Wiesz, jak w prosty sposób zadbać o swój wzrok? Wyjdź na spacer

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 stycznia 2016
Fot. Pixabay /  skeeze /
Fot. Pixabay / skeeze / CC0 Public Domain
 

Coraz więcej czasu spędzamy przed monitorem czy telewizyjnym ekranem i nie ma co się korygować – tak jest i niewiele w tej kwestii się zmieni. Telefon, tablet, laptop – każde z nowoczesnych urządzeń uderza przede wszystkim w nasz wzrok.

W jednym z naukowych, prestiżowych czasopism ukazał się artykuł szeroko omawiający przyczyny krótkowzroczności oraz prosty sposób jej zapobieganiu. Okazuje się, ze zbawienne dla naszych oczu jest świeże powietrze. Psuje się nam wzrok, bo coraz mniej czasu spędzamy na dworze, a to właśnie pod wpływem braku światła słonecznego oko zmienia swoją krzywiznę.

Naukowcy przywołali badania przeprowadzone w Azji. Okazuje się, że właśnie tam krótkowzroczność staje się prawdziwym problemem. W Chinach obecnie ponad 95% nastolatków ma problem ze wzrokiem, a wada wzroku dotyka obecnie 1/3 ludzkości na świecie.

Dotychczas mówiono, że zbyt bliskie siedzenie przez telewizorem, czytanie w kiepskim świetle jest przyczyną pogarszania się wzroku. Naukowy przekonują, że obecnie największy wpływ na ten stan rzeczy ma zbyt długie przebywanie w sztucznie oświetlonych pomieszczeniach.

Skąd więc problem w Chinach? Okazuje się, że tam dzieci spędzają około 14 godzin tygodniowo na odrabianiu zadań domowych po szkole. Badano także dzieci, które spędzają czas przed szkołą w czasie przerwy, u nich wstępowanie krótkowzroczności było znacznie niższe niż u tych uczniów, którzy czas szkolny spędzały w większości w budynku. Co więcej, te dzieci wcale nie spędzały mniej czasu przed telewizorem, monitorem komputera czy na czytaniu książek niż ich rówieśnicy. Różnica polegał właśnie na ilości czasu spędzanego na dworze.

Naukowcy przychylają się do tej teorii, oczywiście same spacery nie spowodują, ze nasz wzrok się nie będzie pogarszał, ale jest to zdecydowanie jeden ze sposobów, by zadbać o nasze oczy. Warto o tym pamiętać.


Źródło: badania.net


Czy warto dać drugą szansę? Jeszcze raz spróbować znaleźć miłość? Czasami warto…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 stycznia 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
Fot. Unsplash / Pavel Badrtdinov / CC0 Public Domain
 

Byli parą, o której mówiło, że są dla siebie stworzeni. Razem od czasu studiów. Podobne pasje, choć zupełnie różne temperamenty. Uzupełniali się, rozumieli, właściwie nie kłócili. Tylko oni wiedzieli, że coś gdzieś zgrzyta, że obrazek – ten na zewnątrz, choć oboje go podtrzymywali, ma rysę. No dobra, może nie wiedzieli, ale czuli. A może ona czuła bardziej niż on. Bała się tylko, że gdy otworzy usta, gdy wyleje się z niej żal, pretensje, to już nie będzie mogła tego zatrzymać. Na to nie mogła pozwolić.

Więc uśmiechała się, a czasami płakała w poduszkę wieczorem…

Trzymała mocno wszystkie dobre chwile, jak choćby tę, kiedy była w ciąży, a on tak bardzo cieszył się, że zostanie ojcem. Mimo jej strachu i wielkich obaw, to on dawał jej wsparcie, uspokajał, przytulał i mówił, że wszystko będzie dobrze. Albo wtedy, gdy pojechali z synem po raz pierwszy w góry, gdy wnosił go na szczyt – umęczony, ale szczęśliwy. Uśmiechał się do niej tak wyjątkowo. Tam wtedy zapominała o tym, co złe, co niekompletne, nieidealne. Pielęgnowała w sobie te momenty, gdy mogła na nim polegać. Kiedy szybko musiała wrócić do pracy po urodzeniu dziecka, a on dzielnie zajmował się półrocznym niemowlakiem – szybciej niż ona kończył pracę.

Albo wtedy, gdy musieli się przeprowadzić, a on wszystko zorganizował od początku do końca. Albo gdy na wycieczce za miasto popsuł się jej rower, a on miał przy sobie wszystko co niezbędne, żeby go naprawić. Lubiła, gdy gotował. Choć irytował ją bałagan, który zostawiał w kuchni. „Ciesz się, że w ogóle gotuje, mój to nawet do kuchni nie zagląda” – mówiła przyjaciółka.  A jej się wyć chciało, kiedy po raz kolejny szorowała kuchenkę, myła podłogę, bo on dumny, że zrobił coś dla niej, zapominał o wszystkim, o co go prosiła.

Ktoś powie: „Kolejna głupia baba, która nie umie być szczęśliwa i szuka dziury w całym”. Ona też tak o sobie myślała. „O co tobie właściwie chodzi?” – pytała samą siebie i zmęczona po całym dniu pracy, zajmowania się dzieckiem, ogarnianiem domu zasypiała na kanapie z głową na jego kolanach.

Czasami wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby była sama…

Z synem. A jego by nie było. Czasami o tym marzyła. Tylko przez chwilę bo tak bardzo bolało. Bo jak można myśleć, że kogoś kogo się kocha nie ma tuż obok. Właśnie. Kocha? Coraz częściej się nad tym zastanawiała. Nie, nie była żadną głupią babą. Nie szukała romansów, tylko zamykała się w sobie coraz bardziej. Szukała w sobie odpowiedzi. „Co jest ze mną nie tak?”, pytała samą siebie.

I kiedyś w nocy poczuła to. Tę samotność. Tak okropną, tak silną, z którą nie da się walczyć. Łkała w poduszkę. Bolało ją wszystko z tęsknoty za jego uwagą, za rozmową, za szczerością. Za nim. Za jego wzrokiem, za miłością, za czułością. Za byciem ze sobą – tak blisko, tak intymnie, z taką pewnością, że są tylko dla siebie.

Gdzie się zgubili? „To jego wina”, kipiała ze złości. Wpadała w szał, kiedy poprawiał po niej naczynia wstawione do zmywarki. Trzaskała drzwiami i wychodziła, kiedy po raz kolejny siadał wieczorem przed telewizorem. Gdy mówił: „A ty jak uważasz?” – zagryzłaby go, nie rozumiała, jak nie można samemu podjąć decyzji, wziąć na siebie odpowiedzialności za własne zdanie.

Nagle to zobaczyła: ona była motorem napędowym tego związku. To ona decydowała, co zjedzą na obiad, gdzie pojadą w weekend, czy zaproszą znajomych, a może wyjdą w trójkę do kina. On na wszystko się zgadzał sam nie wychodząc z inicjatywą. Mówiła: „Mam dość. Zrób coś”, a on nie rozumiał. „O co ci chodzi, masz wiecznie o coś pretensje”, powtarzał. Kiedy słyszała: „Już taki jestem, widocznie się nie zmienię” – kipiała. Umarliby z nudów przed telewizorem z chipsami w ręce w jakiś kolejny weekendowy wieczór. „Zaskocz mnie, zaproponuj”- powtarzała, a on owszem – raz zapalił świece, otworzył wino. Raz. Jemu chyba wystarczyło.

A ona była coraz dalej. „Dostajesz tyle, ile dajesz”, powtarzała. Dostawała nic. O nim myślała z narastającą frustracją.

Ale na zewnątrz nadal byli świetną parą, która tak wiele robi wspólnie. Rodzinnie. Właśnie – funkcjonowali jak dobrze naoliwiona maszyna – w trójkę. Gdy zostawali sami, syn szedł spać, nie było już nic. Oschłość. Samotność. Bolała jego nieuwaga, ten pospieszny seks, bez rozmowy, bez patrzenia na nią. Ten buziak rano. Jakby jej nie widział. Jakby była przezroczysta. Mebel, który dobrze wpasowuje się w otoczenie. Użyteczny mebel.

Musiała znaleźć siebie…

Brakowało jej oddechu. Czy jedyne to pracować, wychowywać dziecko, sprzątać, gotować? Czy nie może wymagać? Nie ma już prawa żądać uwagi? To już? Wszystko? Obok siebie?

Terapia. „Nie będzie łatwo” – mówiła jej terapeutka. „To ciężka praca”. Ale ona chciała tej pracy. Chciała zobaczyć sens związku, trwania w nim. Zobaczyć siebie.

„Chciałabym, żebyś się wyprowadził”, powiedziała pewnego dnia. Nie był zaskoczony. To ją bolało najbardziej, że nie walczył. Że nie wpadł w szał, że nie zaczął krzyczeć: „Kocham cię, chcę z tobą być, szaleję za tobą”. „Poszukam mieszkania” – to wszystko. Po prostu. Tak, jakby czekał na sygnał, by nie musiał ponosić odpowiedzialności za rozbicie ich związku, za rozstanie, za dziecko, które zostawało. Wtedy go nienawidziła.

„Dlaczego się nie rozwiedziesz?”, zapytała pół roku później terapeutka. „Nic ci do tego”, pomyślała ze złością. Tak, już umiała się złościć. Umiała krzyczeć, nauczyła się mówić: „jestem zła, mam do tego prawo”. Kiedy pierwszy raz wykrzyczała mu brak uwagi, osamotnienie, któremu był winien, że dla niego była tylko członkiem rodziny, a nie kochaną przez niego kobietą – był w szoku. Znieruchomiał. Przychodził często, kładł ich synka spać. Był z nim, gdy ona szła na zumbę, gdy wyjeżdżała z przyjaciółką na weekend. „Dlaczego znęcasz się nad sobą i pozwalasz, żeby on nadal był tak mocno obecny w twoim życiu, nie zamykasz tej furtki” – docierały do niej słowa terapeutki. Właśnie – „czemu?” – pytała później samą siebie. W wakacje wyjechali razem na żagle, urodziny syna spędzili w trójkę w Warszawie – mały chciał koniecznie zobaczyć stolicę. „W końcu tyle nas łączy” – tłumaczyła sobie.

Ale kiedy ich syn zasnął, a on przed wyjściem usiadł z nią w kuchni, zaczęła mówić. Mówiła o tych wszystkich żalach i pretensjach. Już nie ze złością. Ale ze zrozumieniem, skąd się wzięły. Mówiła, że tak bardzo za nim tęskniła. Że tak pogubili siebie nawzajem. Że on przestał o nią walczyć, zabiegać. Przestał się o nią starać. Traktował jak własność. Jak rzecz nabytą. A przecież nie da się miłości nabyć. Kupić. Z niekończącym się terminem ważności.

On tez mówił. Że ona o nim zapomniała…

Że nie traktowała go, jak mężczyzny. Że nie pożądała. Że tylko oczekiwała. Wymagała. Nie ufała. Kontrolowała.  Że wszystko, co robił, było źle, więc przestał robić cokolwiek. A później rozmawiali o rywalizacji między sobą. O ściganiu się, kto jest lepszy. Udowadnianiu drugiemu, że jest gorszy. O braku wyjaśnień. O odpuszczaniu. Machaniu ręką na siebie nawzajem. Lepszy spokój, niż konfrontacja. Lepiej milczeć niż usłyszeć rzeczy, których słyszeć nie chcieli. I słów, które sami mogli powiedzieć.

„Poprosiłam, żeby wrócił” – powiedziała na terapii kilka tygodni później. Kilkadziesiąt przegadanych z nim wieczorów później.  „Jak się z tym czujesz?”. „Jestem szczęśliwa”. „Dlaczego?”. „Bo wiem, że on mnie kocha”.

Powiesz: „Głupia baba. Najpierw go wyrzuca z domu. A później ryczy, że jest szczęśliwa”…

A gdyby odpuściła, gdyby pielęgnowała w sobie złość, dokarmiała ją każdym jego gestem? Gdyby pozwoliła mu odejść? Gdyby nie zrozumiała, że on cały czas był blisko, że dał jej przestrzeń do szukania siebie, że sam zrozumiał, co jest dla niego ważne? Też byłaby głupia? Szczęśliwsza w innym związku?

Tego nie wiesz. Ona nie chciała wiedzieć. Chciała znaleźć na nowo miłość tam, gdzie ona była. Oboje chcieli. Nie, wcale nie jest kolorowo. On ją wkurza, bo nadal mnie myje kuchenki po zrobieniu obiadu. A ona jego, kiedy zasypia na kanapie zmęczona po całym dniu. Ale wiesz co, są uważni. Są uważni na siebie nawzajem. Słuchają siebie. Nie, nie spędzają codziennie długich wieczorów na rozmowach. Ale wiedzą o sobie więcej. Ona na przykład wie, co on czuł zmieniając pracę. Nauczył się mówić o swoich uczuciach, emocjach. A on wie, że szefowa w pracy doprowadziła ją do szału. I ona jest mu wdzięczna, za to słuchanie, za niekomentowanie. Kocha go za to. A on ją też za to, że czasami wieczorem ciągnie go do sypialni,  żeby pokazać, jak wygląda dzisiaj jej miłość.


Dekalog rodzica zmęczonego. Nie narzekaj, pozwól sobie pomóc w 10 krokach

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 stycznia 2016
Fot. iStock / skodonnell
Fot. iStock / skodonnell
 

Wiem, że jesteś bardzo zmęczona/zmęczony. Że czasem masz ochotę rzucić wszystko i wyjechać na bezludną wyspę. Albo przynajmniej bezdzietną. Ale realia są takie, że urlopu od dzieci nie dostaniesz. Z resztą – przecież sam/sama tego chciałaś/chciałeś: mieć dziecko. Zamiast więc narzekać na ciężki los rodzica, staraj się zawsze kierować kilkoma zasadami. Przed tobą dekalog rodzica zmęczonego, czyli dziesięć kroków, które warto zrobić – dla siebie i dzieci.

1. Bądź odpowiedzialny za to, co stworzyłeś

Co to znaczy? Bardzo wiele. Jesteś rodzicem – tego odwołać się nie da. Zwolnienie lekarskie nie obowiązuje. Ryzyka powikłań ani chorób zawodowych nikt nie przewidzi. Sam o tym zdecydowałeś, albo sam do tego doprowadziłeś. No dobra, niezupełnie sam, we współpracy z kimś drugim. W każdym razie stworzyłeś nowego człowieka, a nowy człowiek jest na początku całkowicie zależny do ciebie. I – wybacz – guzik go obchodzi twoje zmęczenie. Po prostu to przyjmij do wiadomości i zaakceptuj. A kiedy ten nowy człowiek nie jest już taki całkiem nowy, nie zapominaj, że twoja odpowiedzialność nie kończy się wtedy, gdy dziecko potrafi samodzielnie zaspokoić swoje podstawowe potrzeby. Odpowiedzialność to dbanie o to, by twoje dziecko było zawsze szczęśliwe i zadbane. Te parametry to twoje wytyczne.

2. Nie wyładowuj swojej frustracji na dzieciach

Nie funduj im konsekwencji twojej huśtawki emocjonalnej. Twoje dzieci nie są winne temu, że nie dogadujesz się z ich ojcem. To waszym (rodziców) zadaniem jest zapewnić im spokojne dzieciństwo (patrz punkt 1). Dzieci nie mają też wpływu na to że w pracy szef zarzuca cię milionem obowiązków. Nie zrozumieją, kiedy im powiesz, że masz dość. Więc nie mów niecierpliwie: „Odejdź, nie widzisz, że jestem zmęczona?!”. Powiedz: „Miałam trudny dzień, muszę odpocząć, chodź, usiądź przy mnie i odpocznijmy razem, albo opowiedz mi coś.”. 

3. Pozwól sobie pomóc

Chociaż dla swoich dzieci jesteś superbohaterem, tak naprawdę supermocy nie posiadasz. Czasem naprawdę po prostu nie dajesz rady. Proś o pomoc. Rodziców, przyjaciół. Dziecięcy klubik na godziny. Najpierw upewnij się, że twoje dziecko będzie tam miało zapewnioną opiekę, której ty w stanie chronicznego zmęczenia na pewno mu nie zapewnisz. I nie rób sobie z tego powodu wyrzutów. Rodzic przemęczony, osłabiony nie jest dobrym rodzicem i już.

4. Dbaj o swoje zdrowie

Bo jesteś odpowiedzialny za przynajmniej jednego, innego człowieka. Nie odkładaj więc i nie bagatelizuj niepokojących sygnałów płynących z twojego organizmu, przecież musisz działać sprawnie. Naucz się odpoczywać (przy małych dzieciach to też jest możliwe – na przykład w tych chwilach, kiedy maluchy śpią). Oczywiście powiesz, że w domu zawsze jest coś do zrobienia. To tylko kwestia priorytetów: nie wszystko musi w tym domu wyglądać idealnie. A wśród obowiązków, tych zawodowych i domowych, warto ustalać priorytety. Coś zawsze może poczekać.

5. Nie dołuj się dodatkowo uwagami osób postronnych

Nawet tymi na pozór „życzliwymi” . To, czego ci trzeba to realna pomoc, konkretna sprawa, a nie czcze gadanie. Asertywność to podstawowe wyposażenie rodzica, zwłaszcza zmęczonego. Za dobre rady podziękuj, powiedz wprost czego potrzebujesz. A kiedy już poprosisz, nie narzekaj, że ty byś to zrobił inaczej/lepiej.

6. Wymagaj zaangażowania ze strony partnera

Bo to pozwoli cię mieć więcej czasu na odpoczynek. Bo sama/sam tego (wychowania) nie udźwigniesz. Bo mama i tata powinni się w tym wychowaniu uzupełniać i wspierać. Bo co dwie głowy to nie jedna. Bo przekażesz taki model rodziny waszym dzieciom. Bo umęczona wiecznie niezadowolona i poświęcająca się dla wszystkich mama to tykająca bomba zegarowa.

7. Naucz dzieci samodzielności

Czyli zapobiegaj i inwestuj :). Od małego przyzwyczajaj dziecko do prostych obowiązków, wspólnego dbania o dom, czy domowników. Kiedy zachorujesz lub poczujesz się słabiej będziesz mieć pewność, że twoje dziecko potrafi już zadbać nie tylko o siebie, ale też w jakimś stopniu o ciebie…

8. Bądź konsekwentny

Mimo zmęczenia trzymaj się zawsze zasad ustalonych wcześniej. Nie przymykaj oka na łamanie reguł, bo to tylko pogorszy sytuację. W domu zapanuje chaos, z którym, w twoim stanie wyczerpania fizycznego i emocjonalnego już sobie nie poradzisz.

9. Szanuj prawa swoich dzieci

Zarówno te małe krasnoludki, które dopiero nauczyły się chodzić jak i te wielkie gnomy, które warczą niecierpliwie w odpowiedzi na twoje pytania, to LUDZIE ;). Twoje dzieci mają prawo tak jak ty – być zmęczone. I proszę, nie mów do nich: „Ty jesteś zmęczony? Jak pójdziesz do pracy, to dopiero będziesz zmęczony!:. Szkoła to ich praca. Dojrzewanie to ciężka praca. Zdobywanie nowych umiejętności, również. Tak jak radzenie sobie z nowymi emocjami albo nauka wspinania by wyjść samodzielnie z łóżeczka.

10. Kochaj

Mądrze. Bezwarunkowo. Mimo zmęczenia, nerwów, rozdrażnienia. Jeśli czujesz, że nie masz już sił, myśl o tym, jak pięknie twoje dzieci potrafią tę twoją miłość odwzajemnić. A nie o tym, że by zrobić ci na złość naparzają się właśnie w twojej sypialni, bo tam jest większe łóżko. I wygodniej, po prostu. W końcu, to tylko dzieci;).

Zmęczony pracą i domem rodzicu! Twoje dzieci są wyjątkowe. Nikt nie zna ich tak, jak ty, nikt nie potrafi tak na nie wpłynąć. Nikogo nie potrzebują bardziej. Życzę ci siły i cierpliwej refleksji. Ale przede wszystkim umiejętności rozróżniania tego, co mniej, a co bardziej istotne. Powodzenia!


Zobacz także

Fot. Unsplash/Ben Waardenburg / CCO

Jak obejść system roboczy i zatęsknić za naturalnym rytmem?

Fot. iStock/pixelfit

My – kobiety, jesteśmy fantastyczne. I niech nikt nie myśli o nas inaczej!

Fot. iStock/GCShutter

„To fajnie, że pomagasz żonie. Ja swojej nie pomagam, bo jak to robię, to Ona nie wykazuje żadnej wdzięczności”