Polka na diecie. Dlaczego odchudzanie nam nie wychodzi?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 grudnia 2015
Fot. iStock / PeopleImages
Fot. iStock / PeopleImages
 

Dramat. Kolejne kilogramy, kolejna dieta, która tym razem miała już zdziałać cuda. Wizyty u dietetyczki, siłowania, fitness. I nic. Nawet, jak już mówimy: „Teraz mam motywację na pewno się uda”, to i tak się nie udaje. Dlaczego (do cholery) tak trudno nam schudnąć?

Gdzie popełniam błąd?

Znasz to? Próbowałaś już wszystkiego. Decydowałaś się na różne diety. Od tych najbardziej katorżniczych, gdzie tylko pierś z kurczaka, liść sałaty i kawa, po te bardziej rozsądne. Jadłaś na mniejszych talerzyka, połowę tego co zazwyczaj. Przed wakacjami biegłaś do dietetyczki. Myślisz: „Fachowa pomoc. Jak zapłacę, to wytrwam” . Nigdy się nie udało, albo efekt był krótkotrwały?

– Naszym błędem jest to, że koncentrujemy się na samej wadze. Myślimy: „To kilogramy są moim problemem”, a nie skupiamy się na tym, co nasz kłopot z wagą powoduje – tłumaczy Magda Jarzębowska, psychodietyk. – Zawsze, kiedy pojawia się problem z wagą, obojętnie czy ona spada, czy idzie w górę, to znaczy że nasz organizm mówi: „W twoim życiu dzieje się coś niedobrego”.

Czynników odpowiedzialnych za kłopoty z wagą może być bardzo wiele. Podstawowym jest stres i nasze sposoby na radzenie sobie z nim. Na naszą wagę mogą wypływać również emocje, zwłaszcza problem z ich okazywaniem. Ważnym, ale często pomijanym czynnikiem jest także asertywność, ale nie ta na poziomie odmawiania ciasta u cioci na imieninach, ale dotycząca ogólnego podejścia do życia. Asertywność polegająca na umiejętnym stawianiu granic sobie, swoim dzieciom, rodzinom, szanowaniu siebie. – Miewam klientki, które nie jedzą w ogóle w pracy, same nie dając sobie przyzwolenia, bo wydaje im się, że czas na jedzenie będzie tym ukradzionym pracodawcy, że przerwa w pracy spowoduje, że z czegoś się nie wywiążą, nie zdążą. Często moim klientkom pokazuję nieskuteczność diety na przykładzie bólu zęba. Pozbywamy się go tabletką przeciwbólową. Jest to jednak działanie krótkofalowe. Problem tkwi głębiej. Usuwamy skutek – ból, a nie jego przyczynę. Tak samo jest z wagą. Kiedy przestaniemy być na diecie, albo kiedy dieta przestaje działać, to wraca problem, który jest przyczyną nadwagi – mówi psychodietetyk.

Jak szukać rozwiązania?

Pomyślisz: „Nie no świetnie, to zamiast na dietę, muszę trafić na psychoterapię? Czy bez terapii nic nie potrafimy osiągnąć?”. Może najpierw odpowiedz sobie na pytanie, dlaczego wizja terapii tak cię irytuje? Według specjalisty, jeśli tkwimy cały czas w nieskuteczności gubienia kilogramów, kiedy waga powraca, to naprawdę warto zastanowić się, co jest tego przyczyną. Nie trzeba od razu umawiać wizyty u terapeuty. Ważna jest samoświadomość i uważność na siebie. Zamiast szukać kolejnej cud diety usiądź i zastanów się nad sobą. Tak, to nie jest łatwe. Nie myślimy o sobie, o miejscu i czasie w jakim jesteśmy, o naszych relacjach z innymi, bo jest to trudne, męczące i mało dla nas komfortowe. Bycie szczerym wobec siebie to trudna umiejętność. Kiedy czujemy, że kłopot z nadwagą jest o wiele głębszy, że kilogramów nam przybywa i zupełnie nie mamy na to wpływu, to naprawdę warto udać się do specjalisty, który spojrzy szerzej na nasz problem.

Dlaczego diety są nieskuteczne?

Kiedy zasada MŻ (mniej żrę), odmawianie sobie jedzenia wieczorem, wyeliminowanie słodyczy i białego pieczywa nie przynosi efektu, to często decydujemy się na wizytę u dietetyczki. Reklamy krzyczą: „Dieta indywidualnie dobrana do ciebie”. – Sam fakt, że tę dietę układa ktoś, a nie my sami świadczy o tym, że nie może ona być indywidualna – tłumaczy psychodietetyk. – Zdarza się, że zamawiamy gotowe potrawy. Tylko co czujemy jedząc według rozpiski, czy to co w pudełkach? Nigdy nie byłam na takiej diecie, ale mogę sobie wyobrazić, że takiemu jedzeniu towarzyszy poczucie wielkiej straty, bo nie mogę zjeść tego, na co mam ochotę. Przecież my w naszych wyborach, także tych jedzeniowych kierujemy się własnymi gustami i zachciankami. To one są reakcją na potrzeby naszego organizmu, a kiedy jesteśmy na diecie, przestajemy mieć kontakt sami ze sobą.

Żeby chudnąć skutecznie wcale nie trzeba odmawiać sobie wszystkiego, na co mamy ochotę. Nic nie da wykluczenie tłustych rzeczy, bo pewnego dnia właśnie na to, co tłuste się rzucimy, albo na słodkie, którego sobie odmawialiśmy. To nasz organizm nam podpowiada, co jest mu potrzebne, a my powinnyśmy uważnie tego słuchać. Masz ochotę na słodycze przed owulacją? Na mięso przed miesiączką? Na coś tłustego, gdy robi się zimno? Organizm kieruje naszymi wyborami, sugeruje, co jest mu potrzebne. Nie uciekajmy przed tym.

Fot. iStock / YinYang

Fot. iStock / YinYang

Jak schudnę to zawojuję świat

– Często moje klientki mówią: „Kiedy schudnę będę szczęśliwa, pewniejsza siebie, świat będzie dla mnie przyjemniejszy”. A wtedy ja powtarzam: „Kiedy będziesz pewniejsza siebie, znajdziesz sposób na to, by być szczęśliwą, to wtedy schudniesz”. Najczęściej koncentrujemy się tylko na tym, jak wyglądamy, co oznacza, że nie mamy ochoty niczego realnie naprawić. Naprawiam tylko to, co w gruncie rzeczy jest najłatwiejsze do naprawienia, czyli swoją wagę, która psuje się natychmiast, kiedy do reszty opadnę z sił i nie będę mieć motywacji, żeby coś zmieniać.

Magda Jarzębowska podkreśla, że kobiety, które nie zaakceptują faktu, że zmiany trzeba zacząć od przeanalizowania problemu, odkrycia przyczyny problemów z wagą, to w swoim życiu nic nie zmienią. – Najczęściej wypadają z terapii lub wracają za jakiś czas.

Nie ma co ukrywać, że każdy kilogram odbiegający od naszej wymarzonej wagi podkopuje naszą wiarę w siebie. Najczęstszymi klientkami Magdy Jarzębowskiej są kobiety 35+. – To taki czas, kiedy kobiety gubią kontakt ze sobą przez nadmiar obowiązków i odpowiedzialności. Uważają, że o wszystkich muszą zadbać i zapominają o sobie. A przecież one też mają swoje potrzeby, tak jak ich partner i dzieci.

Dlatego właśnie patrzymy na swoje potrzeby w kontekście odchudzania się. W końcu jak jesteśmy na diecie, to nasza rodzina nic na tym nie traci. Nie kradniemy jej czasu i uwagi. – Najłatwiej pracuje mi się z kobietami w wieku około 60 lat. One są świadome siebie, są pogodzone ze sobą, już nie walczą, mają doświadczenie i pozwalają sobie na czas, kiedy mogą skupić się tylko i wyłącznie na sobie. Dokonują fantastycznej samoanalizy i odkrywają swoje prawdziwe problemy. Kobietom przed czterdziestką często brakuje tej umiejętności.

Jedzenie jako kara i nagroda

Kiedy rezygnujemy z diety, usprawiedliwiamy się: „W końcu jedzenie to jedyna przyjemność jaką w życiu mam”. Może warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy faktycznie w naszym życiu nie ma innych przyjemności? A czy nagradzamy się batonikiem, albo wielką porcją ciasta? „Jak skończę, to zjem kanapkę z nutellą?”. Jeśli tak jest, to warto się nad takim myśleniem pochylić. Podobnie jak z karaniem się jedzeniem. Obżeraniem czymś niezdrowym, wysokokalorycznym, czymś, co wiemy, że może nam szkodzić. – Kiedy nie lubimy siebie, nie akceptujemy sytuacji, w jakiej się znajdujemy , swojego ciała, to będzie nam trudno uporać się z jedzeniem. A ono jest dla nas jak dobra niańka, podpowiada, gdzie coś się źle dzieje. Na przykład zestresowany mózg domaga się większej porcji węglowodanów. I kiedy zdamy sobie z tego sprawę, nauczymy się radzić sobie ze stresem, to też będziemy jeść mniej słodyczy.

Problem z wagą w stabilnych związkach

Najczęściej na swoją wagę narzekamy, kiedy jesteśmy w stałych i stabilnych związkach. To wtedy partner mówi nam, że akceptuje nasz wygląd, że nie przeszkadzają mu nadprogramowe kilogramy, a my czujemy, że nie do końca jest z nami szczery. W takim związku balansujemy trochę na granicy obojętności, często bardziej łączą nas z partnerem rzeczy niż emocje. Taka akceptacja naszego wyglądu w związku sprawia, że czujemy się mało atrakcyjne, niepożądane. – To taki czas, kiedy znowu nie myślimy zbyt dużo o sobie, bo dzieci, praca, teściowa. Wolimy myśleć: „Mam problem z wagą”, niż problem w związku – tłumaczy Magda Jarzębowska.

Co znaczy biorę się za siebie?

Znasz ten zryw? Kupujesz kilogramy warzyw, dresy, karnet na siłownię. Mówisz z pełnym przekonaniem: „Teraz to już na pewno się uda. Teraz albo nigdy”. I klops (czasami dosłownie). – Najczęściej to „branie się za siebie”, to robienie coś przeciwko sobie, zmuszanie się do czegoś – zwraca uwagę Magda Jarzębowska. – Ja na przykład nie cierpię biegać i choć pewnie by mi to dużo dało, to nie mam zamiaru się do tego zmuszać. Moje klientki pytają: „To na jakie zajęcia mam się zapisać?”, a ja proszę, by pomyślały, czy w ogóle chcą na jakieś iść? Ważne, by znaleźć coś, co sprawi nam przyjemność, a jednocześnie pozwoli uporządkować nam życie. Bo jeśli mam iść na siłownię i frustrować się, że nie zdążyłam dzieciom zrobić kolacji, to lepiej dać sobie spokój. Miałam kiedyś klientkę, bardzo oddaną swoim dzieciom. Wszystko za nie robiła, choć byli już nastolatkami. Pakowała tornistry, robiła kanapki, siedziała z nimi nad lekcjami. A przecież te dzieci mogły na siebie wziąć już pewną odpowiedzialność. I stała się rzecz niezwykła. Jej starszy syn dostał 4+ ze sprawdzianu i powiedział: „Widzisz, bez twojego gadania i pilnowania, sam też potrafię”. Okazało się, że oddanie dzieciom odpowiedzialności, nie tylko nie zrobiło im krzywdy, ale przyniosło pozytywne efekty. Dlaczego ten przykład podaję? Bo ta kobieta bardzo nad sobą pracowała, porządkowała swoje sprawy w relacji z dziećmi i chudła mimochodem. W osiem miesięcy po wprowadzeniu do jej diety zaledwie kosmetycznych zmian, schudła 25 kilogramów. To pokazuje, że efekt można osiągnąć pracując nad sobą, porządkując przestrzeń wokół siebie.

Problem otyłości to skomplikowana rzecz, a my chcemy leczyć coś bardzo skomplikowanego bardzo prostymi metodami . Jeśli nadal będziemy się skupiać tylko i wyłącznie na tym, żeby schudnąć, to nigdy się nam nie uda. Musimy pamiętać, że jedzenie potrzebne jest nam do życia. Nie jest naszym wrogiem. Warto przywrócić jedzeniu jego pierwotną funkcję, a nie nadawać mu szerszego i często dramatycznego kontekstu. Może przed podjęciem kolejnej próby zrzucenia kilogramów warto zadać sobie pytanie: „Dlaczego tyję? Dlaczego się objadam? Dlaczego brak mi silnej woli?”


 

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Mgr Magdalena Jarzębowska psycholog, doświadczony psychodietetyk, autorka programu zmienswojenawyki.pl. Od wielu lat prowadzi indywidualne sesje psychodietetyczne, zarówno dla dorosłych jak i dla rodziców z dziećmi. Propaguje interdyscyplinarne podejście do problemu nadwagi i otyłości. Jest wice prezesem Towarzystwa Psychodietetycznego, członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością. Autorka książki „Krótka bajka o odchudzaniu z happy endem” oraz współautorka książki do wspólnego czytania, dla dzieci i dorosłych ” Kuchnia pełna przygód, czyli tajniki dobrego odżywiania”


Feel Low – piękne i wzruszające. O tym, jak widzą nas dzieci. Obejrzyjcie

Redakcja
Redakcja
2 grudnia 2015
Screen z youtube.pl
Screen z youtube.pl
 

Wpadli na pewien pomysł. Dwóch facetów: Tomasz Organek i Łukasz Olejarczyk. Nie dość, że dzięki nim powstał świetny utwór „Feel Low”, to jeszcze stworzono do niego fantastyczny teledysk.

Bohaterowie teledysku, to córka znajomych – niespełna dwuletnia Wanda i jej kolega Jarema. Pięć dni kręcenia zdjęć, budowania scenografii. Do nagrania jednej ze scen ekipa potrzebowała czterech godzin – czekali, aż dzieci w końcu zasną. Myślę, że efekt pracy małych aktorów i ekipy zaangażowanej w tworzenie teledysku zasługuje na uwagę.

Teledysk wzrusza, bo pokazuje, jak dzieci nas widzą, jak naśladują. I zmusza trochę do refleksji.

Obejrzyjcie koniecznie. Zapraszam.


Kochany Panie Ministrze Zdrowia, kochana Minister Edukacji. Do diabła z taką polityką prorodzinną!

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
2 grudnia 2015
Fot. iStock / mevans
Fot. iStock / mevans
 

Nie rozumiem ludzi, którzy powtarzają: ten kraj jest nienormalny, chcę stąd wyjechać. A ups, przepraszam, do niedawna nie rozumiałam. Teraz coraz bliżej mi do pierwszej części tego zdania: ten kraj jest nienormalny. Albo: ludzie, którzy nim rządzą mają nierówno pod sufitem.Tak, wiem, oceniające. Daj Boże cierpliwość, żeby nie oceniać.

„Ja się serio zaczynam bać” pisze dziś do mnie M. 39 lat, wysokie stanowisko.

„Ja też się zaczynam bać” odpisuję tylko.

Nie ma ochoty włączać internetu, włączać wiadomości, bo każdego dnia budzę się w innej Polsce. I zastanawiam się: „co jeszcze?!”

I wstydzę się kraju, z którego pochodzę. Patrzę na wspaniałego Pana Konstantego Radziwiłła, naszego nowego ministra zdrowia. I szok. Ktoś nawet wczoraj gdzieś napisał: „Jeszcze się dobrze nie rozgościł…”. A już oznajmił, że koniec finansowania metody in vitro z państwowej kasy. Wspaniała polityka prorodzinna. Biorąc pod uwagę, że coraz więcej par walczy z niepłodnością, że należymy do najszybciej starzejących się społeczeństw w UE – gratuluję. Cóż z tego, że od 1 lipca 2013 w ramach programu przyszło na świat 3,7 tysiące dzieci. Wydaliśmy na to 304 mln złotych. Nowy rząd planuje 500 zł na dziecko, zmiany w budżecie. No cóż, gdzieś trzeba zaoszczędzić, prawda?

Najważniejsze, że duchowni będą zadowoleni. W końcu żyjemy w świeckim kraju, a państwo sprzyja rodzinie. Amen.

Jest mi tylko przykro, bo przypominam sobie rok 2013 i moją szczęśliwą koleżankę, która zakwalifikowała się do programu in vitro.

Koleżanka była często smutna, bo 8 lat starała się o dziecko. W jej domu w salonie wisiały gołe żarówki, a łazienka i kuchnia były nieurządzone. Ale oni wszystkie pieniądze wydawali na leczenie. Na szczęście, dzięki programowi in vitro moja koleżanka ma dziś fajną córkę.

Nie ma gorszej walki niż walka o to, by zostać rodzicem. Może tylko walka, by nasze dziecko żyło, było zdrowe. Współczuję każdej kobiecie, i każdemu mężczyźnie, którzy mogliby uzyskać wsparcie od państwa, ale go nie dostaną.

Z drugiej strony sobie myślę, że może lepiej nie rodzić dzieci. Po co narażać je na życie w państwie gdzie na gejów i lesbijki mówi się: pedały i lesby, gdzie nikt nie krępuje się obrażać ludzi innych narodowości. I jeszcze nikt tych swoich poglądów się nie wstydzi, tylko jest z nich dumny, bo wpisują się w ogólny narodowy trend – albo jesteś z nami albo przeciw nam.

A pani Anna Zalewska, nowa minister edukacji dumnie obiecuje, że nie wpuści seksedukatorów do szkół. Ups. Doprawdy nie wiem z czego ona jest taka dumna. I gratuluje wiedzy skoro uważa, że z problemem edukacji poradzą sobie sami rodzice. Może dobrze, żeby porozmawiała chociażby z Beatą Bianco Kotoro, psychologiem, seksuologiem i edukatorem seksualnym, która nieraz mówiła, że poziom wiedzy o seksie współczesnych nastolatków jest straszny. Że młodzież nie zna odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące seksu, bliskości za to wie mnóstwo o pornografii, bo ją ściąga z internetu. Nie, droga Pani Minister, większość rodziców sobie nie poradzi. I wspaniale, żeby ktoś w końcu zrozumiał, że nauka nie polega tylko na bezmyślnym wkuwaniu tabliczki mnożenia czy uczenia się jak wygląda cykl życiowy pantofelka.

I nie, nie jestem chorą zwolenniczką PO. Jestem zwolenniczką wolności, niezależności i oddzielenia kościoła od państwa. Mam jednak ostatnio lęki. Że ktoś wchodzi mi na głowę. A raczej wszystko staje na głowie. I zdaje się nie jestem jedyna.

A moja przyjaciółka, Szwedka, dzwoni do mnie i pyta: Ale co się u was dzieje, co się u was dzieje? Ale to naprawdę tak?

Naprawdę, kochana Europejko.


Zobacz także

Fot.  Screen z YouTube / Buzzfeed/

Gdyby disneyowski książę żył naprawdę, byłby skończonym palantem! Zobaczcie film

Fot. iStock/m-gucci

Czułam, że nie mam po co żyć, chciałam iść za nim do grobu. Dziś nie oglądam się za siebie, dzieci trzeba wychować

Fot. iStock / ArtMarie

Konkurs „Mój Klub Superdziewczyn”. Napisz, co robicie razem, by poczuć się jak superdziewczyny?