Igła w kręgosłup od konowała – dobrze „postraszyć” kobietę przed porodem. Czyli znieczulenie porodu podawane przez położną

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
16 października 2015
Fot. iStock
 

Ale zawrzało, zagotowało się w środowisku, na ulicach i w internetowych serwisach. Gorący nius, policzek wymierzony w twarz rodzicom i kobietom rodzącym. Bo Ministerstwo produkuje bubla. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że po raz kolejny zamiast stawiać na rzetelną informację, postanowiono nieco przygrzać temat. A kto nie wie – drży. Bo przecież poważne portale napisały. Parentingowe, znają się przecież. Jakże wielką ignorancją trzeba się wykazać, żeby posiadając wykształcenie medyczne napisać: „Teraz igłę w kręgosłup wbiją położne.”?

Przykro mi – nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie (bo nie mieści mi się to w głowie). Szczególnie, że znalezienie rzetelnego źródła informacji po wpisaniu w Google odpowiedniej frazy szczytem detektywistycznych zdolności nie jest (moja przeglądarka „mówi” mi, że zrobiła to w 0,36 sekundy – ja musiałam nieco przewinąć stronę, co zajęło mi zdecydowanie więcej czasu). Ale do rzeczy.

Jeden ze znanych portali zadaje przyszłym matkom dramatyczne pytanie wprost. Czy pozwoliłybyście, żeby do porodu znieczulała was położna, a nie anestezjolog? Dalej jest o tym, że ministerstwo nie widzi problemu. Czytam artykuł. Zdawkowe informacje, według których położna bez kwalifikacji (według autorki) – co jest bardzo mocno zaakcentowane, będzie podawała „lek w kręgosłup”. Czytam, jestem zażenowana ujęciem tematu. Widzę źródło – jednak link odsyła do niedostępnej dla przeciętnych śmiertelników strony (portal medyczny dla pracowników służby zdrowia) – nie wiem po co, bo ten sam portal umieścił również rzetelną informację dostępną dla wszystkich. Machnęłam ręką, trudno. Gdy już prawie pogodziłam się ze sposobem edukowania czytelników, widzę na swoim Facebooku post z innego portalu parentingowego. Autorka – ratownik medyczny. Ale mam oczy wielkie jak pięciozłotówki. Ten portal idzie nawet o krok dalej, bo według autorki położne już awansowały z podawania w kręgosłup do wbijania igieł. Istna rewolucja. I dalej straszenie. Że niby do znieczulenia mamy  już dostęp tylko, że nie ma lekarza, który by je podał. O losie! Koleżanki i koledzy – dziennikarze i medycy – czy wszyscy już oszaleli?! Czytelnicy, rodzice, kobiety, kowale, drukarze, mleczarze, kasjerki i nauczycielki – nie słuchajcie tego (i wszyscy inni też)!

Później jest już tylko gorzej:

Czytam, że większość kobiet obawia się, że położne nie posiadają  umiejętności, ani wiedzy, by móc wykonywać tak zaawansowany zabieg.

Biegajmy w kółko głośno krzycząc! Jak piszą autorki obydwóch artykułów – taka położna nie musi mieć nawet magistra. STOP.

A teraz jeśli naprawdę interesuje was temat – trochę rzetelnych informacji.

Projekt rozporządzenia w sprawie standardu postępowania medycznego w łagodzeniu bólu porodowego

Co tak naprawdę jest w zapisach i budzi kontrowersje – jak się okazuje przede wszystkim środowiska medycznego (dość wybiórczo). To banalne. Żadnego wbijania igieł przez konowałów nie będzie.

„Wśród zapisów rozporządzenia dwa budzą szczególne wątpliwości lekarzy: pierwszy – że przez najbliższe siedem lat położna wspierająca anestezjologa przy znieczuleniu będzie musiała wykazać nie wiedzę (np. kurs na położną anestezjologiczną czy wyższe studia kończące się dyplomem magistra położnictwa), ale pięcioletnie doświadczenie pracy na bloku operacyjnym. Po drugie – że choć projekt wyraźnie mówi o prowadzeniu porodu i znieczulenia przez lekarzy, to w obowiązkach położnej anestezjologicznej jest też podawanie leków do przestrzeni zewnątrzoponowej.”*

Osobiście uważam (a tak się złożyło, że wykształcenie wyższe medyczne mam), że położna (czyli osoba z wyższym wykształceniem medycznym – lic. lub mgr) posiadająca prawo wykonania zawodu – mająca doświadczenie zawodowe na bloku operacyjny (a więc współpracującą z anestezjologami i mająca doświadczenie w ocenie stanu znieczulanego pacjenta) – jest osobą bardziej wykwalifikowaną, niż położna z mgr, która pracuje 2 dni na oddziale położnictwa, ba! prędzej zaufałabym jej, niż lekarzowi stażyście, który swoją praktykę dopiero rozpoczyna. Tu liczą się i wiedza i doświadczenie (plus umiejętność skorzystania z nich). Jednak znów nie o to chodzi.

Zapisy definiują, że rolą położnej ma być podawanie leków (tak, jest do tego wyszkolona) według zlecenia lekarskiego (i pod  kontrolą anestezjologa).

„Co prawda w standardzie postępowania jest zapisane, że lekarz przebywa z rodzącą przez pół godziny po podaniu leku, i jest to krytyczny okres, kiedy można stwierdzić np. alergię na farmaceutyk – opowiada Medycynie Praktycznej anestezjolog znający sprawę. – Działania niepożądane mogą wystąpić jednak także później, po podaniu dodatkowych dawek farmaceutyku, i mogą to być zdarzenia tak poważne, jak depresja oddechowa. Czynność obarczoną takim ryzykiem powinien wykonywać lekarz. Nie wystarczy, że położna będzie się kierowała schematem podania leku określonym przez lekarza – dodaje anestezjolog.”*

Jak skomplikowany jest to zabieg? Hmmm. W dużym uproszczeniu – lekarz anestezjolog zakłada pacjentce wkłucie, wprowadza cewnik zakończony specjalnym portem,  czyli „pudełeczkiem”, do którego wkłuwa się igłę ze strzykawką, żeby podawać kolejne dawki leku. To taki bardziej zaawansowany wenflon. Rola położnej – po podaniu pierwszej dawki znieczulenia przez lekarza i upewnieniu się, że stan pacjentki nie budzi zastrzeżeń, zgodnie z zalecaniami – miałaby podawać do tego „wenflonu” kolejne dawki leku. Oraz oczywiście monitorować stan pacjentki i dziecka, co robi również teraz, bo anestezjolog po podaniu znieczuleni nie chowa się pod łóżko porodowe, ani do szafy. Nie trzyma również pacjentki za rękę. Zagląda do niej „co jakiś czas”. Pacjentka na sali porodowej jest przede wszystkim pod opieką położnej i lekarza położnika. W razie komplikacji lekarz anestezjolog zostaje wezwany.

Rewolucja prawda, groza. Wykwalifikowany personel będzie wykonywał pracę, którą albo już wykonuje, albo jest do niej przygotowany. „Strzeżcie się, drogie przyszłe mamy…”.

„Na jedną rodzącą miałaby przypadać jedna położna anestezjologiczna, współpracująca z lekarzem podającym leki i odpowiadającym za analgezję. Tym lekarzem byłby anestezjolog – z tym, że w oparciu o własną wiedzę mógłby prowadzić znieczulenie do więcej niż jednego porodu. Warunek – po podaniu leku przez pierwsze 30 minut musiałby obserwować rodzącą kobietę. Położna anestezjologiczna miałaby przez cały czas monitorować funkcje życiowe matki i dziecka, a także badać, jaki wpływ na te funkcje mają podane leki, a także czy ból jest łagodzony skutecznie. To rozwiązanie stosowane już w Europie.”*

O co więc tyle krzyku? Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Zapewne niektórym anestezjologom odebranie tego zadania – a tym samym pracy i płatności za nią – nie będzie w smak, jeszcze bardziej nie podoba się Ministerstwu, że miałby na pracę dodatkowych anestezjologów wydać niemałą sumkę z budżetu. Położne raczej też nie będą skakały z radości. Dodatkowy obowiązek, to nie tak wiele – mają do tego pełne kompetencje – natomiast spada na nie nowa odpowiedzialność. A wiadomo, że gdy coś się stanie, oberwie ten słabszy. Już teraz na samą myśl o nowym rozwiązaniu wszyscy na nich wieszają psy.

Rozwiązanie? Banalne. Wystarczy, aby bloku porodowym dyżurował chociażby jeden anestezjolog, który nie będzie angażowany w pracę na bloku operacyjnym. Będzie w stanie zakładać znieczulenie pacjentkom rodzącym, doglądać sali pooperacyjnej i jeszcze być na wezwanie, gdyby coś się jednak wydarzyło. Wtedy wszystkie rodzące będą odpowiednio zaopiekowane. Położna zdejmie z anestezjologa konieczność podawania kolejnych dawek. Jeśli Ministerstwo zamiast zapychać dziury posłucha, to rozwiązanie może być dla wszystkich korzystną zmianą. Można?

I błagam. Zanim napiszecie, skomentujecie – poszukajcie rzetelnych źródeł. Nie straszmy kobiet na zapas!


 

Źródło: Medycyna Praktyczna*


Pozwól sobie na upadek. Czasem inna perspektywa pozwala dostrzec nowe możliwości

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
16 października 2015
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
 

Nie ma ludzi totalnie zadowolonych ze swojego życia. Przynajmniej ja nie spotkałam  jeszcze osoby, która żyłaby życiem  idealnym. Masz świetną pracę, ale wkurza cię mąż. Masz fajnego męża a dla odmiany drzesz koty z teściową. Twoje dzieci są super mądre, ale chorują, albo na odwrót, zdrowe konie, tylko leniwe. Zawsze coś. Nie jesteśmy manekinami, bez woli i możliwości, ale łatwo przychodzi narzekanie na wszystko: “Wiesz, w sumie to nie jest źle, ale przydałoby się większe mieszkanie /nowe auto/ schudnąć parę kilo.”

Fajnie, jeśli zmiany wynikają z chęci

Patrzysz na salon i myślisz: “Rany, nuda, ciągle to samo, czas zrobić jakiś remont”. Po czym  robotę zlecasz mężowi, sama z zadowoleniem spoglądając na efekt końcowy. Jednak jeśli stoisz przed wizją życiowej rewolucji, przygotuj się na ofiary!  Los nic darmo nie daje, czasem wręcz sponiewiera, odbierając najważniejsze. Znasz smak bezrobocia, kosztownego leczenia, czy traumatycznego rozwodu? Jeśli nie, to jesteś szczęściarą,a jeśli tak, doskonale wiesz, co tak naprawdę straciłaś. I że zrobisz wiele, by to odzyskać.

Jak się coś rozwala, trudno przyglądać się temu ze spokojem

Więc działasz, bo chcesz wrócić do normalności bez pytań w stylu “a co ty tak zmizerniałaś, chora jesteś czy mąż ci po nocach spać nie daje?” Większość zapyta o to bardziej z ciekawości, niż ze szczerej troski. A taka ciekawość boli cholernie! No bo jak tobie może być, skoro zostałaś bez pracy, a musisz dalej płacić za czynsz, nakarmić czymś dzieci? Albo twój ukochany mąż, w którego byłaś zapatrzona jak w obrazek, wybrał sobie na nową partnerkę model wcale nie lepszy, ale za to w rozmiarze 36! Mimo, iż latami zapewniał, że kocha rubensowskie kształty. I zamiast szukać sensu życia, masz ochotę z okna skoczyć, a na pytania “a co się właściwie stało?”, dać komuś w twarz.

Co robić, gdy jest naprawdę ciężko?

Na chwilę odpuścić, skupić się na sobie. Dostrzec nowe perspektywy! “Upadek” nie musi być końcem wszystkiego. Bo może miałaś pracę dobrze płatną, ale wykańczającą psychicznie? Przykładałaś się, tłukłaś nadgodziny, wychodziłaś rano, dzieci jeszcze spały, kiedy wracałaś, już spały. Zwolnienie z pracy, której wszystko poświęcasz, jest niczym kopniak w twarz z półobrotu, ale coś za coś. Na początek zyskasz czas, którego dotąd nie miałaś i nowe możliwości, o których siedząc po godzinach nawet byś nie pomyślała. Potrzeba matką wynalazku, więc usiądź, weź kartkę i długopis, wypisz plusy i minusy danej sytuacji. Brzmi banalnie? Może, ale się sprawdza, nic lepszego nie możesz zrobić, niż chłodno spojrzeć na sprawę. Bolesny upadek może być wstrząsem, który otworzy ci oczy na to, co tak naprawdę jest do szczęścia potrzebne.

Znam przykłady kobiet dojrzałych, pragnących szczęśliwego życia, które zdecydowały się na zmiany lub tymi zmianami zaskoczył je los. Bo przykładowo miały dość nudnej, tej samej pracy, w której prawdziwy urlop był tylko mrzonką, wiecznie podpiętej pod system  pani kierownik. Efekt? W desperacji owa kierowniczka złożyła rezygnację, z dziką satysfakcją oglądając szefa po raz ostatni. Bez pomysłu co dalej, za to z czasem zyskanym na przemyślenia. Mądrze? Nie mam pojęcia, ale dzięki temu, teraz realizuje swoją pasję, przy okazji rozkręcając własny biznesik.

Inna miała dość małżeństwa. Ale nie z nudów, tylko z obrzydzenia do farsy, którą tak uporczywie podtrzymywała, sprawiając wrażenie szczęśliwej żony. Owszem, niczego jej nie brakowało, poza wiernością męża. I to dopiero musiał być ból, gdy pewnego pięknego dnia obudziła się wiedząc, że to naprawdę koniec i nic poza dziećmi jej nie zostało. Podniosła się z kolan, z szarej myszki, niepracującej matki, zmieniając się w pracującą superwoman. Czy jest jej teraz lepiej? Tego nie wiem, na bilans życia “po rozwodzie” dopiero przyjdzie czas. Ważne jest to, że dostrzegła szansę dla siebie i z niej skorzystała. Bo gdyby nie odejście męża, dalej tkwiłaby w tym  samym  punkcie licząc umykające lata i szanse.

Ja nie jestem ryzykantką, więc zalecałabym ostrożność w rozpalaniu życiowej rewolucji. Co ty zrobisz? Nie dowiesz się, dopóki życie nie postawi cię w takiej sytuacji. Mówi się, że “jest ryzyko, jest zabawa”, tylko pamiętaj, że ryzykując wszystko dla bliżej nieokreślonych pragnień, możesz zostać z niczym. Tak jak nie mając nic do stracenia, możesz zyskać “wszystko”.


Na endorfinach żyje się lepiej! Chcesz się przekonać? Poradnik początkującej biegaczki

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 października 2015
Fot. Flickr / CC BY-SA

Żadna ze mnie wytrawna biegaczka. Daleko mi do biegania wyznaczonego przez wirtualnego trenera  i potrzeby osiągania coraz to lepszych rezultatów czasowych na coraz dłuższych dystansach. Biegam, bo kocham endorfiny, bo ruch sprawia mi przyjemność. Ale nie myśl, że zawsze tak było.

Choć sport był wpisany w moje życie, bo grałam kiedyś trochę w siatkówkę, to zawsze powtarzałam, że ostatnią rzeczą, jaką będę robić, to biegać. Wypluwanie płuc, ból nóg, gonienie za nie wiadomo czym, co to, to nie. Zupełnie nie dla mnie. Mówiłam, że nigdy w życiu nikt nie zobaczy mnie na biegowych ścieżkach, a bieganie to ostatnia rzecz, która mogła mi się kojarzyć z przyjemnością.

Step, zumba, aerobik zawsze w ten sam dzień o określonej godzinie to nie dla matki dzieci, zwłaszcza, gdy ta nie ma do pomocy babć, a mąż pracuje w różnych godzinach.  Poza tym te szczupłe, piękne dziewczyny, młodsze o dziesięć lat z długimi nogami wywijające na aerobikach jakoś podkopywały zawsze moje zacięcie do tego rodzaju ruchu. Czułam się przy nich jak słoń w składzie porcelany.

Tak naprawdę to przestraszyłam się, kiedy pewnego dnia podczas zwiedzania morskiej latarni złapałam zadyszkę wchodząc po schodach i goniąc dzieci. Załamałam się. Jak to? Ja, mama nie mam siły nadążyć za własnymi dziećmi, a one dopiero co chodzą, co będzie dalej. Powiedziałam basta i wyciągnęłam buty – zwykłe adidasy ukryte w szafie. Spojrzałam na siebie z niedowierzaniem w lustrze i… wyszłam pobiegać.

Nie chcecie wiedzieć, jak się czułam, nigdy wcześniej w życiu nie naprzeklinałam się w myślach tyle co wtedy, podczas tych… dwudziestu minut. Tak, 20 minut mojej hańby, odkrycia kart przez mój organizm. Moje ciało krzyczało: „Czy ty zdurniałaś? Co to w ogóle za pomysł? Oszalałaś? Biegania się zachciało, dupę na kanapę posadź i daj sobie spokój”. Wtedy myślałam, że nigdy więcej. Że już wolę nudzące mnie aerobiki, że przecież jazda rowerem raz w tygodniu po zakupy to też jakaś forma ruchu.

Fot. Pixabay/RyanMcGuire / CCO

Fot. Pixabay/RyanMcGuire / CCO

Wróciłam do domu, złapałam oddech. Wzięłam prysznic i pomyślałam, że tak łatwo się nie poddam. Nie wiem, skąd wzięła się chęć walki, może dlatego, że zawsze pociąga mnie to, co stawia mi wysoko poprzeczkę. I tak zaczęło się moje bieganie. Był czas, kiedy chciałam szybciej, lepiej, biegałam w zawodach, miałam ciśnienie na coraz to lepsze wyniki. Ale pewnego dnia spytałam, po co? Nikt mnie na olimpiadę nie zabierze. Większą satysfakcję daje mi czas spędzony z dziećmi, przyłożenie się do pracy, niż szybsze bieganie.

Kocham biegać, ale dla siebie. Kocham bieganie za endorfiny, które budzą się we mnie i wywołują uśmiech. Bieganie pozwala mi wyrzucić z siebie złe emocje, nabrać dystansu do wielu rzeczy. To też czas, kiedy wiele emocji i myśli mogę sobie w głowie poukładać. Chcecie spróbować? Zachęcam, tylko BŁAGAM, nie róbcie tego, jak ja. Chcesz zacząć biegać? Nie wiesz, jak się do tego zabrać. To przeczytaj.

Poradnik początkującej biegaczki

  1. Wyciągnij z szafy dresy i sportowe buty. Obojętnie ile mają lat. Teraz i tak szybko robi się ciemno, nikt cię nie pozna. A jeśli biegasz rano, to wszyscy i tak szykują się do pracy.
  2. Nie mów, że zaczynasz biegać, zwłaszcza znajomym biegającym. Oni potrafią wywierać presję. Udzielają rad chcąc dobrze, ale gdy słyszysz, że buty nie te, koszulka zła i ile kilometrów na początek… Każdy może się zniechęcić, zwłaszcza ten, który nie jest pewien, czy w ogóle podoła. Pamiętaj. Robisz to dla siebie.
  3. Wybierz sobie miejsce do biegania, które lubisz. Nie wybiegaj na chodnik przy osiedlu. Podjedź nawet autem do parku, na stadion. Każdy woli co innego, jednemu lepiej na początek biega się w kółku, inni wolą wybiec na łono przyrody.
  4. Nie zakładaj w ogóle odległości, którą chcesz przebiec. Skup się na czasie. Pół godziny w ruchu – idealnie. Naprawdę więcej nie musisz.
  5. Z tych 30-tu minut biegania przebiegnij około 10. Dwie minuty truchtaj, trzy minuty maszeruj. I nie przejmuj się tym, że ktoś cię obserwuje. Wytrawny biegacz uśmiechnie się ze zrozumieniem na twój widok wiedząc, że zrobiłaś pierwszy krok. Wyszłaś z domu!
  6. Pamiętaj, że nikt cię nie goni. Biegać amatorsko powinno biegać się w tempie konwersacyjnym – moim ulubionym. Czyli tak, by biegnąc móc rozmawiać z osobą obok, bez zadyszki. Obok mnie często syn jeździł na rowerze – on gada non stop i o coś pyta. Później biegałam z koleżanką, traktowałyśmy bieganie jak rozmowę przy kawie.
  7. Z czasem wydłużaj czas biegania kosztem maszerowania. Może zmiana proporcji: 3 minuty biegania, 2 marszu. Słuchaj swojego organizmu. On ci podpowie, na ile cię stać. Nie wkurzaj go wysiłkiem ponad jego siły, bo przestanie z tobą współpracować.
  8. Nie biegaj codziennie. Lepiej założyć, że będziesz biegać co drugi dzień, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu i pierwszym krokiem do zniechęcenia się w ogóle.
  9. Pamiętaj, że właśnie wolne bieganie, marszobiegi są najlepszym sposobem na spalanie kalorii. Szybko biegnę, nie znaczy – szybko schudnę. Biegasz dla kondycji i zgubienia kilku kilogramów? Biegaj wolno! Jak najwolniej!
Fot. Pixabay/Wokandapix / CCO

Fot. Pixabay/Wokandapix / CCO

Pomyśl, że może zamiast w te coraz bardziej depresyjne, bo jesienne wieczory zamiast gnić na kanapie i wcinać kolejną kanapkę lub tabliczkę czekolady lepiej ruszyć tyłek. Niech to będzie impuls. Nie obiecuj sobie, że od tej wiosny to już na pewno coś ze sobą zrobisz, zaczniesz biegać. Nie szukaj wymówek, bo zimno, ciemno i “wilki jakieś”. Bieganie w takiej pogodzie wzmacnia odporność, poza tym im zimniej, tym więcej energii organizm musi zużyć do ogrzania się, a więc spala więcej kalorii. Co na to twoje wymówki?

Ile razy składałaś sobie obietnice, których nie udało się zrealizować? Więc może tym razem zrób inaczej. Nie od jutra, od poniedziałku, od marca. Tylko od dziś. Dziś jest właśnie ten dzień, kiedy wyjdziesz z domu się poruszać! Czemu nie?.

A kiedy już wyjdziesz i nie będziesz od siebie oczekiwać przebiegnięcia 5 kilometrów od razu, to jest szansa, że ci się spodoba. Zwłaszcza, gdy po pół godzinie wrócisz do domu i okaże się, ze jeszcze masz siły wstawić pranie, sprzątnąć kuchnię po kolacji, porozmawiać z mężem i namówić go na seks.

Kocham sport za te endorfiny, które popychają nas do działania. To tak, jakby nasz organizm i mózg dostali ogromną porcję ulubionych słodyczy, które jednak nie idą w uda i pośladki, ale przekładają się w pozytywną energię. Nie wierzysz mi? To udowodnij, że jest inaczej. Wyjdź pobiegać i daj znać, że się mylę.


Zobacz także

Nie narzekaj na samotność, bo to najlepszy sposób na… relaks

7 typów bólu fizycznego wywołanego przez nagromadzenie negatywnych emocji

Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko

Czy szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko?