4 powody, dla których ślepo wierzymy w nasze złe związki

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 września 2018
Fot. iStock/martin-dm
 

Ile razy patrzyłaś na znajomych, przyjaciół i zastanawiałaś się, jak to możliwe, że tkwią oni w związku, który (co gołym okiem widać) jest po prostu dla nich zły? A jednak to dzieje się codziennie, wiele z nas jest w relacjach, w których widzi wady, gdzie dostrzega niedoskonałości, a jednak trudno nam się z nich uwolnić. Dlaczego to jest takie trudne? Co sprawia, że rozstanie z toksycznym partnerem wydaje się nam niemożliwe? Dlaczego ludzie, którzy świetnie funkcjonują w różnych obszarach swojego życia, tkwią w ślepym zaułku, jeśli chodzi o związek, dlaczego nie szukają zdrowych relacji, w których traktowani byliby z godnością i szacunkiem? Dlaczego tak trudno im zdobyć się na odwagę i odejść?

Zasada kosztów utopionych

Jest to zasada ekonomiczna, która często ma ogromne znaczenie, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji dotyczących naszego związku. Koszt utopiony to nasze postrzeganie tego, co już zainwestowaliśmy, czego nie możemy odzyskać – często sprawia, że rzucamy cień na nową ścieżkę, obawiając się utraty naszej pierwotnej inwestycji. Mówimy: „Przecież to już tyle lat”, „Tyle razem przeżyliśmy”, „Jak zaprzepaścić to wszystko?”. To twój wybór, czy chcesz nadal poświęcać mnóstwo swojego czasu i energii na coś, czego nie da się naprawić czy zainwestować w to co nowe. Im dłużej i więcej inwestujesz w związek, którego zmienić się nie da, tym trudniej będzie ci odejść.

Warto dokonać racjonalnych obliczeń. Pomyśl: ta inwestycja jest już skończona i nigdy odzyskasz tego, co w nią włożyłaś. Jedyne, co możesz wziąć to to, czego się nauczyłaś. Zapamiętaj – to nie był strata czasu, masz doświadczenie, wyciągnęłaś wnioski z popełnianych błędów i porażek, to zaprocentuje w przyszłości.

Dysonans poznawczy

W skrócie, dysonans poznawczy występuje wtedy, gdy nasze myśli lub działania nie są ze sobą spójne. Nie podoba nam się, że do siebie nie pasujemy, więc staramy się to zmienić, żeby zmniejszyć napięcie i frustrację. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że nic zmienić nie możemy, że to się nie uda i że nie był to właściwy wybór…

Załóżmy, że jesteś z kimś od kilku lat, kto nie traktuje cię bardzo dobrze. Wiesz o tym, bo powiedzieli ci to twoi przyjaciele, rodzina. Jednak jest w tobie inny głos, który mówi, że gdyby twój partner faktycznie traktował cię podle, to byś z nim nie wytrzymała tyle czasu… Przecież gdyby było tak źle, jak mówią inni, to już dawno powinnaś odejść. To konsekwencja tkwienia w toksycznym związku… Dysonans poznawczy. Nie możesz zmienić faktu, że spędziłaś z nim kilka lat, ale możesz przekonać siebie, że wcale nie było tak źle. I zostajesz.

Mit zmiany

Wiele osób tkwi w złym związku, bo wierzy, że już za chwilę, już za momencik nastąpi poprawa. Wszystko się zmieni na lepsze jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy on zacznie mniej pracować, gdy zmieni pracę, gdy będzie mniej zestresowany, gdy skończy projekt, jak dostanie podwyżkę. Tymczasem dni mijają, a chwila, po której miała nastąpić zmiana przeciąga się w tygodnie, miesiące, a później lata.

Mit zmiany, daje nam fałszywe przekonanie, że gdy osiągniemy pewien punkt nasz związek wejdzie na nową ścieżkę, wszystko się poprawi i naprawi. Przekonujemy o tym samych siebie, wmawiamy sobie, że to, co się dzieje, to jedynie droga do osiągnięcia większego celu.

A co jeśli twoje życie skończyłoby się jutro? Czy twój związek wart byłby poświęcenia, na które się decydujesz? Co, jeśli dzisiaj jest naszym faktycznym celem podróży, bo jutra może nie być? Odpowiedz sobie na pytanie, czy twoje nadzieje związane są z czymś nad czym możesz zapanować? Nie oceniaj swojego związku w przyszłości czysto hipotetycznie, jaki ty masz realny wpływ na to, by coś się zmieniło?

Wyuczona bezradność

Trzymanie się kurczowo złej dla nas relacji może spowodować wywołać w nas spustoszenie, jednym ze sposobów jest wyuczona bezradność, kiedy przyzwyczajamy się do tego, że nie mamy wpływu na to, co się dzieje w naszym związku.

Załóżmy, że masz szefa, który krytykuje cię bez względu na to, co robisz – bez względu na to, czy ciężko pracujesz, czy nic nie robisz. Z czasem przekonasz się, że twój wysiłek nie ma kompletnie znaczenia, jesteś bezradna jeśli chodzi o uznanie twojego szefa. Poddajesz się, to całkiem zrozumiałe. Przyjmijmy jednak, że masz zupełnie nowego szefa, ale w tobie nadal tkwi stary sposób myślenia: nadal wierzysz, że twój wysiłek nie mają znaczenia, więc się nie starasz. Nauczyłaś się już bezradności i fałszywie nie doceniasz swojej kontroli nad sytuacją i wpływu na nią.

Ta dynamika staje się dość powszechna dla tych, którzy są złych związkach, ponieważ ich postrzeganie autonomii prawdopodobnie zostało zniszczone przez dominującego, niewrażliwego lub kontrolującego partnera. Przyzwyczajają się do tego, że nie są w stanie cokolwiek zmienić, więc przeklinają wszystkie rady mówiące, że mają wpływ na swoje życie. W rzeczywistości mogą czuć się znacznie bardziej bezradni, myśleć, że nie są w stanie znaleźć kogoś, kto będzie dla nich dobry, być może uważają, że na dobry związek nie zasługują. Do tego dochodzi przekonanie, że ich życie z pewnością nadal będzie do niczego, niezależnie czy odejdą czy zostaną.

Obarczeni wyuczoną bezradnością wierzymy, że nie mamy na tyle mocy i odwagi, by odejść, że nie jesteśmy w stanie funkcjonować poza tym związkiem. Nie zrobimy nic, by to naprawić, by zmienić swoje życie na lepsze.

Ratunkiem jest obecność przyjaciół, rodziny, którzy chronią nad przed nadmierną kontrolą partnera, którzy dadzą wsparcie, będę rozmawiać, słuchać i troszczyć się o nas w taki sposób, na jaki naprawdę na to zasługujemy.


źródło: Pyschology Today


Żadnych wymówek! Ile razy użyliście, któregoś z tych zdań podczas wożenia dzieci (lub je usłyszeliście)?!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
25 września 2018
Fot. Materiały prasowe
 

Chyba jestem pod względem zasadniczości dinozaurem, ale przysięgam, że  w mojej 8-letniej karierze rodzica, NIGDY nie zdarzyło mi się przewieźć dziecka samochodem bez odpowiedniego zabezpieczenia. Naprawdę, nie jestem święta, ale słowo daję – ani jednego razu nie było. Dla mnie to granica nieprzekraczalna, choć nie ukrywam, że nie raz budziłam zdumienie, złość, niezrozumienie czy wychodziłam na kompletnego świra. No bo ktoś proponuje przysługę, ratunek z z odwiezieniem do domu, a ja z małym dzieckiem w deszczu zasuwam trzy kilometry piechotą? Wariatka jak nic!

Jakoś od samego początku mojego matkowania, było to dla mnie oczywiste: nie ma fotelika, nie ma jazdy. Ku mojemu zdziwieniu, bardzo wielu rodziców wozi dzieci bez zabezpieczenia, a odmówienie jazdy tych przysłowiowych dwóch kilometrów, budzi reakcję przypominającą głęboki szok. Wiele razy sama zastanawiałam się, czy nie jestem wariatką, za którą uchodzę. Ale skutecznie wyleczył mnie z tych obaw przed ostracyzmem wypadek, no właściwie kolizja, bo wszyscy wyszli ze zdarzenia cało (z wyjątkiem samochodu) z udziałem dwóch całkiem niezłych fotelików i ich pasażerów. Myślę, że dla części z nas, rodziców, dopiero zobaczenie na własne oczy, co się dzieje podczas zderzenia z fotelikami i dziećmi, pozwala uwolnić się od co najmniej kilku wymówek, które uspokoją nasze sumienia.

Co zobaczycie podczas zderzenia, gdy akurat będziecie obserwować swoje pociechy?

Zdecydowanie więcej, niż wasze rodzicielskie oczy są w stanie przyjąć, i przysięgam, że żaden wypasiony film z crash-testów, nie zrobi na was takiego wrażenia, jak widok bezwładnego ciała waszego dziecka. Co jeszcze przeszyje was na ułamek sekundy strachem, z którego trudno się potem pozbierać? Ano widok fotelika, daj boże, że nie był to widok fotelika po wypadku! Ale jeśli fotelik nie jest mocowany na tzw. isofix, jest taki moment (zanim zblokują się pasy bezpieczeństwa), że ów fotelik razem z dzieckiem podrywa się jak „szmatka” do lotu, na dobre kilkanaście centymetrów. Wszystko dzieje się, jak w zwolnionym tempie i trwa całą wieczność – wieczność strachu. Takiego widoku się nie zapomina, więc uwierzcie mi na słowo i przyjmijcie za nienaruszalną zasadę, że urządzenie przytrzymujące dziecko w samochodzie jest potrzebne jak powietrze do oddychania.

Będzie ostro, ale jestem zdania, że jeśli tego się z jakiegoś powodu nie chce zaakceptować, należy jak najszybciej pozbyć się samochodu! Wystarczy wyobrazić sobie, że tego fotelika by nie było… Przestańmy szukać wymówek i usprawiedliwień. Lata zajęło nam wprowadzenie zasady „zero tolerancji” wobec jazdy po alkoholu, najwyższa pora nauczyć się myśleć tak samo o jeździe bez fotelika czy specjalnych pasów adaptacyjnych dla dzieci! Czym to się tak naprawdę różni? Niczym! Nawet część wymówek się ze sobą pokrywa! Zobaczcie sami.

Idę o zakład, że nie ma wśród nas osoby, która by takiej wymówki nie użyła lub nie słyszała w formie namowy!

Ile razy użyliście, któregoś z tych zdań podczas wożenia dzieci (lub je usłyszeliście)?!

To tylko: kawałek, parę kilometrów, parę metrów, itd.

Przecież nic się nie stanie.

To tylko jeden raz.

Nie mam wyjścia, no co mam zrobić?

Nie mogę na to wydawać pieniędzy. To za drogie, a na co dzień nie mam samochodu… itp. itd.

Pojadę powoli…

Nie mam wyjścia, tak się czasem zdarza…

My nie mieliśmy w ogóle fotelików i jakoś żyjemy…

Do każdej z tych wymówek można znaleźć tysiąc historii, gdy właśnie „się stało”. I błagam, nie próbujcie kontrować ich zdaniem „no bez przesady”. Chyba nikt z nas nie powiedziałby tego, komuś, kogo taka tragedia spotkała… więc przesada, jest jak  najbardziej uzasadniona! Mamy tendencję do takiego uspakajania się nawzajem, podtrzymywania tej niewinności grzechu. Nie róbmy tego. Nie warto.

Zero wymówek! Dlaczego???

Dlaczego nie ma wyjątków, nawet jeśli chcecie tylko przeparkować o 5  czy 20 metrów? Wystarczy, że odpowiecie sobie na te kilka pytań:

Kiedy ostatni raz słyszałeś o wypadku, w którym zginął człowiek (a może nawet dziecko)?

Jak często ten wypadek był spowodowany przez pijanego, naćpanego kierowcę, kogoś bez wyobraźni czy pirata drogowego lub nieszczęśliwy zbieg okoliczność (bo np. komuś wysiadły hamulce i zamiast zabić pieszego zdecydował rozbić się o samochód przed nim?)?

Czy  to, że ofiara jechała tylko 5 metrów albo tylko 20 km/h albo była wybitnym kierowcą z wieloletnim stażem, miało to jakikolwiek wpływ na skutki tego, że ktoś w nią „wjechał”? Wskrzesiło ją to?…

Ile razy kręciłeś głową i mówiąc „ależ pech”, gdy wypadek gazety opisywały w podobny sposób: Wyjeżdżała z parkingu… / Nieszczęście, w zaparkowanych samochodzie znajdowało się „X” osób, gdy uderzył w nie…  / Nieszczęśliwy wypadek, kierowca dostał ataku serca i zderzył się z… – itd.?

Właśnie… Możesz mówić sobie milion razy, że masz absolutną pewność, że nikogo nie skrzywdzisz (choć i tak nie możesz tej gwarancji mieć)… ale nic nie daje ci pewności, że ktoś nie skrzywdzi ciebie.

Walkę z przewożeniem dzieci bez zabezpieczenia wspiera Smart Kid Belt – legalne urządzenie do wyregulowania pasów bezpieczeństwa tak, aby bezpiecznie przewozić dzieci od 4 r.ż. – a dokładnie z grupy 2 i 3, czyli powyżej 15 kg masy ciała. Naprawdę, są rozwiązania, o których nasi rodzice i dziadkowie, mogli co najwyżej poczytać w komiksach science fiction. Więc przestańmy pielęgnować w sobie pobłażliwość.

Urządzenie jest banalnie proste. To regulowany pas zakończony po dwóch stronach klamrami do zapinania. Najpierw należy zapiąć dziecko zwykłym pasem, następnie zamontować jedną klamrę przy pasie biodrowym, po czym wyregulować wysokość górnej klamry tak, by był tuż nad ramieniem i na koniec zapiąć górną klamrę. To wszystko.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Jeśli naprawdę zapomnicie podkładki czy fotelika „ten jeden raz”, Smart Kid Belt możecie kupić na stacjach Orlen i Shell. I na miłość boską nie płaczcie nad pieniędzmi! SKB to koszt około 100 zł (w zasadzie 90!), pół biedy jeśli za jazdę bez zabezpieczenia dziecka zapłacić bolesny mandat, gorzej, gdy przyjdzie wam zapłacić najwyższą cenę…!

Szczegółowe informacje znajdziecie tutaj: https://smartkidbelt.com/#bezpieczenstwo

„Wiemy, że rodzice wierzą w bezpieczeństwo fotelików. I bardzo dobrze! Wiele z nich to wysokiej klasy urządzenia, które zapewniają najwyższe bezpieczeństwo dzieciom w trakcie podróży. Smart Kid Belt nie udaje i nie mówi, że jest lepszy od nich. Jest jednak urządzeniem, które spełnia swoje zadanie, a poświadczają to testy zderzeniowe przeprowadzone w Europejskich i Amerykańskich instytutach badawczych (PIMOT i CALSPAN). Producenci wielu urządzeń do przewozu dzieci dostępnych na rynku podają do ogólnej wiadomości jedynie fakt posiadania certyfikatu. Smart Kid Belt jest transparentny, dlatego chętnie dzielimy się z Wami wynikami jakie nasze urządzenie osiągnęło w testach zderzeniowych”.

Artykuł powstał we współpracy z Smart Kid Belt


Syndrom „wybawiciela”. Nie myśl, że uratujesz cały świat, bo pogrążysz samą siebie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 września 2018
Fot. iStock/francescoch

Pomaganie innym jest jednym z zachowań cieszących się wielkim uznaniem społecznym. Altruizm daje nam poczucie, że poprawiamy życie drugiej osoby, że sprawiamy, że od teraz „ma lepiej”. Od dziecka uczy się nas wrażliwości na krzywdę drugiego i nagradza za umiejętność dzielenia się tym, co mamy z innymi. Czy jednak zawsze dobrze jest pomagać innym? Syndrom wybawiciela uczy nas, że czasem może być to bardzo szkodliwe.

Syndrom zbawiciela lub też wybawiciela jest stanem psychicznym, który sprawia, że ​​dana osoba stale odczuwa potrzebę pomocy innym. To uczucie popycha ją ku działaniom ekstremalnym, a nawet szkodliwym dla niej samej (oraz innych).

Zgodnie z oficjalną definicją, osoba cierpiąca na syndrom zbawiciela podświadomie wyszukuje sytuacje, w których może realizować swoją potrzebę ratowania innych. Bywa, że w rezultacie poświęca własne potrzeby, pragnienia i aspiracje, a nawet związek.

Problem polega na tym, że te cechy mogą łatwo doprowadzić do powstania toksycznych relacji z innymi.  Ogólnie rzecz biorąc, ludzie cierpiący na ten kompleks mają tendencję do życia we współzależnych relacjach. W większości przypadków jest to jeden z najgorszych rodzajów związków emocjonalnych, które mogą istnieć.

W owych relacjach jedna z osób stale potrzebuje pomocy drugiej, aby czuć się dobrze. Myśli, że nie może żyć bez tej osoby. „Zbawiciel” czuje się silniejszy dzięki zależności małżonka. Ale po pewnym czasie w końcu nudzi się i czuje się ograniczony potrzebami partnera.

Tak więc, we współzależnej parze, żaden z członków nie jest naprawdę szczęśliwy. Osoba uzależniona od miłości będzie miała coraz mniej poczucia własnej wartości i pewności siebie, podczas gdy druga czuje się przytłoczona i obwinia za to swojego małżonka.

Należy podkreślić, że dynamika ta nie występuje tylko w związkach. Może wystąpić również między przyjaciółmi, członkami rodziny, współpracownikami,

Jak sobie pomóc

Jeśli uważasz, że do pewnego stopnia cierpisz na syndrom  wybawiciela, zastosowanie kilku nowych zasad w twoim życiu może być bardzo pomocne,

Pamiętaj, że jesteś odpowiedzialny tylko za siebie. Każda osoba musi wziąć odpowiedzialność za swoje życie, swoje emocje i swoje działania. Nie musisz ratować ludzi, jeśli nie sprawia Ci to radości.

Naucz się odmawiać. Dla wielu ludzi odmowa zrobienia tego, o co prosi ich ukochana osoba, jest niezwykle trudna. Jednak brak tej umiejętności nieuchronnie prowadzi do uzależnienia. Techniki dominujące, takie jak asertywność, mogą  pomóc ci poprawić twoje relacje.

Ustal granice i pamiętaj, że twoje szczęście jest twoim priorytetem. Rodzice często wpajają dzieciom przeświadczenie, że dbanie o własne dobre samopoczucie, a nie o dobre samopoczucie innych, jest trochę samolubne. Ale jeśli działanie na rzeczy tych innych czyni cię nieszczęśliwym, to nie ma sensu. Jeśli naprawdę chcesz pomóc, spróbuj znaleźć sposób, aby to zrobić, unikając swojego cierpienia.


Na podstawie: nospensees.fr


Zobacz także

Każde jutro jest dobre

Sprawdź, czy udało ci się uniknąć rutyny w związku [QUIZ]

„Dzięki tobie znów czuję się sobą”. Fryzjerka uratowała włosy (i życie) dziewczyny chorej na depresję