Błagam, przestańmy powtarzać bzdury, że wina za rozpad małżeństwa leży zawsze po dwóch stronach! Gówno prawda, nie zawsze i nie po równo!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 lutego 2018
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Pokłóciłam się z przyjaciółkami, ale normalnie niemal na śmierć i życie. Dobrze, że zbyt ostrych narzędzi nie miałyśmy pod ręką, bo nie wiem, jakby się skończyło.

Ale dobra, od początku. Telefon, że musimy się spotkać, że coś złego się dzieje z Olką. Słowem – sytuacja kryzysowa, którą trzeba rozszyfrować, przegadać i na końcu, jeśli to możliwe, pomóc, a przynajmniej wesprzeć. Sztab kryzysowy w najwyższej gotowości.

Sytuacja niewesoła.

– On ma romans – zaczyna Olka, kiedy my nawet wina nie zdążyłyśmy otworzyć.

– Ale, że jak to romans – prawie korkociąg wbiłam sobie w rękę.

Bo jest dziwny, mniej się odzywa, później wraca. Najpierw myślała, że zmęczony, że stres w pracy, ale jest jakoś tak inaczej…

– On na bank kogoś ma – nie daje za wygraną Olka, kiedy próbujemy zracjonalizować jej obawy. Czy rozmawiała, czy pytała, sprawdziła jego telefon? Komputer? Jak z seksem. Na pierwszy rzut tragedii nie widać, ale wiecie jak to jest – babska intuicja mówi jej, że coś się dzieje. Po przedrążeniu tematu wszerz i wzdłuż pada:

– To moja wina, już jestem zmęczona tym ciągłym nadskakiwaniem, usługiwaniem. Odpuściłam, powiedziałam mu, że ma się też zaangażować, że wszystkimi obowiązkami domowymi, to się trzeba po równo dzielić, że oboje jesteśmy za nasze wspólne życie i jego jakość odpowiedzialni, a nie tylko ja.

– Olka, i że on teraz jest winny? Sorry, że to powiem, ale winę za rozpad małżeństwa trzeba brać na siebie po równo, zawsze dwie strony są winne – mruknęła Sylwia.

Poczułam charakterystyczne mrowienie na karku. Zamknij się. Zamknij się. Nie odzywaj się. Mój wk*rw już spuścił się ze smyczy. – Że co? Że jak to po równo? Gość zdradza żonę, a ty mówisz o winie po równo?!? Sama się zaskoczyłam siłą ataku, ale cóż, odwrotu nie było. Laski po mnie spojrzały. I zaczęła się dyskusja. Że przecież wiadomo, że wina po środku, że skoro on zdradza, to z jakiegoś powodu, czegoś mu brakowało, a żonie nie chciało mu się tego dać. I żeby nie było – odwrotnie też tak to działa, że jak ona decyduje się odejść, bo na przykład on tylko swojej matki się słucha, leży na kanapie, a dzieci jedynie musztruje, to na bank oboje po równo są winni temu, że jedno ze spakowaną walizką z chaty się wynosi.

A ja stanowczo protestuję! Bo to gówno prawda! Bo mówienie, że wina leży po obu stronach jest często mega krzywdzące. Bo choćby ta nasza biedna Ola. No kurde, jak już dziewczyna dojrzała do tego, że nie chce żyć w kieracie, a ona naprawdę zapieprzała – zakupy, dzieci, ciasto w niedzielę, jak się jej spytałam, po co ona jeszcze ciuchy prasuje, to słyszałam, że Janek sam sobie koszuli nie wyprasuje. No i jak się w końcu zbuntowała. Jak w końcu postanowiła dać swoim córkom przykład, pokazać, że kobieta nie jest w domu jedynie od sprzątania i gotowania, to ten jej romansem w pysk strzelił. A masz, a masz za karę, że się wychyliłaś. Sama sobie jesteś winna, trzeba było się zmieniać? Nożesz k*rwa nie wytrzymam. Gość spie*dolił w ramiona jakieś larwy, bo mu przestało być wygodnie? Bo zmieniły się zasady? Więc on tracąc swój codzienny komforcik stwierdził: „A co tam, w końcu wina i tak się rozłoży”. I ta biedna zdradzona żona tak właśnie myśli, szuka tych 50% w sobie. Koleżanki jej mówią: „Wiesz, musiałaś coś zmieniać?”, „Może trzeba było stopniowo, na początku może śmieci zacząłby wynosić”, „Ja ci mówiłam, ty się nie zmieniaj, bo on się rzuci”, „Może ty biegać powinnaś zacząć, skoro tyle w tobie frustracji, zamiast na mężu się wyżywać”. Nie, no on oczywiście też zły, nie powinien, gdyby nie zdradził, może jeszcze wszystko, by się dało ułożyć. Gorzej, jak on chce ułożyć, ale ona nie ma zamiaru. To znowu też jej wina. Bo jak to wybaczyć i zapomnieć nie potrafi? Nie no okej – jego 50% zdrady, ale jej 50% winy w tym, że brak jej już chęci na walkę o ten związek. Litości!

Co za bzdura. Jak musi czuć się ta kobieta? Ona nie chciał nic złego, chciała być szczęśliwa w tym związku, chciała zmian, które by sprawiły, że nie odejdzie od buca leżącego na kanapie, co to skupiony jest tylko na swoich potrzebach. Ale tego już nikt nie widzi. Nie, nie – społecznie wepchnięto nas w presję 50% i my tę winę na siebie bierzemy w ciemno, bo się nam należy, ot tak z przydziału. W końcu za związek też bierzemy odpowiedzialność po równo. Serio? Po równo?

Mam przyjaciółkę. Resztkami sił trzyma związek, który od lat jest na wymarciu, ale ona, może tak jak dinozaury, ma nadzieję, że jednak przeżyje. Dwoi się i troi, terapia, wspólne wyjazdy na weekend, dzieci u babci, wypad do kina. I co? I nic. Na chwilę jest świetnie, po czym znowu dostaje SMS-a: „Sorry, nie zdążę po dzieci”, choć obiecał, choć do ich odebrania zostało dziewięć minut. Za to, na siłownię zaczął chodzić, na dietę pudełkową przeszedł. Pytam się jej: „Kochasz go? Chcesz z nim być? Czemu go w końcu nie wypie*dolisz z domu?”. I co słyszę: „Bo nie chcę czuć się winna, jak już odejdę”. Nie wierzę w to, co słyszę. Raz. Dwa. Trzy. Jaka winna? Kobieto. Od kilku lat trzymasz to wszystko w kupie, ty się starasz, ty stajesz na rzęsach. A na koniec jeszcze ci powiedzą, że to twoja wina, bo na siłę go trzymałaś. I co, i znowu wina po połowie, a książę usprawiedliwiony ze swojego paskudnego charakteru niczym z Piotrusia Pana?

Krew mnie zalewa, kiedy czytam w różnych miejscach przeznaczonych dla kobiet: „Zostałaś zdradzona? Winę widzisz tylko w nim i tamtej kobiecie? Powinnaś się raczej zastanowić czy w waszym związku wszystko było okej, czy to nie ty przyczyniłaś się do tej zdrady”.

Albo

„Zaniedbywał cię? Pracę stawiał wyżej niż rodzinę? Nie mogłaś na niego liczyć w opiece nad dziećmi? Zastanów się, dlaczego tak robił. Dlaczego z nim o tym nie porozmawiałaś?”.

Albo

„Odszedł do innej? A ty nadal siedzisz w tym swetrze sprzed dziesięciu lat, nadal masz nadmiar kilogramów po drugiej ciąży? Kiedy ostatni raz byłaś u fryzjera, dlaczego nie zapiszesz się na fitness? Spójrz w lustro? Naprawdę to tylko jego wina, że cię zdradził?”.

No a czyja? A kiedy ona do tego fryzjera miała iść, kiedy na jakiś fitness, skoro dom, praca, dzieci, dom, praca dzieci. A książę nie raczył jej nawet pomóc, nie został wieczorem z dzieciakami, bo przecież on na siłownię, na tenis, na piwo z kolegami. Kto by to wytrzymał? Ale ona wytrzymała i w prezencie dostała kochankę męża i swoje 50% winy za rozpad małżeństwa, bo o siebie nie zadbała, więc on trafił między nogi innej.

Wiecie co, to jest prawdziwa podłość, to głoszenie wszem i wobec: „Wina rozkłada się po połowie”. Nie, no jasne, tak najłatwiej, on zakłada białe rękawiczki, wychodzi z domu w miarę dobrym samopoczuciu, bo przecież nie z wyrzutami sumienia obarczonymi winą za to, że okazał się ch*jem, że uciekł, nie porozmawiał, nie postarał się, nie próbował czegoś zmienić w sobie, w was. Sorry – w naszym chorym społecznym przekonaniu za te wszystkie „pierdoły” odpowiedzialna jest kobieta, bo gdzie będzie jej 50% winy, jeśli on, nim obejrzy się za jakąś cizią, powie: „Kochanie, ja dzisiaj zostanę z dziećmi, a ty zrób to, na co masz ochotę – kosmetyczka, fryzjer, zumba?”. Nie, no tak to nie działa. Bo przecież wina musi się rozłożyć po równo. No chyba, że ona pozna przystojnego trenera na zajęciach. Wówczas jego 50% to głupota, że ją z domu wypuścił, i jej 50%, że się zdecydowała wyjść.

Eh, w temacie wina, to po równo, my sobie możemy je rozlać do kieliszków. I tyle. Naprawdę zastanówmy się dwa razy nad wygłaszaniem takich mądrości, jeśli nie znamy sytuacji od podszewki. A najczęściej nie znamy.


„Cześć, wpadłam na kawę”. Tylko dlaczego o dziesiątej rano i czemu, do cholery, na pięć godzin?!?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
20 lutego 2018
Fot. iStock/stock_colors
Fot. iStock/stock_colors
 

Upierdliwi goście – wygooglowałam. No bo jak sobie z takimi radzić. Myślę sobie, że może ja jakaś głupia, mało asertywna, że zamiast powiedzieć: „Sorry, nie pasuje mi”, to jednak drzwi otwieram i wpuszczam. Ba, nawet jak dzwoni ktoś dawno nie widziany, kto akurat przyjechał do miasta, bo ma wolne, to jakoś tak głupio mi odmówić. Cieszę się, że się spotkamy, ale ile można.

A można, jak się okazuje. Można wpaść w sobotę o 11:00 i siedzieć do późnego popołudnia. Wypić kawę, zjeść ciastka i powiedzieć: „Spoko, nie przeszkadzaj sobie”, kiedy masz zaplanowane pranie i sprzątanie, bo kiedyś w końcu trzeba to zrobić. Przecież dzieci się tak świetnie razem bawią. I, że wcale nie są głodni, ale jak już robisz obiad, to chętnie się podłączą. Można też tak przy okazji wejść na niedzielną kawkę popołudniową i zostać do godzin mocno wieczornych, bo czemu nie. Bo taką mają ochotę, potrzebę, a przecież ty znana jesteś ze swojej towarzyskości i otwartych w domu drzwi. No ku*wa jestem, ale bez przesady, każde drzwi mają swoją pojemność i ile razy trzeba je przekroczyć, żeby zrozumieć, że kolejne wejście jest przegięciem?

Lubię gości, lubię ludzi u mnie w domu. Ale bywają tacy, na których mam uczulenie, a których tak naprawdę trudno się pozbyć. Bo po pierwsze wpadają niezapowiedzianie, po drugie kompletnie brak im wyczucia. I nawet jak już chodzę jak chmura gradowa (a uwierzcie, że potrafię!), nic sobie z tego nie robią. Chyba za drzwiami tłumaczą sobie, że mam swoje humory albo jestem przed okresem. Nożesz ja pie*dolę. Wiecie, co mnie wkurza najbardziej – już nie tyle oni, tylko brak mojej asertywności. No bo co by było złego w powiedzeniu komuś: „Stary, nie mam ochoty na twoją wizytę, dzisiaj chcę odpocząć” albo „Okej, wpadaj, ale na maksymalnie dwie godziny, więcej nie zdzierżę”. No przecież nic złego, tłumaczę to sobie, a jednak przez gardło przejść nie chce. Zresztą jak wielu moim znajomym. Ostatnio jedni znowu bujali się z kumplem, który umiaru nie zna. Owszem, dzwoni, mówi, że wpadnie – jak już w końcu odbierzesz telefon po czterdziestu odrzuconych wcześniej połączeniach. Ale ty już wiesz, że ta wizyta będzie dłużyła się niemiłosiernie, jego dzieci wyjedzą wszystkie możliwe słodycze i waszym narobiś syf w pokoju, który dopiero co, po wielu prośbach i groźbach posprzątali. No nie, to nie jest fajne. Kocham gości, którzy wpadają nawet niezapowiedziani. Wiedzą, jak sobie zrobić kawę, gdzie jest herbata. Jak są głodni, to proszę – lodówka otwarta, chyba, że chcą coś zamówić, nie ma problemu. Czemu wszyscy nie mogą tacy być. Już nie wspomnę o rodzinie – ciotkach, klotkach, wujkach i kuzynach. Z nimi najczęściej na sztywno, przy stole. Meczu nie obejrzysz, w lotki nie pograsz. Tylko kwitniesz przy tym stole kalkulując, jak z tego, co masz w lodówce pod koniec tygodnia zrobić jakąś sensowną kolację, bo że zostaną na kolacji to wiadomo.

No więc googluję upierdliwych gości i co czytam? „Zamknijcie drzwi i udawajcie, że was nie ma!”. Odpada, auto pod domem, okna duże, pies na podwórku. Poza tym, co powiem dzieciom? „Kryć się, goście idą!”? No nie. Słabe, aczkolwiek pewnie w wielu domach się sprawdza. Podobnie jak nieodbieranie domofonu – szczęśliwi ci, którzy go mają. Nie odbierasz, telefon – olewasz. Siedzisz sobie spokojnie przez telewizorem i nie w głowie ci żadni goście, zwłaszcza ci niezapowiedziani. Ale co zrobić, jak w niedzielę rano wpada do ciebie koleżanka. Jest 10:00, nie zdążyłaś się jeszcze wykąpać. Plan był na leniwy dzień. Dzieci wyjechane, chata pusta, beztroska laba, nawet obiadu nie masz zamiaru robić. Ale ona puka do drzwi, otwierasz i słyszysz: „Pamiętam, że mówiłaś, że sama dzisiaj jesteś, to pomyślałam o kawie” i siedzi (ku*wa) do 15-tej. Serio – takie przypadki się zdarzają, i nie są wcale odosobnione. Bywają sąsiadki, co to wpadają na plotki i już w drzwiach zaczynają: „Słyszałaś, że ta spod piątki…”. I wchodzi i drzwi nie zdążysz jej zamknąć przed nosem. I na nic się zdadzą wszystkie: „Miałam właśnie iść po zakupy”, bo w odpowiedzi pada: „Przestań, zdążysz, czego ci brakuje, najwyżej ci pożyczę”. Znam historię, że gospodarze już w piżamach chodzili, a goście nadal mieli się dobrze. A hasło: „Tak tak już wychodzimy” powtarzane było przez jakieś kolejne trzy godziny. Ja pierdole. Trafisz na takich i przepadasz. Ludzi ci się odechciewa, spotkań masz dosyć i na samą myśl o wizycie nawet najlepszych przyjaciół dostajesz uczulenia. Wrrr. Tak, upierdliwi goście potrafią zabić każdą gościnność, zwłaszcza, gdy to oni lubią się gościć, nigdy odwrotnie. Bo już kiedyś obmyślałam taką zemstę: zaczaję się, wpadnę i sobie posiedzę. Ale oni są cwani. Najczęściej słyszę, że nie ma ich w domu albo, że mają inne plany, a mi brak ich tupetu, żeby i tak się do nich władować. Eh.

I nie żeby upierdliwi goście zajmowali mnie jakoś na co dzień. Wystarczająco dużo swojego czasu poświęciłam im w weekend, ale zastanawia mnie, dlaczego tak trudno powiedzieć im: „Nie mam ochoty, nie przychodźcie”, a jak już stoją w drzwiach: „Właśnie będę uprawiać seks z moim mężem, sorry” i zamknąć im je przed nosem? Macie może swoje sprawdzone sposoby, tylko błagam nie każcie się ukrywać w kuchni pod stołem i udawać, że nas nie ma. Dodam, że to ten typ gości, którzy nie zrażają się krytyką, każde słowo skierowane w ich stronę, a sugerujące, że nie są zbyt miło widziani kolejną, bo już na przykład szóstą godzinę, na nich nie działa, spływa jak po kaczce. I co z nimi zrobić? Google nie podpowiada mądrej odpowiedzi, sama nie mogę na nią wpaść, więc liczę na was. Jeszcze przed kolejnym weekendem.


Pierdzielę. Już nigdy nie będę się odchudzać. Mam dosyć słuchania: „Znowu jesteś na diecie?!?” i innych takich

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 stycznia 2018
Fot. iStock/gruizza
Fot. iStock/gruizza

Pierdzielę, nie odchudzam się, mam już dość tych wszystkich komentarzy, pytań i świdrujących spojrzeń. Kiedyś w przypływie noworocznych postanowień, które nigdy mi nie wychodziły, pomyślałam sobie: „O, jak powiem wszem i wokół, że się odchudzam, to będę mieć większą motywacją, żeby wytrwać, bo przecież wszyscy będą wiedzieć, a mi będzie głupio paradować z gofrem z bitą śmietaną”. Dupa. To był najgorszy pomysł w moim życiu ever. Bo z każdej strony byłam pod obstrzałem, każdy mi w talerz patrzył. „Jesteś na diecie, a jesz TO?”. Padało, gdy zamawiałam sobie ulubiony makaron. Co z tego, że akurat w tym dniu dawałam sobie odpust: „Wytrzymałaś tyle dni, idziesz ze znajomymi na kolację, nie musisz jeść sałatki”. Tia, jasne. Ile razy słyszałam: „To co, dla ciebie sałatka?”. Serio. Chcę schudnąć tylko 5 kilo, a nie 50, więc dajcie mi trochę czasu i pozwólcie samej decydować co i w jakiej ilości chcę jeść.

I te wszystkie: „Tyyy? Ty chcesz schudnąć? No z czego, no przestań”. Nie no przestań, bo ja wiem, gdzie nadmiar kilogramów mi przeszkadza i sama ze sobą źle się czuję.

Naprawdę, kiedy ktoś mówi „Odchudzam się, w końcu się za siebie biorę”, tak trudno mu oszczędzić wszystkich tych komentarzy, które nieprzemyślane wbijają kolejną szpilkę w te otłuszczone miejsca?

„No fakt, ostatnio trochę przytyłaś” – no ku*wa dzięki, że mi to uświadamiasz, jakbym nie wiedziała. I teraz co, mam dziękować, że inni też widzą, że jestem gruba? Może to sugestia, że jednak więcej niż te trzy do pięciu kilogramów schudnąć powinnam?

„Masz jakąś konkretną dietę?” – to klasyka. I teraz tak – opcje są dwie. Możesz być szczera i wyznać: „Pierdzielę, idę na kopenhaską, dwa tygodnie się przemęczę, trzy na pewno schudnę, a później tylko to utrzymać”. Tyle, że wtedy musisz się liczyć z tysiącem dobrych rad w stylu: „Zwariowałaś, chcesz sobie zdrowie niszczyć?”. Nie zabraknie wątpliwości: „No nie wiem, nie wiem, czy to naprawdę taki dobry pomysł” i ogólnie braku wiary w twoje możliwości: „Wytrzymasz? A wiesz, jaki później efekt jojo, szkoda twojego czasu i stresu”. A gdy już te kilogramy zaczną z ciebie schodzić, będziesz słyszeć: „Jakoś tak niezdrowo wyglądasz”, „Taka blada jesteś”, „Dobrze się czujesz?”. Nie, nie czuję się dobrze, bo od kilku dni wpieprzam tylko sałatę, kurczaka, jajka i piję kawę bez mleka! Jak mam się czuć dobrze? Ale wytrwam! I wszystkim wam oko zbieleje! Bo wiadomo, że to jednak tylko o tę zazdrość chodzi i myślenie: „Oby jej nie wyszło, oby jej nie wyszło” oraz możliwość tryumfalnego: „A nie mówiłam”.

Jest jeszcze inna opcja – możesz rzucić jakąś zagraniczną nazwę wymyślonej diety, albo odwołać się do najnowszych trendów, choćby diety militarnej (bez względu na to, co to jest). A jak jeszcze dodasz: „Moja znajoma schudła na niej 10 kilogramów”, to masz święty spokój. Bo wychodzisz na znawcę, który temat zgłębił i w dodatku ma wyniki poparte żywą stratą wagi.

Możesz też zawsze powiedzieć, że po prostu będziesz żreć mniej i zobaczyć te pobłażliwe kiwanie głową i uśmieszki. Tak, jasne – jeść na mniejszych talerzykach, mniejszą łyżeczką, widelczykiem małym. Niech mi ktoś pokaże kogoś, kto na popularnej MŻ schudł spektakularnie. Bo teraz ja mam zrezygnować z całej tabliczki czekolady na rzecz pół i zamiast dwóch mielonych jeść jednego, z mniejszą porcją ziemniaków? To może i wystarczy, żeby mi dupa nie rosła, ale, żeby zmalała – jakoś średnio w to wierzę. Fakt.

Przyszedł jednak taki czas, kiedy wyszłam z założenia, że nikomu nie powiem, że się odchudzam. Że oszczędzę sobie tych wszystkich przytyków, pytań i powątpiewań. Po prostu schudnę, a inni nagle oczy otworzą ze zdumienia. Ja naprawdę współczuję wszystkim tym, którzy chcą schudnąć, a nie mogą się zamknąć w tajemniczej wieży i wyleźć z niej po dwóch miesiącach, tylko napotykać te wszystko widzące koleżanki. „Nie chcesz ciasta? No nie mów, że się odchudzasz” – przy czym wypowiedź dopełnia głośny śmiech. A przepraszam bardzo, czy ja nie mogę nie mieć ochoty na coś słodkiego? Serio? To takie dziwne? Badania krwi mam sobie zrobić i z nimi chodzić mówiąc, że cukier szkodzi? „A co ty, sałatkę będziesz jeść? Zwariowałaś? Odchudzasz się?”. Jak nie jem słodyczy źle, jak wpie*dalam zbyt dużo źle, jak chcę więcej warzyw, co by sobie metabolizm podkręcić, to się i tak ktoś czepi.

Już w ogóle nie mówię o tym znaczącym: „ZNOWU??? się odchudzasz?”. No znowu, bo jak mi nie pomagacie i pod nos podsuwacie, choć odmawiam, moje ulubione lody, ziemniaki z sosem i sztukę mięsa, to tak – znowu się muszę odchudzać, bo nikt mojej diety uszanować nie potrafi i tylko przeszkadza w ćwiczeniu silnej woli. Bo ile razy można mówić: „Nie, dziękuję”, „Nie, naprawdę nie chcę”, „Nie, jestem na diecie”, „Nie chcę, po prostu nie chcę”. No ile?

Myślicie, że jest łatwo komuś, kto jest na diecie. Myślicie, że taki ktoś nie marzy o tym, żeby wyrwać wam tę kanapkę ze świeżutką białą bułeczką i pachnącą szyneczką i z takie trzy wpierdzielić? Myślicie, że tak miło chlać wodę, jak wy soczkami czy colą się raczycie? Nie – nie ma w tym nic miłego, nic przyjemnego, dieta to koszmar wszystkich tych, co muszę się jednak pilnować. Bo pożeranie wszystkiego, co się lubi sprawi, że urosną do monstrualnych rozmiarów. Ja tak mam. I jak mam rozmawiać z koleżanką, która waży jakieś 58 kilogramów przy 175 wzrostu i jak gdyby nigdy nic pochłania żeberka w tłustym sosie zagryzając frytkami. No jak? Nie mogło być na tym świecie innej niesprawiedliwości? Nie moglibyśmy wszyscy razem ponosić konsekwencji (albo i nie) tego, co jemy? Bywają takie dni, że szczerze zazdroszczę tym, którzy duże pudełko lodów mogą zagryźć żelkami i nawet w cycki im to nie idzie.

Serio. Dieta nie jest niczym fajnym. Jasne, że jej wyniki już przyjemne są, ale na te w ch*j długo trzeba poczekać, a na końcu i tak usłyszymy: „No teraz to ty w końcu wyglądasz”, „Wiesz co, nigdy nie wyglądałaś lepiej”, „Ile schudłaś?”. I teraz czy trzy kilo to mało? Bo co powiesz? „Trzy kilo” i usłyszysz, że o co było to całe larum i rwanie włosów z głowy. Ale uwaga, ja w teorii odchudzania jestem naprawdę niezła. Żeby schudnąć te trzy czy cztery kilo zdrowo, bez efektu jojo potrzeba od sześciu do ośmiu tygodni. Dwa miesiące, z czego połowa to przyzwyczajanie się do zmiany nawyków i budzenie się w nocy, jak po koszmarze, gdy śnią ci się te wszystkie drożdżówki z makiem oblane lukrem, których przez ten czas nie zjadłaś. A na koniec i tak usłyszysz „Phi, trzy kilo, moja znajoma w dwa miesiące schudła dziesięć”. I weź tu rozmawiaj, bądź mądry, szczupły i nie nieszczęśliwy?