3 zasady przyciągania w związku i dlaczego one nie zawsze działają

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 czerwca 2018
Fot. iStock/FatCamera
Fot. iStock/FatCamera
 

Co pociąga cię w potencjalnym partnerze?  Dobry wygląd, osobowość, poczucie humoru? Zazwyczaj przyciągają nas do siebie osoby, które są atrakcyjne fizycznie, podobne do nas i nam znane. Jednak te czynniki nie zawsze budzą ten charakterystyczny  zachwyt  który sprawia, że chcemy być blisko. Czasem to, co teoretycznie powinno nas ku sobie przyciągać, dzieli.

Atrakcyjność fizyczna

Zaczyna się od tego, że ktoś „wpada nam w oko”. Z tym, że osoba, która nam wydaje się piękna i atrakcyjna fizycznie, komuś innemu wyda się brzydka i nieciekawa. Uroda to rzecz gustu. Często dostosowujemy nasze postrzeganie atrakcyjności fizycznej innych osób do naszego poziomu atrakcyjności fizycznej. Jak to działa? Zdarza się, że bardziej atrakcyjni ludzie postrzegają wszystkich innych jako mniej atrakcyjnych, podczas gdy mniej atrakcyjne osoby uważają, że tych atrakcyjnych jest wokół nich całe mnóstwo. Jednak długotrwałe relacje z bardzo urodziwą osobą wydają nam się niemożliwe na dłuższą metę. Boimy się ich i na życiowego partnera nieświadomie wybieramy tych, których można by określić mianem „przeciętnych”. W naszych oczach stają się piękni, bo dają nam poczucie bezpieczeństwa.

Podobieństwo

To, że czujemy się do siebie podobni, zdaje się na pierwszy rzut oka być czynnikiem, który zwiększa nasze szanse na udaną romantyczną relację. Ten, kto jest podobny lepiej nas rozumie – myślimy.  Lubimy innych, którzy są do nas podobni pod względem postaw, wykształcenia, cech osobowości, a nawet imion.

Jeśli jednak chodzi o dłuższą relację i jej szansę na przetrwanie, okazuje się, statystycznie lepiej nam z tymi, którzy się od nas różnią. Dlaczego? Dlatego, że różnice skłaniają nas do lepszej komunikacji, do wysiłku, który wkładamy w to, by się zrozumieć i wyjaśnić sobie swój punkt widzenia. To prawdziwe spoiwo, które wzmacnia związek.

Fakt, że się znacie 

Psycholodzy przeprowadzili kilka eksperymentów, z których wynika, że ludzie są dla bardziej atrakcyjni, gdy spotykamy się z nimi częściej. Jeszcze bardziej lubimy innych, gdy częściej wchodzimy z nimi w interakcję online. Co więcej, czujemy większy pociąg emocjonalny w stosunku do tych osób, które fizycznie przypominają nas i członków naszej rodziny .

Biologia jest jednak bezwzględna. Jeśli chodzi o długotrwałe związki, „obcy” mogą być dla nas bardziej atrakcyjni ze względu na nieświadome pragnienie genetycznie zróżnicowanego potomstwa….


Na podstawie: psychologytoday.com

 


„Zawsze bardzo wierzyłem w widzów! Nigdy nie uciekałem przed kinem popularnym”. Wywiad z Christianem Clavierem – odtwórcą roli André w filmie MOMO

Redakcja
Redakcja
4 czerwca 2018
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe
 

Redakcja: Zaangażował się pan w projekt „Momo”, mimo, że nie oglądał pan sztuki teatralnej. Co urzekło pana w tekście Sébastiena Thiéry?

Christian Clavier: Rzeczywiście, nie znałem sztuki teatralnej. Przeczytałem jedynie scenariusz i była to doskonała adaptacja. Nie miałem żadnych punktów odniesienia, jednak od razu polubiłem swoją postać. André jest od początku przekonany, że młodzieniec, który wtargnął w jego życie, twierdząc, że jest jego synem, to oszust! Myślę, że można odczuwać wobec niego pewną empatię: ma mnóstwo wad, ale jest bardzo zabawny, bo sytuacja go przerasta i będzie musiał stopniowo się do niej dostosować. Problemy z jakimi zmagają się państwo Proiux, sprawiają, że oboje mają ochotę zaakceptować ten niedorzeczny pomysł i uwierzyć, że ów czterdziestolatek jest ich dzieckiem. Tym, co moim zdaniem, łączy mojego bohatera z widzem, jest jego kartezjański rys: od początku jest przekonany, że Patrick to uzurpator. To pasjonujące.

W tym filmie ciekawe jest to, że ta absurdalna sytuacja, o której pan mówi, zaczyna stopniowo stawać się wiarygodna – dla pańskiego bohatera i co za tym idzie – dla widzów.  

Tak, ale dodam jedną ważną rzecz, ponieważ sformułowanie „absurd staje się wiarygodny” pozostaje abstrakcyjne: na początku filmu sytuacja rzeczywiście jest absurdalna, jednak bardzo szybko zaczyna mieć bardzo głęboki oddźwięk w doświadczeniach pary głównych bohaterów. Ci ludzie nie mają dzieci i są całkowicie skupieni na sobie. To, co się stanie, wydaje im się czymś prostym, wręcz naturalnym: w życiu jesteśmy szczodrzy przede wszystkim wobec własnych dzieci. W tej kwestii Sébastien Thiéry wychodzi od swojego osobistego poglądu i dzieli się z nim ze wszystkimi, jak czymś oczywistym. Myślę, że każdy z nas spotkał w życiu starszych, bezdzietnych ludzi, skupionych na sobie, na własnych nawykach, rutynie i, prawdopodobnie, na własnej depresji!

Film jest adaptacją sztuki teatralnej, zatytułowanej „Momo”. W jaki sposób przyswoił pan sobie tekst, napisany przez Sébastiena Thiéry i nadał mu pan osobisty rys?

Wszystko odbyło się w bardzo prosty sposób: mieliśmy próby czytane z Sébastienem i z drugim reżyserem, Vincentem Lobelle. Podzieliłem się z nimi swoimi spostrzeżeniami na temat tych aspektów postaci, które do mnie przemawiały. Niektóre z moich propozycji chyba na początku trochę ich przeraziły, ale później, podczas zdjęć, przekonali się do nich, stwierdziwszy, że te pomysły są spójne z kierunkiem rozwoju postaci i że dodają jej uroku. Zawsze uczę się na pamięć całego scenariusza, jakby to była sztuka teatralna i w tym wypadku nie zmieniłem metody. Dzięki temu wgryzam się w tekst, zanim zacznę go grać i przeżywam rolę w sposób znacznie bogatszy, co dla mnie stanowi istotę kina.

Film „Momo” ma dwóch reżyserów: Sébastien Thiéry skupił się na postaciach, a Vincent Lobelle na reżyserowaniu scen. Jak wspomina pan pracę na planie?

Interesowało mnie przede wszystkim to, że partneruje mi Catherine Frot: po raz pierwszy graliśmy parę. To bardzo ciekawa i oryginalna aktorka. Nie mogłem się doczekać, by sprawdzić, co się między nami wydarzy. Sébastien i Vincent podzielili się pracą na planie i stopniowo dawali mi coraz więcej swobody w odgrywaniu postaci André.

Wszystko oczywiście było spójne z tekstem, napisanym przez Sébastiena, który jest bardzo dobrym dramatopisarzem. Vincent posiada talent do tworzenia pięknych kadrów. Dyrekcja artystyczna Isabelle De Araujo sprawia, że film jest elegancki, a to w przypadku komedii jest bardzo ważne. Zatem, oczywiście, musieliśmy się nawzajem poznać, ale szybko wytworzył się między nami dobry klimat i po tygodniu wszystko przebiegało bardzo sprawnie.

Zabawne i wzruszające jest to, że obaj, mówiąc o panu, wspominają o wrażeniu, jakie wywarł na nich fakt, że oni, debiutanci, pracują z Christianem Clavierem. To była przyjemność pomieszana z lękiem. Czy był pan tego świadom?

Tak, i nawiasem mówiąc, bardzo mi to pochlebia, ale zawsze chciałem być do ich dyspozycji. Chodziło o to, żeby dać im z siebie wszystko, co tylko mogłem. Zazwyczaj taka metoda działa i reżyserzy są bardzo zadowoleni. Trzeba przyznać, że tak dobrze znam charakter postaci André Prioux i teksty w podobnym stylu, że zagranie tej postaci było dla mnie czymś niemal naturalnym!

Wróćmy do Catherine Frot, z którą spotkał się pan na planie filmu „Les Babas Cool” 35 lat temu…   

A zatem – już dość dawno! Catherine gra w tym filmie zupełnie inaczej niż ja i właśnie to sprawia, że nasz duet jest taki ciekawy: jest opętana przez tę postać i przez niezwykle silne emocje, jakie odczuwa na widok tego człowieka, który twierdzi, że jest jej synem i wybija jej małżeństwo z rutynowych torów. To wspaniałe, gdy komedia zbudowana jest zgodnie z zasadą, którą Amerykanie nazywają „parallel lines” – każdy aktor odgrywa postać „po swojemu” i spotykają się one dopiero pod sam koniec.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Taki styl gry wymaga od partnerów prawdziwego porozumienia i uzupełniania się: i właśnie to widać na ekranie.

Tak, stworzyliśmy prawdziwy duet i obdarzaliśmy się wzajemną uwagą. Catherine to wspaniała aktorka, profesjonalistka, która wie, w jaki sposób wykorzystywać swój talent. Bardzo dba o wizerunek, nie popełnia błędów w doborze ról i gra bez fałszywych nut. Oczywiście nie miałem co do tego wątpliwości, więc na planie nie byłem zdziwiony! W codziennej pracy aktorskiej Catherine to prawdziwy Rolls Royce; właśnie takie partnerki lubię.

Proszę powiedzieć kilka słów na temat innych partnerów, Sébastiena Thiéry, pańskiego filmowego „syna” i jego towarzyszki,  Pascale Arbillot.

Pascale jest bardzo zabawna i niezwykle oryginalna. Świetnie dogadywaliśmy się i często razem wygłupialiśmy się na planie. Sébastien przeżywał problem niepełnosprawności nieco inaczej, ponieważ ta historia ma bardzo dokładne odbicie w jego życiu prywatnym. Uważam, że pisze w sposób niezwykle celny i odważy, wręcz – przekracza pewne granice. Ale ostatecznie, podczas pokazów przedpremierowych zauważyłem, że widzowie śmieją się, dziwią i denerwują, oglądając ten film i jest to zasługa tekstu wyjściowego, który w żadnym momencie nie jest nudny. Sztuka „Momo” to, jak dotąd, największy sukces Sébastiena Thiéry i sądzę, że wynika to z jego niezwykłego talentu do utrzymywania widza w napięciu, do rozśmieszania i wzruszania go.

Mówiąc o jego „odwadze” ma pan na myśli to, że podjął ryzyko, podejmując w komedii tak delikatny temat, jak niepełnosprawność, ponieważ Patrick jest głuchy i z mówi z dużym trudem?

Zawsze bardzo wierzyłem w widzów! Nigdy nie uciekałem przed kinem popularnym. Obejrzałem film razem z publicznością, co natychmiast utwierdziło mnie w moim pierwszym wrażeniu po lekturze scenariusza. Wiedziałem, że widzowie przyjmą tę opowieść, nie doszukując się w niej złych intencji. Właśnie to jest wspaniałe w przypadku masowej publiczności i nie ma tu mowy o uproszczonej reakcji. Przeciwnie – jest ona oparta na autentycznych emocjach.

MOMO

W KINACH OD 8 CZERWCA 2018

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Czy picie słonej wody jest korzystne dla naszego zdrowia? Czy może to zwykłe oszustwo

Redakcja
Redakcja
4 czerwca 2018
Fot. iStock/elenaleonova
Fot. iStock/elenaleonova

Mody przychodzą i odchodzą, zwłaszcza te, które zwierają przepisy na zdrowe życie i zdrowe jedzenie. Ile to już nie czytaliśmy o dietach cud, które później okazywały się niezwykle szkodliwe dla naszego organizmu albo po prostu nieskuteczne?

Bardzo często w internecie pojawiają się informacje opatrzone nagłówkami: „Musisz tego spróbować!”, „Najlepsze dla twojego zdrowia” – tymczasem nierzadko są to teorie wyssane z palca, a bynajmniej nie poparte żadnymi konkretnymi badaniami. Pamiętajcie, co służy jednej czy nawet kilku osobom, niekoniecznie jest dobre dla wszystkich.

W ostatnim czasie przyszła nowa moda – picie mieszanki wody i naturalnej soli. Podczas gdy niektórzy twierdzą, że spożywanie napoju solankowego może uwolnić organizm od toksyn i zwiększyć poziom energii, inni są bardziej sceptyczni co do jego rzekomych korzyści. Propagatorka praktycznego nietoksycznego życia, Sophia Gushée, niedawno zdecydowała się przetestować ten pomysł i przez tydzień piła solankową mieszankę, po czym poinformowała, że ​​pomogło jej to oczyścić skórę, poprawić jakość snu i pobudzić ją do prowadzenia zdrowszego trybu życia.

Jednak dietetycy Harley Street, Rhiannon Lambert, nie są przekonani do promowania tego trendu, nie mówiąc, że wątpią w obietnicę detoksykacji organizmu. Badania sugerują, że umiarkowane spożycie soli może być korzystne dla regulacji ciśnienia krwi. Jednak zbyt duża jej ilość może spowodować podwyższenie ciśnienia. Oczywiście, że sól w niewielkich ilościach jest niezbędna w naszej diecie, jednak brak badań, które potwierdzałyby, że wspomaga ona nasz metabolizm. Eksperci uważają, że mówienie ludziom, że można wypłukać swój organizm z toksyn za pomocą solankowej mieszanki, jest oszustwem. Często ktoś chce się pokazać, „wybić” na swojej teorii licząc na to, że ludzie mu uwierzą. Zawsze lepiej zdobyć większą wiedzę na temat nowych trendów, niż ślepi za nimi podążać.

Powinniśmy się skupić na korzyściach, które daje nam spożycie czystej wody, a nie próbować eksperymentów wyssanych z palca. Pamiętajcie, że nadmiar soli w organizmie może doprowadzić do odwodnienia.


źródło: Independent

 

 

 


Zobacz także

5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju

5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju

Fot. iStock / Imgorthand

Dzieci mogą dziedziczyć skłonność do depresji i lęków. Geny i temperament mają duże znaczenie

Dzień dobry, nazywam się depresja. Przycupnę sobie tu na fotelu. Dziękuję, nie chcę kawy ani herbaty

Depresja ma swój styl… Po tych słowach można poznać kogoś, kto się z nią zmaga