Zawijasz wszystko w folię aluminiową? Teraz przestaniesz

Pani Mądrala
Pani Mądrala
8 marca 2018
Fot. iStock/Denia Fernandez
Następny

Muszę to głośno powiedzieć – jestem wygodnicka. Mam oczywiście co jakiś czas zrywy, kiedy to ogłaszam wszem i wobec, że od dzisiaj żyję EKO, biegam, własnoręcznie przygotowuję w domu wszystkie posiłki, czytam dokładnie etykiety i nie używam niczego, co mogłoby niekorzystnie wpływać na zdrowie. I tak w tym postanowieniu trwam kilka dni, czasem tygodni, a potem po prostu odpuszczam, bo mi się nie chce. Tak na przykład było z przygotowaniami drugiego śniadania dla moich dzieci. Poszliśmy całą rodziną do sklepu i dzieciaki wybrały sobie śniadaniówki ze swoimi ulubionymi postaciami z bajek i filmów. Postanowiłam, że będę idealną matką, która każdego dnia szykuje fikuśne kanapeczki, kroi na kawałki przeróżne owoce i warzywa, układa to wszystko w śniadaniówce, dorzuca bidon z domową lemoniadą, kilka owsianych ciasteczek (domowy wypiek, a jakże!) i radośnie odwozi dzieci do szkoły, dając im całusy na parkingu.

Wiem, wstęp trochę przydługi, już mówię, o co mi chodzi.

Mój super, fantastyczny plan działał może tydzień. Po tym czasie coraz mniej mi się chciało, okazało się, że bidon trudno się myje i szybko może stać się źródłem chorobotwórczych drobnoustrojów, a śniadaniówki przeszły zapachem mięsa, które im często dodawałam do kanapek. W ruch znowu poszła nieszczęsna folia aluminiowa. I to właśnie o niej dziś będzie parę słów.

Jakiś czas temu przeczytałam, że folia aluminiowa może sprzyjać powstawaniu nowotworów. Przeraziłam się wtedy bardzo, ale szybko doszłam do wniosku, że to niemożliwe, przecież coś, co jest dopuszczone do użytku, nie może aż tak bardzo szkodzić zdrowiu. Okazuje się jednak, że i tak, i nie. Jeżeli używa się jej z głową, nie powinna mieć wpływu na nasze zdrowie. Problem jednak w tym, że większość z nas nie wie, co można, a czego nie można zawijać w folię aluminiową. Kiedy o tym czytałam, włos jeżył mi się na głowie, bo sama mam na koncie kilka grzeszków…

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Co lepiej usunąć z diety, by schudnąć – tłuszcze czy węglowodany? Znamy odpowiedź

Pani Mądrala
Pani Mądrala
9 marca 2018
Fot. iStock/ereidveto
Następny

Boże, ileż to razy byłam na diecie! Już można zgłupieć od tych wszystkich informacji, zakazów i nakazów. Raz, że wszystko dzisiaj jest szkodliwe i powoduje raka, a dwa, że niemalże od wszystkiego się tyje. I jak już mądre głowy ogłoszą, żeby czegoś-tam nie jeść, bo utrudnia odchudzanie, to po kilku latach wszystkie te rewelacje są obalone. A my, jak te młode pelikany łykamy wszystko, co nam się powie. Wiem, bo sama tak robię. Kilkanaście lat temu, gdy na rynku pojawiły się te wszystkie produkty „light” żarłam je jak głupia. Potem ktoś mnie oświecił, że jak nie ma tłuszczu albo cukru, to jest tam cała masa innego badziewia. Oczywiście miałam też w życiu moment, kiedy nie jadłam węglowodanów. Szerokim łukiem omijałam pieczywo, naleśniki, makarony i pizzę. Nie, żebym jadła tego nie wiadomo ile, ale wtedy naprawdę zrezygnowałam z tych rzeczy totalnie. Potem dla odmiany przeczytałam, że tłuszcze to zło i jeśli chce się schudnąć, to zdecydowanie trzeba z nich zrezygnować. Miałam też epizod niejedzenia glutenu.

Dramat, moje drogie, dramat! Mózg puchnie od tych wszystkich informacji, a ty kobito zostajesz z tym wszystkim sama i bądź tu mądra – co wyeliminujesz z diety, a co zostawisz?

Dlatego z wielkim zaciekawieniem zapoznałam się niedawno z jednymi z ostatnich badań. Naukowcy ze Stanford University School of Medicine postanowili sprawdzić, co lepiej odstawić – tłuszcze czy węglowodany. Zaprosili oni do badań 609 osób. Każda z nich przez 12 miesięcy stosowała zdrową dietę, z tym, że jedna połowa uczestników ograniczała tłuszcze, a druga węglowodany (cukry). I cóż się okazało po tym czasie? Że obie grupy schudły właściwie tyle samo! 6 kg – tyle wynosiła średnia. Ale! Ale! Byli też tacy, którzy schudli nawet po 30 kg! Tak stało się w przypadku tych osób, które ściśle stosowały się do zaleceń naukowców, a więc odżywiali się bardzo zdrowo i zrezygnowali z żywności przetworzonej. Nie katowali się jednak, ponieważ miała to być zmiana nawyków na całe życie, a nie roczna zmiana.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Jak oduczyć dziecko picia coli i jednocześnie sprzątnąć mieszkanie? Tak, dobrze czytasz

Pani Mądrala
Pani Mądrala
5 marca 2018
Fot. iStock/Vladimir Vinogradov
Następny

Moje dzieci (chyba jak wszystkie) od zawsze uwielbiały colę. Wiecie, jak to jest – jak nieopatrznie, trochę dla zabawy lub w ramach poznawania nowych smaków, dasz dzieciakowi napić się tego gazowanego napoju, a potem końca nie ma. Nie bez powodu – cola uzależnia. Niestety zawiera szereg związków, które bardzo niekorzystnie wpływają na zdrowie. Jej regularne picie sprzyja otyłości, cukrzycy, osteoporozie, powoduje szybsze starzenie się skóry i zaburza pracę układu nerwowego. Właśnie dlatego lepiej jej nie pić. Ale czy to oznacza, że w ogóle nie można jej kupować? A skąd! Można ją wykorzystać na wiele sposobów, dlatego ja mam zawsze w domu całą zgrzewkę. 

Obejrzałam kiedyś program, w którym przedstawiono wszystkie szkodliwe skutki coli. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i dlatego miałam potwornie wyrzuty sumienia, że moje dzieci regularnie piły ten napój. Początkowo przestałam po prostu kupować colę. Ale co z tego, że w domu nie będą jej piły, skoro jest wszędzie dostępna? Mogą ją pić w szkole czy będąc u kolegów. Chodziło więc o to, żeby wytłumaczyć im, dlaczego cola jest tak niezdrowa. Dzięki temu świadomie z niej zrezygnują. To przecież najlepszy sposób, prawda?

I wtedy poczytałam trochę o nietypowych zastosowaniach coli. Nie powiem – włos na głowie mi się zjeżył. Bo jak mogłam dawać moim dzieciom do picia coś, czym można z powodzeniem wyczyścić toaletę? Brrrr…. Postanowiłam więc zrobić z dziećmi kilka eksperymentów, żeby pokazać im, co z ich wnętrznościami robi ten cudowny, gazowany napój.

Najpierw zawołałam dzieciaki do kuchni, gdzie stał przypalony garnek po obiedzie. Nalałam do niego coli i odstawiłam. Po godzinie zawołałam je i poprosiłam, żeby przetarły garnek ścierką. Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że lśnił czystością.

Potem zaciągnęłam dzieci na balkon, ponieważ na balustradzie od jakiegoś czasu była rdza. Wspólnie namoczyliśmy watę w coli i położyliśmy w miejscach, gdzie pojawiła się rdza. Po kilku godzinach „rude” miejsca zniknęły. Czary? Nie sądzę.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie