Sutki grozy, czyli czego Facebook nie pokaże, a powinnaś wiedzieć!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
2 maja 2016
Fot.  Screen z Facebooka / Mamamia
Fot. Screen z Facebooka / Mamamia

Badanie piersi. Każda (prawie każda) z nas zarecytuje coś na ten temat – kiedy, ile razy i że koniecznie trzeba wykonywać, ba! że ginekolog podczas wizyty powinien zbadać piersi, ale…

Ale:
– kiedy ostatnio badałaś swoje piersi?
– czy wiesz jak to zrobić?
– na pewno?!

Facebook i Instagram pałają wyjątkową niechęcią do kobiecych sutków, więc dziś prezentujemy wam niesamowitą instrukcję samobadania piersi – dobrą, zabawną i trochę na przekór tej social-obłudzie 😉 Obejrzyjcie, zbadajcie i podajcie dalej!


Marcin Kydryński: „Od nienadążania jestem wybitnej klasy specjalistą”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 maja 2016
Marcin Kydryński
Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Niektórzy znają go z radiowej Trójki i popołudniowej, niedzielnej „Siesty”. Inni z tego, że jest fotografem i podróżnikiem.

Marcin Kydryński przez 25 lat podróżował do Afryki, jak sam mówi, tam odnajdywał spokój, szczęście, ale też był świadkiem cierpienia i okrucieństwa. Tam mierzył się ze swoimi lękami i słabościami. 25-letnie doświadczenia postanowił zebrać w książce „Biel”. I trudno powiedzieć, czy to książka bardziej o Afryce, czy o nim samym. Podobnie, jak nasza rozmowa. 

Ewa Raczyńska: Dlaczego Afryka?

Marcin Kydryński: Ze stu powodów. Także dlatego, że kiedy zacząłem po niej podróżować 25 lat temu, było tam mało ludzi. A ja pustkę i spokój lubię, może w ten sposób Afryka odpowiadała na moje największe potrzeby.

Jednocześnie doznanie świata w Afryce było dla mnie znacznie bardziej intensywne niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Ten kontynent wydał mi się soczewką, w której każdy drobiazg, z jakich składa się nasze życie, ogromnieje i staje się ważny. Jestem fotografem w związku z tym poszukuję piękna. Oczywiście wiadomo, że piękno jest w oku postrzegającego, więc jest kwestią bardzo indywidualną. A ja znajduję je w Afrykanach. W mniejszym stopniu w mieszkańcach mongolskich jurt, albo w wioskach wysokich Andów, wśród Eskimosów, czy Aborygenów. Natomiast w Afryce mógłbym spędzić resztę życia portretując jej mieszkańców.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński

Łatwiej opisywać obrazem czy słowem?

W moim przypadku to się uzupełnia. Mój mistrz i przewodnik Ryszard Kapuściński miał na ten temat inną teorię. Twierdził, że słowo musi wystarczyć i nigdy bez wyjątku nie umieszczał w swoich książkach, za życia przynajmniej, swoich fotografii. Osobno ukazywały się albumy z jego zdjęciami. Zdaniem Kapuścińskiego słowo i obraz wykluczały się nawzajem. Być może uważał, że fotografia ograniczała wyobraźnię.

Wychowałem się na piśmie National Geographic, w którym zdjęcia i tekst niejako istniały obok siebie, dopowiadając się nawzajem. Moim guru był Robert Caputo: pisarz i fotograf, choć często bywało tak, że inna osoba pisała, a inna robiła zdjęcia do tekstu. Operując na podstawowym poziomie i słowem i obrazem uznałem, że są sytuacje, których nie umiem opowiedzieć inaczej, jak tylko fotografując. Jednak jakkolwiek fotografia może być pasem startowym dla wyobraźni, to wszelako głębszych myśli może nie unieść, zwłaszcza jeśli nie chcemy pozostawiać odbiorcy zbyt dużej przestrzeni dla jego własnej interpretacji obrazu, jaki widzi. Kiedy chcemy być precyzyjni. Wtedy potrzeba celnych słów.

W czasie swojej podróży po Afryce spotkał Pan Andy’ego, który nie robił ani notatek, ani zdjęć.

To dawna historia. Do dzisiaj nie wiem lub nie pamiętam, co nim kierowało. To było prawie 25 lat temu, widzieliśmy się raptem może dzień, może dwa. Spędziliśmy niewiele czasu razem, podczas którego on opowiadał o swoich podróżach, wówczas mi imponując, bo ja byłem na początku swojej drogi, a on wędrował długo.

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Pamiętam, że zdumiało mnie, że wędrował latami z małym plecakiem. I rzeczywiście nie notował i nie fotografował, co mnie z jednej strony ujęło, bo bez skupiania na zapiskach czy fotografii pewnie wszystko co wokół przeżywa się znacznie głębiej. Ja często obserwuję ludzi, którzy przychodzą w wyjątkowe miejsca tylko zrobić zdjęcie i nawet przez sekundę nie są w stanie przeżyć urody napotkanego krajobrazu, jakby odgradzając się aparatem od rzeczywistości.

Doceniam, że ktoś potrafi wyłącznie przeżywać. A z drugiej strony myślę, że może zbyt filozofuję na temat Andy’ego i być może był on postacią nieskończenie płytką, która nijak nie potrzebowała utrwalać swoich refleksji, ponieważ nie miał ich zbyt wielu, a fotografować po prostu nie umiał.

Ale zatrzymał Pana… Poświęcił mu Pan fragment książki.

Bo ta książka, a w niej Afryka, jest jedynie pretekstem do rozmowy o różnych sprawach, takich właśnie jak ta, o którą Pani zagadnęła. O tym wszystkim można by rozmawiać nad książką z Warszawy, tekstach o Mazurach czy Lizbonie. Jednak ja związany jestem z Afryką od 25 lat, więc siłą rzeczy jest ona dla mnie taką soczewką w której każde doświadczenie ogromnieje, nawet tak błahe, jak historia Andy’ego i daje przyczynek do dyskusji, do stawiania pytań.

Mówi Pan, że książka bardziej jest o Panu niż o Afryce.

To spacerownik. Spacerujemy po tej Afryce długo i daleko, i rozmawiamy tak naprawdę o wszystkim, w znikomym stopniu o kondycji tego kontynentu, bo od tego są inni pisarze, historycy, ekonomiści, politolodzy. Ja się na nich powołuję, czerpię z nich  pełnymi garściami, bo zawsze jeżdżę z plecakiem książek. Ale nie o historycznych przemianach, jest ta książka, choć przecież dotyka historii. Ta książka – proszę wybaczyć pewną górnolotność – o życiu jest.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński

Czy jest alegorią Pana życia? Pisze Pan o lękach, o okrucieństwie i spokoju – wszystko to odnajduje Pan w Afryce.

”Biel” można czytać jako najczystszej formy autobiografię. Aby jednak takie czytanie sprawiło przyjemność, wypadałoby mnie uważać za kogoś ważnego. Takich osób jest niewiele, ten trop bym zatem odradzał. Nie to jest istotą rzeczy. W znacznym stopniu udaje mi się dotykać spraw uniwersalnych, wobec których stawiam pytania. Wierzę, że są to pytania, które każdy z nas uzna za istotne. Dotyczą przemijania, miłości, muzyki, religijności i wiary, które nie są bynajmniej tożsame. Szukają źródeł okrucieństwa w człowieku, zastanawiają się nad filozofią podróży, ekologią, ludzkimi postawami wobec sytuacji krytycznych.

W obliczu śmierci stawia Pan sobie pytanie, czy zasłużył na życie.

Pytań jest dużo. Niewiele gotowych odpowiedzi. My, żyjąc przeważnie w mieście, spiesząc się, mając mnóstwo spraw do załatwienia nie zadajemy ich sobie wystarczająco często. A wierzę, że warto je sobie zadać, żeby stać się odrobinę lepszym.

Albo zatrzymać się i nie nadążać…

O tak, to jedno z moich ulubionych sformułowań, bo od nienadążania jestem wybitnej klasy specjalistą.

Dzisiaj może Pan powiedzieć, że Afryka, podróże po niej, w jakiś sposób ukształtowały Pana?

Moje podstawowe doświadczenia zogniskowały się właśnie w Afryce. Być może to kwestia rozrzedzonego powietrza, być może upału, w którym wszystko ogromnieje. Próbowałem żyć wspólnie z Afrykanami. Wędrować, dzielić chatę, pożywać. Patrzyłem, jaki wysiłek wkładają każdego dnia, nie żeby wytwarzać strawę dla ducha, a żeby zwyczajnie przetrwać do następnego świtu. My, którzy na co dzień tego nie dostrzegamy, już nie mówiąc o docenianiu, nagle uzyskujemy odmienną optykę. W tym sensie Afryka na pewno mnie ukształtowała. Myślę, że też  wyostrzyła moją uważność na sprawy drugiego człowieka i na urodę świata. Powstrzymała mnie także przed powszechną dziś plagą oceniania innych.

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Pisze Pan, że ma sentyment do powszedniości, ale Afryka nie jest dla większości powszednia.

Podróżując po Afryce nie byłem na froncie, choć wokół trwały wojny i rzezie, jak w Somalii czy Sudanie Południowym. Szczerze? Bałem się, po prostu. A ponieważ nie pracuję dla New York Timesa lecz dla siebie, nie miałem też wiary, że moje słowa lub fotografia zmienią świat. Tylko ludzie o tym przekonani mogą ryzykować życie dla zdjęcia. Było tam wówczas wielu reporterów. Jednak ci po wszystkim wyjeżdżali na kolejny front i zostawiali za sobą ludzi, którzy właśnie doświadczyli ostatecznej potworności. A ci musieli dalej w tym świecie żyć, układać sobie codzienność, tę ich powszedniość właśnie. W niej musiało być miejsce na szczęśliwe chwile, na miłość, na dobroć. To mnie zawsze najbardziej fascynowało. Jak żyć w Sierra Leone, czy w Liberii, po koszmarze, który się wydarzył. Kiedy tam jechałem, byłem już sam, nie deptałem po piętach innym reporterom. Interesuje mnie krajobraz po apokalipsie.

Zaprzyjaźnia się Pan szybko?

Zaprzyjaźniać się to za dużo powiedziane. Nie jestem przesadnie towarzyski. Staram się być uważnym wędrowcem. Mam w sobie dużo serdeczności dla ludzi. Nigdy nie chowam urazy. To już jest dobry start, żeby się zaprzyjaźnić, prawda?

Opowiada Pan historie Marii, która odwiedza Pana w nocy, za seks nie chce pieniędzy, wychodzi, a Pan już nigdy jej nie spotyka. Jakie są kobiety Afryki?

To Pani powiedziała, że za seks. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma go wcale w tym opowiadaniu. Są dwa, trzy pocałunki, pełne czułości. Tylko tyle, prawda? Maria to historia z 1994 roku. Opowiadanie, które można uznać za feministyczne. Afryka jest kontynentem, który poddaje kobiety represji właściwie w każdej sferze a ja z wdzięcznością i z miłością patrzę na każdy przejaw ich uwolnienia. To są sytuacje rzadkie, ale jedną z nich opisałem w historii o Marii.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński

Możemy długo rozmawiać o kobietach Afryki, skupić się na tym, jak ciężki jest ich los, ciężki nieporównywalnie z innymi miejscami na ziemi chociażby ze względu na klimat, na kulturę, na tradycję. Ta właśnie nakazuje kobietom, albo siedzieć w domu i szczelnie łącznie z oczami być spowitą w czarne szaty, albo każe im codziennie iść po 10 km po wodę z 20 litrowym kanistrem, albo każe im być niewolnicami seksualnymi. Więc można o tym rozmawiać bardzo długo. W piekle, jakim jest Somalia, powszechnie okalecza się kobiety, jakby sam skwar i wojna nie wystarczyły dla doświadczenia koszmaru. Podobnie jest w serdecznym Sierra Leone, gdzie wskaźnik okaleczania dziewcząt wynosi 98%, jest jednym z najwyższych na świecie. W turystycznym Egipcie. W od prawieków chrześcijańskiej Etiopii.

Jak widać, to nie musi być wściekle islamski kraj, by praktykować barbarzyńskie wobec kobiet obrzędy. Możemy o tym mówić, ale niewiele nasza rozmowa zmieni. Zmiana musi wyjść z wnętrza samych społeczeństw. Nie może zostać przez nas narzucona, jakkolwiek buntowalibyśmy się przeciwko tym zbrodniom. Skupiłem się na wyzwolonych, szczęśliwych kobietach. Nielicznych,  jak Maria, która ma miejsce w moim sercu, chociaż dzisiaj, blisko ćwierć wieku później, już nie pamiętam jej twarzy.

Pisze Pan: „Prawdziwym wojownikiem jest ten, który staje do walki z sobą, wypowiedzianą własnym wadom i słabościom”.

Tak, to pierwotna definicja dżihadu. W tym sensie sam jestem dżihadystą odmawiając sobie codziennie pizzy, piwa, zmuszając do ćwiczeń. Niech mi pani wierzy, jaki wielki to jest wysiłek…

To są dla Pana słabości?

To są ogromne słabości. Bo ja najchętniej leżałbym na sofie i czytał książki. Dosłownie każda aktywność, jaką podejmuję, a która  poza tę sferę wychodzi, to jest mój dżihad. Wie Pani, to historia przeinaczyła znaczenie tego pięknego słowa. Sami muzułmanie, mieczem zdobywając kolejnych wiernych. U początku dżihad był zmaganiem jednostki w trudnej sztuce samotnego dochodzenia do Boga. Warto o tym pamiętać. Podoba mi się hinduska myśl, że szczęśliwy byłby świat, w którym byłoby tak wiele religii, jak wielu jest ludzi. Chciałbym żyć w kraju, w którym wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Bo czyż nie jest to najbardziej intymna sfera?

Afryka to 25 lat Pana życia, jednak mówi Pan, że nadal jest Pan tam tylko obserwatorem. Nigdy nie poczuł się Pan częścią tego miejsca?

Tam pozostanę obcy, choć ludzie są bardzo życzliwi i otwarci. Ale są też tacy właśnie dlatego, że ja jestem od nich odmienny i traktują mnie z charakterystyczną dla Afryki gościnnością, szczególną wobec przybysza z daleka. Albo też, choć na szczęście zdarza się to coraz rzadziej, z odrobiną respektu, który przez pokolenia był im wpajany wobec białych najeźdźców. Ale nijak nie uznają mnie za swojego, bo mają świadomość w jak różnych i odległych od siebie światach żyjemy. To są osobne planety.

Fot. Arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Fot. Arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Wracam pamięcią do dnia, kiedy podróżowałem starą ciężarówką przez jedną z najdzikszych puszcz kontynentu, na granicy Kamerunu i Konga, drogą wyrytą przez miejscowych drwali. Ten las był niezmierzony, nie da się do niego przeniknąć. Na postoju wszedłem kilka metrów w tę puszczę i pomyślałem wtedy: „jestem tu gdzie chciałbym być, jestem tu szczęśliwy, ten las jest dla mnie gościnny, czuję, że mnie przyjmuje z miłością”. Parę godzin później śmiertelnie zachorowałem. Pomyślałem sobie wtedy, że może przedwcześnie uznałem się częścią tej urody świata, a ona każdego dnia będzie dawała mi odczuć, że jestem dla niej nieistotny i zbędny. Za wcześnie poczułem się częścią Afryki. Być może to nigdy się nie stanie.

Pan wracał do Afryki przez 25 lat, a jednak my częściej wracamy do miejsc, gdzie czujemy się jak u siebie.

Po 25 latach czuję się wciąż gościem. Ogromnie wdzięcznym, ale ciągle gościem.

Dużo w tym pokory?

O tak, bo ten kontynent uczy pokory bardziej niż czegokolwiek innego.

Zamknął Pan jakiś etap swojego życia tą książką?

Tak. Moja mama nawet się ucieszyła myśląc, że już nigdy tam nie pojadę. Tego nie mogę obiecać, bo mam teraz w planie kilka podróży, podczas których jestem przewodnikiem dla ludzi ciekawych Afryki i ciekawych fotografii. To jest zupełnie innego typu podróżowanie, także niebezpieczne, jak każde wyjście z domu, ale jednak nie mające kompletnie nic wspólnego z samotnym wielomiesięcznym podróżowaniem przez afrykańską puszczę. Te długie wyprawy odwiesiłem, jak stary kapelusz. Na razie. Kto wie, może za kilka lat wciąż będzie na mnie pasował.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński


Myślisz, że jedna patelnia wystarczy ci do wszystkiego? Sprawdź, jak bardzo się mylisz

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
2 maja 2016
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

Nie da się funkcjonować w kuchni bez podstawowych sprzętów. Gotowanie czy smażenie, bez dobrej jakości garnków i patelni, z przyjemnością może nie mieć wiele wspólnego. Za to ryzyko przypalenia potrawy jest wysokie, gdy do starej, wyeksploatowanej powłoki przywiera żywność. Na szczęście różnorodne, znakomitej jakości patelnie są dla każdej z nas na wyciągnięcie ręki. I zawsze jest dobry czas, by zmienić obowiązki kuchenne w lekkie i przyjemne zadania.

Wybór odpowiedniej patelni oraz garnków, ma na celu nie tylko ułatwienie gotowania i smażenia, ale przede wszystkim poprawę jego walorów smakowych i zdrowotnych. Gdy smażymy na starej patelni, trzeba dodać sporo tłuszczu, więc tym samym potrawa staje się mniej zdrowa i bardziej kaloryczna.  Dlatego warto zrobić sobie prezent w postaci nowych akcesoriów do przyrządzania potraw.

Różnorodność patelni może utrudniać wybór

Na pewno wiesz, że na rynku jest wiele rodzajów patelni, służących do smażenia różnych potraw, posiadających odmienne kształty, głębokość, oraz materiał powłoki, którą są pokrywane. Wszystko po to, by lepiej dobrać jej rodzaj dla potrzeb użytkownika. Co prawda, niegdyś była jedna patelnia i musiała wystarczyć na lata, jednak obecna różnorodność i rozwiązania technologiczne podczas produkcji powodują, że patelnie nie są eksploatowane i niszczone tak szybko.

Najbardziej popularnymi patelniami i najczęściej dostępnymi są patelnie teflonowe i ceramiczne. Można kupić także patelnie wykonane z aluminium, żeliwa, stali, miedzi czy tytanu. Osobno na nich przyrządzisz jajka, naleśniki, ryby, kluski, racuchy a także zgrillujesz ulubione mięso! Zdecydowanie minęły czasy jednej patelni, która królowała aż do zdarcia w twojej kuchni.

A co powiesz o gotowaniu na kamieniu?

Brzmi ekstremalnie? A wcale takie nie jest. Gotowanie na gorących skałach i kamieniach, to jedna z najstarszych metod przygotowywania posiłków, która wraca do łask. Prostota tego procesu wpływa na jego rosnąca popularność, ponieważ nie trzeba wiele wysiłku i umiejętności, aby w naczyniach z nieprzywieralną powłoką mineralną stworzyć pyszne dania.

Sekret smażenia na tego rodzaju patelni, odkrywamy w  zapachu i wyjątkowym smaku potraw. Smażenie inspirowane metodą praprzodków, pozwala na przygotowywanie mięsa, ryb, pieczenie warzyw oraz przyrządzanie pysznych, ciepłych owocowych deserów. Potrawy z wzmocnionym, naturalnym smakiem zachwycą każdego. 

Odkryj tajemnicę kamienia w naczyniach Valdinox Rock

Serię produktów Valdinox Rock wewnątrz pokryto wysokiej jakości powłoką Dyflon o efekcie kamienia. Posiada ona doskonałe właściwości nieprzywieralne,  które są podstawą zdrowego gotowania z niewielką ilością tłuszczu. Połączenie mineralnej powłoki z aluminiowym korpusem gwarantuje, że każde danie przygotujemy o połowę szybciej! To bardzo ważne, gdy stale gdzieś się spieszymy, by podołać natłokowi obowiązków.  Na patelni z powloką mineralną, smaży się bez dodatkowego oleju lub innych tłuszczów, więc posiłki przygotowywane są z dbałością o zdrowie całej rodziny.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Nowa linia naczyń kuchennych Valdinox – Rock wykonana w technologii forged to gwarancja trwałości i niezwykłej użyteczności produktów. Powstałe w wyniku odkuwania naczynia, o grubych ściankach oraz wzmocnionym dnie. Proces ten, polega na kształtowaniu aluminium w bardzo wysokiej temperaturze przy użyciu potężnych skoncentrowanych sił nacisku. W ten sposób formowane aluminium, zyskuje w każdym miejscu odpowiednią grubość i gęstość, a te z kolei przekładają się na maksymalną wydajność naczynia, czyniąc je twardym i mocnym, oraz błyskawicznie przewodzącym ciepło i podtrzymującym je. Dzięki temu rozwiązaniu oszczędzisz najważniejsze – cenny czas i pieniądze.

Lina naczyń kuchennych Valdinox Modern to gwarancja niezawodności i zdrowego gotowania i smażenia

Miłośnicy grillowania z pewnością docenią fakt, że w tej kolekcji znajduje się patelnia grillowa. Pozwala ona na dokonywanie kulinarnych wyczynów – grillowania różnego rodzaju mięsa, warzyw, oraz przyrządzania bardziej skomplikowanych potraw, niczym u szefa kuchni. Odrobina cierpliwości, wprawy a zachwycicie swoja rodzinę i gości perfekcyjnym grillowym daniem, w dodatku zdrowym i smakującym znakomicie.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Naczynia Valdinox Modern, wykonane są z odlewanego aluminium długo trzymają ciepło, co pozwala na skrócenie czasu gotowania oraz oszczędność energii i pieniędzy. Wnętrze naczyń pokryte jest 3-warstwową, bezpieczną dla zdrowia, powłoką nieprzywieralną Xylan Plus, która nie zawiera niebezpiecznych związków chemicznych takich jak: PTFE i PFOA. Ułatwia ona czyszczenie naczyń, a przygotowywane potrawy nie przywierają do naczynia i nie przypalają się. Rączki i gałki, w soczystych kolorach pokryte są przyjemnym i aksamitnym w dotyku silikonem typu „soft touch, który chroni dłonie przed poparzeniem. Estetycznie wykończone dno posiada wprasowaną na stałe płytkę stalową, dzięki czemu naczynia można używać na wszystkich rodzajach kuchenek również indukcyjnej.

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Naczynia z kolekcji Valdinox Brown to symbol ponadczasowej trwałości

To kolejna propozycja doskonałych naczyń, które wykonane zostały w technologii forged. Charakteryzują się one aluminiowym korpusem o grubości 4 mm, który doskonale przewodzi ciepło, szybko i równomiernie się nagrzewa pozwalając zaoszczędzić czas i pieniądze. Ich wnętrze zostało pokryte wysokiej jakości mineralną powłoką Dyflon, twardą i wytrzymałą jak kamień oraz gładką i nieprzywierającą jak marmur. Zewnętrzna powłoka w modnym brązowym kolorze, posiada wysoki połysk i jest żaroodporna, wytrzymuje ekstremalne różnice temperatur. Jej gładka, nieporowata struktura ułatwia utrzymanie naczynia w czystości. Nienagrzewające się uchwyty pokryte zostały aksamitną powłoką „soft touch”, chroniącą dłonie przed poparzeniem.

W skład kolekcji Valdinox Brown wchodzi specjalna patelnia do ryb o wyjątkowym, eliptycznym kształcie, dzięki któremu wygodnie i bez zbędnego rozdrabniania, zmieszczą się na niej różne gatunki ryb.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Poza tym, Valdinox Brown to również specjalne patelnie do naleśników,oraz patelnia grillowa, garnki, rondle. Wybór jest ogromny, a dostępne naczynia można używać na wszystkich źródłach ciepła, w tym na kuchenkach indukcyjnych.

Z patelnią Valdinox Black poradzisz sobie także z naleśnikami

Patelnia przystosowana do smażenia naleśników, jest cenną pomocą w kuchni. Dzięki jej wyprofilowanemu kształtowi, wylewanie ciasta staje się wygodne,a  zdjęcie i przewracanie naleśników bardzo proste. Niskie brzegi tej patelni sprawiają, że naleśnika nie trzeba podważać, więc nie grozi nam jego rozerwanie. Patelnia Valdinox Black przeznaczona typowo do naleśników sprawia, że smażenie będzie szybsze i przyjemniejsze.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Zaletą naczyń z kolekcji Valdinox Black jest to, że wykonane zostały metodą odlewania pod ciśnieniem (die-cast). Polega ona na wykonaniu przedmiotów za pomocą wypełniania form ciekłym metalem lub stopem. Dzięki niej, można stworzyć przedmioty o bardzo skomplikowanych kształtach z bardzo dużą dokładnością. Na przykład garnki i brytfanny w linii Valdinox są odlewane wraz uchwytami, co wpływa na ich trwale połączone z naczyniem, gwarantując solidność i bezpieczeństwo użytkowania.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Szeroka oferta patelni i garnków, dostępnych w różnych kolekcjach Valdinox, sprawia, że każdy dobierze do swojej kuchni idealną pomoc w gotowaniu i smażeniu.

Więcej informacji można znaleźć na stronie valdinox.pl


Wpis powstał we współpracy z firmą Altom


Zobacz także

nigdy się nie poddawaj

Padłaś? Powstań, popraw koronę i nigdy się nie poddawaj!

Fot. Materiały prasowe

Już w środę finał prestiżowego konkursu „Najpiękniejsze SPA 2016”

Fot. iStock / gremlin

Gdzie dwie się biją tam trzeci korzysta. Wygrany jest skurczybyk, co by się nie stało