Slow jogging – idealna forma ruchu dla tych, którzy ruszać się nie lubią

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 listopada 2015
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Myślisz: „W nosie mam cały ten ruch. Moda na aktywność. Też mi coś. Nie ćwiczyłam na wuefie, a teraz mam zacząć. Phi. Wolę być gruba”.

Tak wiem, terroryzm dbania o siebie może skutecznie zniechęcić. Już tak mamy, że jak ktoś nam coś każe, to my robimy dokładnie odwrotnie. Jednak moda na zdrowie ma swoje plusy, odkrywa sposoby, gdzie argumenty w stylu: „Nie będę się ruszać, bo stawy nie wytrzymają mojej wagi”, „Sport nie dla mnie, mam problem z ciśnieniem” nie mają zupełnie znaczenia.

Ktoś może jeszcze powiedzieć: „Niby dlaczego mamy się zamęczać, pocić, robić coś, co nie sprawia nam przyjemności. W końcu jak już mam chwilę dla siebie, to chcę ją spędzić na czymś, co mnie zrelaksuje, odpręży i będzie miłe. A wysiłek fizyczny na pewno tym nie jest”.

Okey, rozumiem, że ktoś może nie lubić się ruszać. Brzydzi się każdą formą aktywności. Woli zalec na kanapie z książką, przed telewizorem, a na poprawę nastroju także z tabliczką czekolady. I oczywiście ma do tego pełne prawo. Jedno mnie zastanawia – skąd taka niechęć do zadbania o siebie. Boisz się, że nie podołasz, że lepiej z góry się poddać, niż spróbować i rozczarować się sobą, że po raz kolejny się nie udało?

Więc może warto obniżyć poprzeczkę. Nie stawiać sobie zbyt wysokich wymagań i skupić się na przyjemności. Moda na zdrowie to odkrycie formy ruchu zwanej „slow joggingiem”.

Mogłoby się zdawać, że obecnie to raczej mało popularna aktywności. Bo gdzie w czasie szaleństwa biegowego, podawanymi na Facebooku nowymi życiówkami na coraz dłuższych dystansach, stawianiu sobie coraz większych wyzwać biegowych jest miejsce na człapanie nogami?

Tak, bo slow jogging to człapanie, bo wolniej już się nie da. To ciągnięcie nogi za nogą w tempie często wolniejszym niż energiczny spacer.

Fot. Pixabay / skeeze / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / skeeze / CC0 Public Domain

Kto się odważył taka formę ruchu zaproponować? Otóż ktoś, kto zrozumiał, że każda aktywność pozytywnie wpływa na nasz organizm i umysł. Do uprawiania „slow joggingu” zachęca Japończyk Hiroaki Tanaka, który biegał maratony w wieku 50. lat, a zawodowo zajmuje się wpływem uprawiania sportu na zdrowie i samopoczucie człowieka.

To właśnie on stwierdził, że bieganie, które wolniejsze bywa od spaceru, jest najlepszą formą aktywności dla tych, którzy chcą zadbać o swoje zdrowie. „Slow jogging”, to bieganie z uśmiechem. Ktoś mógłby się obruszyć: „Jasne, bieganie i uśmiech, kiedy jedyne o czym marzę, to wrócić do domu i usiąść”. Ale właśnie chodzi o to, żeby zmienić nasze nastawienie. Sport nie musi się nam kojarzyć z wyrzeczeniami, z wypluwaniem płuc, zmęczeniem, ciężkimi nogami i wylewaniem hektolitrów potu. Naprawdę może być przyjemnością. Wystarczy posłuchać rad i się do nich dostosować.

„Slow jogging” to bieganie w tempie od 3 do 5 kilometrów na godzinę, gdzie spacerując pokonujemy do sześciu kilometrów w ciągu godziny. „To co to za bieganie?” można by spytać. Fakt, mało ma to wspólnego z pokonywaniem długich maratońskich dystansów. Tyle, że taka aktywność to po pierwsze skuteczna walka z nadciśnieniem, cukrzycą, chorobami serca, współczesnymi chorobami spowodowanymi stylem życia spędzanym w samochodach i za biurkiem. Ruch daje nam młodość, a uprawianie „slow joggingu” jest na to doskonałym dowodem. Już 30 minut truchtu pięć razy w tygodniu powoduje obniżenie ciśnienia, poprawia krążenie krwi. To też świetny sposób do pozbycia się zbędnych kilogramów. Pokonując wolnym truchtem około 3 kilometry spalamy tyle samo kalorii, co spacerując przez 7 kilometrów.

Idea bardzo wolnego biegania polega na tym, by się nie męczyć. Często gryzie się to z naszą wizją sportu. Jak to uprawiać sport i się nie męczyć? Właśnie tak. Biegamy bardzo wolno, by następnego dnia nie mieć zakwasów, które często skutecznie zniechęcają nas do kontynuacji ruchu. Biegamy wolno, by nie mieć zadyszki, by móc w czasie ruchu uśmiechać się. Biegamy wolno, by nie doprowadzić do kontuzji, obciążeń stawów. Dzięki uprawianiu „slow joggingu” stawiamy stopy w naturalny sposób, tak jak podczas spaceru. I wcale nie musimy biegać szybciej i szybciej. Wystarczy, że codziennie znajdziemy choćby 30 minut na wolne przetruchtanie kilku kilometrów. Idealnie byłoby znaleźć te minuty pięć razy w tygodniu. Ale jeśli trudno nam to zrobić, można ograniczyć się do trzech razy. Możemy podbiec do sklepu, potruchtać wychodząc z psem lub wolno dobiec do przystanku autobusowego. Każdy przejaw tej aktywności jest dobry.

I nie ma co się wstydzić, jeśli wyprzedzi nas osoba spacerująca z kijkami do nordic walking. Jakie to ma znaczenie? Można się do niej szeroko uśmiechnąć i dalej powoli przesuwać stopa za stopą. Wrócić do domu szczęśliwszym, z poczuciem, że zrobiłem coś dla siebie. Bo przecież zasługujemy na to, żeby o siebie dbać, by dawać sobie codziennie mały prezent. Nie musi to być od razu weekend w spa, czy trening pod okiem specjalisty. Wystarczy wyjść i potruchtać. Mój znajomy ostatnio napisał, że „slow jogging” to wolność, dlatego to jego ukochana forma ruchu. I ja przyznaję mu rację. Slow jogging – bez przymusu, bez nastawienia na wynik, dla siebie, dla własnej przyjemności, bez ciśnienia i presji. Wyjdź i potruchtaj. Tylko pamiętaj: biegnij tak wolno, by nie złapać zadyszki! I uśmiechaj się! Choćby do siebie.


Osierocone dzieci radzą sobie tylko w bajkach. Nie milcz

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
2 listopada 2015
 

„Nie opowiadaj tego teraz. Mamy sobotni miły wieczór”- usłyszałam kiedyś, gdy zaczęłam opowiadać o lęku przed osieroceniem swoich dzieci. „Jesteś głupia. To się na pewno nie zdarzy” – inny komentarz.”Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Przestań” – moja kuzynka. Nie lubimy rozmawiać o rzeczach trudnych. Najtrudniejszych. Nie umiemy. Zamiast słów wybieramy milczenie.

„Co pół godziny w Polsce jakieś dziecko traci rodzica” – mówi spot kampanii „Hospicjum to też Życie” prowadzonej w tym roku pod hasłem: „Dzieci radzą sobie tylko w bajkach. Pomóż osieroconym dzieciom”. Co pół godziny świat czyjegoś dziecka zmienia się na zawsze. Co pół godziny jakieś dziecko bardzo potrzebuje pomocy.

„Jemu umarła matka”- szepczemy na widok 7-latka, którego historią żyje całe środowisko. Z bezpiecznej odległości obserwujemy jego zachowanie. Czy płacze, czy bije, czy krzyczy, czy się izoluje, czy je, czy śpi, czy oddycha. Rzadko kiedy zbliżamy się do tej rodziny, by zapytać, czy można jakoś pomóc. Zabrać do siebie na weekend, by oderwać dziecka myśli. Zabrać też po to, by drugi rodzic mógł w spokoju płakać, nie robić nic, gdy nie ma na to siły. Zapytać, czy pomóc z odwożeniem na zajęcia, organizacją życia, które najpewniej jest teraz chaosem. Zapytać o to, czy czegoś nie kupić, wspomóc finansowo. Albo też zapytać, czy chce porozmawiać, gdy jesteśmy trochę bliżej. Każdy gest, nawet ten odepchnięty, jest ważny. Każdy gest daje sygnał tej rodzinie, że nie są sami.

Dzieci mają najtrudniej. Najczęściej tracąc jednego rodzica, tracą też drugiego, który emocjonalnie na jakiś czas nie jest dostępny. Ich poczucie osierocenia jest więc jeszcze silniejsze. Przeżywają podwójną żałobę: za kimś kogo nie ma i za kimś, kogo nie ma, mimo iż jest. Często inni dorośli wokół też milczą. Czasami dlatego, że nie chcą powiedzieć prawdy o śmierci rodzica. Czasami, bo rozumieją rozmawianie jako rozdrapywanie ran. Czasami wmawiają sobie, że dziecko, które radośnie bawi się z rówieśnikami, nie przeżywa żałoby. Myślą, że największym sprzymierzeńcem dziecka jest mijający czas, nie oni. I to jest wielka nieprawda.

Dziecko musi rozumieć, co się dzieje wokół niego i przede wszystkim, co się wydarzy. Oprócz bólu i tęsknoty najczęściej odczuwa też lęk. Bo w jego percepcji od tego momentu wszystko się zmienia. Dorośli, atmosfera, zwyczaje, rytm życia. Ono nie rozumie, że chaos jest tymczasowy i wiele spraw wróci do normy. Wyobraża sobie najczęściej, że jego świat już taki będzie. Tonący we łzach, samotny. Dlatego właśnie tak bardzo potrzebuje nawoływawczy do życia. Tych dorosłych, którzy mając więcej dystansu i siły pokażą mu, że śmierć rodzica wiele zabiera, ale nie zabiera wszystkiego. Zostaje miś, przyjaciele, hulajnoga, ukochana pani od polskiego i wiele osób do kochania. Dziecko musi dostrzec nadzieję.

Wszystkie osoby, które są dorosłe i które straciły rodzica – są wyjątkowe. Mają wyjątkową wrażliwość i siłę. Mają siłę swoich rodziców. Tak, zmierzają się ze swoją żałobą całe życie. Tak, ich rodzicielstwo  jest kolejnym spotkaniem z rodzicem. Ale wszyscy oni mówią, że przetrwały, bo znalazła się wokół nich przynajmniej jedna osoba, która nie milczała. Nie odeszła. Pomimo tego, że powtarzały: „Nie kocham cię”, krzyczały: „Nigdy nie będziesz jak moja mama”, prosiły: „Zostaw mnie”. Ktoś mądry obok pozwalał im odejść na bezpieczną odległość, będąc czujnym gdyby wróciły.

Co pół godziny jakieś dziecko traci rodzica. To mogę być ja albo ty. Nie oszukujmy się, że jesteśmy poza zasięgiem choroby i śmierci. Jedna z moich koleżanek odkryła guz na jajniku (kolejny). Jeśli ktoś kocha życie, to ona. Już raz ledwo przeżyła, jak to możliwe, że znów będzie musiała walczyć?! To samotna matka z 10-letnią córką. Czy siedząc z nią wyobrażałam sobie, co by było gdyby…? Tak. I patrzyłam na to dziecko myśląc tylko o tym, by nigdy nie milczeć. I patrzyłam na swoje dzieci myśląc o tym, żeby nigdy nie zostały same. Że już dziś proszę wszystkich swoich bliskich: nie milczcie.

„Życie to nie bajka”- mówi hasło kampanii. A dzieci nie żyją w bajkach. Osierocone dzieci potrzebują jednak tej iskierki magii, która pozwoli im odzyskać nadzieję. To nie jest zresztą takie trudne. Dzieci i nadzieja to synonimy. Dzieci wierzą najdłużej. Nie musisz być psychologiem. Nie musisz być pedagogiem. Ani terapeutą. Wystarczy, że byłeś czyimś dzieckiem albo jesteś czyimś rodzicem- by zrozumieć, że możesz pomóc.

Udostępnij spot Kampanii i pomyśl, co możesz zrobić jeszcze (więcej informacji znajdziesz na stronie www.tumbopomaga.pl).

Pomóż osieroconym dzieciomKopciuszki, sierotki Marysie, Jasie i Małgosie są wśród nas, nie tylko w bajkach. XII kampania społeczna Fundacji Hospicyjnej „Hospicjum to też Życie” przypomina, że dzieci po stracie kogoś bliskiego, zepchnięte na margines życia, same sobie nie poradzą. Bez wsparcia socjalnego i psychologicznego ich bajka może nie mieć happy endu. Pomóż osieroconym dzieciom, wejdź na www.funduszdzieci.pl, zobacz jak pomóc na www.tumbo.pomaga.pl.Spot powstał dzięki uprzejmości firmy Universal oraz Paris Music, udźwiękowienie – Filip Kuncewicz Audiorepublica#XIIkampaniaspoleczna #pomozosieroconymdzieciom #funduszdzieci #tumbopomaga #sloniktumbo #dzieciradzasobiesametylkowbajkach

Posted by Słonik Tumbo on 29 październik 2015

 

Jestem Ambasadorką tej pięknej akcji. Nie milczę. Ty też nie milcz.


O przemijaniu inaczej. To, jak szybko mija czas najlepiej widzę, gdy patrzę na moje dzieci

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 listopada 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

To, jak szybko mija czas najlepiej widzę, gdy patrzę na moje dzieci. Zauważyliście jak bardzo lubimy sobie powtarzać, że się nie starzejemy? Ale dzieci –  to co innego. Chwalimy się tym, z jaką sprawnością osiągają kolejne umiejętności, rosną, dojrzewają. Jednego dnia obserwujemy jak spokojnie leżą w swoich pierwszych łóżeczkach, na palcach podchodzimy by sprawdzić, czy aby wszystko w porządku. Potem nagle nadchodzi moment, w którym zdajemy sobie sprawę z tego, że coraz trudniej nam za nimi nadążyć. A kiedy maluchy wchodzą w świat przedszkolno – szkolnych obowiązków, to on zaczyna wyznaczać nam codzienny rytm. Wtedy właśnie okazuje się, że czas nie płynie już tak łaskawie i dostojnie jak wcześniej, tylko pędzi na łeb na szyje, nieubłaganie. A my tylko próbujemy ze wszystkim zdążyć.

Początek roku szkolnego. Kompletuję brakujące podręczniki, ołówki, kapcie na gumie, worki i okładki na zeszyty. Nie, te nie dobre, pani woli inne. Szukam więc innych. Dobre dwa, trzy tygodnie zajmuje nam „przestawienie się” na poranne wstawanie i w miarę sprawne zjedzenie śniadania. Szybko, szybciutko, bo zaraz dzwonek! Gdzie strój na WF? Został w domu… Niedobrze tak, pierwszy minus w pierwszym tygodniu po wakacjach? Biegnę do domu po granatowe legginsy i białą bluzeczkę. Odruchowo sprawdzam metkę. Czy to możliwe? 126 cm? Już?!
Odrabianie lekcji zajmuje nam o wiele więcej czasu niż w zeszłym roku. Zaczynam też zauważać, że liczenie i zadania z treścią to dziedzina, do której trzeba będzie częściej „przysiąść”. Mama koleżanki mojej córki alarmuje: „Może poszukać korepetycji? Przecież za rok już trzecia klasa!”. Za rok  – to dużo, czy mało?…

Mija wrzesień, kończą się ciepłe dni, nadchodzi październik i Święto edukacji. W pośpiechu ćwiczymy wierszyki. Prasuję białą koszulkę, składam się na klasowe kwiatki i zestaw perfum dla pani wychowawczyni. W drugiej połowie miesiąca cała szkoła żyje jednym tematem: kostiumy na Halloween. Co więc w tym roku? Decyzja może być tylko jedna: czarownica. Ewentualnie Hermiona Granger. Pani zapisuje w dzienniczku, że stroje jutro na 8 rano. Patrzę na zegarek: 17:00. Więc znów decyzja: rzucić wszystko i lecieć do sklepu po gotowy strój, czy zarwać noc i stworzyć coś samemu? Wybieram szycie w nocy, inaczej nie zdążymy odrobić lekcji i doczytać lektury. Rano moja szczęśliwa córka szczerbatym uśmiechem daje mi do zrozumienia, że było warto: naprawdę wspaniała z niej wiedźma!

Bal jest udany, łapiemy infekcję, która zatrzyma nas w domu na kilka listopadowych dni. Ale moje dziecko pociąga nosem przy śniadaniu nie tylko z powodu kataru.  – Mamo, ja nie chce żebyś umarła. No tak, w telewizji mówili dziś o tych, którzy odeszli w ciągu minionego roku. Więc teraz na poważnie. Z siedmiolatką rozmowa o życiu, śmierci i przemijaniu jest zaskakująca i całkiem nieoczywista. Zupełnie inna niż ta, którą pamiętam z zeszłego roku. Obie zalewamy się łzami i przysięgamy sobie miłość do grobowej deski. – To twoja prababcia, to pradziadek – mówię, pokazując zdjęcia z rodzinnego albumu. Śmiejemy się z dawnych strojów, jakoś nam ta listopadowa powaga nie idzie. Więc wychodzimy na spacer zakopać się w jesiennych liściach.
Jak to dobrze, że za chwilę w szkole apel z okazji Święta Niepodległości. Matko Boska! Zapomniałam wydrukować Piłsudzkiego! Pani mnie zabije. Znów biegnę.

Na poprawę jesiennego nastroju piszemy list do Mikołaja. Dzięki Bogu, mimo, że wspólnie mamy już 40 lat, ciągle jeszcze wierzymy w to że to on zostawia w nocy prezenty pod choinką. W galerii handlowej niedaleko szkoły choinka nawet już jest. I kolorowe bombki. Może to i dobrze, że już? Mamy teraz prawie dwa miesiące na to, by żyć świąteczną atmosferą, a nie poddawać się deszczowym nastrojom. Niestety i te dwa miesiące mijają szybciej niż wynikało to z mojego kalendarza.

Jeszcze tylko klasowa wigilia i już za chwilę kilka dni wolnego. Kto przyniesie ciasto? Kto owoce?… Jakimś cudem tradycyjny, świąteczny klasowy posiłek ostatecznie składa się z chipsów paprykowych, krakersów i Coca-Coli. Dzieci żegnają się ze sobą i życzą pani „Wesołych Świąt”. Zobaczą się „dopiero” po Nowym Roku. Na święta lekcji nie zadajemy. No to teraz mamy wreszcie trochę czasu dla siebie. Czy na pewno?

Jak co roku obiecuję sobie, że to Boże Narodzenie będzie inne. Że odetchnę, odpocznę. Że wsłuchamy się w siebie, polenimy, powspominamy, na spokojnie powiesimy ozdoby na choince. Że to będzie nasz czas.  Kończy się jak zawsze. Biegamy między jedną rodziną a drugą, zmęczeni i zdenerwowani.

W styczniu wracamy do szkoły. To okres zebrań i podsumowań semestralnych. – Teraz to już z górki! –  oświadcza pani wychowawczyni. I ma rację. Czas styczniowy nie biegnie, on galopuje. Czy stroje karnawałowe gotowe? A te na bal walentynkowy? Naprawdę? To siedmiolatki obchodzą Dzień Zakochanych? W tym roku Wielkanoc w marcu. Trzeba się przygotować na konkurs stroików świątecznych. Czy zeszłoroczne zajączki z filcu będą jeszcze dobre?

W maju rodzice planują Zieloną Szkołę, a mnie robi się słabo. Choć to tylko jeden dzień, jestem przerażona. Naprawdę mam już taką dorosłą córkę? Tak również czuję się, kiedy patrzę na nią, skupioną i uroczystą w dniu rozdaniu świadectw. Dziesięć miesięcy naszego życia właśnie minęło. Bezpowrotnie. Nic się nie da powtórzyć, poprawić.

Do czego zmierzam? Do banalnej, ale ważnej puenty. Czas wcale nam nie ucieka, to my sami narzucamy sobie ten czasowy kierat, bo wydaje nam się, że tak trzeba. Dzieci wcale nie rosną szybciej niż my się starzejemy, one właśnie na nas czekają…

Wczoraj niebo przeciął błysk meteorytu. Jak to dobrze, że ktoś zerejstrował ten widok, inaczej ominęłoby mnie coś wspaniałego.


Zobacz także

Fot. iStock /  anandaBGD

„Paczkę chusteczek, miłość, kopa w tyłek”. 10 rzeczy, które da ci tylko druga kobieta

Fot. iStock/vvvita

Zabrakło wyjątkowości w atmosferze kończących się Świąt? Możesz to zmienić już dzisiaj. Przekuj swój czas na coś dobrego

Fot. iStock/kieferpix

Syndrom Atlasa. 5 wskazówek, jak przestać pomagać innym ponad swoje siły