„Utonęliśmy w magii kolorowych, uzdrowicielskich pigułek”. Polska pigułkomania

Anika Zadylak
Anika Zadylak
30 stycznia 2017
Polska pigułkomania
Fot. iStock / Kajdi Szabolcs

Okazuję się, że my Polacy nareszcie, jesteśmy w czymś najlepsi! Kupujemy, jak leci i co nam w tv, czy radiu każą. Ważne, żeby było dużo, na wszystkie dolegliwości i żeby pomagało, jak panu na reklamie.

– Z roku na rok, jest coraz gorzej. Ludziom, w żaden sposób nie można przetłumaczyć, że niektóre dolegliwości już na pierwszy rzut oka, wymagają lekarza. Nie słuchają, że jeśli gorączka, utrzymuje się czwarty dzień, a kaszel pogłębia, trzeba iść na wizytę. Nie rozumieją, że większość tych reklam, to skrót z fikcji, najczęściej. No niech pani, sama powie. Zna pani takie leki, które w kilka minut stawiają na nogi, leczą z kataru czy wrzodów żołądka? Nie ma takich cudownych specyfików. A kupowanie wszystkiego, tylko dlatego, że znany aktor polecił a „doktor”, który na co dzień wcale nim nie jest, mówił w reklamie, że tylko to i nic innego, niesie ze sobą ryzyko. Także utraty życia. Utonęliśmy w magii kolorowych, uzdrowicielskich pigułek. To nałóg, plaga, która się coraz groźniej rozprzestrzenia – ostrzega pani Anna, farmaceutka z 20-letnim stażem.

Okres jesienno-zimowy to ten, w którym zdarza się nam chorować  częściej. Grypy, zapalenia płuc i oskrzeli, wrzody żołądka, katar, odmrożenia. To również, wzmożony czas wszelkich kampanii reklamowych, zachęcających do leczenia na własną rękę. Okazuję się, że nie potrzeba nam wizyty u specjalisty, zdjęcia rtg płuc czy badań ginekologicznych. Wystarczy, że Pani Marysia zaraz po wieczornym serialu oznajmi, że na wszelkie bolączki tylko jedna, różowa czy zielona pastylka. Od razu z samego rana, stoimy w aptecznej kolejce i kupujemy ze trzy opakowania, bo od przybytku głowa nie boli. Czyżby?

Pragniemy być zdrowi, szczupli, piękni. Apteka to taki nasz azyl, taki magiczny sklep. Wystarczy, zostawić parę stówek. I mieć piękne paznokcie i włosy, spokój i lepszy sen, mniej centymetrów w talii i opaloną cerę, nawet w środku zimy. I to bez chodzenia na solarium.

Oszaleliśmy, odjęło nam rozumy. Wierzymy we wszystko, co zobaczyliśmy lub usłyszeliśmy.

Polska pigułkomania

Fot. iStock / Makidotvn

– Czasem, gdy oglądam wieczorem telewizję, to uśmiecham się sama do siebie. Znam ten scenariusz na pamięć, gdy tylko jakaś znana twarz reklamuję, kolejny wspaniały suplement. Od świtu bowiem nie będą się zamykały drzwi do naszej apteki – tłumy będą się po to dobijać. Najzabawniejsze, a może straszne, jest to, że klienci nawet tego nie potrzebują, kupują bo słyszeli, że jest bardzo dobre. I może się kiedyś przyda. Ba! Prezenty urodzinowe się u nas kompletuje. Nie wierzy pani? Dokładnie tak jest!  Zamiast wina i kwiatów wręcza się teraz  torbę z tranem, kompleksem witamin i czymś na stres. Kogoś, kto stoi z boku śmieszą sytuacje, które ja przerabiam codziennie. Od lat niestety.

– Uczciwie, doradzam coś tańszego, za to tak samo skutecznego. I słyszę, żebym się sama tanim g*wnem leczyła. Albo widzę, że człowiek ledwo stoi, że ma wysoką temperaturę, że się dusi. Sugeruje delikatnie, że to o co prosi, to tylko w początkowych stanach, gdzie termometr pokazuje nie więcej, jak 37. I groch o ścianę, a nawet nerwy i obelgi czasami, że co ja tam wiem, skoro w radiu mówili inaczej.

Farmaceutka Anna, ma rodzinny interes, trzy apteki, wieloletnie doświadczenie. I bardzo smutne oraz niepokojące spostrzeżenia.

– Jest jeszcze gorzej niż opowiadam, bo nie dość, że  leczymy się sami, to jeszcze w marketach. Tak, w dzisiejszych czasach wszelkie większe dyskonty oferują nam wszystko. Począwszy od proszków na ból głowy i zatok, poprzez leczenie grypy – aż po zaniki pamięci, zwyrodnienia stawów i brak koncentracji w pracy. Nie tylko przy kasach, ale też na specjalnych półkach, praktycznie w każdym, nawet osiedlowym sklepie. A powikłania grypowe? Źle prowadzone zapalenia płuc czy oskrzeli, inne choroby diagnozowane przez Google i leczone za poradą reklam? Kończą się często ciężkimi stanami w szpitalach albo niestety na cmentarzu. Osobiście znam dwa takie przypadki. Prosiłam i tłumaczyłam, panie się upierały przy swoim, bo znana aktorka mówiła, że to jest najlepsze. „Przechodziły” pewne symptomy, nie reagowały na czas, nie odwiedziły lekarza, nie robiły badań. Przyszły reemisje i zrobiły swoje.

Nie twierdzę, że żyłyby, gdyby zamiast słuchać cudów z telewizora, udały się do przychodni. Ale szanse, na pewno byłyby większe.

Nie słuchamy nikogo. Zdarza się, że ten sam lek stosujemy jednego dnia, w różnych preparatach, raz jako przeciwbólowy, a za chwilę przeciwgrypowy. W rezultacie, zamiast poprawiać samopoczucie, przekraczamy dopuszczalne dawki i lądujemy na SOR-ze z zatruciem toksycznym. Kupujemy, bo widzieliśmy „na własne oczy”, jak to świetnie pomaga. Nie czytamy ulotek, nie słuchamy porad aptekarzy. Wiemy lepiej, bo skoro główna aktorka z popularnego serialu, bierze to i poleca, to musi działać. I owszem, nikt nie twierdzi, że jest inaczej. W końcu ktoś, po coś, to produkuje. Problem w tym, że nie każdemu i nie w każdej sytuacji. Problem w tym, że leki, a prawdziwiej suplementy bez recepty, przynoszą efekty u rozsądnych ludzi. W tej drugiej i nadal niestety liczniejszej grupie, tylko szkody.

A wszystko przez to, że zawierzamy obrazkom ze szklanego ekranu. Że w ciągłym pośpiechu, lepiej chwilę w aptece niż godzinę w kolejce w poczekalni. Lepiej połknąć kolorowa pastylkę i czekać na efekty, niż pojeździć rowerem lub zacząć biegać. Lepiej kupić czarodziejski słoiczek z kolorową zawartością, niż wzbogacić dietę o owoce i warzywa.

Zupełnie jakby nasz organizm i nasze ciało, były poligonami do badań i doświadczeń. Negujemy nawet ostrzeżenia, że wypadałoby się skonsultować z lekarzem i farmaceutą. Po co? Przecież w zwykłym spożywczaku, znajdziemy mnóstwo różnych opakowań, które wyleczą nas z każdej choroby.


Nikt nie pierze tak, jak mamusia. Kiedy trzydziestolatek mieszka ciągle z matką, to wiedz, że coś się dzieje…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 stycznia 2017
Nikt nie pierze tak, jak mamusia. Kiedy trzydziestolatek mieszka ciągle z matką, to wiedz, że coś się dzieje...
Fot. iStock/Pekic

Bo to było tak: zobaczyłam faceta, jakiego wcześniej nie znałam. Naprawdę, uwierz mi. Spotkaliśmy się służbowo, on reprezentował swoją firmę, ja odbierałam dokumenty w imieniu mojego szefa. Męski, uśmiechnięty, ale z rezerwą, świetnie ubrany. Zdecydowany. Kiedy podał mi rękę ścisnął mocnym, solidnym ruchem. Nie to, co większość moich znajomych z pracy. Wróciłam do biura i wszystkim koleżankom opowiadałam, że taki mężczyzna pewnie ma już jakoś ułożone życie albo przynajmniej ma plan na to życie. Przysięgam, w życiu by mi nie przyszło do głowy, że on… No, wiesz. Że ma 34 lata i mieszka z matką. I że to ona jest numerem jeden.Zadzwoniłam pierwsza. Wymyśliłam jakiś pretekst, błahostkę, że brak mi jakiegoś dokumentu, nie pamiętam już zresztą. Podałam adres e-mailowy, on wysłał dokument, napisał kilka miłych słów. Zaczęliśmy ze sobą pisać na Facebooku. Na początku ciągnęłam to, trochę na siłę, ale wiesz – takiego faceta nie spotykasz codziennie. Wszystko w nim wydawało mi się interesujące. I to, że długo kazał mi czekać na każdą opowiedz, i to, że nie był nachalny, nawet trochę obojętny. Nasze relacje były długo czysto koleżeńskie. Spotkanie, a raczej spacer, zaproponował po trzech miesiącach. Cała wieczność.

Bluzkę wybierałam dwie godziny, zastanawiając się czy to randka czy zwykłe spotkanie z kumplem, bo z tonu jego głosu nie można było nic wywnioskować.

Ale przyszedł po mnie z czerwoną różą, tak rozczulająco staromodnie. Kto teraz przynosi na randkę czerwoną różę? Był idealny. Pachnący, w świeżo wyprasowanej koszuli, a nie wymiętym T-shircie. No i świetnie nam się rozmawiało. Zwłaszcza o nim, o jego pracy, podróżach, zdjęciach, którymi dokumentował ważniejsze wyprawy.

Zaczęliśmy się spotykać – wystawy, koncerty, kino, wieczór ze znajomymi. Zawsze gdzieś, nigdy u niego. Seks? Nie naciskał, nie pospieszał, nie zapraszał do siebie „na herbatę”…  W końcu wylądowaliśmy na noc … w moim mieszkaniu, z mojej inicjatywy. I tak już zostało. Pomieszkiwał dzień, dwa. Nie przeszkadzało mi, że podrzucał mi do prania swoją bieliznę, skarpetki. Nie przeszkadzało mi, że czasem prosił, żebym mu wyprasowała koszulę. Choć, chyba efekty go rozczarowywały.

I ciągle mówił, że musimy w końcu wpaść do niego. Kiedy minął miesiąc i znowu jedliśmy kolację przy moim wąskim, kuchenny stole, zapytałam wprost: „Jutro u ciebie?”. „Jasne – powiedział. – Uprzedzę tylko mamę”. W ten sposób, przełykając sałatkę z łososia dowiedziałam się, że mój facet, dorosły, spełniony zawodowo mężczyzna, mieszka z mamą.

Powodów było kilka. Bo wiesz, tak jest wygodniej, oszczędniej. Kiedy założę rodzinę to przecież będę miał odłożoną całkiem niezłą sumkę na spore mieszkanie. Bo rozumiesz, ja nie lubię być sam, lubię jak ktoś się krząta po domu. Bo widzisz przecież, e facet potrzebuje kobiety.  STOP. Jak to kobiety? Przecież to była jego matka!

Następnego dnia, uzbrojona w pokaźny bukiet kwiatów i dobrą minę do złej gry zapukałam pod wskazany przez Kubę adres. Otworzyła ONA. Atrakcyjna, w szałowej bluzce i świetnych dżinsach. Mama miała pewnie około 60-tki, śmiała się głośno i często kładła synowi rękę na ramieniu. Albo na udzie. Oni po jednej stronie stołu, ja po drugiej. W jednej sekundzie przemknęło mi przez myśl, że bardziej zachowują się jak para, która zaprosiła dobrą znajomą na obiad, niż jak matka i dorosły syn. Przełknęłam to. Następnego dnia, zaproponowałam Kubie, żeby wprowadził się do mnie. Zjawił się wieczorem, z idealnie spakowanymi trzema walizkami świeżo wypranych i wyprasowanych koszul, koszulek i spodni. Nie śmiałam pytać przez kogo wypranych i wyprasowanych. Zagadka rozwiązała się szybko.

Kuba do prania i prasowania miał dwie lewe ręce. Jak zresztą, do wszystkich obowiązków domowych. Z siebie nie dawał kompletnie nic. Jego genialny plan na życie zakładał przede wszystkim pełną obsługę przez kobietę swojego życia – czyli mamę, z którą prawie natychmiast zostałyśmy przyjaciółkami. Telefony informujące mnie, co on lubi, jak on lubi i żeby broń Boże nie gotować mu jajka dłużej niż 7 minut, odbierałam codziennie.  Nawet nie zauważyłam, jak ta dziwna relacja z mamą Kuby zaczęła się przekształcać w toksyczny związek dwóch, zakochanych w tym samym mężczyźnie kobiet. Kupowałam ten sam wybielacz, poprosiłam ją o przepisy, podsuwałam mu ukochaną gazetę i nauczyłam prasować kołnierzyki jego koszul tak, jak robiła to ona.

Aż pewnego dnia odkryłam, że cokolwiek zrobię, nigdy jej nie dorównam. A on nie szuka partnerki, ale kobiety, która w jakimś stopniu dorówna jego matce. Ja próbując tego dokonać stawałam się sfrustrowaną, nieszczęśliwą, zmęczoną i zrzędzącą żoną, ona tryumfowała z uśmiechem na niezagrożonej pozycji.

Do tej pory nie wiem, co włączyło mi w głowie ten najgorszy z możliwych przycisków: przycisk chorej rywalizacji o faceta, który i tak najbardziej ceni sobie przede wszystkim swoją wygodę. Postanowiłam, że powalczę o niego z jego matką. I że albo ona albo ja. Przestałam odbierać telefony, zaczęłam wymagać. Upomniałam się o zaległą połowę pieniędzy za czynsz i pozostałe rachunki. Przestałam prać, zaproponowałam równy podział obowiązków. I stanęłam oko w oko z okrutną rzeczywistością. Miłość skończyła się w jednej chwili, wrzucając w pośpiechu pomięte koszule do swoich skórzanych walizek. Spakowałam więc brudną, męską bieliznę w plastikowy worek. I wystawiłam ją za drzwi, płacząc nad własną naiwnością. Jak mogłam mieć w ogóle nadzieję? Przecież, jak powiedział mi Kuba, nikt nie pierze tak, jak mamusia.


Wysłuchała: Anna Frydrychewicz


Dobre jedzenie prosto z internetu? 7 sposobów na włoskie fast-slow food – dla zabieganych

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
30 stycznia 2017
Dobre jedzenie prosto z internetu
Fot. iStock / gilaxia

Jesteś zabiegana, przez cały tydzień usiłujesz dwoić się i troić – bo przecież tak ci każe moda na multitasking. 10 godzin w pracy, bo przecież sukces ma swoją cenę, zakupy, szkoła, przedszkole, jeszcze tylko znaleźć czas na telefon do przyjaciółki, partyjkę w Chińczyka ze starszym synem i milion innych rzeczy.

Spotkanie ze znajomymi, coś „ekstra” na kolację – zapomnij, myślisz sobie w duchu, bo kiedy? Kiedy masz znaleźć czas na stanie nad garami, dłużej niż to absolutnie konieczne. Ekstra? Pewnie, że miałabyś ochotę zrobić sobie drobną kulinarną przyjemność, ale co to za przyjemność, jeździć pół dnia po mieście, żeby kupić porządny makaron, ulubioną truflową oliwę (nie taką z markety, tę prawdziwą, z malutkiego sklepu z regionalnymi przysmakami). Och, marzy ci się risotto i lampka dobrego wina.

Czy naprawdę ten pęd musi oznaczać dietę kanapkową albo kuchnię bez duszy – z taśmy, z tego co akurat udało się kupić w pobliskim sklepie, byle jak, byle zdążyć?

Dobra wiadomość jest taka, że dobre jedzenie nie musi być luksusem. Nie musi być nie osiągalne, nawet, gdy masz sporo na głowie. Bez względu na to czy jesteś wiecznie zabieganym pracusiem czy mamą sporej gromadki, dzielącą się między dom a pracę.

Mało tego, znajdziesz je w Internecie. A to dopiero początek zmian na lepsze.

7 sposobów na włoskie fast-slow food – dla zabieganych

1. Prawdziwa uczta, zaczyna się w głowie…

Po pierwsze, zacznij od porzucenia stereotypów. Nie musisz poświęcać wiele czasu na zakupy odpowiednich produktów. Nie musisz sprowadzać ich z zagranicy, ani jeździć po mieście, żeby dokupić porządne, „egzotyczne” dodatki czy składniki. Możesz je zamówić w sieci, wystarczy, że wiesz, gdzie szukać ;).

2. Postaw na „smart” zakupy

Zamiast zamawiać w ogromnych wielobranżowych e-marketach produkty niby-egzotyczne, kup raz a dobrze. Najlepiej w sprofilowanym sklepie, u ludzi z pasją, którzy kochają to, co robią i sprzedają oryginalne produkty (np. kuchni włoskiej).

Jest wiele potraw, których przygotowanie nie zajmuje wiele czasu, a ich magia kryje się oryginalności i jakości jakiegoś drobnego szczegółu czy dodatku. Sama wiesz doskonale, jak różni się smakiem zupa pomidorowa z sieciówkowego przecieru od tej ze świeżysz pomidorów lub tych oryginalnych, włoskich z puszki. Tych sposobów na dobre jedzenie, jest znacznie więcej.

3. Gdy możesz, oszczędzaj czas

Pół-produkt to nie zupka w proszku… Jest całkiem sporo produktów czy przetworów, które oszczędzą twój czas – jednocześnie nie tracąc na jakości. Kupując lepsze jakościowo produkty, bez konserwantów, sztucznych dodatków czy barwników – nie musisz rezygnować z doskonałego smaku.

4. Gotuj szybko, jedz powoli… Risotto

Dobre jedzenie prosto z internetu - Risotto

Fot. iStock / sugar0607

Kto raz się w nim rozsmakował, będzie kochał je zawsze. Nie zawsze jednak będzie miał czas, by przygotować je tak, jak należy. To potrawa, która wymaga czasu. A gdyby można było kupić risotto „prawie” gotowe?

Dobra wiadomość – można!

Ze szparagami, truflami… zresztą zobaczcie sami. W Api Food – Delicje z Włoch możecie kupić właśnie takie risotto. Cena? 15 złotych, za porcję na 3-4 osób. Niewiele, jak za oryginalny włoski produkt… Niewiele jak za 16 minut „gotowania”, zdrowe i łechczące podniebienie danie. To nie jedyna taka perełka.

5. Znajdź swój smak odpoczynku

Masz swoją ulubioną potrawę? Tę, na myśl, o której zaczynasz się uśmiechać. Tę, która w sekundzie, już swoich zapachem przenosi cię do tych wyjątkowych wakacji, pierwszej randki z NIM, to tego wyjątkowego wspomnienia?

Zadbaj o swoje szczęście – pilnuj, żeby w domowej spiżarni było to, co potrzebne, żeby wspomnienia odżyły. To naprawdę nie musi być trzydaniowy obiad, to może być jakiś dodatek, przyprawa, przekąska.

6. Postaw na drobiazgi

Dobre jedzenie prosto z internetu - Ravioli

Fot. iStock / Rimma_Bondarenko

Żeby zaprosić przyjaciół na wieczór, nie musisz od razu porywać się na pieczonego dzika ;). Owszem – to ważne i miłe, gdy gospodarz chce zadbać o swoich gości, ale ileż razy uciekaliśmy od spotkania, ze strachu, że nie będziemy mogli podołać przygotowaniom?

A może najwyższa pora, pomyśleć o tym, co w tych spotkaniach jest najważniejsze? Ludzie. Świetne jedzenie może być stołem pełnym lekkich przekąsek. Nikt nie będzie głodny, a ty spędzisz czas z tymi, na których ci zależy – a nie w kuchni.

7. Przygotuj się na każdą okoliczność – jednym produktem. Czyli Pasta – i basta!

Dobre jedzenie prosto z internetu - Pasta i basta

Fot. iStock / Ravsky

Kochamy makarony. Spaghetti, Fettuccine… mmmm. Kochamy je nie tylko za smak, ale również łatwość przygotowania. A dlaczego potrafią się tak bardzo różnić w smaku – i nie raz rozczarowywać? No cóż, żeby było jak u włoskiej mamy, nie czarujmy się potrzebne są oryginalne składniki, a nie ich namiastki. Polski sos ze słoika nie załatwi sprawy, choćby miał na etykiecie napisane „włoski” s- ze sto razy.

Po pierwsze potrzebny jest dobry makaron. Przyda się prawdziwy parmezan, a nie pośpiesznie ścierana gouda. I w zasadzie tyle. Z oliwą nie będzie żadnych problemów, reszta to już tylko twoja wyobraźnia… to na co masz ochotę?

Pamiętaj, że gdy pozwolisz sobie na nowo cieszyć się jedzeniem, bez wielkich poświęceń – zaczniesz pozytywnie zmieniać swoje życie. Jeść zdrowiej, żyć ciut wolniej, cieszyć się znów z drobiazgów.

Wszystkiego smacznego, życzy 

78af7755b6a6bc91e50b61931da6682a

sklep.kuchnia-wloska.com.pl


Zobacz także

Fot. Materiały prasowe

Zadbaj o biel zębów we własnym domu. Czyli domowe sposoby na skuteczne i bezpieczne wybielanie

Fot. iStock / cyano66

Rak, menopauza, lęk czy cukrzyca? Olej z konopi, jakiego nie znaliście do tej pory – nowe superfood

Fot. iStock / aetb  / igor_kell

„Weźcie się wreszcie do roboty, a nie świrujcie…”. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego zamożni, młodzi ludzie ryzykują życiem?