracy, w domu, znajomi, przyjaciele, wszyscy zauważyli we mnie nową energię, fascynację nową tematyką. Wszyscy, tylko nie Z. Rzeczywiście zaczęłam rozumieć że ludzie są różni, różnie myślą, za mało mówią o emocjach, często rozumieją co innego niż chcemy przekazać. Oczywiste oczywistości. Postanowiłam poprosić Z. wprost, żeby do nas wrócił. Odmówił. W różnych odstępach czasu prosiłam trzy albo cztery razy. Tak bardzo wprost, że bardziej się nie da. Mówił, że niegotowy, że nie wie czy to się da posklejać, że to trudne. Nie wrócił. Popełniałam jeden błąd, którego wtedy nie dostrzegałam dopóki nie przeczytałam u M. Bennewicza, że jeśli jakaś sytuacja pojawia się po raz kolejny, to znaczy, że poprzednio nie wyciągnąłeś z niej wniosków. I to kolejna prawda, której się trzymam. Z. zachowywał się schematycznie. Był w miarę miły, sprawiał wrażenie, że chce naprawiać, jak zaczynałam prosić, żeby wrócił to miał wymówki. Ja wtedy zaczynałam trudne rozmowy (nie chciałam żyć w rozkroku), to on był mną podirytowany. A ja ze strachu, że odejdzie (chociaż nigdy nie wrócił) odpuszczałam. Jak straszyłam rozwodem, znowu zaczynał się starać. Teraz wiem, że było mu wygodnie. Nie płacił na dzieci, mieszkał sam, spotykał się z kim i kiedy chciał, a do dzieci przyjeżdżał jak akurat naszła go ochota.

W końcu, nieustająca praca nad sobą i czas, rzeczywiście zaczęły leczyć tą ranę. Poczułam, że idę do przodu. Relacje z Z. były niezłe, ale gdy poznałam schemat jego zachowań wiedziałam, że czas pomyśleć nad kolejnym etapem życia. Nauczyłam się rozpoznawać tą manipulację i teraz nadszedł czas, żeby nauczyć się jej przeciwstawiać. Czas na decyzję. Albo w jedną, albo w drugą. To był ostatni raz, gdy poprosiłam Z. o powrót. Odmówił na swój pokrętny sposób. Jeszcze ze 3 miesiące zajęła mi decyzja, po czym postanowiłam złożyć pozew o rozwód. Dzień, w którym to zrobiłam, to był dzień, w którym poczułam się wolna. Poczułam, że życie toczy się dalej i mogę wszystko! I fajnie, gdybym mogła na tym zakończyć ;), ale najwyraźniej Pan Bóg uznał, że jestem w stanie udźwignąć więcej (w ramach samorozwoju i ćwiczenia siły charakteru).

Wyznaczono mi termin sprawy rozwodowej. Czułam się dobrze, spokojna, nie byłam zestresowana. Miałam poczucie, że podjęłam bardzo dojrzałą i przemyślaną decyzję. Wieczór przed sprawą dostałam od Z. smsa, że to niepotrzebne, można spróbować jeszcze raz itp. Zostawiłam to, ale chwilowy bałagan w mojej głowie jaki spowodował, pokazał mi, że to jeszcze nie koniec mojej pracy ze sobą. Niedługo po rozprawie (30 min, be orzekania, bo chciałam sobie oszczędzić szarpaniny i z wyraźnie przychylną mi sędzią) dowiedziałam się, że Z. wyjeżdża zagranicę. I dobrze. Niech jedzie, nie będzie go 9 miesięcy.

Druga fala kryzysu …

Pierwszych kilka miesięcy było bardzo dobrze. Mogłam liczyć na pomoc rodziców, bo moja córeczka poszła do szkoły, a maluch był już w przedszkolu. Nikt mi nie mieszał w harmonogramie dnia, ani w głowie. Pracowałam, wychowywałam dzieci, w ramach rozwoju osobistego i zawodowego poszłam na kurs trenera biznesu. To był kolejny ważny krok w budowaniu samoświadomości i pewności siebie, a także nowe relacje, które utrzymuję do dzisiaj. Z Z. rozmawiałam na Skypie, tyle ile musiałam.O dzieciach.

Nagle, tuż przed końcem swojego pobytu zagranicą zmienił ton. Zaczął mi wysyłać smsy, wyznania „Nigdy nie przestałem Cię kochać i mam nadzieję, że Ty mnie też … Dużo Cię to będzie kosztowało, ale jeśli to przejdziemy to jesteśmy nie do zniszczenia”. Ku… teraz? A gdzie byłeś jak cokolwiek jeszcze było? Problem polegał na tym, że jeszcze jedno miałam nieprzepracowane. Ogromny żal, że dzieci nie mają taty – tu , blisko, na co dzień. A Z. był mistrzem manipulacji nawet będąc daleko. Na imieniny dostałam bukiet kwiatów z dopiskiem „od męża”. Zaczął dzwonić, interesować się, wysyłać miłe smsy. I to było miłe, bo kobieta, która jest sama, chce się czasem poczuć jak kobieta, a nie tylko mama. Miesiąc przed ostatecznym powrotem do Polski przyjechał na przepustkę. Zaszła radykalna zmiana. Mówił, że żałuje, kocha, tęskni, potrzebuje i co najważniejsze nie tylko dzieci, ale też mnie. Potrafiłam słuchać siebie, a mój instynkt samozachowawczy mówił mi: „Nie słowa, a czyny świadczą o człowieku – uważaj!”.

Z drugiej strony było miło jak dawno nie było. Dzieci też to zauważyły. To był tydzień, po którym postanowiłam, że jeśli będzie o to zabiegał to dam nam szansę. Znowu wyjechał na zagranicę. W tym czasie dzwoniliśmy, sporo rozmawialiśmy. Po trzech tygodniach wrócił na stałe do Polski. Zamieszkał u rodziców. Znowu był jakiś inny. Jakby nie było żadnych rozmów i deklaracji. Czułam, że cos nie gra. Znowu kłamał. Po kilku zbiegach okoliczności (pamiętajcie, że nie ma zbiegów okoliczności) zorientowałam się, że nie mieszka u rodziców. Jak nie u rodziców to gdzie i z kim? Do niczego się nie przyznał. Mieszkał z nią, panią przez duże S z Olsztyna. Tą samą, która poznał na kursie. Prawie od razu po kursie przeprowadziła się do Warszawy. Zorientowałam się jak zobaczyłam ją w telewizji – rzecznik prasowy. To było jak grom z nieba, gdy jesteś przekonana, że tamto zostało zakończone 5 lat temu, a ona jest daleko stąd. A teraz z nią mieszka. To po co to było? Te kwiaty, smsy, telefony? To był moment, w którym po raz drugi nie miałam siły. Dzieci wyjechały na wakacje, a ja chodziłam do pracy, bo musiałam. Nie gotowałam bo nie miałam dla kogo. Jak nie gotowałam to nie jadłam. I udawałam, że jest dobrze. Mogłabym tak udawać, gdyby nie ten ucisk w klatce piersiowej, który zawsze mi mówi, że coś niedobrego się dzieje. I znowu zbieg okoliczności ;). Zadzwonił dawno niesłyszany kolega. Po prostu , co słychać. Nie umiem kłamać, chociaż bardzo chciałam. Powiedział, że ma fajną psycholożkę. Nie dziękuję, już to przerabiałam. Poza tym nie mam czasu. „Ona jest na Skype.” Jednak nie, dziękuję. „OK., jak uważasz, przemyśl. „Przemyślałam tego samego dnia. To co zbudowałam przez te wszystkie lata uczenia się radzenia sobie z emocjami, to nie poddawać się. Próbować. Ciągle próbować. Jak coś nie działa to szukaj czegoś innego.

Tak poznałam Ulę, to był sierpień. Najpierw musiałam poradzić sobie z kryzysem. Rozmawiałyśmy od czasu do czasu o emocjach. Nauczyła mnie wsłuchiwać się w siebie. Taki self-coaching. Nie dość, że bardzo szybko doszłam do siebie, to jeszcze miałam energię jakiej już dawno nie miałam. Od razu tez pojawiły się nowe możliwości w pracy. Taka siła przyciągania. Jak emanujesz pozytywna energia to przyciągasz pozytywne. Koleżanka mnie zapytała czy się przypadkiem nie zakochałam 😉 Poczułam, że tym razem wygrałam. Nareszcie byłam wolna od tych negatywnych emocji. Z Ulą do dziś rozmawiamy, tylko teraz to już prawdziwy rozwój osobisty. Kreowanie rzeczywistości.

Nowy rok, nowy kryzys ?

Gdy wchodziłam w Nowy Rok, czułam, że to będzie dobry rok. Relacje z Z. były poprawne. Dziećmi zajmował się byle jak (to że nie pozwalałam na kontakty z panią przez duże S nie sprzyjało), ale czasem się zajął. I nagle, w jedną ze styczniowych sobót moja córka, po powrocie od taty, z przerażeniem w oczach powiedziała „Mamo, tata ma chyba dziecko”. No i ma – czteroletnie – widziała zdjęcia, nawet nie miał odwagi jej powiedzieć. Szok, niedowierzanie, odświeżanie pamięci, kiedy to mogło być? Kto wiedział? W rodzinie, wśród starych znajomych nikt. Podwójne życie. Pierwszego dnia śmiałam się z tego i byłam zadowolona ze swojej pracy nad sobą, bo przecież w ogóle mnie to nie rusza. Drugiego dnia rano, nie mogłam wstać, a obudził mnie taki ból głowy jakbym była na kacu. Trzeciego dnia dużo myślałam, słuchałam emocji, analizowałam i nareszcie czwartego dnia wstałam z myślą, że jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Przecież, gdybyśmy się zeszli kilka lat temu, a ja bym się dowiedziała, że ma dziecko to byłby przewrót dla całej rodziny, cios dla dzieci, gwałtowne rozstanie rodziców. Tak było lepiej.

Gdzie jestem dzisiaj? Dzisiaj już nie myślę, że ktoś mi rozwalił rodzinę. Mam wspaniałą trzyosobową rodzinę, jeździmy na nartach, na rowerach, na rolkach. Chodzimy do kina i do teatru. Dla moich dzieci, podobnie jak dla mnie, musi się dziać, tacy jesteśmy nadaktywni i uwielbiamy się przytulać. Kocham ich za tą nadaktywność, bo to po mnie. Mamy cudowną, dużą i wspierającą się rodzinę wokół nas. Mam wspaniałych przyjaciół (również w pracy), którzy byli ze mną przez cały ten czas, przez 6 lat. Jak mi ktoś powie, że jestem samotną matką, to mogę się z nim policytować 😉 Czasem wręcz pragnę samotności.

Pozwoliłam Z. zabierać dzieci do siebie (w końcu mają siostrę) i nie płaczę w poduszkę z tego powodu, nie cierpię. Zresztą nadal na noc chcą wracać do mamy i niech wracają. Niech wiedzą gdzie zawsze odnajdą poczucie bezpieczeństwa. Relacje z Z. są słabe, nijakie. W zasadzie brak relacji, ale do czego mi one potrzebne? Niech buduje relacje z dziećmi, bo jak nie zbuduje, to za parę lat, gdy on będzie ich potrzebował, one nie będą potrzebowały jego.

Przestałam też myśleć o tym, że muszę znaleźć dzieciom ojca. One już mają ojca. Teraz ja chcę się znowu zacząć spełniać jako kobieta. Teraz myślę co mogę zrobić dla siebie, jeszcze więcej. Mam energię i chęć do działania. Szukam inspiracji. Przypomniał mi się taki tekst, nie wiem czyj, ale tak się czuję „Mogę mieć świat u stóp, ja nie przypuszczam, ja to wiem. Mogę mieć takie życie jak inni mają sen”.

Kryzys? Nie zdziwię się, jak Z. znowu mnie czymś niemiło zaskoczy. Tylko to już nie są kryzysy. To takie stymulatory do działania. Najtrudniej uwierzyć, że wszystko w naszych rękach. Trzeba odpowiednio przeprogramować podświadomość, ale się da, choć na początku jest ciężko.

L.


Przypominamy wam o naszej akcji: „Pokonałam kryzys. Ty też możesz”.


Zobacz także

Zamiast rzeczy kup wspomnienia. Wyjątkowe prezenty dla dwojga. Prezentownik Oh!Me 2018

Nie zadawaj wrażliwym osobom tych 8 pytań. A jeśli jesteś wrażliwcem – nie odpowiadaj na nie

In vitro to nie widzimisię. To moje pieniądze, moja decyzja i mój wybór. To często ostateczność