3 szkodliwe nawyki w związkach, które uważamy za „normalne”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
2 września 2018
Fot. iStock/stsmhn
 

Przyznajcie same, ile razy przeklinałyście „tego idiotę”, który nic zrobić porządnie nie potrafi? A ten pajac, chłopak siostry i jeszcze nieudacznik, który przywarł do koleżanki z pracy. „Ja mu jeszcze pokażę, popamięta…” – brzmi znajomo? Teraz pora na szybki rachunek sumienia – ile zasadzek na chłopa, udało się wam w życiu przeprowadzić? Oczywiście po to, by udowodnić rację życiowo obiektywną – czyli dopiec i ukarać… (ale spokojnie, mężczyźni grają tak samo).

I niby czcimy romantyczną miłość, wiele jesteśmy gotowi dla niej poświęcić, ale mimo całej przyświecającej nam wizji miłości idealnej, pięknej i czystej – mamy sporo za uszami. Bo niby kochamy, a jednak nieświadomie większość z nas, od czasu do czasu podtruwa tę miłość małymi, toksycznymi nawykami.  I zazwyczaj, jesteśmy przekonani o tym, że w miłości już tak jest… Przecież tak bardzo kochamy, więc jak możemy robić coś złego?

3 szkodliwe nawyki w związkach, które uważamy za „normalne” (no bo jak u licha inaczej?!)

Punktowanie i walka, żeby wygrać 

„Bo ty zawsze zostawiasz brudne naczynia. Tak jak wtedy, gdy…”

Skoro mamy rację (i załóżmy, że faktycznie tak jest) należy się nam podium i chociaż skromne fanfary, prawda? Nieustannie prowadzimy bilans kto – komu. I przy trafiającej się okazji, mamy całą paletę argumentów świadczących o naszej: racji, krzywdzie, przewadze. O tym, że to my jesteśmy w tym związku „bardziej”… B-A-R-D-Z-I-E-J, halo!

Dlaczego to jest toksycznie?

Odpowiedź jest bardzo prosta i krótka. Bo w żadnym konflikcie w zdrowym związku nie chodzi o wygraną, a o pogodzenie interesów dwóch rożnych osób.

Zawieszenie w przeszłości i ciągłe punktowanie za to, co było kiedyś – nie ma najmniejszego sensu. To trochę tak, jakbyśmy za każdym razem – niezależnie od źródła problemu, mieli jedno jego wytłumaczenie i jedną przyczynę. Jeśli jest problem trzeba go rozwiązać.

Jak rozwiązać problem? Przede wszystkim musimy pozbyć się definitywnie wszystkich „ukiszonych” żali i pretensji. Rozwiązać stare konflikty. Jeżeli nadal wyciągamy coś z przeszłości, oznacza to tylko, że wcale się z tym nie uporaliśmy i nadal mamy potrzebę położenia swojego na wierzchu. Tu wracamy do słynnego już pytania, które bardzo wiele zmienia: chcesz mieć rację, czy być szczęśliwy?

Knujemy i zastawiamy pułapki

Zamiast powiedzieć: „Kochanie, szlag mnie trafia, gdy wykręcasz się od domowych obowiązków” zaczynamy knuć. I w parę sekund mamy obmyślony cały plan, jak to jemu skończą się gacie, a  my przypadkiem zapomnimy przez dwa tygodnie dorzucać je do prania reszty rodziny, itepe, itede… Urządzamy istny teatr  zbudowany na drobnych „wskazówkach”, które rzekomo maja naszemu partnerowi, uzmysłowić problem.

Często nawet tłumaczymy to sobie naszą dobrą wolą – delikatnością, taktem, żeby mu przykro nie było… W rzeczywistości jest zupełnie inaczej…

Dlaczego jest toksycznie?

Przykro zazwyczaj jest nam, a nie jemu, no bo przecież tak się starałyśmy – subtelnie (lub brutalnie lecz nadal w białych rękawiczkach), dać do zrozumienia, nie atakować od razu, szansę dać na autorefleksję… a on – NIC.

Szaradami efektownie strzelamy we własne kolano, bo:

  • Frustrujemy się, bo przecież ileż można?! I to na pewno premedytacja.
  • Obwiniamy partnera o nierozwiązanie problemu, ba! o brak jakiejkolwiek dobrej woli (eh, zły człowiek z niego, zły….), podczas gdy bardzo często druga osoba może nawet o problemie nie wiedzieć.

Jak żyć? Czary mary : powiedz, o co ci chodzi. Nikt nie musi się wszystkiego domyślić – a już na pewno nie musi domyślić się tak, jak ty sobie to zaplanowałeś. Owszem, bywa, że tzw. „chłop-jełop” (koniecznie przeczytajcie o nim tekst tutaj!), mimo wyłożenia kawy na ławę nie kwapi się do otwartego dialogu, a tym bardziej zmian – ale to już zupełnie inna bajka.

Bierzemy emocjonalnych zakładników, czyli szantażyk w służbie… MNIE

„Tyle dla ciebie robię, a ty jesteś taki nieczuły…”

„Całe życie poświęciłam, i jak nawet się nie złościłam jak stłukłeś wazon po świętej pamięci cioci Kloci (tak, to ciut naciągnięte, ale on nie wie, ciii… z takim poczuciem winy, wszystko łyknie jak pelikan). Dobra, dobra, tylko nie mówcie, że nigdy w życiu nie zagraliście na tych skrzypeczkach chociaż odrobinę. Przecież ta sukienka była piękna, a ten się znów krzywił… i chciałaś tylko, żeby poszedł z tobą do tego teatru, a nie znów się wykręcał – też ci się coś należy…

Bardzo często można zauważyć jak robimy z naszych ukochanych zakładników. Najczęściej szantaż emocjonalny, który nieświadomie stosujemy opiera się na mechanizmie bycia ofiarą lub na groźbie zakończeniem związku. – słynne „Jasne, tak ci źle to proszę bardzo, droga wolna…” (zaleca się dobrze doprawić płaczem).

Dlaczego jest toksycznie?

Bo dokładnie to samo można powiedzieć bez negatywnego wpływania na drugiego człowieka. Formułując myśli w ten sposób, chcemy zapewnić sobie na starcie przewagę, dać argumenty, z którymi albo nie da się dyskutować albo jest to niezwykle trudne. „Tyle dla ciebie robię, a ty jesteś taki nieczuły…”, brzmi zupełnie inaczej niż „Brakuje mi twojej czułości”.

Szantaż emocjonalny od razu stawia jednego z parterów w roli czarnego charakteru, tego złego, winnego. Nie dość, że jest to manipulacją – bo ma zadziałać na wyrzuty sumienia (nikt przecież nie chce być zły, a już na pewno nie dla kogoś, kogo kocha), to nie rozwiązuje problemu. Czasami wręcz go tworzy, szczególnie gdy zapędzony w kozi róg partner, reaguje odbiciem piłeczki i atakiem na podobnym poziomie. Co w tym najgorszego? Walka z takim zachowaniem – bo bardzo często urasta w nas schemat takiej reakcji, nie planujemy manipulacji, automatycznie reagujemy tym stylem w momencie konfliktu.

Jak się ratować? Nawet, gdy powiesz zbyt wiele w emocjach, pod wpływem chwili, możesz zawsze ochłonąć i wrócić już do spokojnej rzeczowej rozmowy, wyjaśnić. Poprosić o chwilę na oddech, wytłumacz partnerowi dlaczego i spróbuj jeszcze raz.  Jeżeli widzisz, że mimowolnie używasz takich nieuczciwych zagrań, umów się z partnerem, że potrzebujesz podczas kłótni i spięć, czasu na uspokojenie. Umawiajcie się na rozmowę wieczorem, spisujcie na kartce to, o co naprawdę wam chodzi.

Popracujcie nad tymi trzema zagraniami, warto, oj warto. Bo w związku przecież chodzi o to, by komuś nieba przychylić – i by ten KTOŚ, czuł i chciał dokładnie tego samego.


Na podstawie: thoughtcatalog.com


7 typów toksycznych przyjaciół. Chyba każdy z nas kogoś takiego poznał

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 września 2018
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Fałszywi przyjaciele są jak ciemna strona księżyca. Na początku pociągają nas swoim urokiem i życzliwością, a potem pokazują się z tej drugiej, gorszej strony i pojawia się rozczarowanie. Nie każda przyjaźń przynosi nam samo dobro, wsparcie i poczucie zrozumienia. 

7 typów toksycznych przyjaciół

1. Wspinacz społeczny

Jednym z pierwszych fałszywych przyjaciół, których spotykamy na początku życia, jest „społeczny alpinista”. Znajdziemy go w szkole podstawowej, na uczelni, w liceum, no i oczywiście w naszych zawodowych środowiskach.

Wspinacze społeczni to ci, którzy tworzą więzy przyjaźni tylko z jednego powodu: wspiąć się jak najwyżej po drabinie społecznej. Już w szkole szukają bliskości z najbardziej „popularnymi” uczniami lub tymi, którzy mają najlepsze oceny. Później, w kontekście zawodowym, nie mają żadnych skrupułów, by upokarzać innych i manipulować nimi, aby dopiąć swego celu. Brrr…

2. Przyjaciel, który jest przy tobie w dobrych czasach i znika w  tych złych

Mowa o tych ludziach, którzy są zawsze obecni w czasach naszych sukcesów i dobrego samopoczucia. Jednak gdy pojawia się problem lub doświadczamy jakiejś złej sytuacji, wtedy, kiedy chcielibyśmy otrzymać wsparcie i zainteresowanie, znikają.

3. Ten, kto stale szuka błędów i potknięć i stale cię osądza

Prawdziwy przyjaciel sprawia, że ​​czujemy się dobrze w jego obecności. Po spotkaniu z toksycznym przyjacielem, zazwyczaj boli cię głowa… To on stale uświadamia ci, jak daleko ci do doskonałości, podważa twoje decyzje i krytykuje wybory.

4. Zazdrośnik

„Zawsze robisz wszystko dobrze”, „te rzeczy nigdy ci się nie przydarzają”, „zawsze masz szczęście” … Twój przyjaciel nie tylko jest zazdrosny, ale ma również bardzo niską samoocenę, co sprawia, że jego interakcje z innymi są niezdrowe.

5. Ten, który chce, żeby ci się dobrze powodziło, ale nie lepiej niż jemu

To taki typ przyjaciela, który motywuje nas do prześcignięcia samych siebie w celu odniesienia sukcesu, ale kiedy już docieramy do wymarzonego celu, zamiast czuć się szczęśliwym z powodu naszego szczęścia, dystansuje się lub obraża na amen.

6. Rywal przebrany za „najlepszego przyjaciela”

Zawsze chce mieć coś lepszego niż ty, zawsze musi być „oczko wyżej”. Jest jak twój cień.

7. Manipulator

Manipulujący  przyjaciel to ten dyskretny, ale nieubłagany okaz, który prawie bez naszej wiedzy przywiązuje do nas kukiełkowe druty, aby mógł przez jakiś czas robić to, co chce. Czasami ucieknie się do obwiniania, emocjonalnego szantażu lub oszustwa. Krótko mówiąc, użyje on nieskończonej liczby makiawelicznych strategii, aby dotrzeć do ciebie i osiągnąć to, czego chce, w każdej chwili.


Na podstawie: nospensees.fr


Być z kimś, już teraz, za wszelką cenę, byle tylko nie czuć samotności. W sidłach desperacji

Redakcja
Redakcja
1 września 2018
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Bycie w związku jest czymś fundamentalnym, koniecznym dla wielu osób. Nawet jeśli nie potrafią się do tego przyznać, sama myśl o tym, że mogłyby się rozstać z partnerem wydaje się im niewyobrażalna. Rozstanie? I co dalej? Przecież to istny koniec świata. Jak wówczas wypełnić całą moją rzeczywistość, jak dalej żyć? Wydaje nam się, że posiadanie ukochanej osoby jakoś nas definiuje jakoś plasuje w społecznym rankingu. A życie w pojedynkę jawi nam się jako straszna ostateczność, a nie – na przykład – osobisty wybór. Ale takie właśnie myślenie prowadzi do najgorszych życiowych decyzji i desperacji, która przejmuje nad nami kontrolę.

Pewnie każdy z nas zna kogoś, kto panicznie boi się samotności. I każdy z nas wie, do czego takie obawy prowadzą. Nieudane, pospieszne znajomości, akceptowanie niezdrowych zachowań w związku, a w końcu coś, co od życia solo jest o wiele gorsze: życie razem, ale tak naprawdę osobno, obok siebie i ogromna, przytłaczająca smutkiem pustka. Jak to możliwe? Przecież mam swoją upragnioną miłość, mam swój związek, a jednak jestem samotny.

Ci z nas, którzy tak desperacko pragną być w związku, kiedy już osiągną swój cel, są gotowi na wszystko, by w tej relacji pozostać, nawet jeśli cierpią. Zachowują się nielogicznie, nie dbają o własne emocje, wydaje im się, że lepiej tkwić w czymś, co dobrze znają, mimo, że jest to dla nich tak bardzo szkodliwe, niż wracać do pustego mieszkania. Bo właśnie tak widzą życie w pojedynkę – jako olbrzymią pustkę, którą trzeba jak najszybciej i za wszelką ceną wypełnić.

Dlaczego nie potrafimy „nie być w związku?”. Otóż potrafimy, ale nie chcemy skorzystać z tej wyjątkowej okazji, żeby dowiedzieć się, czego tak naprawdę pragniemy, co nas uszczęśliwia, jakie są nasze oczekiwania. Wszystko to jest na wyciągnięcie ręki. Byłoby, gdyby nie lęk. Skąd bierze się strach przed byciem singlem?

Społeczne przesłanie, że szczęście da nam jedynie miłość we dwoje, choć błędne, jest bardzo przekonujące. Tak naprawdę łatwiej jest znaleźć partnera niż zrobić to, co trzeba, by zmienić nasze życie na lepsze.  Prawda jest taka, że związek przyniesie nam szczęście tylko wtedy, gdy czujemy się dobrze sami ze sobą. Bo to szczęście przychodzi z wewnątrz, a nie z zewnątrz.

Zastanówcie się dobrze. Jeśli wchodzimy w miłosną relację w najgorszym momencie naszego życia, w chwili, gdy czujemy się ze sobą zle, gdy nie mamy o sobie dobrego zdania, gdy kuleje nasze poczucie wartości, z reguły okazuje się, że nasz związek jest toksyczny. Szukamy miłości, bo wydaje nam się, że tylko ona jest w stanie nas uleczyć, ale miłość nie jest cudownym lekarstwem na nasze wewnętrzne rany. 

Uwierzyliśmy w mit, że nie potrafimy być szczęśliwi żyjąc w pojedynkę, a przecież jednym z największych paradoksów w naszym społeczeństwie jest to, że samotni ludzie są bardziej zadowoleni niż ci, którzy są w toksycznym związku. Dlatego nie dążmy do związków  za wszelką cenę, ale skupmy się na budowaniu zdrowych relacji lub uczeniu się, jak żyć pełnie, dobrze, samemu.

Warto też zdawać sobie sprawę z tego, że chociaż może się to wydawać niedorzeczne, utrzymanie pewnej niezależności w związku zwykle wzmacnia naszą relację. W rzeczywistości to właśnie zależność emocjonalna jest jedną z tych sytuacji,  które generują najwięcej problemów w związku.

Nie bójmy się życia w pojedynkę. Wykorzystajmy ten sam na wzmacnianie naszego poczucia wartości i rozwój osobisty. No i nie zapominajmy, że przecież wszyscy kiedyś byliśmy singlami…

 


Zobacz także

Ciągle tłumaczysz się stresem? A może to coś więcej? Zwróć uwagę na te niepokojące znaki

Monika: Jestem Kopciuchem, jestem nikim. Całe moje życie to udawanie lepszą niż jestem

A może by tak seksfilm?

A może by tak seksfilm? „Wiedziałem, że zupełnie nie mam kontroli, ale nie umiałem tego pokonać. Było mi wstyd”