Potrzebujesz relaksu? Idź na basen. Pływanie pozwola osiągnąć idealną równowagę psychiczną

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
15 września 2016
Fot. iStock / gilaxia
Fot. iStock / gilaxia

Tak bywa, że starając się pogodzić wszystkie obowiązki, robisz to, zapominając o sobie. Pojawia się stres, dyskomfort i pragnienie zastopowania własnego życia, choć na chwilę. Jeśli w pogoni za życiem codziennym straciłaś po drodze umiejętność odpoczynku i swobodnego relaksu, ratunek jest blisko. Jeśli dokładnie tego szukasz, idealnym rozwiązaniem dla ciebie będzie pływanie na basenie. Z kilku powodów.

Dla ciała i równowagi psychicznej 

Pływanie nie tylko wspaniale wpływa na zachowanie szczupłej sylwetki oraz zdrowego organizmu. Jest doskonałe dla poprawy kondycji mięśni, płuc, układu krwionośnego oraz odciąża stawy. Odgrywa również ogromny wpływ na ukojenie psychiki. Duże znaczenie ma otaczająca cię z każdej strony woda, która pozwala wejść w stan odprężenia. Jeśli schodzisz pod wodę, znajdujesz się przez chwilę w innym, baśniowym wręcz świecie. Woda zniekształca to, co znajduje się ponad taflą, a ty możesz obserwować jej ruch, promienie słoneczne i różne refleksy na dnie basenu. To niezwykły spektakl, który zachwyca i koi, skutecznie wpływając na mózg.

Pływanie niczym medytacja

Zostawiasz zmęczenie i smutek na brzegu basenu, w wodzie zyskujesz lekkość ciała i umysłu. Pływanie uwalnia endorfiny oraz powoduje reakcję wzrostu nowych komórek mózgowych w części mózgu, która zanika pod wpływem przewlekłego stresu. Znaczenie ma także związek między zanurzeniem w ciepłej wodzie i zwiększonym przepływem krwi. Więcej przepływ krwi dostarcza więcej składników odżywczych do mózgu, co oznacza lepsze funkcjonowanie umysłu. Ruchy unoszące ciało w wodzie powodują rozciąganie mięśni i rytmiczne oddychanie, co rozluźnia psychicznie, emocjonalnie i fizycznie. Wprowadza osobę pływającą w stan podobny do medytacji, co dzieje się w przypadku praktykowania jogi. Gdy zanurzasz się w wodzie, dźwięki są odcięte i jedyne co ci towarzyszy, to kontakt skóra — woda. Łatwiej jest się zdystansować i zapomnieć o problemach, a nabranie perspektywy ułatwia radzenie sobie z wyzwaniami codzienności.  


źródło: www.lifehack.org


YES WE DID IT! Seks językiem korporacji pisany

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
15 września 2016
Fot. iStock / g-stockstudio
Fot. iStock / g-stockstudio

Na bezdrożach korporacyjnej sawanny, w zakrętach ołpenspejsa i labiryntach maszyn wendingowych, w których Twix histerycznie zahacza o podwójnego Snickersa  przy każdym wyborze, a pepsi spada z górnych półek głośno,  jak audytowy kamień z serca sajt menadżera po wizycie zagranicznego egzekjutiw dyrektora, w zakręty niczym gazele spłoszone przez stado lwów wchodzą akałnt menadżery.

Studenci piątego roku polonistyki i nauk społecznych, którzy życiu chcieli sprzedać pstryczka w nos, na zabój wręcz zakochali się w tabelach przestawnych i excelowym zamrażaniu wierszy, a na samą myśl o metodologii Lean zraszają oczy łzami wzruszenia. Te spełnione zebry raportów, alpaki power pointa, hieny sukcesu, gdzieś między pierwszą kawą a lancz brejkiem szukają miłości na całe życie i na wszystkie zmiany władzy na ostatnim piętrze szklanego biurowca. A co, gdyby podrywy i chęć matrymonialnego zwycięstwa rządziły w miejskiej dżungli językiem korpo?

Łowy zaczynamy od dokładnego riserczu po spejsie celem wyszukania towaru nadającego się najlepiej na udowodnienie mamie przy niedzielnych obiadach, że mamy jeszcze zapędy rodzinne i kiedyś na pewno opuścimy hedkłater przed północą.  Rozglądamy się nerwowo w prawo i w lewo, ale same kraciaste koszule Januszy  polibudy skutecznie udowadniają, że czelendż w poszukiwaniu reproduktora będzie gruby, a dotychczasowe gole matrymonialne  powinny zejść z piedestału i zfokusowac się na innych ficzerach np. czy nie jest w trakcie innego „projektu” z koleżanką z poprzedniej pracy i czy przypadkiem żadna inna polonistka z floru nie widziała jego added walius przed wami. I tak oto po wstępnej inwestygacji, jak na prawdziwe Safari przystało, zarzucacie sidła z biurka nr. A1.26.9abc/h3 niewinnym mailem, „haj” na wewnętrznym komunikatorze, w którym zaczynacie prośbą o szerowanie kalendarza i dopasowania czekpointów, na propozycji zmerdżowania własnych komórek kończąc.

Doskonale posługujecie się językiem lengłycz. Wiecie dokładnie, jakie stawiać przed sobą gole i na co położyć fokus. Ty wolałabyś procedować iwent ander kontrol, step baj step, zdobywać majlstony, podczas gdy on jest zwolennikiem akcji ałtofboks i lubi as asap as posible. Dedlajn ustawiony, target zdefiniowany, koszty po apruwalu, można działać. FYI – miting zaakceptowany, spotkajmy się w hołmofisie EOD.

Już na początku pyta on czy dobra jesteś w piwotach, bo taki jeden chodzi po głowie, ale boi się, że mu się komórki rozjadą. Ty znasz swoją wartość, jesteś po treningu, kołczingu i diwelopmencie, z największą dbałością i w zgodzie z misją, że na wyżynach zawsze raźniej, pokazujesz ustawienia prywatnych exceli i dbasz o poprawność formuł. Jest dobrze, wszystko on tajm, podoba ci się ten aj on ditajl, tego ich uczą na biznes tripach. Najwyżej jak się nie sprawdzi, to go tam któryś z z bendu liderskiego zhendoweruje, ale póki co korpo kolego – kudos! Zero fakapu. Kto jak nie ty! Mam dreszcze. Przepraszam, możemy do poprzedniego slajdu? Tam było ważne chyba coś, chciałabym zapamiętać. O to to. Właśnie tu, to zboldowane zdanie. Pan zripituj tego bolda.

BOLDA!

RIPIT!

YES JU KEN DO IT!

YES WE DID IT!

A teraz proszę powtórzyć, majlstołn przeskoczysz Pan o cztery zmiany kejpijaja. Tytuł pracownika roku, firmowy długopis, samoprzylepne karteczki z logo i miejsce na parkingu to już nie tylko łiszful tinking. Masz to jak w banku bady.  Jutro chyba dej of. Dej of albo nie dojdę o własnych siłach na miting.

Best regards

Koleżanka od castomera.


Kuba Wojewódzki… poszedł na spacer i nie chce wrócić

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 września 2016
Kuba Wojewódzki
Fot. Wikimedia / Artur Andrzej/ CC0 1.0

Myślicie, że można zagiąć parol na zagorzałego kawalera? Obserwuję informacje o rzekomym ślubie Kuby Wojewódzkiego z Renatą Kaczoruk i szczerze mówiąc bardziej w te doniesienia wątpię niż wierzę. Po pierwsze dlatego, że Kuba Wojewódzki uwielbia być w centrum uwagi, siać medialny ferment odkrywając, jak naiwnie wierzymy w medialne doniesienia. A po drugie zastanawiam się, czy faktycznie po tylu latach wyrzekłby się kawalerskiego stanu, któremu tak zawsze hołubił?

Kubą Wojewódzkim nie jestem, więc co mi po dociekaniu, czy został mężem czy nie. Zastanowiło mnie jednak coś innego – czy faktycznie potrafimy żyć samotnie. To złe słowo – żyć sami, bez pewności, że ta druga osoba zawsze obok nas będzie.

I tu już nie chodzi o budowanie szczęścia wokół tej drugiej osoby, uzależnienia poczucia własnej wartości od tego, czy jestem w trwałym związku, który obie strony traktują poważnie – czytaj, chcą ze sobą być, szanują siebie i nie myślą, jak tu za jakiś czas się wykręcić i pójść w swoją, zupełnie inną stronę.

Kuba Wojewódzki z pewnością własnej wartości nie musi dostrzegać w oczach innej kobiety. Ba, znam kobiety, które zrozumiały, że to nie mężczyzna, ale jedynie one same mogą sprawić, że będą szczęśliwe. Człowiek jest jednak zwierzęciem stadnym i potrzebuje drugiego człowieka, choćby do tego, żeby mieć się do kogo przytulić, na kim wesprzeć, usłyszeć: „Hej, jestem tutaj, cokolwiek by się nie działo, jestem z tobą”. To wystarczy.

Ale związki się rozpadają. Przyjaciółka mówi: „Co się dzieje? Znowu słyszę, że ktoś ze znajomych się rozwodzi”. Powtarzane: „Kiedyś się naprawiało, a nie wyrzucało” kłuje tych, którzy nie walczą, boli, że im się jednak naprawić nie udało.

Czy warto wchodzić w związek tylko i wyłącznie ze strachu, że nie będzie nam miał kto podać tej przysłowiowej szklanki wody na starość, że jednak chcemy po sobie zostawić jakiś ślad, choćby we wspomnieniach tej drugiej osoby. Marzymy, zwłaszcza my kobiety, o głębokiej relacji, która nas uszlachetni, uczyni lepszymi. Tymczasem nasze związki często są pospieszne, płytkie, sunące po prostej linii codzienności, bez wzlotów i upadków, bo na wzloty nie mamy czasu, a z upadkami nie chce nam się mierzyć, więc wolimy poruszać się po bezpiecznym obszarze: co na obiad, odbierzesz dzieci, może basen z dziećmi w weekend.

Pamiętam, kiedy ze znajomą rozmawiałyśmy o tym, że gdybyśmy wchodzili w związki w wieku 35 lat i więcej, to miałyby one zupełnie inną jakość, inną dojrzałość. Od pewnego czasu przekonuję się, że im jesteśmy starsi, tym bardziej świadomi siebie, uważniejsi na innych. Wiemy, czego chcemy, co dla nas naprawdę jest ważne. O ile prościej byłoby wejść związek z takim bagażem doświadczeń, przemyśleń, z poczuciem, że ja jestem ważna, że drugi człowiek jest dla mnie partnerem, któremu nie stawiam wygórowanych wymagań, od którego nie oczekuję, że mnie uszczęśliwi, bo potrafię być szczęśliwa sama ze sobą. To związek, do którego tyle, ile wkładasz, tyle samo dostajesz z powrotem bez zbędnych rozliczeń, udowadniania, kto jest lepszy, kto kocha bardziej, kto w ogóle jest bardziej i lepiej.

Dzisiaj myślę, że taką dojrzałość można osiągnąć też w długoletnim związku, ale jest to o wiele trudniejsze. Wyjść ze swoich dotychczasowych przekonań, zrozumieć, że każde z nas się zmienia, dać sobie nawzajem przestrzeń i akceptację tych zmian po to, żeby spotkać się w punkcie, w którym wasz związek staje się właśnie głęboki, kiedy czujecie się w nim bezpiecznie, nie szarpiecie się już. Potrzebujecie siebie nawzajem, ale ta potrzeba nie jest podszyta strachem bycia samotnym, nie jest obawą ocenienia mnie przez pryzmat mojego związku. Ta potrzeba to zrozumienie siebie nawzajem, usłyszenie swoich potrzeb i możliwość realizowania własnych celów, bez oceniania, bez wytykania, bez mówienia: „Patrzysz tylko na siebie, gdzie ja w tym jestem?”, bo wiesz, że nikt cię nie pomija, bo masz swoją ścieżkę realizacji, która przeplata się ze ścieżką twojego partnera, ale nie jest z nią tożsama, bo dziś rozumiesz, że taka być nie musi i właściwie nie może, jeśli chcecie być oboje szczęśliwi.

I jeszcze – zdaje mi się, że ważne jest zrozumienie, że związek to nie poważna gra, że to też zabawa. Portale grzmią: „Wojewódzki wziął ślub” snując domysły, czy dał się usidlić, czy teraz jego życie się zmieni, czy ktoś jest w stanie ujarzmić wiecznego Piotrusia Pana. Jaki z tego wyziera mit związków! Że musi być poważnie, że wiążąc się małżeńską przysięgą nie mamy już prawa do zabawy, do spędzenia czasu w taki sposób, w jaki lubimy to robić, że to koniec wolności i swobodnych wyborów. A ja tam życzę Kubie, obojętnie, czy ten ślub się zdarzył, czy nie, aby dobrze się w tym związku bawił. Żeby oboje mogli czerpać radość życia, robić to, co kochają i znaleźli wiele powodów do tego, żeby móc się razem śmiać. A właściwie nie życzę tego Kubie, życzę tego nam wszystkim. Abyśmy wyszli z mitu poważnych związków, z ograniczeń, które te mity narzucają i zabawy jedynie w źle pojmowaną dorosłość, która robi nam więcej krzywdy niż pożytku. Nie bądźmy poważni i dorośli, bądźmy dojrzali i cieszmy się tak po prostu z tego, że mamy kogoś obok siebie, kogoś kto też chce z nami być.


Zobacz także

Fot. iStock

Kochajcie mnie wszyscy! 15 zasad niepoprawnej konformistki

Konrad  Gaca/Facebook

Konrad Gaca: „Odchudzanie to przygoda a nie kara. To nie jest coś, co musisz zrobić”. Jak on to robi? Spektakularnie

Fot. Flickr / Luis Marina / CC BY

Cztery (nieoczywiste) typy toksycznych ludzi. Zepsują ci humor, podetną skrzydła