Naucz się spać na plecach. Naprawdę warto!

Redakcja
Redakcja
4 marca 2019
Jak spać na plecach?
Fot. iStock / GeorgeRudy – Jak spać na plecach?
 

Jak spać na plecach? Zastanawialiście się nad tym? Często, zwłaszcza, gdy czujemy, że się nie wysypiamy, szukamy optymalnej pozycji do spania, takiej, która dla nas będzie najwygodniejsza. I tak jak spanie na plecach raczej nie służy kobietom w ciąży lub tym, którzy cierpią na bezdech senny, to jednak ta właśnie pozycja ma wiele zalet. ponieważ:

– utrzymuje wyprostowany kręgosłup

– zmniejsza bóle głowy związane z napięciem mięśni

– pomaga zmniejszyć ciśnienie

– łagodzi bóle zatok

– pozwala uniknąć zmarszczek i podrażnionej skóry.

Tylko ja na plecach spać, skoro w środku nocy budzicie się śpiąc na boku, czy na brzuchu? Jest kilka sztuczek, które warto zastosować.

Jak spać na plecach?

To nie takie oczywiste, czasem wystarczy kilka trików, by nawet na plecach było nam wygodnie. Podpowiadamy, jak się tego nauczyć.

Spraw sobie twardszy materac

Choć spanie na miękkim łóżku wydaje się kuszące, to jednak sprawa, że przez zapadający się w materacu tyłek mięśnie dolnej części pleców i nóg napinają się. To jest mało przyjemne podczas snu, w efekcie budzimy się mając poczucie zmęczonego wysiłkiem ciała.

Pomyśl o dobrej poduszce lub… jej braku

Poduszka do także podstawa dobrego snu, zwłaszcza jeśli chodzi o wsparcie dla naszej szyi. Jeśli śpimy na w miarę twardym materacu, być może wystarczy tylko ręcznik pod głowę, który pozwoli utrzymać nasze ciało w równowadze, bez nadmiernego rozciągania. Jeśli cierpisz na chroniczne bóle głowy, zrezygnuj z poduszki, śpij na płasko, uwierz – to może pomóc.

Podłóż poduszkę pod kolana

Jeśli zrezygnujesz ze spania na poduszce, możesz ją sobie podłożyć pod kolana. To pomaga w trakcie snu złagodzić bóle kręgosłupa i ograniczyć… wiercenie się.

Połóż swobodnie ręce i nogi

Spanie na plecach nie oznacza, że musisz trzymać przy sobie wyprostowane ręce i proste nogi. W rzeczywistości utrzymywanie sztywności mięśni przez całą noc jest prawdopodobnie sprzeczne z intuicją. Kładąc swobodnie ramiona i nogi, rozkładasz swoją wagę tak, aby w twoich stawach nie narastało napięcie.

Odwiedź nas na Facebooku 🙂


„Hospicjum to też życie, choć z mniej czy bardziej wyraźnym limitem”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
4 marca 2019
Ania z hospicyjną pielęgniarką Wiolą Wojciechowską
 

Hospicjum to też życie, choć z mniej czy bardziej wyraźnym limitem. Słyszałam w hospicjum wiele pięknych historii, ale najczęściej zmierzających do widocznej finalnej kropki. Tak się cieszę, że mogłam spisać inną, która na życie się otwiera. Historię małej Ani.

– Tu nie jest do napisania artykuł, tylko cała książka – słyszę od Wioli Wojciechowskiej, która w Domowym Hospicjum dla Dzieci im. ks. Dutkiewicza Anią opiekuje się od ponad pół roku. – Przeszła spektakularną operację, dzięki której nastąpiło nieprawdopodobne odwrócenie sytuacji. Pojawiły się szanse na powrót do zdrowia – dorzuca hospicyjny doktor Jacek Gołębiewski, mający za sobą ciut dłuższy staż opieki nad malutką. – Jest najradośniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek poznałam. Ania bardzo docenia, że żyje – mówi mama, Dominika Knyszyńska. – To jest nasz mały cud – stwierdza. – Wielki cud – poprawia tata Leszek. Dziesięciomiesięczny Mały Wielki Cud przygląda mi się uważnie i po chwili rozjaśnia w uśmiechu, od którego stopniałby niejeden lodowiec.

Cudowna rodzina

Janek, starszy brat Ani, dziś siedmioletni, od długiego czasu przekonywał rodziców, że powinien mieć rodzeństwo. Wiadomość, że został wysłuchany, przyjął więc z wielką akceptacją. Cieszyli się wszyscy, mniej więcej do 13. tygodnia ciąży, kiedy okazało się, że wyczekiwana siostra Jasia urodzi się chora. Diagnoza zespołu Di George’a – dość rzadkiej choroby genetycznej, która występuje w proporcjach 1 do 4-5 tysięcy żywych urodzeń, padła pod koniec sierpnia. Przed Jasiem był ważny czas, właśnie szedł do zerówki, ale niestety to ta wiadomość zyskała bolesny priorytet. Ostatniego dnia wakacji dowiedzieli się, że ich mała Ania przyjdzie na świat z zarośniętymi tętnicami płucnymi i że nikt w Polsce jej nie uratuje. Już wtedy usłyszeli od lekarzy, że pomocy trzeba będzie szukać za granicą.

Ania urodziła się 3 stycznia i jak na swój stan do domu wyszła względnie szybko, bo w 11. dobie. Tylko że bez specjalistycznego sprzętu i z rodzicami nieprzygotowanymi do opieki nad tak chorym dzieckiem, więc do szpitala wróciła po 5 dniach. Właściwie do szpitali, bo po drodze było ich kilka, a jeszcze więcej oddziałów, na które ją przerzucano.

Była niewygodną, zupełnie nierokującą pacjentką, a jej rodzicom nie dawało się wytłumaczyć, że walka o nią jest bezsensowna. – Proszę państwa – usłyszeli od jednej lekarek – jest taka linia, 50 procent jest po jednej, a 50 procent po drugiej stronie. Dla mnie wasza córka jest po tamtej. Skreślano ją, dziwiąc się, po co bliscy naciskają na kolejne badania, przecież Ania w najlepszym wypadku i tak będzie rośliną.

Mało że naciskali. Doprowadzili do przeprowadzenia wszystkich badań, jakie były potrzebne. A potem Patrycja, siostra mamy Ani, z ich wynikami pojechała osobiście do Rzymu, gdzie w Szpitalu Dzieciątka Jezus pracuje doktor Adriano Cariotti, jeden z nielicznych na świecie specjalistów podejmujących się operacji na zrośniętych tętnicach płucnych u dzieci. Dzięki samozaparciu Patrycja uzyskała swoje 90 sekund z doktorem i w efekcie, po jeszcze kilkutygodniowych perypetiach, mała Ania została zakwalifikowana do zabiegu.

Od doktora Jacka słyszę, że rodzice są bardzo samodzielni i zaradni. Doktor podkreśla rolę taty, który wszystko przy Ani potrafi zrobić. Chyba jest pod wrażeniem.

Od pielęgniarki Wioli słyszę, że to jest rodzina z tych najbardziej się kochających pod słońcem, ze szczególnym uwzględnieniem roli mieszkającej niedaleko babci.

Od Jasia słyszę, że siostra jest naprawdę w porządku, a on ma już przy niej szereg obowiązków, w tym mycie malutkich stópek podczas wieczornej kąpieli.

Są cudowni, sama widzę.

Ania z mamą, tatą (od prawej), dr. A. Cariottim i A. Nowakiem

Cudowne hospicjum

W oczekiwaniu na operację rodzinę Knyszyńskich wspierało Domowe Hospicjum dla Dzieci im. ks. Dutkiewicza, do którego Ania trafiła w marcu 2018 roku. Był to warunek wypisania jej ze szpitala. Rodziców na początku trudno było do tego przekonać. – Hospicjum źle mi się kojarzyło, z umieralnią – przyznaje Leszek. – Powiedziałem, że załatwię dla Ani prywatną opiekę pielęgniarską i lekarską, tylko… że nikt nie chciał się jej podjąć, za żadne pieniądze. Dopiero doktor Gołębiewski wytłumaczył nam, że hospicjum nie zawsze jedynie towarzyszy u kresu życia, ale czasami też pomaga na pewnych trudnych etapach, by móc je zwycięsko przejść.

Wiola Wojciechowska wspomina, że jej pierwsza wizyta u Ani w domu trwała blisko 8 godzin i przeciągnęła się do 22.00. Następnego dnia była tam z powrotem już o 6.00, a przez następne 3 tygodnie stała się prawie ich domownikiem. W hospicjum jest pielęgniarką „od malutkich dzieci”, ale Anię z pierwszego spotkania zapamiętała jako prawdziwą kruszynkę. Mocno siną, wystraszoną, niemającą siły płakać. Wydawała się całkowicie odcięta od świata. Nic dziwnego, dopiero zaczynała się uczyć jego zapachów, kolorów i dźwięków. W momencie wejścia do domu po tak długim pobycie w szpitalu dzieci ponoć jakby rodzą się na nowo, ale u Knyszyńskich sytuacja była wyjątkowa. Wiola zauważyła to od razu i musiała rodzicom przekazać ogromną wiedzę, tak by w każdej sytuacji mogli być „jej rękoma”.

– My bez hospicjum nie dalibyśmy rady – przyznają oboje rodzice zgodnie. – Nie wypuściliby nas ze szpitala. Tu dostaliśmy potrzebny sprzęt: koncentrator tlenu, ssak, pulsoksymetr, pompę do jedzenia, ale przede wszystkim uważną, prawdziwą opiekę, nie tylko w ramach wizyt.

Wiedzą, że zawsze mogą zadzwonić i o coś zapytać. Na przykład do doktora Jacka podesłać MMS ze zdjęciem najświeższych wyników badań, by szybko otrzymać poradę. Do Wioli dzwonili nawet z Rzymu, kiedy małej przytrafiły się pleśniawki. A Ania Mickiewicz, hospicyjna rehabilitantka, na prośbę rodziców do ich kruszynki przychodzi trzy razy w tygodniu. Bardzo to doceniają.

– To jakiś cud, że trafiliśmy do tego hospicjum – wzdycha mama. – Wszystkie są takie cudowne? – dopytuje tata.

Cudowna zbiórka

A ze zbiórką na operację to było tak. Zaraz po urodzeniu Anulki zapisali się do Fundacji Serce Dziecka, w której powiedziano im, że istnieje możliwość zbierania pieniędzy na operację dla dziecka za pośrednictwem portalu siepomaga.pl. Tekst otwierający zbiórkę dla Ani na największym w Polsce portalu zbiórek charytatywnych siepomaga.pl zaczynał się dramatycznie: „Anulka będzie żyła pod warunkiem, że zdążymy! Ponad 130 tys. musimy zapłacić za życie córeczki. Lekarze w Polsce spisali ją na straty, nie mają pomysłu, jak jej pomóc. Dla Anulki nie ma czasami miejsca na OIOM-ie, bo tam ratuje się ludzi, a przecież nasza córeczka powoli umiera… Teraz jesteśmy na cienkiej granicy między życiem i śmiercią. Jak długo jej serduszko wytrzyma?” – apel pisany na górnym cis, ale na spokojną argumentację nie było już czasu. Każdy kolejny dzień życia Ani nie musiał się wydarzyć.

W ciągu tygodnia udało im się zebrać blisko 40 tys. złotych. Do pełnej sumy koniecznej do przeprowadzenia operacji brakowało wciąż około 100 tys. Patrycja, Anulki ciocia nie ustawała w wysiłkach, by dotrzeć do celebrytów z prośbą o nagłośnienie apelu o pomoc dla Ani. Kilkakrotnie pisała też do Ewy Chodakowskiej. Wreszcie w nocy, trzy dni przed zamknięciem zbiórki, wysłała do niej ostatniego maila: „Czy rzeczywiście nic nie da się zrobić?” i dopisała kilka rządków znaków zapytania. Po pół godzinie link do zbiórki na Anię pojawił się na stronie trenerki, a w ciągu dwóch dni zebrali ponad 100 tys. złotych. Wiola pamięta, jak rano zadzwonił do niej Leszek i krzyczał do telefonu, że stał się cud i że mają już pełną sumę. – Jechałam do pracy i płakałam – wspomina wciąż wzruszona. – Weszłam na szpitalny oddział do pokoju pielęgniarek i opowiedziałam dziewczynom, co wydarzyło się tej nocy. Oczywiście bez imion i nazwisk, tylko że dobrzy ludzie chcą uratować serce małej dziewczynki. Jedna z koleżanek podniosła głowę znad dokumentacji i mówi, że tej nocy wpłaciła stówę na serce jakiejś małej Ani. Przeglądała blog Chodakowskiej, natknęła się na link, przeczytała historię, nie mogła nie zareagować…

Wraz z nią zareagowało jeszcze 8533 osoby, wpłacając łącznie 138,79,10 zł. Czasami po 5, 10 zł, często z komentarzami pełnymi otuchy, dzięki którym rosły im skrzydła.

Ania z bratem

Cudowna operacja

Pieniądze ze zbiórki od razu zostały przelane na konto watykańskiej kliniki. Jest czerwiec 2018, Polacy przegrywają na Mistrzostwach Świata, ale w domu Ani zapanowuje nieopisana radość, znają termin operacji: zaraz, prawie już, 2 lipca. Jeszcze tylko trzeba podjąć decyzję o transporcie. Samolotem jest najszybciej, ale linie lotnicze nie chcą się zgodzić na przewóz koncentratora tlenu. Poza tym w powietrzu będą zdani wyłącznie na siebie. Może samochodem?

Ostatecznie decydują się na samolot, a koncentrator tlenu ukrywają w bagażu podręcznym. Przecież jeśli z Anią zacznie się coś dziać, nie będą się przejmować i po prostu go wyciągną. – Do tej pory nie wiem, czy podjęliśmy wtedy odpowiedzialną decyzję. Anka poleciała jako zupełnie zdrowe dziecko – przyznaje Dominika. – Kiedy przez 3 godziny byli w powietrzu, ja nie nadawałam się do niczego – wspomina Wiola.

Ania podróż zniosła dobrze, ale już na miejscu zagorączkowała. Przyplątała się infekcja, na której wpływ być może miała też zafundowana jej różnica ciśnień. Termin operacji trzeba było przełożyć. Przekładano go zresztą kilkakrotnie. Ostatecznie Anię operowano 19 lipca, tuż przed dłuższym urlopem doktora Cariottiego. Od 8.00 do 17.00.

Tę operację można nazwać cudem. Leszek wysyła doktorowi Gołębiewskiemu zdjęcie z zapisem z monitora Anulkowej saturacji. Jest 100 procent. Już po operacji mieli okazję spotkać się z doktorem Cariottim w czwórkę, zrobić sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie, a wzruszona Dominika serdecznie go wyściskać. –Zazwyczaj nie jestem skora do takich gestów, ale to jest taki ciepły człowiek i uratował nasze dziecko. Do Rzymu przylatują Janek z babcią, jest co świętować.

Rodzice z Anią do Polski wracają 7 sierpnia. Jeszcze w Rzymie wykonano jej komplet badań. Niedotlenienia ma zaledwie 3 procent, niewiele. Jest też podejrzenie małogłowia, ale na razie Ania cała jest malutka, a głowa też zaczęła rosnąć.

Cudowna Ania

– Niedawno tak siedzę z Anulą, przytulam ją i powtarzam, jaka to jest cudowna – opowiada Dominika, przygotowując dla malutkiej porcję mleka. Nagle Jaś odwraca głowę i oznajmia z dumą w głosie – Widzisz, mama, dobrze, że ciebie namówiłem na to dziecko…

Autorka: Magda Małkowska


Jak zrobić shake waniliowy?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
4 marca 2019
Jak zrobić shake waniliowy Shake waniliowy McDonald
Fot. iStock – Jak zrobić shake waniliowy?

Shake waniliowy, to absolutna klasyka koktajli deserowych i podstawa wielu innych przepisów. W prawdziwym milkshake nie może zabraknąć lodów oczywiście. Sprawdźcie, jak zrobić shake waniliowy i jak przygotować w domu shake waniliowy McDonadl. Mamy dla was kilka przepisów, a wśród nich shake waniliowy w thermomixie. Smacznego!

Shake waniliowy – przepis

Składniki:

  • 2 gałki lodów waniliowych
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (ewentualnie jedna kropla aromatu)
  • 3 łyżki cukru
  • szklanka mleka
  • bita śmietana, jeśli masz ochotę

Jak zrobić shake waniliowy?

Wszystkie składniki wymieszaj w mikserze lub blenderze. Na górę nałóż „czapę” z bitej śmietany – i delektuj się!

Jeśli chcesz, aby koktajl był bardzo gęsty dodaj mniej mleka. Możesz dodawać je stopniowo.

Jeśli nie masz ekstraktu z wanilii (jest pyszny i naturalny) możesz zamiast zwykłego cukru użyć cukru waniliowego (lub wanilinowego).

Shake waniliowy thermomix – przepis

Składniki:

  • 100 g kostek lodu
  • szklanka mleka
  • szklanka śmietany 30%
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
  • 500 g lodów waniliowych

Jak zrobić shake waniliowy w thermomixie?

Zmiksować kostki lodu (obr. 5 / 3 s). Przełożyć do innego naczynia i włożyć do zamrażarki.

Ubić  mleko, śmietanę i cukier waniliowy – używamy końcówki motylka (obr. 3 / 1,5 – 2 min). Zdjąć końcówkę typu motylek i dodać lody waniliowe. Nie dodawajcie ich w jednym kawałku a podzielcie łyżką na partie. Zmiksować ( 7 / 30 s. – 1 min.).

Dodać pokruszony wcześniej lód i ponownie zmiksować (obr. 5 / 20 s.).

Shake waniliowy McDonald

Kochacie ten smak, my też. Czy da się go odtworzyć w domu?  Pewnie, że tak! Jak zrobić shake’a jak z McDonalda? Są dwie możliwości.

Składniki:

  • 1 szklanka pełnotłustego mleka
  • 2 szklanki lodów waniliowych
  • 3 łyżki cukru

Jak zrobić shake waniliowy jak z McDonalda?

Dodaj wszystkie składniki do blendera i zmiksuj do uzyskania gładkości.

Wersja bardzo amerykańska 😉 Pewnie w proszku kryje się ten charakterystyczny smak…

  • 2 szklanki lodów waniliowych
  • 1 szklanka mleka
  • 3 łyżki Nestle Quik powder o smaku waniliowym (może znajdziecie podobny wynalazek w tzw. sklepach z produktami z Niemiec.  Są napoje waniliowe i bananowe – poeksperymentujcie ze smakiem).

Smacznego!

Wypróbujcie nasze przepisy na inne koktajle.


źródło: foodnetwork.com


Zobacz także

Subiektywna opinia o serialu „Moje 600 gramów szczęścia”

Rewolucja w leczeniu raka? Co oznacza medycyna integracyjna

8 superfood, które pomogą obniżyć cholesterol