„Alimenty? A co mi zrobisz, jak ci nie zapłacę?”. Dłużnicy alimentacyjni śmieją się w twarz swoim dzieciom i byłym partnerkom

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 października 2015
Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain

Byli mężowie czy partnerzy często za nic mają odpowiedzialność wobec swoich dzieci. Biorą rozwód z żoną, synami i córkami. Odchodzą i czują się panami świata. A rząd i przepisy jeszcze ich w tej pewności utwierdzają.

Mówi, że i tak do więzienia go nie wsadzą   

Ola ma dwoje dzieci, pracuje w “budżetówce”, właśnie zaczyna swoją walkę o alimenty. Jej partner, ojciec dzieci odszedł do innej kobiety. Odszedł to może nie jest dobre słowo, bo Ola nadal mieszka z nim, dziećmi i jego matką. – Nie jesteśmy już razem od niemal roku. Nie mam środków, żeby wynająć dla siebie i dzieci choćby kawalerkę, dlatego mieszkamy w jego mieszkaniu. On nie pracuje, to znaczy pracuje na czarno, ale stałej pracy nie ma od czterech lat. Wystąpiłam o alimenty i… dostałam od naszego państwa w twarz.

Ola o pomoc zwróciła się najpierw do Funduszu Alimentacyjnego wspierającego kobiety, które nie otrzymują alimentów od ojców dzieci. Fundusz wypłaca 500 złotych na dziecko, jeśli nie zostaje przekroczony próg dochodowy w wysokości 725 złotych na członka rodziny. Ola przekroczyła o sto złotych. Po pomoc zgłosiła się więc do komornika, który rozkłada ręce, bo jej były partner formalnie nie ma żadnych środków na utrzymanie, nie ma z czego ściągnąć od niego pieniędzy. – Nikogo nie interesuje, że z mojej wypłaty muszę spłacać długi męża, jego karty kredytowe, z których korzystał, gdy nie pracował. W połowie miesiąca zostaję niemal bez pieniędzy, oglądam każde dziesięć złotych, zanim je wydam. A były mi mówi, że nie będzie płacić, bo jego kolega też nie płaci i jakoś nikt do więzienia go nie wsadził  – opowiada Ola, której pomaga na szczęście matka partnera. – Ona kupuje jedzenie dla dzieci, odbiera córkę z przedszkola, kiedy jestem w pracy. Sama spłaca zadłużenie syna w spółdzielni.

Najgorsza jest bezsilność. Ola chciałaby uwolnić siebie i dzieci z tej sytuacji, zacząć od nowa, normalne życie, ale dopóki nie uzyska alimentów, nie stać jej na to. Zarabia 2400 złotych i spłaca długi byłego partnera, który nie bierze zupełnie odpowiedzialności  za utrzymanie swoich dzieci.

Udowadniam przed sądem, że on pracuje, nic to nie daje

Były mąż Joanny jest dłużny 180 000 złotych alimentów. Ma z Joanną dwoje dzieci. Nie płaci od pięciu lat. – To jest ogólnie nieprawdopodobna historia. On znał wyrok sądu w sprawie alimentów na dwa miesiące przed jego ogłoszeniem. Pospieszył się ze złożeniem wniosku do komornika, tak się dowiedziałam. Złożyłam skargę na sąd, tę sprawę wygrałam. Co z tego, skoro były mąż przedkłada PIT-y z zerowym dochodem – opowiada Joanna dodając: – Sprawa  jest zgłoszona oczywiście do komornika, który  nie wykazuje jakiekolwiek inicjatywy, co niestety jest standardem. Proszę sobie wyobrazić, że mój były mąż dostał 60 000 złotych od ubezpieczyciela za jakieś problemy zdrowotne, ale komornik tego nie zauważył i nie ściągnął zadłużenia.

Asia podkreśla, że dłużnicy alimentacyjni są bezkarni. – Mieszkanie dla byłego męża wynajęła jego mama. Tyle tylko, że ona ma 1800 złotych emerytury,  a wynajem kosztuje 3000 złotych. Była teściowa rzekomo utrzymuje swojego syna, jego nową kobietę i ich dziecko. Przecież to paranoja.

Joanna zbiera dowody na to, że jej mąż pracuje, wskazuje nawet miejsce jego pracy, pracodawcę. Nikt jednak nic z tym nie robi. – Nie ma tu współdziałania Urzędu Skarbowego, ZUS-u, przecież to oni w pierwszej kolejności powinni sprawdzić tego, kto na czarno zatrudnia pracownika. Joanny mąż wpłaca na jej konto na poczet alimentów 50 złotych co pół roku. Dla sądu to dowód, że jednak się stara.

Płaci rocznie 400 złotych, nic nie mogę zrobić

Iwona ma trójkę dzieci. Od dwóch lat walczy, by były mąż wywiązywał się z obowiązku płacenia alimentów. 1400 złotych miesięcznie. Przez ostatni rok otrzymała 400 złotych, tym samym były mąż związał jej ręce do podejmowania jakichkolwiek działań. – Można na podstawie artykułu 209 kodeksu karnego złożyć zawiadomienie do sądu o niewypłacaniu alimentów. Tyle tylko, że w tym artykule zawarte są dwa kryteria, które stanowią o wydaniu wyroku na korzyść matki – mówi Iwona.  Jedno kryterium dotyczy braku jakichkolwiek środków do  zaspokojenia dzieciom podstawowych potrzeb. – Wobec tego kryterium ja nie powinnam moich dzieci karmić, ubierać i posyłać do szkoły, a choćbym miała sobie wypruć żyły wiadomo, że zrobię wszystko, by zapewnić im to, czego potrzebują – tłumaczy Iwona. Drugie kryterium, to kryterium uporczywości, które zakłada, że ojciec dzieci nie wykazuje żadnych chęci do płacenia alimentów i nie zajmuje się dziećmi. – Mój mąż zapłacił mi 400 złotych w ciągu roku, tym samym pokazał, że jednak wykazuje chęci. To daje mu argument przed sądem i dowód, że jego niepłacenie nie jest uporczywe. Iwona została współzałożycielka  Stowarzyszenia Poprawy Spraw Alimentacyjnych „Dla naszych dzieci”.

Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain

Chcemy poprawić prawo alimentacyjne

Stowarzyszenie zawiązało się rok temu i skupia kobiety walczące z dłużnikami alimentacyjnymi, ale nie z nimi bezpośrednio, bo wiedzą, że to walka z wiatrakami. Walczą o zmianę prawa. – Wy dziennikarze chcecie zawsze naszych historii, a one wszystkie są do siebie podobne – mówi Iwona, współzałożycielka Stowarzyszenia. – Schemat zawsze jest ten sam – tłumaczy. – Jest rozwód, rozstanie. Tatuś na początku zapewnia, że wszystko będzie dobrze, po czym nie rozwodzi się tylko z żoną, ale także ze swoimi dziećmi.  Kobieta najczęściej na początku jest w szoku, nie wie co robić, dopiero po otrząśnięciu się zaczyna walczyć.

Iwona opowiada drogę kobiety, która zostaje sama z dziećmi (96% osób starających się o wypłatę alimentów, to kobiety). Kiedy sąd zasądza alimenty, a te na konto jednak nie wpływają, ona udaje się do Funduszu Alimentacyjnego, o którym coś tam słyszała. Jakież jej zdziwienie, kiedy nie uzyskuje wsparcia od Funduszu, gdyż przekracza dochód na jednego członka rodziny, którego próg wynosi 725 złotych.  Cóż, idzie dalej. Do komornika. Od niego dowiaduje się, że były mąż nie ma stałej pracy. Firmę przepisał na brata, auto na kochankę. Nie ma nagle żadnego majątku. Nie pracuje. Jest nawet zarejestrowany jako bezrobotny. Kobiecie pozostaje jeszcze złożenia doniesienia na podstawie przywołanego już artykułu 209 kodeksu karnego, ale po przykładzie Iwony wiadomo, że i tak nie łatwo cokolwiek uzyskać. – Komornicy traktują nas po macoszemu. Oczywiście są naprawdę chwalebne wyjątki, ale większość nie zajmuje się naszymi sprawami , zbyt mało zarabiają na dłużnikach alimentacyjnych – mówi Iwona. – Moja znajoma ma pięć wyroków sądu, na podstawie których jej były mąż powinien zapłacić alimenty. I co z tego? Skoro teoretycznie on nie ma żadnych dochodów? Jedna z kobiet opowiada historię znajomej. Jej były mąż dostał wyrok pozbawianie wolności. Okazało się jednak, że w więzieniu nie było dla niego miejsca. – Wraz z kolegami śmieje się jej w nos.

– Wiele z moich znajomych pracuje na dwóch, trzech etatach. Kosztem własnego zdrowia, czasu spędzanego z dziećmi, byleby tylko utrzymać swoją rodzinę, a ci pseudo tatusiowie są kompletnie bezkarni – mówi Iwona. – Im się wydaje, że jak raz na tydzień wezmą dzieci, to są świetnymi ojcami, czym się chwalą wokół.

Kobiety podkreślają, że często byłe teściowe buntują synów: „Nie płać jej, po co. Kup dzieciom coś od czasu do czasu, a nie będziesz jej dawał pieniądze, żeby sobie nowe buty czy torebkę kupiła”. Ale to matki robią zakupy, wożą do szkół, przedszkoli, na zajęcia. One mają obowiązek dbać o swoje dzieci. Co z ojcami? Podobno każde dziecko ma prawo do opieki obojga rodziców.

To przemoc wobec miliona dzieci

Stowarzyszenie Poprawy Spraw Alimentacyjnych  mówi głośno o szokujących liczbach. – Podawane jest, że około 350 000 dzieci nie otrzymuje alimentów. Ale to są tylko te dzieci, którym Fundusz Alimentacyjny wypłaca po 500 złotych, których mamy uzyskują dochód poniżej 725 złotych na członka rodziny. A co z resztą? – pyta Iwona. – Obliczyłyśmy, że koło miliona dzieci jest poza systemem, poza działaniami Funduszu. Nikt im nie pomaga. Te dzieci zostały porzucone dwukrotnie – przez swoich ojców i przez państwo, tylko dlatego, że ich matki zapieprzają i zarabiają więcej – padają mocne, ale prawdziwe słowa.

Kobiety ze Stowarzyszenia, choć pewnie nie tylko jego członkinie, chcą najpierw podwyższenia, a najlepiej zniesienia progu dochodowego w Funduszu. – To nie jest zasiłek, to pożyczka, nie rozumiemy kryterium dochodu. Po pierwsze próg został ustalony w 2007 roku, w tym czasie zostało przez rząd podwyższone podstawowe wynagrodzenia, a w tej kwestii nic się nie zmienia – mówi Iwona. Można pójść dalej i zastanawiać się, ilu polityków nie płaci alimentów, więc być może nie zależy im na jakichkolwiek działaniach w zakresie zmiany przepisów alimentacyjnych. – W tym przypadku lobby sprawców jest silniejsze niż lobby ofiar – komentuje Iwona.

Kobiety po rozstaniach zostają  bardzo często bez pomocy państwa i bez pomocy drugiego rodzica. Jedyne, co im pozostaje to krzyczeć  i wskazywać na problem, który będzie narastał, bo rośnie fala rozwodów. –  Ojcowie się nie poczuwają do płacenia alimentów. Pewien etos mężczyzny i męskiego honoru utrzymania rodziny zniknął – mówi Iwona, choć podkreśla, że zna ojców, którzy zadłużają się, by płacić alimenty, jest to jednak garstka tych odpowiedzialnych.

Nasze dzieci są silne naszą siłą – mówią te, które nie otrzymują wsparcia od byłych partnerów. Dlatego one już nie chcą opowiadać swoich historii. Chcą działać. Stowarzyszenie przygotowało petycję i list do premier Ewy Kopacz o zmianę warunków otrzymania wsparcia z Funduszu Alimentacyjnego. – Nie będziemy siedzieć z założonymi rękami i użalać się nad sobą. Chcemy, by odpowiedzialność za nasze dzieci ponosili także ich ojcowie. Brak środków na ich utrzymanie, to przemoc ekonomiczna stosowana przez mężczyzn wobec własnych dzieci. Ta przemoc jest tak samo bolesna, jak fizyczna, czy seksualna.

Jeśli chcesz wesprzeć tych, którzy walczą z bezkarnością dłużników alimentacyjnych podpisz petycję, którą znajdziesz tutaj. Może w końcu ktoś usłyszy głos kobiet, którym byli partnerzy śmieją się w twarz i nie utrzymują swoich dzieci, choć to ich obowiązek.


Mamo, tato to jest ładne! Czy warto inwestować w design dla dzieci?

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
14 października 2015
pokoj

Ten tekst mogłabym skończyć jednym słowem, warto! Jesteście czy nie jesteście przekonani?

Wcale nie chodzi o to, aby wydawać kosmiczne pieniądze na drogie, designerskie gadżety ale żeby zwracać większą uwagę na rzeczy, którymi otaczamy nasze dzieciaki. To my w dużej mierze kształtujemy ich gust, postrzeganie świata, wrażliwość na to, co piękne i warte uwagi.

Wykorzystajmy to.

Zawsze byłam zwolennikiem nietuzinkowych rozwiązań, poszukiwań, chodzenia pod prąd także we wnętrzarstwie. Jednym z lepszych przykładów dobrego projektowania dla dzieci są wciąż firmy skandynawskie (tak, ta najpopularniejsza żółto niebieska sieciówka też!) gdzie dominuje prosta forma, użyteczność, oszczędność w fakturach i kolorach na rzecz naturalnych materiałów i ekologicznych rozwiązań.

Doskonale rozumiem tęsknotę za kolorem, za sielskością, chęć stworzenia dziecku bajkowego wnętrza, szczególnie rozumiem to w odniesieniu do rodziców, którzy sami urodzili się w szaro – burej „poprzedniej” epoce. Mieszkaliśmy w bloku z szarej płyty wieczorynka raczyła nas Uszatkiem i Kolargolem (które dziecko potrafiło to wymówić !?),  chłopcy mieli przynajmniej „resoraki”, dziewczynki jeden rodzaj lalki (był tylko jeden odlew czy co!?) różniącej się jedynie peruką i kolorem sukienki z falbanami. Koszmarek tych dziecięcych lat sprawia, że w dzisiejszym, kolorowo plastikowym świecie zabawek przesadzamy, kupujemy za dużo i za często pozbawiając tym, według mnie, kreatywności w zabawie, chęci kombinowania, tworzenia o dobrym guście nawet już nie wspominając.

Moje dzieci dostały kiedyś taką pozytywkę z owieczką, owieczka po naciśnięciu mówiła „beee beee” i śpiewała piosenkę o beczeniu głosem godnym klienta izby wytrzeźwień. Wyzwaniem było przebywanie w tym samym pokoju z taką zabawką. Dobrze, że znudziła się po dwóch dniach kiedy wysiadły baterie i owieczka zamilkła na wieczność.

To samo dotyczy mebli. Co myśli rodzic, który daje się nabrać na hasło typu „pokój rośnie razem z dzieckiem” – matko jedyna, jaka szkoda chciałoby się krzyknąć! Przecież gusta, potrzeby, opinie zmieniamy wiele razy w ciągu naszego życia. Dlaczego więc chcemy zafundować naszemu dziecku to samo łóżko, stołeczek, komodę od niemowlaka do osiemnastki !? Lekka przesada, kiedy przewijak zamienia się w biurko do odrabiania lekcji nie sądzicie?

Przemyślmy lepiej takie zakupy. Nauczmy się krok po kroku jak selekcjonować dostępne na rynku meble, dodatki, zabawki dla najmłodszych. Może najpierw pooglądajmy dobre blogi, zainspirujmy się kimś jeśli sami mamy problem z podejmowaniem takich decyzji.

Zamiast wielkiej naklejki Puchatka lepszy byłby plakat lub reprodukcja pierwszych, rysowanych, czarno białych ilustracji do „Chatki Puchatka” – pamiętacie jakie były piękne ?

Zrezygnujmy z lampy w kształcie auta, księżniczki, żaby. Zabawki i tak wypełnią tą przestrzeń, dodatki i meble dziecięce powinny być jak najbardziej neutralne, powinny wtapiać się w otoczenie a nie przytłaczać. Wywalmy dywan z obrazkiem laleczek czy bajkowej postaci jeśli pod spodem mamy piękny parkiet. Drewno jest ciepłe i zawsze piękne. Omińmy szerokim łukiem dział tapet w markecie budowlanym! Chcielibyście zasypiać mając przed oczami tuzin Kłapouchów!? Serio?

Kupmy za to piękne krzesło, jakąś replikę kultowego projektu. Po co? Żeby oswajać dziecko z dobrym projektowaniem, z pięknymi przedmiotami, których wciąż jest za mało w całym tym zalewie plastikowego kiczu. Po co wydawać swoje pieniądze na rzeczy, które po roku, dwóch znudzą się, opatrzą czy najzwyczajniej w świecie rozwalą.

Zadbajmy o piękną lampę, dobrej jakości tkaniny, poduchy, koce. Inwestujmy w piękne, drewniane zabawki, dzieciaki często nie potrzebują obrazkowej instrukcji, żeby wykreować ciekawe budowle z klocków.

Piękny może być pojemnik na kredki, wieszak na ubranie czy nawet kosz na papierowe śmieci zrobiony w emaliowanego wiadra. Nie bójmy się też eksperymentów z malowaniem ścian (pod warunkiem, że pozbędziecie się żółtej tapety z kłapouchym!) pomalujmy te ściany jakoś ciekawie, czarno białe pasy – czemu nie!? Ostra zieleń – bardzo proszę. Tablicówka czy farba magnetyczna daje jeszcze większe pole do popisu dzieciakom, mogą same bawić się w dekorowanie i pozwalajmy im na to jak najczęściej. To zaprocentuje, stworzy dobrą bazę do dalszych poszukiwań, do zabaw z dobrym dziecięcym designem, do życia w ŁADNYCH, stylistycznie spójnych wnętrzach. Zaufajcie dzieciakom.

Do dzieła rodzice! Odwagi.


A czy ty masz swój kawałek podłogi? Nie, nie rodzinny. Swój własny

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
14 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Pisałam już o dziecięcych pokojach. To ważne miejsce w domu, tak oczywiste jak kuchnia czy łazienka. Jeżeli mamy dzieci lub tylko plany, aby je mieć, to kupując dom, mieszkanie planujemy też przestrzeń dla nich, to naturalne, że nasze dzieci muszą mieć swój pokój, swój świat. Idźmy dalej. Staramy się, aby rodzeństwo miało osobne pokoje, tak przecież „powinno być”. Potrzebne jest biurko, fotel, łóżko, szafa – własne, nienaruszalne. Znajoma będąca w trzeciej ciąży zadzwoniła do mnie i z paniką w głosie pytała „no i jak my to teraz przeorganizujemy ?! Gdzie będzie jej pokój?”  No właśnie, gdzie?

A gdzie jest dziś TWÓJ pokój, moja czytelniczko? Gdzie jest Twój fotel? Twoja sofa? Twoje biurko? Czy dorastając, zakładając rodzinę, budując wspólny dom nie zapominamy trochę o potrzebie własnej przestrzeni? Czy nie jest z nami trochę tak, że wyrastając z dziecięcego pokoju zatrzaskujemy za sobą te magiczne drzwi i już nigdy do tego świata nie wracamy?

Pisząc z perspektywy jedynej kobiety w domu (nie licząc kocicy) rozglądam się dookoła i wszędzie widzę klocki, skarpety, kabelki, autka, książki o rycerzach i detektywach, DVD z supermanem. Na kanapie leżą branżowe pisma techniczne ,w sypialni stoi namiot z koca, w łazience jest krem do golenia i szampon dla dzieci, w holu głównie korki treningowe i szkolne worki z kapciami. Pokoje dzieci należą do dzieci, mąż ma warsztat w garażu i własne biuro, reszta domu to taka komunalna wspólnota. Pewnego dnia, kiedy zabrałam się za tapicerowanie starego krzesła, zorientowałam się, że nie mam gdzie tego zrobić, mam dom, ale nie ma w nim MOJEGO miejsca. Taka zwykła, samolubna refleksja weszła mi do głowy i już nie chciała wyjść. Niby dlaczego tak jest? Dlaczego ma tak być nadal?  Jest przestrzeń dla nas wszystkich, ale nie ma mojej do cholery?!? Chcę chociaż fotel w kolorze fuksji!

Chcesz mieć własne miejsce? Zadbaj o to sama. Ja tak zrobiłam. Zaproponowałam moim synom wspólny pokój, przecież i tak wspólnie odrabiają lekcje, bawią się. Często też razem zasypiają, kiedy czytamy książki. Zaskoczył mnie ich entuzjazm, zgodzili się chętnie i sami wpadli na pomysł, że pozostawiony pokój może należeć do mnie! „Mamo, będziesz go mogła w końcu pomalować na różowo!” Nie pomalowałam, ale z dziką radością przyjęłam pomysł własnego miejsca.

To tu teraz trzymam maszynę do szycia, papiery ścierne i nici tapicerskie. Są farby i stos pędzli, rozpuszczalniki i nity. Taki mój własny, nietykalny, zaczarowany świat. Czasami tu wchodzę, zamykam za sobą drzwi, jestem u siebie. Rysuję, projektuję, szyję, odnawiam moje stare meble, czytam książki i słucham muzyki. Odpoczywam, kiedy już dość mam odpoczynku „rodzinnego”. Tu jestem zawsze sobą, w piżamie, bez makijażu, z mokrymi włosami, czy zapomnianą depilacją nóg, tutaj to nieistotne. Istotne, że nie wdeptuję bosą nogą na klocek, nie skrobię zaschniętej czekolady z kanapy, nie poprawiam po nikim narzuty…. Nie, nie ma tu sterylnego porządku ale jestem cała JA.

Dlaczego wciąż najłatwiej zapomnieć nam o sobie, o własnych pragnieniach i własnych potrzebach? Pilnujcie tego bardzo, dbajcie o siebie, o swój kawałek pokoju, podłogi czy choćby swój  fotel w kolorze fuksji do czytania. Absolutnie konieczny, babski kawałek rodzinnego świata. Polecam!


Zobacz także

Kilka powodów, dla których faceci nie chcą uprawiać seksu, gdy pojawi się dziecko

Kilka powodów, dla których faceci nie chcą uprawiać seksu, gdy pojawi się dziecko

Fot.  Screen z YouTube / RedCastle Media

Nigdy nie zostawiaj dziecka w samochodzie, NIGDY!

"Może nawet mnie nie zauważysz. Ja poznam cię od razu, ale nie odważę się przywitać. Chyba jesteś szczęśliwy w małżeństwie". Akcja "Miłość to spotkania"

„Może nawet mnie nie zauważysz. Ja poznam cię od razu, ale nie odważę się przywitać. Chyba jesteś szczęśliwy w małżeństwie”. Akcja „Miłość to spotkania”