Odżywiaj się mądrze. Dowiedz się, jakim typem metabolicznym jesteś i co się z tym je

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 października 2017
10 grzechów głównych twojej lodówki
Fot. iStock / YinYang
 

Zastanawiasz się: „Jak ona to robi, że na tej diecie tak chudnie, a ja ani rusz”? Albo decydujesz się na dietę, po której przyjaciółka nie ma efektu jojo, tymczasem ty tyjesz po niej na potęgę.

Szczerze? Serdecznie dość mam zalewających rynek książek w stylu: „Najlepsza dieta świata”. Wszyscy próbują się prześcignąć w tym, która dieta jest najskuteczniejsza, najprostsza i idealna właśnie dla ciebie. Jakiś szał. A jak ostatnio kolega na siłowni powiedział mi: „Wiesz, jestem na diecie pudełkowej”, to omal nie spadłam z ławeczki z dość sporym obciążeniem.

I kiedy wpadła mi w ręce książka „Metaboliczne IQ – twój kod do zdrowia”, nie ukrywam, że podeszłam do niej bardzo, ale to bardzo sceptycznie. Tymczasem lektura okazała się niezwykłym odkryciem. Stąd rozmowa z autorką Agnieszką Pająk. Poznajcie swój typ metaboliczny, żebyście w końcu mogli jeść, co chcecie i nie korzystali z gotowych diet, które w ogóle nie są dla was. A kto wie, może ktoś z was zrozumie, dlaczego kłóci się ze swoim partnerem?

Typ metaboliczny – z czym to się właściwie je?

Twórcą typów metabolicznych był William Wolcott, amerykański lekarz. On pierwszy dokonał takiego podziału. Natomiast ja – przez 10 lat współpracy z marką Dr Grace ( Dr Grażyna Pająk), rozpracowałam je dogłębnie i rozwinęłam do pięciu typów, ponieważ zwłaszcza w typie mieszanym występują różnice. Niedawno na podstawie analizy danych, które otrzymujemy ze stworzonego przez nas systemu online doszedł jeszcze typ szósty – zaburzony metabolizm.

Udzielone odpowiedzi sugerują, iż reakcje na skrajnie różne grupy produktów są podobne, mimo tego absolutnie nie wskazują na typ metaboliczny mieszany, który charakteryzuje się zróżnicowaniem odpowiedzi. Organizmem osoby z takim wynikiem rządzi rozchwiany autonomiczny układ nerwowy. Raz górę bierze układ współczulny – roślinożerca, aby następnie zostać zdominowanym przez układ przywspółczulny – mięsożercę.

To jakim typem metabolicznym jesteśmy określa sposób w jaki nasz organizm spala cukier.

I tak – typ węglowodanowy spala cukier dużo wolniej niż typ białkowy, który jeśli będzie się żywić węglowodanami, musli i wszystkimi produktami, które są łatwo trawionym cukrem, to będzie mieć ciągłe jego skoki we krwi, będzie tyć, źle się czuć, stanie się agresywny/a i odwrotnie. Natomiast, gdy typ skrajnie węglowodanowy będzie się żywić białkiem i dużą ilością dobrego tłuszczu popadnie w depresję i będzie płakał w kącie – to tak w skrócie.

Jakie typy metaboliczne wyróżniamy?

Mamy trzy główne typy. Typ metaboliczny węglowodanowy, mieszany i białkowy. Typ mieszany powinien jadać w proporcjach 50:50, jeżeli chodzi o tłuszcze, białko i węglowodany. Jeśli nie przesadza w żadnym z kierunków, to ogólnie czuje się dobrze, nie tyje, zachowuje równowagę.

Dla typu białkowego 70% diety powinny stanowić białka i tłuszcze, natomiast 30% węglowodany.

Natomiast typ węglowodanowy powinien jadać 60% węglowodanów i 40% białka i tłuszczy. Bardzo często ten właśnie typ zapomina o tłuszczu, wydaje mu się, że jada go bardzo dużo, a potem okazuje się, że jest to łyżeczka masła przez cały tydzień. A przecież nasz organizm jest zbudowany z białek i tłuszczy, jeżeli nie dostarczymy mu tych komponentów, nie jesteśmy w stanie się regenerować i czujemy się źle.

Wyróżnione przeze mnie dwa dodatkowe typy: typ mieszany węglowodanowy i mieszany białkowy to typy, gdzie proporcje spożywanych produktów przechylają się na stronę białkową lub węglowodanową.

Skąd możemy się dowiedzieć, jakim typem metabolicznym jesteśmy?

Najlepiej rozwiązując test, który znajduje się w książce. Pytania w nim zwarte zostały skonstruowane w taki sposób, aby bez większego trudu móc na nie odpowiedzieć.

Jakie to pytania?

Między innymi: jak się czujesz po zjedzeniu czerwonego mięsa, a jak po zjedzeniu posiłku tuż przed snem. Jakie jedzenie osłabia koncentrację, a jakie produkty sprawiają, że się uspokajamy, albo wręcz przeciwnie – irytujemy. Tych pytań jest 48 i dotyczą różnych obszarów, także reakcji naszego organizmu na produkty, problemy ze skórą.

Kiedy obserwuję, jak ludzie rozwiązują ten test, to widzę, jak bardzo niektórzy mają zaburzony metabolizm, do tego stopnia, że nie potrafią odpowiedzieć na pytania bez cienia wątpliwości. W takim przypadku polecam przeprowadzenie czterodniowego testu, który polega na tym, by przez dwa dni jadać w skrajnych proporcjach białkowych przez dwa kolejne w skrajnych proporcjach węglowodanowych. Najlepiej przeprowadzić ten test w weekend, bo wtedy jesteśmy w stanie najbardziej wsłuchać się w nasz organizm. Wyjątek może stanowić sytuacja, kiedy występują jednostki chorobowe – wtedy faktycznie trudno o prawidłowy wynik testu. Natomiast „normalny” zdrowy człowiek jest w stanie to zrobić.

Pokazuje Pani jak bardzo ważne, by przyjrzeć się sobie i zauważyć, jak po danym rodzaju produktów się czujemy.

Zgadza się. W prawidłowym rozwiązaniu testu ważne jest to, by zrozumieć, że robimy to dla siebie, a nie pod oceny. Bo często może się komuś wydawać, że któryś z typów może być zły, czy gorszy i często asekuracyjnie wybieramy odpowiedzi, na zasadzie: „wszyscy biorą B, to ja też wybiorę”. Wybieramy też odpowiedzi przez pryzmat tego, jak wszyscy się żywią w rodzinie, sugerujemy się tym, co wszyscy jedzą, a nie tym, jak my się po tym jedzeniu czujemy.

Na szczęście panuje coraz większa świadomość tego, co jemy, choć odnoszę wrażenie, że częściej wtedy, kiedy chcemy schudnąć. Później znowu wrzucamy w siebie jedzenie bezrefleksyjnie.

Nigdy się nie odchudzałam, chociaż wyglądałam różnie w zależności do tego, gdzie, jako nastolatka, jeździłam na wakacje. Jak pojechałam do jednej cioci, która karmiła mnie węglowodanami, dżemami, ziemniakami, a jestem skrajnym typem białkowym, to po tygodniu przytyłam 12 kilo i wyglądałam jak piłka plażowa. Natomiast jak pojechałam z drugą ciocią nad morze i przy niej jadłam kurczaki, warzywa, to ważyłam 48 kg i było mi widać żebra. Nie byłam na żadnej diecie, mimo że popadałam w różne skrajności.

Widziałam ostatnio dwie książki w księgarni pani dziennikarki, która spektakularnie schudła i powiem, że jestem zawiedziona tą treścią.

Każdy prześciga się w tym, która dieta jest najlepsza.

Dostajemy bardzo dużo diet od ludzi, którzy ogromnie się roztyli i popadli naprawdę w jakieś wagowe skrajności. Obserwuję też panie dietetyczki na rynku i co widzę. Otóż jeśli pani dietetyczka ma typ metaboliczny skrajnie węglowodanowy swoim sposobem żywienia próbuje odchudzić wszystkich z lepszym lub gorszym skutkiem. Cóż, na chwilę to działa, a potem przychodzi efekt jojo.

Co wyróżnia określenie swojego typu metabolicznego od innych diet?

Chyba najlepiej, jak podam przykład. Pamiętam, jak kiedyś prowadziłyśmy audycję w radiu na temat typów metabolicznych. Zadzwonił do nas zszokowany człowiek mówiąc, że uratowałam mu życie, bo odkąd wprowadził się do swojej partnerki, to był na skraju wyczerpania emocjonalnego. Cały czas się kłócili albo partnerka była w depresji albo on był agresywny, coś złego działo się z jego zdrowiem. Ogólnie związek mu się sypał. Co się okazało. Otóż kiedy byli razem, ale mieszkali osobno, żywili się jednak w inny sposób, bo każdy sam sobie gotował. Natomiast, kiedy on się do niej przeprowadził, zaczął jadać węglowodany, makarony, mączne rzeczy i czuł się coraz gorzej, tył z dnia na dzień. Kiedy usłyszał w radiu o typach metabolicznych, zrozumiał, gdzie tkwił jego problem.

Zresztą, to często jest bardzo widoczne w małżeństwach. Widzimy tęgą kobietę i szczupłego mężczyznę albo na odwrót. Duży misiek, którego żona katuje kolejnymi dietami, a on jest coraz grubszy, coraz bardziej wściekły i nie wiadomo, czego ona by nie robiła, jakby go nie karmiła, to go nie odchudzi.

Ciekawe…

Co więcej, obserwując ostatnio dzieci podczas wakacji na Sycylii, po tym jak się zachowywały, po ich charakterze i postawie, mogłam określić, jakim są typem metabolicznym. Dziecko „węglowodanowe” się obraża i histeryzuje i z nikim się nie bawi, a „białkowe” zrobi aferę, krzyknie na wszystkich i po 15 minutach już jest okej. Dalej się kąpie, bawi się z innymi dziećmi.

Moja najnowsza obserwacja jest taka, że typ białkowy cierpi bardzo często na przeprost kręgosłupa przez co ma do przodu wypchany brzuch i to nie jest kwestia otyłości. I choćby nie wiem, co robił, to nigdy nie będzie mieć tak wklęsłego brzucha, jak typ węglowodanowy. To widać na plaży bez względu na narodowość ludzi, których obserwuję.

Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz. To jakim ktoś jest typem metabolicznym widać po emocjach, formułowaniu maili. Oczywiście, że wyuczone rzeczy mają wpływ, ale te naturalne odsłaniają nasze metaboliczne metaboliczne IQ.

To znaczy?

Typ węglowodanowy, kiedy dzwoni to przez pierwsze piętnaście razy przeprasza nim zacznie rozmawiać, spyta pięć razy czy nie przeszkadza i zanim dojdzie do sedna minie kilkanaście minut. Tymczasem typ białkowy zadzwoni i powie: „Chcę się umówić na wizytę, są wolne terminy?”.

Idealnym przykładem takiego skrzyżowania dwóch różnych typów, jest duet Marcin Prokop i Dorota Wellman. On typ skrajnie węglowodanowy, ona białkowy i pewnie do diety podsuwają jej warzywa, by schudła, a to nie tędy droga, tak się nie uda.

Mamy klientkę, która przyjechała ze Stanów na warsztaty. Przez wiele lat leczono ją bezskutecznie na „ostrogi”, a okazało się, że brakowało jej białka i tłuszczy. Jak zaczęła jeść odpowiednie produkty, to przestały boleć ją pięty.

Mało tego, nowe badania mówią, że zmieniając swój mikrobiom, można zmodyfikować charakter – studenci, którzy byli małomówni i się wstydzili, zaczęli jadać kiszonki i stali się bardziej otwarci i odważni. Myślę, że nie bez znaczenia było to, jakim typem metabolicznym byli.

Jak widać to, co jemy ma wpływ nie tylko na to, ile ważmy i jaką dietę powinniśmy stosować, ale także na to, jak się zachowujemy. Równowaga to jest klucz do zdrowia fizycznego, psychicznego, duchowego i społecznego, a metaboliczne IQ to twój kod do zdrowia.

autorkaAgnieszka Pająk – diet coach, twórczyni popularnego portalu slowfoodlife.com, proppagatorka zdrowego stylu życia , ekspert wellness, członek Slow Food International.

 

 

 

 

 

 

 

METABOLICZNE IQ_okladka


Dobrze jest być potrzebnym, dobrze jest czuć się kochanym. Przecież każdy ma jakiś swój osobisty Mount Everest

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
15 października 2017
Fot. iStock/STEFANOLUNARDI
Fot. iStock/STEFANOLUNARDI
 

Mariola

Młoda duchem, metryką dojrzała. Sześćdziesiąt wiosen na karku. Drobna brunetka, zaledwie 150cm wzrostu, waga piórkowa. Z zawodu księgowa, z zamiłowania artystka umiejąca szyć, malować, rysować, rzeźbić, wycinać. Zwykłe kotlety robiła z finezją. Ubierała się inaczej niż wszystkie dziewczyny w biurze. Schludnie, elegancko, ale zawsze z odrobiną fantazji. Życie było raczej dla niej łaskawe.

Mimo biedy skończyła studia. W latach siedemdziesiątych nie było to takie proste. Rodzice chodzili dumni, że choć jedna latorośl z pięciu skończy studia. Tak też się stało. Mimo zapędów artystycznych skończyła ekonomię i dzielnie pracowała w biurze, choć ambicje były inne. Realizowała je w domu, bo gdy powiła najpierw jedną, potem drugą i trzecią córkę, pracy było dużo. Wiadomo,  trzeba było stroje na przedstawienia szyć, na bale, pomagać w plastyce i zpt. Robić babeczki, szyć lalkom ubranka. A w sklepach przecież nic nie było. Toteż wełna, włóczka, materiały miały swoje miejsce w skrzyni w kuchni i czekały aż Mariola z nich coś wyczaruje. Obrusy, zasłony, narzuty, szale, chusty. Była szczęśliwa. Kochający mąż, zdrowe i śliczne dziewczynki.

Czas mijał. Artystycznie pragnęła więcej. Skorzystała więc i szybciej przeszła na emeryturę. Teraz miała czas na pasję, którą kryła w zaciszu domowym. Pragnęła otworzyć jakiś klubik dla dzieci, świetlicę lub coś podobnego. Widziała w jakim pośpiechu żyją młodzi rodzice, jej córki wieczne gdzieś pędziły. Ta najmłodsza nawet dzieci mieć nie chciała, bo czasu mało. Z pomocą przyszedł mąż. Zawsze sprawiał, że Mariolka żyła jak w bańce mydlanej. Nie martwiła się o rachunki. Ona z pensji kupowała jedzenie i wyżywała się artystycznie. Mąż teraz tyle zarabia, że ona emeryturę ma dla siebie, na swoje pędzelki, jak to Marek mawiał pieszczotliwie. Kupił jej więc lokal, wyposażył. Mogła szaleć. Córki pomogły w reklamie. Założyły stronę internetową i fejsbuka. Wieść szybko się rozeszła, bo w okolicy znali talent Marioli.
Dzieci z osiedla przychodzi dużo. Zamiast siedzieć przed komputerem kleją, malują, szyją, wycinają, a nawet robią na drutach. Zawsze mają jakiś temat, a pod koniec projektu zapraszają rodziców i najbliższych na swój własny wernisaż. Jest pyszna kawa, herbata z dodatkami i domowe ciasto, zrobione lepiej niż w cukierni. Dzieciaki nazywają ją ciocią Mariolką. Nie wygląda na ich babcię, choć mogłaby nią być.  Czuje się potrzebna, rozwija się jak nigdy dotąd. W końcu ta praca ma sens. Ma duszę.  Praca w księgowości natomiast była mdła. Nijaka wręcz. Mariola usychała. W Artklubie jest ta iskra, która płonie i daje światło innym. Ta woda, która daje życie. Zarobione pieniądze Mariola inwestuje w swoje „dziecko”. Rozwija się i ma wpływ na innych. Jest szczęściarą, może nawet nie do końca świadomą luksusu, jaki daje jej Marek. Ma zajęcie, które kocha. Rodzinę, dającą wsparcie i właśnie Marka, który spełnił jej marzenia. Docenił wychowanie trzech wspaniałych panien i wykonywanie pracy, która nudziła ją śmiertelnie. Miłości chyba piękniej nie da się wyrazić.

Helena

Kobieta 60 plus. Zadbana, nie chuda, nie gruba. Wygląda jak równolatki. Wiadomo, tłuszczyk się gromadzi tu i ówdzie. Krótkie włosy. Zero makijażu. Nigdy się nie malowała. Do twarzy używa kremu nivea, jest mu wierna od ponad 30 lat. Tak jak mężowi, którego mniej więcej tyle lat temu straciła w wypadku samochodowym. To był cios, została sama z pięcioletnim Piotrusiem. Wszystko nagle było na jej głowie. Nie miała auta, komórki, laptopa jak dzisiejsze kobiety. Dobrze, że synek lubił przedszkole. Spędzał tam przecież całe dnie. A ona wiecznie pędziła do pracy, z pracy. W latach osiemdziesiątych nie było tak łatwo zrobić zakupy. Nawet po stanie wojennym. Tu też musiała walczyć.
Młoda wdówka w pracy miała wzięcie. Pracowała w kadrach w fabryce. Sami mężczyźni prawie. Przychodzili, prawili komplementy, kupowali goździki i rajstopy na Dzień Kobiet. Próbowali się umówić. Helena jednak była w żałobie. Długo. Poza tym uważała, że skoro przyrzekała aż po grób to postanowiła aż po grób być wierną i poświęcić się synkowi. Był grzeczny, w szkole piątki i czwórki, żadnych uwag. Jej mały mężczyzna. Czuła satysfakcję. Czasem tylko wieczorem smutek, że sama pije herbatę, że na imieniny Halinki nie pójdzie, bo nie ma z kim Piotrusia zostawić ani przede wszystkim z kim iść. Lata mijały. Piotruś stał się Piotrem. Skończył ogólniak. Poszedł na studia. Śmiał się, że mama w końcu może na randkę pójdzie. Może i by poszła, ale już chętnych brak. Potem ganiła się za takie myśli. Po grób to po grób.
Piotr się ożenił, założył rodzinę. Helena pomagała w wychowaniu małej Ani. Była na każde zawołanie. Syn i synowa szanowali ją, zrobili jej remont, chodzili do lekarza, robili zakupy, by nie dźwigała.
Helena nie ma na co narzekać. Dorabia na emeryturze, ma kochające dzieci i śliczną wnuczkę. Jednak czuje żal i gorycz. Ile ją ominęło przez te lata. Nie była w kinie od kilkudziesięciu lat, nie licząc bajek obejrzanych z synem. W restauracji, nie licząc imprez rodzinnych. Z luksusów tylko fryzjerka. Od zawsze trwała. Nie była u kosmetyczki, o spa nie wspominając. Na wakacjach też nie, nie licząc ostatnich dwóch wyjazdów z synem i jego rodziną. Ani na sylwestra, balu, aerobiku dla seniorów. Chodzi do biblioteki, kościoła, sklepów, przychodni. Na rynek i cmentarz. Koleżanki powoli już odchodzą. Coraz więcej ma grobów do odwiedzenia. Niby wszystko jest w porządku, ale gdzieś głęboko czuje pustkę, której nie wypełniła. Ma ludzi dokoła, a czuje się samotna. Dziś wie, że zatwardziałe obstawanie przy swoim nie miało sensu. Wojtek przecież by się nie obraził gdy kogoś poznała. Była bardzo młoda, potrzebowała męskiego wsparcia. Teraz to wie. Żałuje, że więcej nie myślała o sobie, że tak naprawdę o sobie zapomniała. Postanawia zawalczyć o te ostatnie lata. Prosi dzieci, by mieć dzień wolnego, by móc robić to, co chce. By spróbować czegoś nowego i innego. Nie figle jej w głowie, ale teatr, opera, kino. Może kiedyś wycieczka.

W ręce wpada jej ulotka uniwersytetu 3-go wieku. Może zatem jakiś kurs, wykłady. Ania zadaje czasem trudne pytania i ona, babcia, nie zna odpowiedzi. Ach i może jeszcze telefon komórkowy z internetem. Piotr nauczy, pokaże jak mieć kontakt ze światem. Helena się otwiera. Późno, powoli. Chłonie całą sobą, póki może. Całe życie chodziła po dolinach i równinach, teraz czuje się jakby była przed wyprawą w Tatry, a może i w Alpy. A w sumie to w Himalaje. Boi się, ale jest cholernie ciekawa i zła, że do tej pory była takim tchórzem. Teraz wejdzie tam, wlezie, nawet na czworaka. Da radę. Musi. Każdy przecież ma jakiś swój osobisty Mount Everest.

 

                                                                                                                                                        Autorka: Poli-Ann


Wcześniej czy później – każdą z nas to czeka. Oto nietypowe objawy menopauzy

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
15 października 2017
Fot. iStock/JANIFEST
Fot. iStock/JANIFEST
 

Menopauza? Ho, ho! Przecież to jeszcze kupa czasu. I tak zwalamy pierwsze, nietypowe objawy na stres, przemęczenie, problemy osobiste. Wydaje nam się przecież, że wciąż jesteśmy za młode na to, by wejść w okres przekwitania. Poza tym wielokrotnie słyszałyśmy, że menopauzę zwiastują uderzenia gorąca i nieregularne miesiączki.

Menopauza, zwana inaczej klimakterium lub przekwitaniem, występuje najczęściej między 45. a 55. rokiem życia. Pierwsze objawy mogą jednak pojawiać się nawet 10 lat wcześniej, w momencie, gdy kobieta jeszcze miesiączkuje i nie zauważa delikatnych zmian w funkcjonowaniu organizmu, spowodowanych hormonami. Menopauza jest całkowicie naturalnym procesem, występującym między okresem rozrodczym, a starzeniem się, jednak nie wszystko panie potrafią się z tym pogodzić. Szczególnie, gdy przekwitanie rozpocznie się wcześniej niż standardowo (przyspieszenie wynika najczęściej z innych chorób lub zabiegów operacyjnych) lub objawia się nietypowo.

Okres przedmenopauzalny

Charakteryzuje się zmniejszoną produkcją hormonów płciowych (progesteronu i estrogenu), co skutkuje przede wszystkim nieregularnymi miesiączkami i trudnościami z zajściem w ciążę. Zmiany te powodują objawy fizyczne i psychiczne. O ile uderzenia gorąca, nocną potliwość czy nieregularne (ale także zbyt skąpe/obfite) krwawienia potrafimy szybko skojarzyć z menopauzą, problemy z koncentracją, szumy w uszach lub ataki lęku już niekoniecznie.

Właśnie ten ostatni objaw bagatelizujemy najczęściej. Nagłe, nieoczekiwane napady niepokoju i paniki wiążemy ze stresem, którego doświadczamy w codziennym życiu. Niektóre z nas szukają więc pomocy u psychiatry lub psychologa, co oczywiście nie jest błędem, ponieważ sparcie psychiczne jest w tym momencie potrzebne. Często jednak nie chodzi o nerwicę czy depresję, a o zaburzenia hormonalne.

W okresie przedmenopeuzalnym pojawiają się także problemy z oddychaniem, dające wrażenie duszenia się. Objaw ten może sugerować alergię czy astmę. Te z nas, które namiętnie palą papierosy, pewnie zrzucą wszystko na swoje uzależnienie.

Do innych objawów, które bardzo łatwo mogą zmylić, zaliczamy m.in.: kołatanie serca, spadek libido, suchość pochwy, bóle mięśni i stawów, pogorszenie pamięci i notoryczne zmęczenie.

Fot. iStock/wildpixel

Fot. iStock/wildpixel

Menopauza

Menopauzą określa się dzień ostatniej miesiączki w życiu kobiety. Dla wielu z nas już sama świadomość, że okres rozrodczy się skończył, jest bardzo trudnym doświadczeniem. Nieprzyjemne objawy, z którymi musimy się zmagać przez kilka miesięcy a nawet lat wcześniej, nie ułatwiają pogodzenia się z przekwitaniem.

Wielu lekarzy proponuje kobietom zastępczą terapię hormonalną, która znacznie łagodzi symptomy klimakterium. Aby jednak można było ją wprowadzić, konieczna jest odpowiednia diagnoza. Większość pań niestety unika kontaktu z lekarzami, ponieważ bagatelizuje swoje objawy. Inne natomiast boją się samego hasła „menopauza” i wolą dowiedzieć się jak najpóźniej. Zdarzają się jednak i takie, które odwiedzą wielu specjalistów (kardiologa, pulmunologa czy ortopedę), zanim trafią do ginekologa, który zleci badania hormonów.

Jak sobie pomóc?

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że menopauza jest naturalnym zjawiskiem, którego doświadczają wszystkie kobiety. Przygotuj się na wystąpienie niektórych nieprzyjemnych objawów. Gdy zastanawiasz się, czy proces ten już się u ciebie rozpoczął, porozmawiaj na ten temat ze swoim ginekologiem.

Poszukaj wsparcia wśród innych kobiet. Niestety klimakterium wciąż jest tematem tabu, a szkoda, ponieważ wymiana doświadczeń jest w tej sytuacji bardzo pomocna. Większość pań z reguły jest przerażona nagłymi wahaniami nastroju, wywołanymi zmianami hormonalnymi, co może prowadzić do depresji. Najlepsze, co możesz w tej sytuacji zrobić dla siebie, to wizyta u ginekologa i szczera rozmowa z drugą kobietą.

Źródło: Menopauza/Medonet


Zobacz także

Fot. Archiwum prywatne

Dzień Taty bez taty

Fot. iStock/Martinan

„Byłem jej pierwszym klientem, w jej pierwszy dzień pracy. Była dziwką”. Historia pewnej niezwykłej miłości

fot. iStock/berdsigns

Bezinteresowne lwice. Silne kobiety, które nigdy się nie poddają