12 pytań, które chcielibyście zadać terapeucie małżeńskiemu

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 października 2015
Fot. iStock
 

Zapytałam kilka koleżanek, które mają w związkach kryzys: – Dlaczego nie pójdziecie na terapię? Usłyszałam: „A co nam to da?”, „A na czym to polega?”. Byłam w szoku. XXI wiek, a my wciąż boimy się terapii. Poprosiłam Izę Barton Smoczyńską, psycholożkę i psychoterapeutkę, która m.in. pracuje z parami, o odpowiedź na kilka pytań, które być może zmotywują niektórych do wizyty.

Czy to naprawdę może pomóc?

Czy może pomóc? Tak. Czy na pewno? To zależy, co rozumiemy przez pomoc. Czasem podczas terapii pary dochodzą do wniosku, że warto się rozstać.
Ja zadałabym pytanie inaczej: dlaczego warto pójść, porozmawiać, że bywa nam trudno w związku. To „trudno” może dotyczyć różnych rzeczy. Na przykład tego, że nagle znaleźliśmy się w sytuacji, która nas przerosła. Zaskoczyły nas nasze emocje, emocje partnera. Sytuacja zaczyna być trudna, bo trudno o niej rozmawiać. Ale też ciężko coś zostawić. To jeden typ sytuacji. Drugi – gdy nie spotkało nas żadne trzęsienie ziemi, ale coś narastało powoli. Nie było żadnego dramatycznego przebiegu, ale w pewnym momencie dochodzi do takiego oddalenia partnerów od siebie, że   nie potrafią ze sobą być ani rozmawiać.
Dlaczego warto pójść? Bo rozmowa z kimś, kto nie doświadcza naszych emocji, powoduje, że zaczynają się pojawiać najważniejsze, zasadnicze pytania.

Kiedy jest czas na terapię?

Dobrze byłoby przyjść  wcześniej, zanim emocje są już tak duże, że zamiast rozmowy są kłótnie, a ciche dni nie są już dniami, tylko miesiącami. Jednak bardzo często ludzie decydują się na taką wizytę, gdy jest już między nimi źle. Kiedy żyją obok siebie, nie mając kontaktu. Najczęściej tym parom pomaga jakaś sytuacja zewnętrzna. Na przykład kryzys związany ze zdradą jednego z partnerów albo z jakąś chorobą, albo gdy oczekujemy, że partner nas wesprze, a on jest już daleko i nie jest w stanie z nami współodczuwać, bo od dawna żyjemy oddzielnie. I wtedy ten brak, pustka, samotność powodują, że któraś ze stron poszukuje pomocy.
Tymczasem lampka ostrzegawcza powinna się nam zapalić w  momencie, gdy zauważamy, że więcej rzeczy myślimy, niż mówimy  partnerowi. Albo o naszych przeżyciach rozmawiamy częściej z przyjaciółmi niż z naszym partnerem.

A kiedy nie warto iść?

Gdy chcemy, żeby terapeuta rozstrzygnął, kto ma rację. Terapeuta nie ma takich narzędzi. W terapii zresztą nie chodzi o racje.

Jak wygląda pierwsze spotkanie? O co pyta terapeuta?

Pyta na czym polega problem i kiedy ostatni raz miała miejsce sytuacja, którą ktoś nazywa problemem. Zapyta też, co konkretnie oznacza ten problem dla każdej ze stron. Na pewno poprosi o informacje na temat mocnych stron związku, mocnych stron partnera.

Terapeuta przysłuchuje się, jak ludzie ze sobą rozmawiają, na co reagują, kiedy i w jaki sposób rozmowa przestaje dotyczyć treści, czyli opisywania fatów, a zaczyna dotyczyć ich relacji.

Najtrudniejsze pytanie, które zdarza mi się zadawać? Co konkretnie pani czuje, gdy mąż mówi do pani w taki sposób, jak przywołuje określone zdarzenia. Czyli przestaję zajmować się emocjami historycznymi i prehistorycznymi, tylko skupiam się na tym co „tu i teraz”. I temu też służą te pytania: na skierowanie uwagi, jak oni teraz ze sobą rozmawiają, jak się czują, co im pomaga się porozumieć, co im przeszkadza. Praca w taki sposób może pomóc, bo urealnia sytuację.

Para jest przepytywana razem czy osobno?

Powinna być razem. Czasem jest jednak tak, że jedno z partnerów odczuwa opór i to drugie pojawia się w pojedynkę. Choć według niektórych szkół terapeutycznych nie jest etyczna praca z parą, gdy wcześniej pracowało się z jednym z partnerów. Dlatego, że ta druga osoba nie czuje się komfortowo, bo wydaje jej się, że terapeuta jest stroną. Trzeba dużo czasu na zbudowanie zaufania.

Czy terapeuta nie stanie po stronie partnera?

Lęk, że tak się stanie, jest naturalny i nie powinien przekreślać chęci pójścia do terapeuty. Z taką obawą psycholog powinien umieć pracować. Czyli umieć o tym rozmawiać. Wtedy ten problem jest częścią terapii. Obawa, że terapeuta będzie po stronie partnera, jest tak naprawdę obawą, czy ktoś będzie w stanie mnie obiektywnie wysłuchać. To lęk przed tym, że  zostaniemy oskarżeni.

Jest jeden czy dwóch terapeutów?

Bywa różnie w różnych szkołach. Każda para ma swój rytm, nazwijmy go tańcem. Trzeba dużej uważności i ostrożności, żeby jednocześnie w tym uczestniczyć, ale też obserwować i jak lustro „oddawać” to tym osobom, które przyszły po pomoc. Trudniej jest to robić w pojedynkę.

Czy terapeucie można powiedzieć coś, czego nie chcemy powiedzieć przy partnerze?

Nie, bo to budowanie sojuszu na boku.

Czy terapia ma sens, jeśli któraś ze stron trwa w romansie?

Przeważnie terapeuta będzie dążył do tego, żeby para w trakcie terapii była tylko ze sobą, czyli, żeby zawiesić relacje poboczne. Bo jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś nowego o tym, kim jesteśmy dla partnera i kim on jest dla nas – musimy zrobić coś nowego, innego.

Jak często odbywają się takie spotkania i jak długo trwają?

Zależy od terapeuty. Czasem raz w tygodniu, szczególnie na początku. Ale w niektórych szkołach  raz na dwa tygodnie, a czasem raz na trzy. Jednak  trwają półtorej godziny, czyli dłużej, niż terapia indywidualna.

Czy terapia może doprowadzić do rozstania?

Terapia może doprowadzić do tego, że para podejmuje pewną świadomą decyzję. I czasami jest tak, że tą świadomą decyzją jest rozstanie.

Jak zachęcić partnera do terapii?

Tylko w jeden sposób – rozmawiając z nim, pokazując, dlaczego coś jest dla nas ważne. Zachęcić, to nie oznacza zmusić. Nie szantażujemy, nie mówimy, jak czujemy się rozczarowani, jak się poczujemy, gdy ktoś nam odmówi, bo to są negatywne emocje, które budzą podświadomy opór. Lepiej  powtarzać: „To dla mnie bardzo ważne”, mówić, co dobrego poczujemy, jeśli druga strona się zgodzi. „To by znaczyło dla mnie, że chcemy ze sobą porozmawiać o naszym partnerstwie“, „czułabym, że mnie szanujesz”, „to by znaczyło, że doceniasz i pamiętasz to, co było między nami pozytywnego“.

 


Chcesz mieć piękne mieszkanie? Wystarczą cztery rzeczy!

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
12 października 2015
Fot. Flickr / Emily May / CC BY
 

Nie znam nikogo, kto nie lubiłby pięknie mieszkać. Serio. Nawet jeśli któraś z moich koleżanek mówi mi: – Ja się tym nie zajmuję, nie mam czasu, nie lubię – nie wierzę! Każdy lubi, umie, chce lub zwyczajnie musí. No chyba każdy wolałby usiąść wieczorem na miękkiej kanapie, włączyć lampkę, cichutką muzykę.  Ale to wszystko trzeba najpierw stworzyć, wykreować, w najmniej wymagających przypadkach wybrać, kupić, dotaszczyć do domu i jakoś ustawić… ściany też raczej trzeba sobie pomalować, czyż nie? A to wszystko „robi” nam dom.  Dla kogoś urządzanie wnętrza sprowadzi się do postawienia stolika, krzesełka i dwupalnikowej kuchenki, dla kogoś innego do wielogodzinnych poszukiwań inspiracji, konsultacji, prób…

Ja też mam kilka takich rzeczy, bez których uważam wnętrza za niedokończone. Chociaż moje chyba na zawsze pozostają niedokończone. Częściej się przeprowadzam, niż kończę urządzanie. Ups. Do tego chyba nie namawiam, to męczące!

KWIATY

Otóż nie ma, według mnie, domu bez kwiatów. Można mieć ogród lub balkon, niektórzy szaleńcy mają i jedno, i drugie, ale absolutnie zawsze warto mieć kwiaty w wazonie,  wazie, słoikach, butelkach. Wszędzie, nawet w łazience. Bo niby czemu nie w łazience?  Nie macie tylu wazoników? A słoik po kiszonych? A butelka po coli czy soku?  A szklany świecznik? Użyjcie wyobraźni, efekt wynagrodzi wszystko. Kiedy najpiękniej czujecie, że zbliża się wiosna?

Fot. Flickr / Stacie / CC BY

Fot. Flickr / Stacie / CC BY

Moja przyjaciółka zawsze odpowiada – kiedy na pobliskim targu pan Adam rozstawia swój kram z tulipanami! Racja. Oczywiście biorę poprawkę na fakt, że tulipany to mogę sobie teraz kupić w szklarni, a w maju nagle potrafi spaść śnieg, ale od czego pozytywne nastawienie? Jest tulipan – jest wiosna i kropka!

Fot. Flickr / brunifia / CC BY

Fot. Flickr / brunifia / CC BY

DREWNO

Taaaaaak, tak, tak! Dom bez drewna, to tylko ściany. Drewno być musi. Choćby mój gust wnętrzarski nie wiem jak ewoluował, choćby mody zmieniały się co sezon. Podłoga, blat w kuchni, łazience. Wiem, wiem, mało praktyczne. Drewno, najlepiej surowe, niemalowane, z widocznymi słojami, sękami, a po wielu latach także pęknięciami. To taki mój dowód i pamiątka, że dom żyje razem z nami. Lubię na mojej podłodze ślady kocich pazurów, choć tamtego kota już dawno z nami nie ma, ślady ciągniętego za sobą metalowego krzesełka, które sama restaurowałam, ślady wilgoci, bo zupełnie nie wpadłam na to, że donica z moją pierwszą wyhodowaną oliwką powinna  mieć solidną podstawkę. I jeszcze jeden plus – po ciepłej drewnianej podłodze chodzi się na bosaka genialnie, pod warunkiem, że nie wdepniesz w klocek lego czy piszczącą zabawkę kota.

Fot. Flickr / markus spiske / CC BY

Fot. Flickr / markus spiske / CC BY

WIKLINOWE KOSZE

Doceńcie ich urodę i funkcjonalność! Warto. Jeśli nie przepadacie za ich naturalnym kolorem, to je pomalujcie, najlepsza będzie do tego farba w aerozolu, zamaluje nawet mało dostępne szczeliny i nada im zupełnie nowy wygląd. Taki kosz może być osłonką na doniczkę, może służyć jako gazetownik,  pojemnik na czapy i szaliki zimą, a czapki z daszkiem latem. Bądźmy szczerzy, czy jak wchodzicie do domu z dzieciakami, to każde z nich ładnie i równiutko odkłada rzeczy do szaf? Czy raczej kluczycie potem z gracją  labiryntem z porzuconych byle jak kurtek, czapek i rękawic? Dużo łatwiej te drobiazgi powrzucać do kosza lub nawet zrobić zawody, kto trafi, a kto nie.  Wiklinowy kosz to też cudowny pojemnik na piłki (ważne dla matek dwóch lub więcej fanów footballu) na narzędzia ogrodnicze, które zawsze się gdzieś gubią w czeluściach garaży i piwnic, albo na koce dla gości podczas nocnego ogrodowego przyjęcia z sąsiadami. Gwarantuję, że jeśli goście nie skorzystają, to na bank zrobi to kot.

Fot. Pixabay / lenny / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / lenny / CC0 Public Domain

ŚWIECE

Świece to absolutna podstawa, nie tylko zimą. Porozstawiajmy je latem na balkonie, tarasie, w ogrodzie, powieśmy w małych słoiczkach na drzewach. Będzie cudownie magicznie. To mogą być zwykłe tee lighty wstawione do słoika po ogórkach czy sosie pomidorowym; słoik dostanie drugie życie,  a wam będzie dużo milej plotkować z przyjaciółką, przeglądać modowe magazyny czy zwyczajnie, witaj przyziemne życie, omawiać z mężem dodatkowe zajęcia dla dzieci lub strategię oszczędności.

Bez czego jeszcze mój dom nie przypomina domu? Bez wielu rzeczy. Bez książek, zwierząt, dzieciaków i krzyku. Bez kurzu i piasku z kuwety, bez rozrzuconych butów i nierozpakowanych zakupów. Bez osadu na kranie i skarpetek zjedzonych przez pralkę.

Taka jestem ja. Taki jest mój dom.  A wasze domy? Jakie są? Co mówią o was i waszym życiu?


„Wyrzucali mnie, a ja wracałam”. Kocha Polskę za wszystkie wady i krzywdy, za deportację i herbatę

Łukasz Pilip
Łukasz Pilip
11 października 2015
Fot. Fotomontaż / iStock / Maciej Bledowski / RonTech2000

Mariam Pirveli zaplanowała studia tak:

Najpierw wybierze dyplomację na uniwersytecie w Tbilisi. Później nauczy się języków obcych – perskiego i angielskiego. Na uczelni spotka dziekana, który nie ulegnie propagandzie Związku Radzieckiego. Zacznie pisać pracę magisterską o Iranie. Pojedzie do niego zbierać materiał. A na koniec obroni się.  

W rzeczywistości studia Mariam wyglądały tak: Dostała się na dyplomację. Nauczyła się perskiego i angielskiego. Poznała nieustraszonego dziekana. Ten jednak zmarł, zanim zaczęła pisać magisterkę. Iran wymieniła na Polskę Ludową. No i pojechała tam.

Za wady i krzywdy

Mariam urodziła się w 1957 roku. Żyła w piętrowym domu w Tbilisi z dziadkami, rodzicami i bratem Zurą. Mieszkanie nigdy nie pustoszało. Przewijali się przez nie krewni i sąsiedzi.

– Zapach frytek, tańce, śpiewy i dźwięk fortepianu z salonu – mówi Mariam – to pierwsze rzeczy, które pamiętam z dzieciństwa. Potem byłam zajęta odkrywaniem tego, jak Związek Radziecki kontrolował Gruzinów.

– Dotknęła panią ta kontrola?

– A jakże! Nie mogłam malować paznokci. Musiałam nosić mundurek i kokardę we włosach. Zabroniono mi nawet palenia papierosów. Związek poczułam najbardziej, gdy musiałam wyjechać z Gruzji.  

Ale jest jedna rzecz, którą zawdzięczam ZSRR. To miłość do Polski.

– Ale pani była zmuszona do tej miłości.

– Więc powiem panu jeszcze przewrotniej: pokochałam Polskę za wady i krzywdy, które mi zrobiła.

– Czyli za co konkretnie?

Za deportację

Uczelnia z Gruzji wysłała Mariam na uniwersytet w Łodzi.

– Wylądowałam w akademiku numer dziesięć, na piętrze dla obcokrajowców. Nie mogłam dogadać się z Polakami, bo ci nie chcieli używać rosyjskiego. Dziwiło mnie, że tak bali się Związku. Bo ja w Gruzji wychodziłam  z kolegami na ulicę i krzyczałam: „Odwalcie się od mojego kraju”.

– Zaczęła pani pisać magisterkę?

– Tak, bo bardzo szybko znalazłam jej promotora, profesora Ludwika Straszewicza. Umówiłam się z nim, że najpierw napiszę pracę w brudnopisie i tak oddam ją do sprawdzenia.  

Plany Mariam musiały się zmienić. W 1979 roku Gruzinka zapomniała o wyborach w Rosji. Tego dnia miała głosować w ambasadzie w Warszawie, a pojechała do Lwowa na zaproszenie tamtejszego profesora. Gdy Mariam wróciła od niego do hotelu, usłyszała na recepcji: – Wydzwaniali za panią z Warszawy.

Gruzinka spakowała się i natychmiast pojechała pociągiem do stolicy. W ambasadzie dowiedziała się, że:

– zawiodła ZSRR, bo nie była na wyborach wraz ze swoimi rodakami Rosjanami;

– ambasador zamyka jej wizę;

– ma 4 dni na wyjazd z Polski;

– jeśli nie przekroczy granicy w tym czasie, konsekwencje będą gorsze niż sama deportacja.

Mariam załamała się. Nie miała pieniędzy na powrót do Gruzji. Gdy wróciła z ambasady, jej promotor z innymi wykładowcami zrzucili się na bilet do Tbilisi. Ludwik Straszewicz nalegał też, aby Mariam obroniła się przed wyjazdem.

Więc dzień przed deportacją Gruzinka została magistrem. Dostała piątkę za pracę w brudnopisie. Ale uczelnia nie zdążyła wydać jej dyplomu o ukończeniu studiów.

– Gdy wyjeżdżałam, promotor zapewnił jeszcze, że wyśle mi zaproszenie na doktorat. Wtedy będę mogła wrócić do Polski. Liczyłam, że pismo od profesora przyjdzie lada moment – wzdycha.

Fot. iStock / RonTech2000

Fot. iStock / RonTech2000

Za herbatę

Mariam o Polakach: – Dawali mi znać, że są gospodarzami swojego kraju. Że to ja, Gruzinka, powinnam nauczyć się ich języka. Zrobiłam to. Ale nie z potrzeby lizusostwa, wkupienia się. Tylko z szczerej chęci dołączenia do polskiego społeczeństwa.

Wie pan, że nie rozumiem osób, które przyjeżdżają do Polski, a potem odrzucają jej język?

Mnie Polacy brali pod skrzydła. Jak słyszeli, że nie jestem stąd, od razu tłumaczyli, co jedzą, jak się zachowują. Bardzo mi to pomagało.  

A co w was uwielbiam? Mickiewicza. No i herbatę! Bo Gruzini, którzy do was przyjeżdżają zawsze się dziwią, że chyba wody w kranach nie macie.  Tylko tę herbatę ciągle proponujecie. Przejęłam to i sama wciskam ją swoim gościom.

Z kolei rozśmieszają mnie Polacy, którzy podróżują do Gruzji. Oni dziwią się, że Gruzini to chyba nie słyszeli o takim wynalazku, jakim jest herbata. Bo do picia podają tylko wodę.

Czy coś mi doskwiera tutaj? Tak, banki. Gdy biorę kredyt, jestem kategorią podobywatelki. Bo mam wrażenie, że jakość klienta banku zależy od jego pochodzenia. Czyli Polka jest najwyżej. Potem obywatelka Unii Europejskiej. Dalej znajduje się ktoś, kto pochodzi z kraju wysokorozwiniętego. A na koniec – ja, Gruzinka, człowiek spoza tych trzech grup.

Ale wie pan, co jest dla mnie ważne? Że nigdy w Polsce nie czułam się kimś obcym.

Za osiem lat

W Gruzji Mariam broniła się ponownie. Jej uczelnia nie wierzyła w zaświadczenie o ukończeniu studiów w Polsce. I tak po raz drugi została magistrem. Dzięki nowemu tytułowi mogła wykładać na uczelni w Tbilisi. Między innymi uczyła Gruzinów języka polskiego.

Gdy Mariam dowiedziała się o stanie wojennym, zaczęła wysyłać przyjaciołom z Łodzi paczki z jedzeniem.

– Były w nich suszone owoce, wędliny, kabanosy, wędzone sery. Bo te rzeczy długo trzymały i się nie psuły. Nie mogłam pozwolić, aby Polacy mieli w domu tylko ocet i buty o numerze 45, prawda? – mówi. – Ale proszę nie zapominać, że nadal czekałam na oryginał zaproszenia od profesora Straszewicza. Bo ciągle przychodziły kopie, których nikt nie chciał honorować. A mi tak zależało, żeby wrócić do Polski!

– To ile czekała pani na oryginalne zaproszenie?

– No, tylko osiem lat – śmieje się Mariam Pirveli.

Fot. Flickr /  Kuba Bożanowski  / CC BY

Fot. Flickr / Kuba Bożanowski / CC BY

Za donosy

Dzięki uporowi profesora Straszewicza Mariam wraca do Łodzi i tam zaczyna doktorat. Broni go pięć lat później. Znajomi Gruzinki nie mogą uwierzyć, że można kochać Polskę tak, aby do niej wracać w trakcie stanu wojennego. Śmieją się też, że jest łodzianką spod Kaukazu.

Kilka lat po powrocie do Polski Mariam otrzymuje propozycje od kolegi z Bydgoszczy. Ten otwiera katedrę na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego i potrzebuje kogoś, kto ma na koncie sporo publikacji naukowych. A Mariam pisze wtedy bardzo dużo.

Poza Gruzinką uczony zatrudnia jeszcze jedną kobietę, która okazuje się wtyczką. Ta przekręca fakty, pisze donosy na kolegów i koleżanki z uczelni. Tak doprowadza do zamknięcia katedry.

– Nie zagrzałam w Bydgoszczy miejsca. Nic tam po mnie nie zostało – smuci się Mariam. – Mój gabinet przerobiono na toaletę, a pokój szefa na szatnię.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Za mylenie mnie z facetem

Po aferze w Bydgoszczy Mariam znalazła pracę na uniwersytecie w Szczecinie. Do dzisiaj wykłada tam na wydziale Nauk o Ziemi.

– Tutaj nie dosięgnęły mnie już żadne ekscesy. Dziwne, prawda? – śmieje się Gruzinka.  

– Nie wierzę. Coś musiało być. Może ludzie czepiali się, skąd pani pochodzi?

– Nigdy z tym nie miałam problemów. Tylko czasami Polacy mylili mnie z facetem. Bo, wie pan, używałam czasami dwóch imion – Mariam i Mariki. To odpowiedniki polskiej Marii.

Po raz pierwszy problem z imionami pojawił się w Bydgoszczy. Poszłam tam kiedyś do sklepu i wzięłam ze sobą kartę płatniczą. Płaciłam nią, a kasjerka zapytała mnie, czy to na pewno moja karta. I zaraz potem pojawiła się policja. Ta kobieta mówiła mundurowym, że Mariam to nie jest żeńskie imię. Bo te przecież kończą się na literę „a”!

Stwierdzili, że musiałam ukraść tę kartę. Siedziałam w sklepie do północy. W końcu udało mi się dodzwonić do rektora uniwersytetu i on potwierdził, że nazywam się Mariam.

– A w Szczecinie?

– Tutaj też miałam incydent w sklepie. I znowu z kasjerką. Gdy jej dałam kartę, zaczęła oglądać ją ze wszystkich stron. Zauważyłam to i od razu chciałam się tłumaczyć. Ale ona oddała kartę, uśmiechnęła się i powiedziała: „Proszę pani, teraz to każdy może wybierać sobie płeć, no nie?”.  

Fot. iStock / Maciej Bledowski

Fot. iStock / Maciej Bledowski

Za kapelusz

Mariam Pirveli wyjaśnia jeszcze, jak zaczęła się jej przygoda z Polską: – Przed magisterką dziekan powiedział studentom, że pojadą do tego kraju, o którym będą chcieli pisać. I wybrałam wtedy Iran. Niestety, dziekan zmarł, zanim ktokolwiek zdążył wyjechać. Władzę na uczelni przejęli po nim partyjni. Ci dogadali się z uniwersytetami w Polsce, Wschodnich Niemczech i Czechosłowacji. I postawili ultimatum: albo jedziemy do któregoś z tych państw, albo zostajemy w Gruzji.

Część z nas wykruszyła się. Nie wyjechała. Ale reszta, tak jak ja, wolała ryzyko.

Stanęło na tym, że nie wiedzieliśmy, jak podzielić się tymi krajami. Postanowiliśmy losować. Napisaliśmy na karteczkach nazwy tych trzech państw i wrzuciliśmy je do kapelusza. Skrawek z napisem „Polska” wylosowałam właśnie ja.


 

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mariam Pirveli: Gruzinka urodzona w 1957 r. Doktor nauk geograficznych, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Szczecińskim. Od kiedy miała w Polsce transfuzję, śmieje się, że jest Polską z krwi i kości. Razem z bratem Zurą założyła TeatrNieAktorów w Szczecienie. Uwielbia palić papierosy i chętnie się z nimi fotografuje.


Zobacz także

Mroczna Triada

Mroczna Triada – cechy narcyzów i toksycznych ludzi

Tak wyglądała 7 godzin przed próbą samobójczą. Dostrzegasz jej cierpienie?

Czy umiesz być asertywnym? Przekonaj się odpowiadając na 20 prostych pytań