8 mitów na temat miłości i jedna przypowieść

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
16 lutego 2017
Fot. iStock / Mkovalevskaya
Fot. iStock / Mkovalevskaya

Człowiek wierzy w różne rzeczy, tworzy schematy, mity, upraszczając tym samym rzeczywistość. Gdy dotyczy to jazdy autem czy rozmowy kwalifikacyjnej – takie skrypty mogą być pomocne. Ubrać się odpowiednio, przerzucić bieg, wydrukować CV z ładnym zdjęciem i tak dalej. Pozwala to zaoszczędzić czas i być bardziej efektywnym. Nie rzadko jednak używamy skrótów tam, gdzie ich być nie powinno: w relacjach międzyludzkich. A w tym wszystkim miłość najłatwiej ulega uproszczeniom, zamykając się w mit na swój temat. Poszukałam w literaturze i w głowach znajomych i oto najpopularniejsze mity na temat miłości. Czy warto je stosować?

Miłość jest jedna na całe życie. – stare aczkolwiek nadal chętnie używane stwierdzenie. „Czy jestem miłością twojego życia?”- pyta Ona. Co odpowiedzieć? Tak, nigdy nikogo nie kochałem i nigdy nie pokocham już? To znaczy, że inne związki nie były miłością? Czy rzeczywiście kochać można tylko raz? – zastanawia się On. Człowiek od urodzenia potrzebuje kochać drugiego człowieka. I przez swoje życie kocha wiele razy, choć miłość bywa różna.

Kocha się bardzo lub wcale. Ciąg dalszy mitu o jednej miłości. Jakby do miłości stosować tylko zerojedynkową skalę. „To kochasz czy nie kochasz?” – jak wyskalować miłość po dwóch miesiącach znajomości, a tę po latach? Można kochać trochę, bardziej i najbardziej. Podobnie jak inne emocje miłość ma też różne natężenie.

Nie ma miłości bez zazdrości. Czy to aby nie idealna racjonalizacja zazdrości? Oczywiście, że to uczucie jest związane z zaangażowaniem najczęściej, ale czy nie można kochać i nie czuć zazdrości? Nie lękać się w miłości. Znać swoją wartość. Wreszcie mieć zaufanie?

Miłość to poświęcenie. Dla mnie w tym momencie zaczyna się koniec miłości. Chyba że mylimy słowo kompromis z poświęceniem, a to juz zupełnie inna sprawa. Kompromis to nauka dawania, oddawania, dzielenia się. Zakłada on jakąś równowagę w związku. Poświęcenie jest jednostronne i kojarzy się ze smutkiem, żalem, umartwianiem, a kończy frustracją. Miłość to kompromis, a nie poświęcenie.

Miłość jest nieprzewidywalna. Ze względu na intensywność uczucia i szaleństwo, które temu towarzyszy tak nam się właśnie wydaje. Ale gdyby rozebrać miłość na czynniki pierwsze to w gruncie rzeczy jest ona dość przewidywalna. Opisane są jej fazy, kryzysy, symptomy fizjologiczne, emocje towarzyszące, krzywa rozwoju. Nie można jej kontrolować, bo to silna emocja, ale w dużej mierze można przewidzieć, jak się będzie rozwijać. To co nas może zaskoczyć to sytuacja, czynnik losowy.

Zakochanie trwa krótko. Od kilku do kilkunastu miesięcy. Tak podają znane poradniki. To jednak okazuje się nieprawdą. Badania neuropsychologów Acevedo i Arona, w trakcie których badano fale mózgowe osób będących ze sobą krótko w porównaniu do tych, którzy są ze sobą od lat- wykazały, że obszary odpowiedzialne za emocje zakochania aktywizują się w podobnym stopniu w obu grupach! Różnica jest tylko jedna: u osób w krótkich związkach zakochaniu towarzyszą dwie inne emocje: niepokój i obsesja. Czyli możemy być zakochani przez całe życie, ale nie w sposób obsesyjny, bo to by nas wykończyło!

Tam gdzie miłość, tam i dobry seks. Oj! Niestety to dwie choć bliskie sfery życia. Miłość pomaga życiu seksualnemu, w zakochaniu szybciej odczuwamy pożądanie, ale ochota na seks nie jest związana tylko z tym uczuciem. Bywamy zmęczeni, sfrustrowani, mamy złe doświadczenia poprzednie, poczucie niższości, wstyd, przekonanie, że nie jesteśmy dobrymi kochankami. Ten dobry seks, który ma być na końcu jest uzależniony od wielu rzeczy, nad którymi czasami trzeba popracować. Poza tym wielu kochanków przyznaje, że najlepszy seks to nigdy nie był ten pierwszy ani drugi. To także znajomość siebie, własnych potrzeb, otwartość i zaufanie.

Co ma być, to będzie. Miłość Cię sama odnajdzie. Fajnie by było… Ale można tak czekać sto lat jak królewna, która ugryzła zatrute jabłko w bajce o siedmiu krasnoludkach. Uczucie nie zawsze jest zależne od nas, ale fizyczna obecność tak. Nie pomaga siedzenie w domu, nie zawsze też szukanie miłości nad monitorem jest najlepszym sposobem by spotkać fajnego człowieka, narzekanie, marudzenie, litowanie się nad sobą i swoją samotnością, zajadanie, zapadanie się w czarną otchłań rozpaczy. Miłości trzeba wyjść na przeciw. Ba, i być w dość dobrej formie, by nas nie ominęła. Wiara w to, że zakocha się od pierwszego wejrzenia w naszych dziurawych dresach i przetłuszczonych włosach jest dość naiwna, a sam mit o tej miłości z pierwszego spojrzenia to także mit.

Moim zdaniem ta jedna przypowiastka o miłości nie jest mitem, pewnie ją dobrze znacie:

Pe­wien in­diański chłopiec za­pytał kiedyś dziadka:

– Co sądzisz o sy­tuac­ji na świecie?

Dziadek odpowiedział:

– Czuję się tak, jak­by w moim ser­cu toczyły walkę dwa wil­ki. Je­den jest pełen złości i niena­wiści. Dru­giego prze­pełnia miłość, prze­bacze­nie i pokój.

– Który zwy­cięży? – chciał wie­dzieć chłopiec.

– Ten, które­go kar­mię – od­rzekł na to dziadek.

Tylko my samy możemy stworzyć własną teorię miłości, swój prywatny mit. I jeśli będzie on karmiony dobrymi emocjami, to wróci do nas w postaci cudownej, dobrej miłości.


Nowa reforma, stare metody. Czy doczekamy się kiedyś edukacji na miarę XXI wieku?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
16 lutego 2017
Fot. iStock / Imgorthand
Fot. iStock / Imgorthand

Nowa podstawa programowa podpisana. Reforma idzie w ruch, koniec z gimnazjami, witaj ośmioletnia podstawówko, witajcie tematy znane od pokoleń. Bo jeśli myślicie, że reforma objęła także i zagadnienia, które dzieci poznają w szkole, to jesteście w wielkim błędzie. Od lat przecież uczymy się w szkołach rzeczy, które dziś pamiętamy jedynie z tego, że… na nic nam się nie przydały!

Edukacja na miarę naszych czasów

Tymczasem równolegle z reformą w naszym kraju, zmiany w systemie edukacji planuje także Finlandia – państwo, które od lat uważane jest za pioniera i którego edukacja uznawana jest za jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą nawet) na świecie.  Skoro ich system jest najlepszy, to po co zmieniają? Szefowa tamtejszego Departamentu Edukacji tłumaczy to tym, że istnieją szkoły, które przekazują wiedzę w staromodny sposób, taki, który był korzystny kiedyś, ale zupełnie nie nadaje się w XXI wieku. Finowie postanowili, że zamiast pojedynczych, ściśle określonych przedmiotów, uczniowie będą uczyć się interdyscyplinarnie, czyli np. poznając zagadnienie II Wojny Światowej będą robić to z perspektywy historycznej, geograficznej i matematycznej, a jeśli zdecydują, że interesuje ich np. praca w kawiarni, nauka obejmie język angielski, podstawy ekonomii i umiejętności komunikacyjne – czyli te zagadnienia, które faktycznie przydadzą im się podczas takiej pracy.

Zmiany te zostaną wprowadzone dla starszych uczniów, od 16 roku życia. Idea jest taka, by młodzież samodzielnie wybierała tematy, zjawiska, wydarzenia, o których chce się uczyć mając na uwadze swoje plany na przyszłość, ambicje i możliwości. Dzięki temu nie będą musieli „wkuwać” obszernych zagadnień z każdej dziedziny nauki, a skupić się na tym, co ich interesuje i co kiedyś będzie im potrzebne. Finowie stawiają także na zmiany w zakresie komunikacji – będą zachęcać do pracy zbiorowej, łączyć dzieci w małe grupy, w których będą dyskutować nad wybranym zagadnieniem i uczyć się współpracy, a nauczyciele zostaną doszkolenie w zakresie nowych metod przekazywania informacji dzieciom i technik nauczania.

Tymczasem u nas…

…zmiany nie oznaczają postępu, a reformy nie są wcale krokiem naprzód – bez względu na to, co twierdzą twórcy ustaw i rozporządzeń. Choć zagadnienia są obszerne, z pewnością ważne i istotne, to brakuje najważniejszych rzeczy – dopasowania ich do współczesności i połączenia ich w całość. Tak, by czytając „Pana Tadeusza” szóstoklasista wiedział, dlaczego w inwokacji Polak mówi „Litwo, ojczyzno moja”. By zdawał sobie sprawę, że historia to nie tylko bitwy, wojny, konflikty i martyrologia, ale także kultura, sztuka, tradycje, zwyczaje i obyczaje – a na nadmierne akcentowanie historii militarnej i brak codzienności wskazują eksperci po lekturze nowej podstawy programowej. Uczniowie śpią na lekcjach słuchając o defenestracji praskiej czy przebiegu wojny stuletniej, wykuwają „na blachę” daty pamiętnych bitew, po czym zapominają o nich szybko po opuszczeniu szkolnych murów, za to mają problem z określeniem czy barok był przed gotykiem i czy Piłsudski mógł znać Chopina.

Nie lepiej jest z przyrodą, którą jako jedną z pierwszych wymieniają wszyscy, których pytam o koszmary i źródła udręki szkolnej. Wykuwanie na pamięć wszystkich parków krajobrazowych i dopływów Wisły i Odry to trochę strata czasu – lepiej nauczyć korzystania z mapy, poświęcić czas na praktyczne umiejętności, dzięki których takie informacje bez problemu (i bez Internetu nawet) dzieciaki będą potrafiły znaleźć. Nie wiem też , po co było mi poznawanie szczegółowej budowy raka – o wiele bardziej przydałaby się wiedza na temat profilaktyki choroby o tej nazwie, zdrowego żywienia, czy antykoncepcji. Nie szukajcie jednak tej ostatniej w nowej podstawie, bo tematu tego nie ma – widocznie uznano go za mało ważny.

Zagadnienia z fizyki i chemii także nie są przyjęte przez ekspertów z radością. Zarzucają oni  bowiem brak odniesień do życia codziennego, brak informacji o odkryciach Marii Skłodowskiej- Curie, kosmonautyce, budowie Wszechświata i teorii Mikołaja Kopernika, czy też pominięcie tematu alternatywnych źródeł energii na rzecz przeróbki węgla kamiennego. Znajoma mama trzecioklasistki przyznaje, że od trzech lat słucha czytanek o górnikach, węglu na Śląsku, rolnikach i bronach. W podręcznikach do fizyki używa się archaicznych sformułowań typu drobiny, które znaczyć mogą zarówno atomy jak i cząsteczki, i o których sami nauczyciele każą uczniom zapomnieć i pominąć. Niby XXI wiek, technologia i technika pędzi do przodu, a my edukacyjnie nadal jesteśmy w prehistorii.

Ludzie renesansu zamiast ludzi współczesnych

Bez wątpienia szkoły mają program bogaty i wszechstronny, taki, który wyposaża nas w wiedzę z rożnych dziedzin – pytanie tylko czy jest nam to potrzebne i czy uczniowie są w stanie wszystkie treści zapamiętać i przyswoić? Idea zrobienia z Polaków ludzi renesansu, znających się na wszystkich i wszechstronnie wykształconych jest piękna, ale niemożliwa – człowiekiem renesansu można było być jedynie w tamtych czasach, gdy dookoła było o wiele mniej „do ogarnięcia” i nauczenia. Dziś powinniśmy się skupić na tym, by czynić z uczniów ludzi współczesnych – świadomych swoich możliwości, umiejętności i zainteresowań, specjalistów w swojej dziedzinie. Czyż nie lepiej byłoby dać każdemu podstawy i pozwolić, po ich opanowaniu, na decydowanie o tym, w jakim kierunki chcą iść? Tak jak zamierza to zrobić Finlandia – szesnastolatek raczej już wie, czy bliżej mu do Pitagorasa, czy do Mickiewicza. Po cóż te wszystkie całki, różniczki, przebieg funkcji trygonometrycznej komuś, kto nie planuje związać się z matematyką na dłużej niż to konieczne?

Nie chodzi jednak tylko o treści nauczane w szkole, ale także sposób, w jaki są one przekazywane. Czas wyjść zza biurka i zamiast nudnych monologów przekazujących wiedzę, pokazać dzieciom sposoby i zmotywować do dochodzenia do wiedzy. Dać im swobodę działania, eksperymentowania i doświadczania. Wyrzucić klucz odpowiedzi i nie kształtować postawy typu „myśl jak wszyscy albo nie myśl wcale”, ale dostrzegać i doceniać indywidualny potencjał. Tak, by w rozmowie z rodzicami dzieci z zerówki po zdaniu „nie może się doczekać szkoły” nie padało „szybko mu przejdzie” albo „jeszcze nie wie, co go czeka”, które słyszę niemal codziennie.


Źródła: www.wiadomosci.gazeta.pl,    www.brightside.me

Zapisz


Zamordowałam męża – kata, ale to nie ja byłam sądzona jako ofiara. Odsiedziałam kawał życia przez drania, który nie potrafił być człowiekiem

Anika Zadylak
Anika Zadylak
15 lutego 2017
Fot. iStock/kieferpix
Fot. iStock/kieferpix

– Dziś chciałabym powiedzieć wszystkim maltretowanym kobietom, żeby nie popełniały mojego błędu. Żeby nie dały sobie wmówić kolejnego „przepraszam”, żeby nie pozwalały się zastraszać. Bo jeśli to zrobią, skończą tak jak ja kiedyś. Chciałabyś słyszeć za plecami, że jesteś mordercą? Uwierz mi, że nigdy.

Kiedy siedzisz na więziennym łóżku, minuty ciągną się jak godziny i możesz patrzeć tylko w maleńkie, okratowane okno. To wtedy, wszystko do ciebie dociera. Nie tylko ten straszny obraz, gdzie noc skończyła się wraz z pierwszym uderzeniem noża i potwornym krzykiem twoich dzieci. Tylko świadomość, że zabiłaś człowieka, bo nikomu nic nie powiedziałaś. Nie przyznałaś się, że mieszkasz z potworem, nie poprosiłaś nikogo o pomoc. Bo może gdybym wtedy, gdzieś z tym poszła, chociaż raz zadzwoniła na policję, nie skazałabym moich dzieci na straszną samotność. Na brzemię, które dźwigały przez te wszystkie lata, gdy ja byłam tu. Zabiłam swojego męża. Bo nie był człowiekiem, tylko okrutnym katem. Przesiedziałam 10 lat, bo ciągle głupio czekałam, że wszystko się zmieni.

Pani Bożena wygląda na dużo starszą, niż faktycznie jest. Spokojna, zadbana, bardzo opanowana. Gdy wraca do wydarzeń sprzed ponad 20 lat, zastyga w bezruchu. Jakby na nowo znalazła się w koszmarze, za który dostała długoletni wyrok więzienia. W policyjnych aktach czytam, że na ciele jej męża znaleziono 5 ran ciętych brzucha i trzy w okolicach serca. Wszystkie zadane dużym nożem kuchennym z ogromną siłą. – Waliłam na oślep. Nie mogłam przestać, tak jakby mnie ktoś nakręcił i zapomniał wyłączyć. Nic nie słyszałam, nie wiem nawet, czy już wtedy dziewczynki coś krzyczały, czy płakały. Dopiero, gdy nagle oprzytomniałam, zobaczyłam siebie we krwi z tym ogromnym ostrzem w rękach. Nie wiem dlaczego, myślałam, że córki są w pokoju obok, że tego nie widzą. Marta, ta młodsza, siedziała skulona pod ścianą i wymiotowała. Starsza, Dagmara, strasznie płakała, darła się, błagała, żebyśmy uciekały. Nie mam pojęcia, co się wtedy ze mną działo, dlaczego się odwróciłam i wyszłam. Zostawiłam je tam same, z jego zakrwawionym ciałem i zapukałam, do sąsiadki. Potem, nie pamiętam wiele, tylko ten najgorszy obrazek. Do dziś mi się śni, gdy wsadzają mnie do radiowozu, a moje córki się wyrywają i krzyczą: „Mamusiu, nie zostawiaj nas! Mamusiu, wróć!”. Nie można przeżyć niczego gorszego.

Dlaczego nie odeszłam? To były inne czasy, choć wiem, że to żadne wytłumaczenie. Ślub się brało, raczej z rozsądku, nie z miłości. Niewielka wieś, gospodarka, nie przelewało się. Dostałam dom po rodzicach, szybko odeszli, całe życie bardzo ciężko pracowali. Dom, czyli przeciekający dach, sypiący się tynk, podłoga do wymiany. On był tzw. „dobrą partią”, narwany, ale pracowity. Już wcześniej się znaliśmy, nasi rodzice i rodziny też. Gdy ślub braliśmy, byłam już w czwartym miesiącu ciąży. Dagmarka się zdrowa urodziła, a on już wtedy popijał, nerwowy był, czasem coś w domu rozwalił w nerwach. Poszarpał, za włosy mnie chwycił. Ale jego matka mówiła, żebym nie robiła afery z niczego, że chłop ma prawo babie przyłożyć. Widocznie za mało się staram, albo źle się w łóżku sprawdzam. Milczałam, a pewnie już wtedy nie powinnam. Ale sama byłam, siostra daleko mieszkała, rzadko się widywałyśmy. To nie był czas komputerów i komórek, zwłaszcza na takich wiochach jak nasza.

„Nie jest najgorzej”, tak sobie wtedy mówiłam, może z czasem mu przejdzie. Jakoś to się wszystko toczyło. Jak był trzeźwy, było znośnie. Gdy wypił, starałam się go unikać, u sąsiadki przeczekać, aż zaśnie. Bo brutalny był, szczególnie w tych sprawach łóżkowych. Nie przeszkadzało mu, że mam obfitą miesiączkę, że prosiłam, żeby później, bo boli. Mówił, że ma boleć, żebym kochanków nie szukała. Najgorzej było, gdy się okazało, że jestem w kolejnej ciąży. Stłukł mnie tak, że nie mogłam przez godzinę wstać z podłogi. Mówił, że mam się tego pozbyć, bo dopiero co jeden bachor z obsranych pieluch wyrósł, że kolejnej baby pod dachem nie zniesie. A znając moje szczęście to mu syna nie urodzę. Wkładał mnie do bali z gorącą wodą, żebym poroniła, kazał skakać z wysokości, kopał w brzuch. Groził, że jak urodzę, to nas obie żywcem zakopie.

Wtedy z nim teść pogadał, bo powiedziałam, że się boję, że pójdę na policje. Powiedział mi, żebym się nie wygłupiała i plotek ze wsi na ich rodzinę nie ściągała, że to wstyd dla wszystkich. Jego matka, bardzo prosiła, on się też trochę uspokoił, nawet imię wybrał, jak już było wiadomo, że to druga córka.

Przez trzy lata, żyliśmy dość spokojnie. Trochę chorował, mniej pił, przez pewien okres wcale. Potem przyszedł ten kryzys, ulewy i wichury zniszczyły większość upraw, nie było pieniędzy, a zima szła. Ja się martwiłam, on pił i szalał. Coraz bardziej. Zamierałam, gdy tylko słyszałam trzask furtki. Wiedziałam, że wraca, że zaraz się zacznie. Dziewczynki chowałam w szafie, albo za łóżkiem. On nie potrzebował pretekstu, od progu krzyczał: „Gdzie jesteś suko!”. Gwałcił i bił, bił i gwałcił. Potem na podłodze kazał spać i się nawet słowem nie odzywać. Mogłam wstać, gdy mi pozwalał, mówił, że robić mogę pod siebie, ale potem mam to zeżreć. To trwało latami, niby wszyscy wiedzieli, ale nikt się nie odzywał, nie wychylał. Sąsiadka nieraz tylko przebąkiwała, że jak każdy tu – wyszumi się i na starość mu przejdzie, że najważniejsze, że sama nie jestem. I tak sobie wmawiałam, że byłoby jeszcze gorzej, że dziewczynki bez ojca, że kto w pole pójdzie, dach załata. To jakiś taki mechanizm, że znajdziesz tysiąc wymówek, usprawiedliwień, żeby tylko się nie przyznać, nigdzie z tym nie iść. To najgorsze, co mogłam zrobić. Pozwolić spuścić głowę, zgodzić się na to. Tego sobie nigdy nie wybaczę, że to ja zgotowałam dzieciom najgorsze piekło. Bo to za nimi potem po szkole biegali i wyzywali od bękartów morderczyni.

Nie planowałam tego. Byłam na skraju wytrzymania, wychudzona, znerwicowana, zastraszona. Nie wracał już drugi dzień, ciągle nasłuchiwałam i modliłam tylko o jedno: żeby ktoś zapukał i powiedział, że go znaleźli gdzieś, że się zapił. Ale on wtoczył się do domu nad ranem, jeszcze ciemno było. Od razu do pokoju starszej córki. Usłyszałam jej wołanie, żeby przestał, że tak nie wolno. Wstałam, po drodze przez kuchnię wzięłam nóż. Chciałam go postraszyć, ale gdy zobaczyłam, że usiłuje ją rozbierać, kłaść się na niej, nie wytrzymałam. Uderzałam raz po raz, aż przestał się ruszać i charczeć. Kiedy mnie zabrali, policjant mi powiedział, że on mi nawet wierzy, widzi, w jakim jestem stanie, że siniaki. Ale to za mało, bo nie było skarg i zgłoszeń, bo jego rodzice, mówią co innego. Że to ja popijałam, że prowokowałam. Ja się już nawet nie chciałam bronić, wiedziałam, że dziewczynki zabierze moja siostra, że będą już bezpieczne. Nic innego mnie nie interesowało. Dopiero za kratami wszystko do mnie wracało, jakbym zaczęła to widzieć i rozumieć. Te wszystkie niepotrzebne krzywdy, te wszystkie stracone lata, to tkwienie w koszmarze razem z moimi dziećmi. Ciągłe pretensje do siebie, za bezmyślność i bezczynność. Siostra wysyłała mi zdjęcia dziewczynek, pisała, że jest różnie, że chodzą do psychologa, moczą się w nocy. O tym, że starsza miała próbę samobójczą, dowiedziałam się, gdy wyszłam. Nie powiedziały mi, bo się bały, że tego nie wytrzymam. A mi i tak było ciężko. Z dala od nich, od normalnego życia, między obcymi ludźmi, kobietami, które zabijały z zimną krwią. Nie tłumaczę się, nie uważam za lepszą od nich. Ale odsiedziałam kawał życia przez drania, który nie potrafił być człowiekiem.

Dziś moje córki są dorosłe. Mam wnuki i mogę spokojnie patrzeć, jak rosną. Nikt nie ma do mnie pretensji, nie rozdrapuje ran. Wystarczy, że ja sama to wiem, że tamtej nocy, zabiłam dwie osoby. Bo siebie w pewnym sensie też. I zraniłam dogłębnie kolejne dwie. Już nigdy nie będę spała spokojnie, zawsze będzie mi się śnił płacz moich dzieci. Błaganie, żebym ich nie zostawiała, kiedy zabierała mnie policja. Moja starsza córka, gdy wczoraj uśpiła swojego synka, usiadła obok mnie i złapała za rękę. Powiedziała, że nie ma do mnie żalu. Że bardzo zawsze tęskniła i czekała. Ale dziś już wie, że milczenie, jest najgorszym wyborem.


Zobacz także

Fot. iStock / Martin Dimitrov

Depresja zatrzymuje cię w miejscu, tkwisz w niej. Sport daje szansę na powrót do równowagi

Fot. iStok/martin-dm

Magdalena Chorzewska: „Każda nowa znajomość zazwyczaj zaczyna się cudownie. Bez emocji można zobaczyć o wiele więcej”

Po pierwsze, nie obwiniaj. 10 rzeczy, które powinieneś wypróbować, zanim zrezygnujesz ze swojego małżeństwa

Po pierwsze, nie obwiniaj. 10 rzeczy, które powinieneś wypróbować, zanim zrezygnujesz ze swojego małżeństwa