Pijana? Nie, „tylko” niewyspana. Brak snu destrukcyjnie wpływ na mózg

Redakcja
Redakcja
26 grudnia 2017
Fot. iStock/filadendron
Fot. iStock/filadendron
 

Powiedziano już wiele na temat higieny snu, tego, jak ważny jest on dla naszego zdrowia i samopoczucia. Jednak w dalszym ciągu nie doceniamy jego wpływu na nasze organizmy, powtarzając jak mantrę „wyśpię się po śmierci”. Niestety, dla wielu to powiedzenie może stać się prawdziwym czarnym proroctwem. 

Czy faktycznie niedosypianie może aż tak wpływać na pracę mózgu? Naukowcy i na to pytanie znaleźli konkretną odpowiedź.

Pijana czy niewyspana?

Na pierwszy rzut oka trudno porównać stan upojenia alkoholowego z niedoborem snu. Jednak naukowcy z Los Angeles i Tel Awiwu  udowodnili, że niedobór snu obniża wydajność neuronów płata skroniowego, w którym analizowane są bodźce wizualne oraz dane gromadzone w naszej pamięci. Komórki nerwowe przestają wtedy pracować wydajnie, co można porównać do skutków nadużycia alkoholu. Mózg, który nie otrzymuje odpowiedniej ilości snu koniecznego do regeneracji, odczuwa zaburzenia pracy pomiędzy neuronami. W efekcie fale mózgowe funkcjonują wtedy wolniej, wolniej przychodzi nam przyswojenie nowych informacji i reagujemy z opóźnieniem. Jak po kilku głębszych.

Brak snu może prowadzić do śmierci 

Brak snu powoduje niemożność skupienia się na istotnych detalach, upośledza nasze zdolności do planowania i koordynowania działań. Mózg przestaje szybko reagować, bo oszczędza energię, łatwiej więc podejmujemy ryzykowne decyzje, nie kalkulując możliwych do poniesienia konsekwencji.

Brak snu stosowany był jako narzędzie tortur, które mogło doprowadzić do śmierci. Jego zgubny wpływ udowodnił Amerykanin Randy Gardner, który eksperymentalnie nie spał przez 264.4 godziny (11 dni i 24 minuty). Pobił tym samym rekord, ale cena była wysoka — dotknęły go myśli paranoidalne, halucynacje, wahania nastroju i inne znaczące problemy psychiczne.

Żeby oszczędzić sobie podobnych problemów, należy znaleźć czas na odpoczynek i regenerację podczas nocy. Jedynym skutecznym sposobem, by na trzeźwo nie zachowywać się jak po pijaku, jest wysypianie się.


 

źródło: www.medicalnewstoday.com


W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 grudnia 2017
Fot. Bart Kozłowski
Fot. Bart Kozłowski
 

Wyobraźcie sobie młodą dziewczynę, pełną energii, wiary w życie, w to, że wszystko, co najlepsze jest właśnie przed nią.

Skazana na sukces

Kończy studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, jednocześnie pracuje już w Warszawie. Głodna doświadczeń, ludzi, niesamowicie kreatywna. To właśnie ta kreatywność kształtuję ją zawodowo, zdobywa jedną z pierwszych nagród reklamowych w Polsce. Zdolna, ambitna. Właściwie współtworzy raczkujący wówczas świat reklamy w naszym kraju. Chłonie to wszystko, dużo pracuje, ale praca daje jej satysfakcję, jest jej pasją. Ale jest coś jeszcze – malarstwo, z tego nie rezygnuje, maluje kobiece akty. Z jednej strony ma niezależność finansową, z drugiej sztuka daje jej niesamowite poczucie wolności. Kolejne wystawy jej prac dostają znakomite recenzje. – Czułam, że cały świat trzymam w swoich rękach – mówi Malina Wieczorek, bo to o niej mowa.

Skazana na sukces. Tak by można było o niej powiedzieć. Na sukces, nad który sama pracuje. Niewiele osób tak doskonale wie, czego w życiu chce, definiuje siebie tak bardzo wprost i… cieszy się wszystkim, co życie im podsuwa. Malina wie, jest świadoma celów, które sobie stawia. Przecież wszechświat jej sprzyja.

– Zaczęło boleć mnie oko. „Co do cholery” – myślałam, ale zrzuciłam to na karb zmęczenia. Tempo mojego życia było naprawdę ogromne.

Nie zraża się, jeździ autem na spotkania patrząc jednym okiem. Przecież przejdzie, trzeba tylko na chwilkę zwolnić i wszystko wróci do normy.

Dlaczego ja

Nie przechodzi. Ból staje się coraz silniejszy, zacierają się kolory, świat wygląda jak zasypany śniegiem. Nie ma wyjścia, musi iść do lekarza. Jednego, kolejnego, nawet uznany profesor rozkłada bezradnie ręce. Tymczasem ona na na jedno oko przestaje widzieć.

– Szukam w internecie, co może być przyczyną pozagałkowego zapalenia nerwu wzrokowego… Doktor Google jest bezlitosny. Na wizycie u kolejnej okulistki mówi: „Czytałam dużo na ten temat…”. To chyba daje lekarce odwagę, żeby głośno potwierdzić to, o czym Malina już wiedziała. SM – stwardnienie rozsiane. – 16 lat temu to było, jak wyrok, choroba autoimmunologiczna, o której nikt nie miał pojęcia, jak ją leczyć. Chorzy spychani na margines, bo nie było wiadomo, jak im pomóc. Jedyne, o czym się mówiło, to o ciężkiej niepełnosprawności. Myślałam: „Jak to, nie będę chodzić, nie będę widzieć, będę miała sparaliżowane pół ciała?”.

Pomyślcie przez chwilę, że jesteście tą dziewczyną. Dziewczyną, która osiąga zawodowe sukcesy, dla której malarstwo jest częścią życia, która gdzieś w głowie buduje sobie wizję rodziny, dzieci… Przecież wszystko się układało. Teraz, jedyna wizja, jaka się przed nią rozpościera, to wizja jej samej przykutej do łóżka i zdanej na innych.

Tak, można usiąść, załamać się, poddać temu, czym doświadcza nas życie zupełnie niespodziewanie, kiedy jest w nas ogromne poczucie niesprawiedliwości i niezgoda na to, co się dzieje…

– Płakałam i miałam nadzieję, że to pomyłka, że przecież czuję się dobrze, że nic się nie dzieje… – wspomina Malina. – Ale ból oka wracał, raz jednego, raz drugiego. Przez miesiąc siedziałam jak zahipnotyzowana w swoim cudownym mieszkaniu i patrzyłam w okno nieustannie sprawdzając, czy oczy działają, czy nie, a w tym czasie mój świat oddalał się ode mnie z szybkością rakiety. Miałam wrażenie, że wszystko, co miałam, tracę bezpowrotnie. I to brzęczące w głowie pytanie: „Dlaczego ja”.

Nie będę ofiarą

I koniec? To już? Przecież nie to było w jej naturze. Musiała działać, coś zrobić, a przede wszystkim NIE PODDAĆ SIĘ. Tak, to stało się jej celem. Będzie walczyć, przecież ma jeszcze tyle do zaoferowania światu. Wszystko dzieje się po coś – w to tak bardzo chciała uwierzyć.

Zaczęła szukać, czytać. Za granicą próbowano nowych metod leczenia, szukano leków, za granicą – w Stanach, nie w Polsce. Leki kosztowały tyle, co jej niemała miesięczna pensja. Jak żyć? Skąd wziąć pieniądze, jak spróbować? – Działając sama nie miałam szans, dzisiaj wiem, że życie stawia nam na drodze anioły i ja takie anioły spotkałam – ludzi, którzy mnie wsparli, którzy uruchomili ze mną koło zamachowe, dzięki któremu mogłam działać.

Jest mistrzynią kreacji, także autokreacji. Jak sprawić, by inni chcieli pomóc? Miała swoje obrazy, podziwiane, chętnie kupowane. Z przyjaciółmi zorganizowała kilka wystaw pod hasłem pomocy dla malarki, która może oślepnąć. Zadziałało. Obrazami zainteresował się duży bank, który kupił całe kolekcje do wystroju swoich siedzib. – Nagle miałam zapas leków na dwa lata i ogromną satysfakcję – osobistą, bo autorską – mówi.

Fot. Bart Kozłowski

Fot. Bart Kozłowski

Dobra energia do ciebie wraca, zawsze. Do Maliny też wróciła. Nie można było przejść obojętnie obok jej wcześniejszego zaangażowania w pracę. Dostaje nowe stanowisko, ma zajmować się promocją sztuki i kampanii społecznych. Kolejny raczkujący wówczas w Polsce projekt. I ona znowu w to wpada, daje z siebie dużo, bardzo dużo, przecież się nie podda. Sukces. Kolejne nagrody. – Wierzyłam, że moje doświadczenie, doświadczenie choroby mogę przekuć na sensowne działania. Żeby robić kampanie społeczne, trzeba otrzeć się o te problemy, poczuć na własnej skórze ten obezwładniający strach.

Skok do gwiazd

Tworzy kolejne kampanie społeczne, po stu nagrodzonych, ktoś jej mówi: „Szewc bez butów chodzi, pomagasz innym, pomóż nam, samej sobie”. Tak zaczyna działać na rzecz osób z SM. – To było szaleństwo, szukałam pieniędzy na sfinansowanie kampanii, przekonałam szefa jednej z firm farmaceutycznych, że warto, on mi dał kontakty do kolejnych. Już żadna siła nie była w stanie mnie zatrzymać.

Malina do stworzenia kampania zaangażowała ludzi żyjących z SM, żadnych aktorów, bała się, bo stres i wysiłek to nie jest coś, co służy doświadczonych SM. To były początki.

Dzisiaj od tej pierwszej kampanii minęło sześć lat. – To co zrobiliśmy przez ten czas jest skokiem do gwiazd. O SM zaczęto mówić głośno, interesować się żyjącymi z SM, a także różnymi metodami leczenia.

SM – walcz o siebie

Kiedy 16 lat temu usłyszała „stwardnienie rozsiane”, świat się jej rozsypał. Dzisiaj, dzięki działaniom Maliny i ludziom, którzy jej uwierzyli, wsparli ją i poszli za nią, wizja SM już nie przeraża. Refundowane są najnowsze leki, do SM podchodzi się indywidualnie, ludzie nie boją się pytać, a lekarze wiedzą coraz więcej. – Tu liczy się człowiek, z jego zdolnościami, aspiracjami, marzeniami i pragnieniami – tłumaczy Malina.

Założyła fundację SM – walcz o siebie, żeby móc działać szerzej, rozmawiać ze specjalistami i decydentami o kolejnych terapiach, organizować konferencje, sympozja. Wszystko po to, by SM było słyszalne, by nikt dotknięty tą chorobą nie czuł się już zepchnięty na margines. Kolejny krok? Szkoła Motywacji – portal, który powstał, żeby wspierać, nie odpowiadać na pytanie „Skąd wziąć dodatkową energię”, ale realnie pomagać, dawać narzędzia do działania także w zwykłych codziennych sprawach. To tutaj zamieszczone są informacje, jak rozmawiać z lekarzem, z pracodawcą, a także z samym sobą, na co można liczyć, co zrobić.

Drobna blondynka

SMS: „Jeszcze parkuję, zaraz jestem”. Wchodzi drobna blondynka z uśmiechem od ucha do ucha i po pół minucie mam wrażenie, że znamy się od lat, choć widzimy po raz pierwszy. Opowiada o sobie, o innych, o tym, co robi, co kocha. Ma męża, syna. I SM. Ale nigdy nie została ofiarą tego, czym doświadczył ją los. – W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę. Siłę, która będzie nas niosła, która stanie się drogowskazem i autentyczną motywacją do tego, żeby robić rzeczy wspaniałe dla innych, ale też dla siebie. Ja swoje doświadczenie przekułam na coś sensownego. I dzisiaj jestem szczęśliwa.

Fot. Bart Kozłowski

Fot. Bart Kozłowski


3 typy rodziców, którzy stają się ofiarami własnych dzieci

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 grudnia 2017
Fot. iStock / Choreograph
Fot. iStock / Choreograph

Na pewno słyszeliście o tym lub sami tego doświadczyliście – zdarza się, że to dzieci przejmują rolę domowego kata i znęcają się nad rodzicami. W grę wchodzi zarówno przemoc fizyczna jak i emocjonalna, a takie sytuacje są szalenie skomplikowane i (w przypadku braku reakcji i bezradności rodziców) mogą ciągnąć się latami. Tymczasem prawdziwa przyczyna tkwi w historii rodziców właśnie – w tym, jak byli wychowywani, jakie mieli doświadczenia z dzieciństwa i jakich wzorów dostarczyli im ich własni rodzice.

Jeśli więc obserwujesz u swojego dziecka niebezpieczne tendencje, odpowiedz sobie szczerze na pytanie: czy w dzieciństwie byłeś zastraszany przez rodziców? Czy dorastałeś w towarzystwie rodzica „nieobecnego” lub byłeś zaniedbany emocjonalnie? Czy miałeś narcystycznego rodzica? Ważny jest również twój związek. Jeśli jesteś w nieszczęśliwej relacji albo twój partner reprezentuje inny styl rodzicielski, trudno wam efektywnie i dobrze wychowywać.

Istnieją trzy style rodzicielskie, które przyczyniają się do tego, że dzieci mogą się nad nami znęcać

„Rodzic winny” 

Coś poszło nie tak – rozwód , choroba, trudności finansowe – a teraz czujesz się winny. Aby złagodzić poczucie winy, dajesz swoim dzieciom zbyt dużo swobody i stawiasz niewystarczającą ilość granic.

„Rodzic niespokojny”

To rodzic, który zawsze się martwi i wiecznie się niepokoi. Dzieci doświadczają lęku rodzica, często słyszą „nie wierzę w ciebie”, „nie ufam ci” lub „nie jesteś wystarczająco zdolny/dobry”, a to wywołuje olbrzymi gniew, agresję i frustrację.

„Rodzic – wszystko załatwię”

Ci rodzice nie mogą znieść frustracji swoich dzieci i nieustannie wkraczają w ich życie by rozwiązywać problemy za nie Tacy rodzice mają dobre intencje, ale ich wynik ich działań jest przerażający. Dziecko pozostaje zależne od rodziców i nieświadomie ich odrzuca. Nigdy nie jest usatysfakcjonowane. W rzeczywistości im więcej mu dajesz, tym mniej cię docenia. Dzieci mają naturalną chęć bycia niezależnymi. Rodzic „wszystko załatwię” zniechęca je, a zatem opóźnia emocjonalny rozwój własnego dziecka. Dzieci takich rodziców mają tendencję do starzenia się, ale nie dojrzewania.


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Zobacz także

Fot. iStock

Młodzież chce o seksie, rodzice o wartościach. Wychowanie do życia w rodzinie poprowadzi katechetka

Fot. iStock/PeopleImages

Rewolucja w leczeniu raka? Co oznacza medycyna integracyjna

Fot. iStock / Westersoe

8 leczniczych właściwości chili. Jest lepsza niż niejeden suplement diety!