Jak postanowiłam zostać joginką, czyli o co chodzi z tą całą jogą. Nie wiesz, jak zacząć? Przeczytaj

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 grudnia 2015
Fot. Flickr / adifansnet / CC BY
 

Zabierałam się do jogi dość długo. Coś mnie w niej pociągało, choć podchodziłam trochę jak do jeża. Bo niby na co komu to całe nieprawdopodobne wygnanie ciała. Mówiłam: „E to taka moda, minie. Wolę iść pobiegać”.

Myślałam, że siedzenie i oddychanie to kompletnie nie dla mnie. Bo ileż można tak wytrzymać. Poza tym, gdyby skupić się na samym ruchu, to co to za wysiłek. Owszem porozciągam się, ale do tego właściwie jogi nie potrzebuję. No i nie ukrywajmy, specjaliści od jogi jawili mi się jak lekko odcięci od rzeczywistości z tym swoim spokojem, uśmiechem i łagodnością. Bywało, że mnie irytowali. A jak coś mnie irytuje, to od razu zaczynam się zastanawiać dlaczego. Więc może dlatego, że zazdrościłam im tego ZEN i czasu, który poświęcają na znalezienie równowagi. Więc zamiast się irytować, pomyślałam, że spróbuję.

Nie jestem zwolenniczką zapisywania się na zajęcia, zwłaszcza, że te z jogi trwają półtorej godziny. Dla mnie zdecydowanie za długo. Poczytałam, poszukałam, przygotowałam sobie rozpiskę najprostszych pozycji. I do roboty.

 Joga to jednak przede wszystkim czas dla siebie. Zaplanuj ją, kiedy nikogo nie ma w domu, albo gdy wszyscy domownicy jeszcze lub już śpią.

Fot. Flickr / John Giebler / CC BY

Z jogą sprawa jest trochę skomplikowana, bo właściwie w niej nie chodzi o ruch, o ćwiczenia, ale o coś więcej. Jak bym chciała się tylko porozciągać, pewnie wybrałabym pilates. Prawdziwi jogini zarzucają często, że traktujemy jogę, tylko i wyłącznie jako zestaw ćwiczeń. Nie zagłębiamy się w jej filozofię. Cóż, przepraszam, ale wolę praktykę od teorii: „O niej pomyślę później”, pomyślałam. I zaczęłam bardzo prosto.

15 minut przy otwartym oknie (mi zimno nie przeszkadza, wystarczy jednak porządnie przewietrzyć pokój), z zamkniętymi oczami siedząc na podłodze ze skrzyżowanymi nogami oddychałam. Wdech. Wydech. Nie było łatwo. Co któryś oddech gubiłam, wędrując myślami: „Co dziś na obiad?, „Hmm gdzie muszę zdzwonić?, „Co załatwić?”. Przywoływałam się do porządku i znów: wdech, wydech. Zaczęłam liczyć, jak długości basenów, żeby skupić się tylko na tym oddechu. Pierwsze dni może udawało się przez 3 minuty wyłączyć głowę, ale im dłużej tym było łatwiej.

Ten stan wyciszenia ćwiczyłam rano. Wstawałam 15 minut wcześniej. Takie trochę przedłużenie snu, a w rzeczywistości zatrzymanie się przed wejściem w szalony pędzący dzień. I wiecie, te 15 minut dla oddechu, dla skupienia się wprowadziłam też wieczorem. Nie zawsze się udaje. Ale ten spokój, cisza cudownie koi nerwy, irytację, pośpiech.

Dałam sobie tydzień na ćwiczenie oddechu. Kiedy wiedziałam, że potrafię już dłużej wyłączyć głowę, skupić się na oddechu przeszłam do najprostszych (jak dla mnie) pozycji.

Kobra (Bhujangasana)

Połóż się na brzuchu, dłonie ułóż na wysokości klatki piersiowej. Biodra mocno dociśnij do ziemi, dociśnij dłonie i wyprostuj ręce wyginając się do tyłu. W tej pozycji najlepiej wytrzymać przez około dwie minuty. Skup się na oddechu. Z czasem te dwie minuty będziesz „wyczuwać” naturalnie.

via GIPHY

Skręt (Mariciasana III)

Usiądź na macie z prostymi nogami i prostym tułowiem. Musisz zgiąć prawą nogę i kolano przyciągnąć jak najbliżej siebie, stopa powinna być blisko pachwiny. Obejmij kolano, przylegając do niego, jakbyś chciała wydłużyć kręgosłup. Następnie wykonaj skrę tułowia w prawą stronę, obejmując lewą ręką te prawe kolano. Wytrzymaj półtorej minuty i to samo po powrocie do siadu prostego zrób na drugą stronę.

Skłon do przodu w siadzie skrzyżnym (Adho mukha sukhasanie)

Moje ulubione. Siadasz ze skrzyżowanymi nogami, wykonujesz skłon do przodu z wyprostowanymi rękami tak jakbyś chciała wydłużyć kręgosłup. Wytrzymaj półtorej minuty, wróć do siadu, zmień splot nóg i wykonaj jeszcze raz. Cudownie kręgosłup odpoczywa. Pamiętaj: wdech, wydech.

via GIPHY

Skłon do przodu (Pascimottanasana)

Podobna pozycja do poprzedniej, tyle, że siadasz z prostymi nogami. Dociśnij tył nóg do ziemi i wykonaj skłon do przodu, tak jakbyś chciała położyć głowę na nogach. Bolą nogi? Tę pozycję na początek rób tak, by się nie przeforsować. Z czasem coraz głębszy będzie ten skłon. Wytrzymaj dwie minuty.

Pozycja trójkąta (Utthita-trikonasana)

To teraz coś na stojąco. Stań prosto, rozstaw szeroko nogi, najlepiej tak, by uzyskać trójkąt równoboczny (wiecie – wszystkie boki równe). Prawą stopę skręć lekko do wewnątrz, a lewą skieruj na zewnątrz. Przechyl cały tułów i miednicę w lewo, kiedy poczujesz opór, połóż jedną rękę na nodze, a drugą wyprostuj. Brzmi skomplikowanie? Spróbuj wykonać, tylko strasznie wygląda, to trochę jak skłon w bok. Wytrzymaj dwie minuty, wróć do pozycji wyjściowej i zmień stronę

via GIPHY

Martwe ciało (Savasana)

I ostatnia pozycja. Połóż się na plecach, zamknij oczy, rozstaw nogi i ułóż ręce tak, żeby było ci wygodnie. Dziesięć razy napnij wszystkie mięśnie i je rozluźnij. Skup się na oddechu. Pozostań w tej pozycji cztery minuty.

 Joga to jednak przede wszystkim czas dla siebie. Zaplanuj ją, kiedy nikogo nie ma w domu, albo gdy wszyscy domownicy jeszcze lub już śpią.

Fot. Flickr / John Giebler / CC BY

Wychodzi 18 minut jogi. Tylko 18 minut, a energii na cały dzień. Joga to doskonały sposób na radzenie sobie ze stresem, na odprężenie ciała, na danie swojemu mózgowi odpoczynku. Joga to jednak przede wszystkim czas dla siebie. Zaplanuj ją, kiedy nikogo nie ma w domu, albo gdy wszyscy domownicy jeszcze lub już śpią.

Ja szczerze jestem pod wrażeniem, jaki spokój w sobie znajduję. Uśmiecham się do siebie i innych. I wiele problemów albo nagle ma mniejszą wagę, albo staje się łatwiejszych do rozwiązania. Zachwyca mnie ten fenomen. A to dopiero trzy tygodnie. Mam poczucie, że właściwie dbam o siebie, zatrzymuję się na te niespełna 20 minut i to taki codzienny prezent dla mojego ciała, czyli dla mnie.

Zastanawiam się, czy może z nowym rokiem nie zapisać się na zajęcia jogi. W końcu półtorej godziny raz w tygodniu nie jest jakimś wielkim wyczynem 😉


Opisując poszczególne pozycje korzystałam ze strony joga-medytacja.pl


„Czułam, że będę miała raka. Za takie życie płaci się cenę”. Wspomnienie o Barbarze Falandysz

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
15 grudnia 2015
Fot. Screen Youtube/FAKTY TVN
 

Dziennikarze ją lubili, bo zawsze zgadzała się na wywiad i opowiadała tak jak bohater idealny: obrazami i konkretami. Chętnie zapraszała do swojego domu na warszawskim Mokotowie. Nie wstydziła się mówić. O sobie i mężu, Lechu Falandyszu. Ich miłości, jego alkoholizmie, o tym jak walczyła o rodzinę.

„Gdy się ma czwórkę dzieci priorytety są jasne”

… mówiła twardo. Twierdziła, że jest otwarta, bo chce pomagać innym kobietom, które są współuzależnione. Że będzie szczęśliwa jeśli pomoże choć jednej.„Długo ci się wydaje, że chorą osobę wyleczysz miłością. Ale to bzdura. Jeśli nie postawisz w końcu granicy, on będzie pił dalej, a ty będziesz razem z nim spadać na dno” powiedziała mi kiedyś.

Był 2010 rok, maj. Siedem lat po śmierci Lecha Falandysza. Pomyślałam wtedy, że chciałabym być tak oddana w miłości jak ona, mieć taką rodzinę i taką siłę. Zresztą wiele młodszych kobiet ją podziwiało. Była piękna, mądra, choć czasem bezkompromisowa, zaradna i twarda.

„Ale jaka siła? Przecież ja nie mogłam się poddać,

… nie mogłam pozwolić sobie na depresję. Gdy mąż umarł najmłodsza córka nie miała 9 lat, najstarsza nie była jeszcze pełnoletnia. Musiałam zakasać rękawy, zarabiać, byłam jak taran” – wspominała. Jednocześnie, siedząc wtedy w swoim fotelu, powiedziała: „Ale gdzieś w środku czuję, że kiedyś zapłacę cenę za takie życie bez płaczu, że tak się nie da, organizm się zbuntuje”.

O tym, że ma raka dowiedziała się dwa lata później, tuż przed świętami. To miało być badanie, które ją uspokoi, pozwoli zamknąć rok z poczuciem, że sprawa zdrowia odhaczona. Choć przecież wiedziała, że coś jest nie tak, bo jedna pierś ją bolała, była spuchnięta. W jednym z wywiadów opowiadała później, że gdy po diagnozie wróciła do domu i usłyszała od córki takie zdanie:  „Mamo, jestem taka szczęśliwa, nigdzie nie muszę iść”, pomyślała tylko: „Boże, dziecko, kiedy ja ci o tym powiem”.

Ale powiedziała w święta, po alkoholu, którym próbowała dodać sobie odwagi. Wtedy też, jak zawsze, próbowała być silna: „Poradzimy sobie, nie martwcie się” przekonywała. O chorobie też mówiła w mediach otwarcie. Zgadzała się na wywiady, choć brała chemię i pierwszy raz w życiu miała poczucie, że naprawdę choruje, jest słaba. Tym razem jednak chciała ostrzec innych, żeby szanowali swoje zdrowie, dbali o siebie, żeby wiedzieli, że za szybkie, bardzo stresujące życie płaci się cenę. Czasem najwyższą.

„Nie mam czasu na raka”

… choć tak mówiła, oswajała śmierć. Daleko jej było do magicznego myślenia, przekonania, że na pewno da radę. „Może to forma samoobrony, a może to, że dla mnie śmierć to nic nadzwyczajnego. Straciłam ukochanego tatę, męża, może czas teraz na mnie?”. Dla niej najważniejsze było to, że wykonała najważniejsze zadanie. Odchowała dzieci, zapewniła im byt– mimo tego, że z dnia na dzień została sama.

Kiedyś jedna dziennikarka spytała ją: „Pani Basiu jest pani tak samo mocna, silna i pewna jak moja mama. Ale moja mama jest w środku bardzo krucha i całe życie nosi w sobie różne tajemnice, więc przepraszam, ale ja w tę pani siłę po prostu nie wierzę. Jaka jest pani tajemnica?”. Barbara Falandysz roześmiała się i zażartowała: „O nie, moją to ja zabiorę do grobu”.

Znów zbliża się Boże Narodzenie. Barbara Falandysz z nowotworem walczyła równo cztery lata. Przegrała.

P.S Polecam przepiękny wywiad z Barbarą Falandysz w książce Magdaleny Łyczko: „Lekcja miłości”, wyd. Zwierciadło.


Jutra czasami nie ma. Mamy czas dla swoich rodziców dopiero, gdy umierają

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
14 grudnia 2015
Fot. iStock / AleksandarNakic

Mam teraz tyle planów. Poszlibyśmy do kina (tak dawno nie byliśmy), zabrałabym go do nowej restauracji, gdzie serwują polską kuchnię i nad morze. Kupiłabym zaległy prezent urodzinowy, o którym zapomniałam. Opowiedziałabym mu o tych wszystkich sprawach, na które nie było czasu. Gdyby żył…

Ela, mama bliskiej mi osoby powiedziała mi ostatnio: „Wy młodzi macie czas dla swoich rodziców dopiero, gdy umierają. Wszędzie wam się spieszy”. Uderzyła mnie ta prawda bolesna. Nie mamy czasu dla swoich starzejących się rodziców. Odkładamy wszystko na jutro. Ich odkładamy. „Oddzwonię”. „Może później”. „Nie dam teraz rady. Przełóżmy się na przyszły tydzień”. Zaznacz w kalendarzu, ile razy widujesz się ze swoimi rodzicami w roku. Słabo to wygląda? No właśnie.

Czasami o tym myślałam, gdy Tata żył. Wysyłał SMS z przypominajką „Zadzwoń do Taty”. Łapało mnie poczucie winy, że o tym zapominam. W tygodniu myślałam, oby do weekendu. Przyjedzie jak zwykle na śniadanie w niedzielę i nadrobimy czas. W ostatnich miesiącach przyjeżdżał rzadziej. Gorzej się czuł. Albo nie miał siły jechać pod Warszawę autem. Trochę podróżował z żoną. Wypadały nam te niedziele i już kompletnie nie miałam czasu, by je nadrobić. Wpadłam wtedy na pomysł, byśmy jedli zawsze kolację w czwartki. Raz w miesiącu. On i my trzy. Zjedliśmy dwie? Wciąż ktoś przekładał. Nie on. Tak bardzo bym chciała teraz zjeść kolację w czwartek z Tatą.

Dzwonił z duperelami. Znalazł jakiś dowcip w Internecie i słał go nam mailem. Ledwo zerknęłam, o co chodzi. Pytał później, czy śmieszny. Śmieszny- odpowiadałam ucinając rozmowę, aby nie wyszło, że nawet nie przeczytałam do końca. Ile zabawnych obrazków znalazłam ostatnio, które rozbawiłyby go do łez. Ile bym dała za ten jeden mail nieśmieszny.

Siedzieliśmy z Jurkiem nad matmą. Utknęliśmy na jednym wrednym zadaniu. Mój syn: „Zadzwońmy do Dziadka”. Zapomniał albo dziecięco nieporadnie zażartował. Umiem szukać odpowiedzi w Internecie, ale w tamtym momencie widziałam tylko jedno rozwiązanie, które było już niemożliwe. Zaczęliśmy oboje płakać. Dlaczego Dziadek umarł tak wcześnie? Trzylatek pyta dlaczego dziadek umarł, dwunastolatek dlaczego tak wcześnie, dorosły już tylko dlaczego. Dlaczego?

Zbierał monety dla nas. Wiesz córeczko zawsze możesz to sprzedać, gdy będzie wojna. Jakie monety, jaka wojna – myślałam. Wkładałam je do pudełka, nie rozumiejąc, o co mu teraz chodzi z tymi monetami. Jakaś nowa fanaberia. Nudzi się na emeryturze. Czy podobała mi się ta ostatnia z Janem Pawłem II? Tak, pewnie, ale czemu z papieżem, skoro był niewierzący? Dlaczego nie zapytałam wtedy o Boga? Przecież  to takie ważne, szczególnie pod koniec życia. Może zmienił zdanie? Modlę się, aby przyszły te ostatnie monety, które zamówił na święta. Wreszcie będziemy mieli czas o nich porozmawiać. Przez ostatnie tygodnie przeliczyłam i przejrzałam kolekcję kilkakrotnie. Tak się cieszę z tego papieża!

Nie mówiłam mu ostatnio, że jest mi smutno i że się boję. Jesteś taka dzielna – mówił. Wszystko potrafisz. Nie chciałam go martwić, a może nie chciało mi się opowiedzieć tego w taki sposób, by się nie martwił? Cierpliwie od początku do końca. Jak historia, która ma swój wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Musielibyśmy posiedzieć dobre kilka godzin przy winie nawet. Kto ma dziś tyle czasu? Teraz już wie wszystko. Mówi mi, żebym się nie bała. Jak Boga kocham, wysyła mi znaki, że jest. W dniu,w  którym umarł – projekt, o który się tak martwiłam, złapał wiatr w żagle. Wszystko zaczęło nam wychodzić. Dzieją się dobre rzeczy wokół mnie. Też.

Niezwykłe jest to, że nagle mam czas dla niego. Mnóstwo czasu. Chodzę na cmentarz, piszę listy, przeglądam stare fotografie, szukam opowieści o nim. Rozmawiamy dużo. Może więcej niż przez całe życie. Gadam do jego zdjęcia, gdy dzieci zasną. Mówię mu ostatnio o tym, co tak bardzo mnie boli. Pytam, co uważa. Co mam zrobić, bo kompletnie jestem zagubiona. Mówię mu, że tęsknię. Nawet, że go kocham. Jakie to było trudne kiedyś powiedzieć: „Tato, kocham Cię… Czy kiedykolwiek powiedziałam to z należytą powagą? Bez spuszczania wzroku, zbędnego śmiechu? Teraz mówię często. Kocham Cię Tato. Tęsknię za Tobą. Wróć.

Mój bliski przyjaciel przez wiele lat nie ruszył nic w pokoju swojej mamy. Na biurku leży otwarty notes na „M”, gdzie szukała telefonu do kogoś. Plus wizytówka do montera telewizji kablowej zapisana jakąś datą. To było 7 lat temu? Paradoks polega na tym, że zatrzymujemy rodziców, gdy ich nie ma, a nie zatrzymujemy ich, gdy jeszcze są.

Iluminacje świetlne wypełniają ulice miast. Święta tuż tuż. Pierwsze bez mojego Taty. Pomyśl teraz, ile jeszcze świąt spędzisz ze swoimi rodzicami? Mamą, Tatą, Babcią, Dziadkiem, jeśli żyją? Nawet najlepszy scenariusz jest tak naprawdę pesymistyczny. Niewiele nam czasu zostało. Ale niewiele to nadal nie jest NIC. Pomyśl o tym już teraz i nie odkładaj na jutro. Jutra czasami nie ma. Mój Tata w tym roku nie przywiezie mi choinki.

Dziękuję, Elu…


Zobacz także

Otyłość zaczyna się w głowie. 10 dowodów na to, że mózg może sprzyjać tyciu

Nie mówcie mi, że życie się kończy po 40-tce! Wreszcie możemy żyć, jak chcemy

Drogie Kobietki! Zamiast wylewać wiadro pomyj na tę inną, której czegoś zazdrościcie… zastanówcie się dwa razy