Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
21 września 2016
Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności
Fot. iStock / Redrockschool
 

W poszukiwaniu alternatywy dla konwencjonalnej żywności sięgamy coraz chętniej i bardziej świadomie po produkty z etykietką „eko”. Zależy nam, by żywność była pozbawiona chemii, aby czerpać z niej naturalne dobro. Trzeba tu uważać, ponieważ popularne hasło ekologicznej żywności, często bywa nadużywane. Bo ile tak naprawdę wiemy o ekologicznych produktach i czy nie dajemy nabijać się w butelkę szukając zdrowych (a przez to droższych) rozwiązań?

O co chodzi z tym „eko”?

Ekologiczna żywność z założenia pochodzi z upraw i hodowli prowadzonych zgodnie z prawami natury. Jest zdrowa, bo pozbawiona pestycydów, substancji przyspieszających wzrost, metali ciężkich i innych szkodliwych substancji. Warzywa, aby były naturalne, muszą spełnić szersze kryteria, niż tylko zostać wyciągnięte z wiejskiej ziemi. Ale wokół tego zdaje się prostego i naturalnego założenia, narosły mity. Czy to, co kupujemy za większe pieniądze, rzeczywiście jest takie zdrowe?

Fakty i mity na temat ekologicznej żywności

1. Ekologiczne uprawy chronią przyrodę

Tak nam się wydaje i oczywiście jest w tym racja. Rolnicy uprawiający tym systemem rośliny, nie używają  pestycydów i herbicydów, dlatego nie wywierają szkodliwego wpływu na glebę i przyrodę. Jedynym cieniem, który się kładzie na eko rolnictwo, to fakt, że potrzebuje ono dużo ziemi by uprawa była rentowna. A ta wolna, nieskażona ziemia jest rzadkością, więc niekiedy trzeba odebrać dzikim zwierzętom siedliska, by powiększyć uprawy.

2. Nie zawiera pestycydów i innej chemii 

Zdrowe produkty nie powinny zawierać chemicznych wspomagaczy wzrostu i środków ochrony roślin przed szkodnikami. Normy narzucane gospodarstwom ekologicznym określając dokładnie, w jaki sposób można dbać o rośliny. Ale trzeba wiedzieć, że np. w USA odpowiednie organy dopuściły 20 substancji chemicznych, które są wykorzystywane przez cały czas w produkcji żywności ekologicznej. Może okazać się, że żywność ekologiczna zawiera więcej substancji chemicznych niż jest to naprawdę konieczne, goniąc tym samym rolnictwo konwencjonalne.

Faktem jest natomiast, że produkty rzeczywiście ekologiczne zawierają prawie o połowę mniej rakotwórczego kadmu oraz czterokrotnie mniej pestycydów. Odznaczają się również niższym stężeniem azotu, azotanu  i azotynu niż te konwencjonalne. Ponadto zawierają od 18 do 69 proc. więcej antyoksydantów – w tym najsilniejszego z nich, czyli resweratrolu (wyniki badań ukazały się w czasopiśmie „British Journal of Nutrition”).

3. Ekologiczna żywność ma gorszy smak, ale więcej wartości odżywczych

Jeśli ktoś przywykł do smaku podkręconego przez sztuczne substancje i modyfikowanie genetyczne warzyw i owoców, naturalne produkty mogą wydawać się rzeczywiście „inne”. Za to zazwyczaj eko żywność zawiera więcej składników odżywczych, choć i tak wiele zależy od sposobu ich przechowywania. Gdy będą leżały zbyt długo lub zostaną przechowane w nieodpowiednich warunkach, przestają być wartościowe.

Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności

Fot. iStock / SilviaJansen

4. Ekologiczne produkty muszą kosztować więcej

Żywność ekologiczna jest i zapewne jeszcze długo będzie droższa od żywności konwencjonalnej. Jest to skutek zastosowania metod upraw ekologicznych dających o ok. 20% niższe plony. Podobnie wygląda kwestia wydajności produkcji zwierzęcej, w szczególności mięsa i mleka. Wyższą cenę żywności ekologicznej rekompensuje lepsza jakość, smak i wpływ na zdrowie.

5. Etykieta „eko” lub „bio” to gwarancja jakości

Nie warto wierzyć producentowi na słowo, ponieważ papier przyjmie wszystko. To, że sałata na opakowaniu ma napis „ekologiczna” nie oznacza, że z takiej uprawy na pewno pochodzi. Trudno takie informacje zweryfikować. Dlatego kupując eko-warzywa czy owoce, szukajcie znaków instytucji które poświadczą ich pochodzenie: Ekogwarancja PTRE, PNG, Cobico, Bioekspert, BioCert Małopolska, Polskie Centrum badań i Certyfikacji, Biuro ds. badań i Certyfikacji Oddział w Pile, Agro Bio test. Tylko powyższe daje gwarancję ekologicznych zakupów. Podobnie z mięsem – zwróćcie uwagę na certyfikaty QAFP, PQS, QMP, one dają gwarancję zakupu zdrowej żywności.

6. Organiczna żywność jest rygorystycznie kontrolowana

Tak, ponieważ stoją za nią ostre przepisy, bez których nie żywność ekologiczna nie mogłaby nosić tego miana. Gospodarstwa ekologiczne, ich personel, środki transportu są poddane stałej kontroli, w wyniku której towary są certyfikowane. Producenci, którzy próbują obejść te przepisy, podlegają wysokim karom oraz ryzykują utratą możliwości dysponowania hasłem „ekologiczna” dla swojej żywności.

Biorąc pod uwagę wartość odżywczą produktów eko w stosunku do tego, co oferuje żywność bogato podsypywana chemią, jest ona o wiele lepszą alternatywą. Do nas należy decyzja, po które z produktów sięgniemy.


źródło: www.lifehack.orgwww.ppr.plblog.journals.cambridge.org


Myślą o nas stereotypami, że menele, że ćpuny. A nas tylko nie stać na mieszkanie, pomimo tego, że pracujemy

Anika Zadylak
Anika Zadylak
21 września 2016
Fot. iStock / andrearoad
Fot. iStock / andrearoad
 

– Mówią, że jesteśmy narkomanami albo nierobami, którzy szukają gdzie by tu za darmo dupę wcisnąć i mieszkać. Że żerujemy na cudzym mieniu, że strzykawki się po kątach walają, że ogniska wewnątrz domu palimy, że dewastujemy. A tu nawet czasem ludzie ze swoimi dziećmi mieszkali, wiesz przejściowo, póki sobie życia trochę nie ułożyli. Bo tu na squacie żyją zwykli ludzie, najczęściej wypluci przez system, żadna patologia. Nie tylko anarchiści, bezdomni czy tacy, którzy się nie umieją dostosować do tzw. normalności. Rozejrzyj się po tych wnętrzach, widzisz tu coś odbiegającego od normy? I pamiętaj, że nie mamy zbyt wiele czasu na rozmowę, bo ja pracuję i się uczę. Jak każdy inny człowiek ze stałym adresem zameldowania.

Squating w Polsce od kilkunastu lat ma się coraz lepiej.  Już nie tylko w dużych miastach można znaleźć miejsce, w którym obecnie jestem i rozmawiam z jego mieszkańcami. Jest zadziwiająco ciepło, z kranu leci woda, czysto i schludnie. Nie ukrywam zaskoczenia, robi mi się zwyczajnie głupio, bo zdarzało mi się myśleć stereotypowo, że to zazwyczaj brudne, zamieszkane nielegalnie menelownie.

– Mają nas za oszustów i złodziei, a wiesz że płacimy rachunki? Dogadaliśmy się z ludźmi którzy mają prawo do tego budynku, ogrzewanie zrobiliśmy sami, mamy potrzebne atesty. Nie chcesz zobaczyć? Wiesz, zarzuca nam się tyle absurdalnych rzeczy, że wolę pokazać, że to nie tylko słowa bez pokrycia. Nie mogę odpowiadać za wszystkie squaty w tym kraju, bo na pewno różnie to wygląda i zdaję sobie z tego sprawę. Sam mieszkałem na takim, z którego się wyniosłem po miesiącu. Nikt tam nie przestrzegał ustalonych zasad, nawet ci co je sami stworzyli. Syf, ciągle policja, awantury. A przecież to ma być dom, do którego wracasz po pracy, po szkole. Nas jest tu obecnie 10 osób, trzymamy się razem, wspieramy, ale też pilnujemy, żeby było tak, jak ustaliliśmy wspólnie. Chociażby w kwestii utrzymywania porządku czy ciszy nocnej. Ci, którzy usiłują się wyłamać, szaleć ze skrajnie anarchistycznymi poglądami, są najczęściej przez nas żegnani. My chcemy spokoju, chcemy mieszkać i żyć zwyczajnie, jak każdy inny. Zresztą zapytaj Jolkę, chyba właśnie wróciła z roboty.

Przechodzę do dużej,  jasnej kuchni, gdzie tak jak u każdego stoi lodówka, kuchenka, na której gotuje się aromatyczna zupa, stół z wazonem, w którym są kwiaty. Około 30-letnia dziewczyna zaprasza mnie przyjaznym gestem i proponuje obiad. – Mieszkam tu już trzeci rok, bo tak się złożyło. Mam niedaleko rodziców, kiszą się w mikroskopijnej kawalerce z moim niepełnosprawnym bratem. Do pracy i na uczelnię trzeba było dojeżdżać, kasę na wynajem nie bardzo miałam. A że znałam Bartka, z którym gadałaś przed chwilą, zaproponował mi zamieszkanie z nimi. Przyszłam na chwilę, na próbę bo myślałam, że nie dam rady tak żyć. Okazało się, że miałam jakieś kosmiczne wyobrażenie na temat miejsc takich jak to. A to zwyczajny dom jest, każdy tu ma swoje zajęcia, swoje życie, tylko mieszkamy razem. Ja wiem, co się o nas mówi i myśli, a okazuje się,  że my nie przeszkadzamy ludziom, tylko władzom miasta. Że jesteśmy cwaniakami? To nie my, cwaniak to ten co wykupuje kamienice, podnosi czynsze do horrendalnych kwot i wyrzuca ludzi na bruk. Wiesz, ile jest takich pustostanów? Tysiące. Tysiące niszczejących mieszkań, które mogłyby dać komuś schronienie, tak jak ta kamienica nam. Wszystko co tu widzisz, czyli ocieplenie, malowanie, remont łazienki, naprawa podłóg, instalacje, to wszystko nasza praca i pieniądze. Dbamy o to, nie pozwalamy na wyniszczenia, dogadujemy się z sąsiadami. Nawet dla pobliskiej szkoły wywalczyliśmy wraz z mieszkańcami utrzymanie stołówki dla dzieciaków. Zapytaj ludzi, którzy żyją obok nas, czy mają z nami problem. Gwarantuję ci, że nie znajdziesz nikogo takiego. Był czas, że starsze małżeństwo mieszkające obok, podrzucało nam drewno i węgiel na opał, żebyśmy nie marzli, bo kasa poszła na odnowienie i przystosowanie kuchni do użytku. Więc chyba nie jesteśmy tacy straszni.

Faktycznie, gdy rozmawiam z sąsiadami Joli, Bartka i kilku innych osób, słyszę, że bali się tylko na początku. Myśleli, że będzie głośno, że to ludzie z marginesu, z nałogami, problemowi, nieodpowiedzialni a nawet groźni. – Dziś się z siebie śmieje, że tak jak bardzo stara już jestem, tak samo i głupia. Przecież dzięki nim, to cały czas stoi, jest zadbane, ogrzane. I chętni są do pomocy, i do pracy chodzą.  W ubiegłym roku nawet nas na kolację zaprosili, bo Asia, jedna z dziewczyn, która tam mieszka, świętowała magisterkę. Cieszyliśmy się, jakby o naszą wnuczkę chodziło. Władze się rzucają? Niech się lepiej zajmą prawdziwą krzywdą ludzką, na którą najczęściej przymykają oczy. Na tych lokatorów, co to się ich na ulice wyrzuca bezprawnie i zostawia na pastwę losu. Gdzie wtedy są ci wszyscy politycy, co tak szumią, że squaty to przechowalnia dla ćpunów? Ich niech zostawią w spokoju i lepiej pomyślą, co zrobić, żeby ci młodzi ludzie nie musieli się kryć po takich miejscach jak to. Co pani myśli, że im tak fajnie tułać się i wysłuchiwać obelg na swój temat? Nie stać ich na wynajem, bo z pracą u nas krucho, a jak jest to za psie pieniądze. Kredyt na mieszkanie wezmą? A kto im da taki duży, a zresztą, kto w tym chorym państwie zagwarantuje im, że będą go mieli z czego spłacać, jak co chwile zamykają kolejne fabryki i pozbawiają ludzi pracy.

Wracam jeszcze na chwilę do domu zamieszkiwanego przez moich bohaterów. Pytam Bartka o przyszłość. – Rząd krzyczy od lat, że mamy sobie radzić sami, to sobie radzimy, jak możemy. Niczego złego nie robimy, zresztą powiem ci coś. Mieszkałem już w kilku takich miejscach, za granicą też, jak wyjeżdżałem za chlebem, bo tu nie było już gdzie uczciwie zarobić. I każde z takich miejsc, zostawiałem w lepszym stanie, niż zastałem. I  ten dom, jak przyjdzie mi się nareszcie  wyprowadzić  „na swoje” też takim pozostawię. Dla tych co przyjdą po mnie, bo też, tak jak my, są ofiarami polityki i władz.


„Nie jestem psychopatą!”, czyli dlaczego Polacy boją się pójść do psychologa

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
21 września 2016
Fot. Pexels / Adrianna Calvo /
Fot. Pexels / Adrianna Calvo / CC0 Public Domain

„Ja?! Do psychologa?! Przecież nie jestem wariatem, daj mi spokój!”. Gdyby ktoś poprosił mnie o opisanie standardowej rozmowy, którą przeprowadzamy z bliską osobą na temat wizyty u psychologa, jej początek, a zarazem koniec, wyglądałby właśnie tak. W Polsce terapia, psycholog czy psychiatra wciąż wiąże się ze stereotypowym myśleniem. Bo w końcu do gabinetów trafiają tylko wariaci, a choroby psychiczne to wytwór szatana, na który bardziej od lekarza pomoże egzorcysta.

„Psycholog jak dziennikarz – zostaje nim każdy, kto niczego nie potrafi”

Przez kilka miesięcy pracowałam w poradni psychologiczno-pedagogicznej jako recepcjonistka. Ludzie niby sami dzwonili, żeby zapisać się na wizytę. Za każdym razem słyszałam tylko „ale czy to na pewno dobry psycholog?”, „a czy ma skończone studia?”. Odpowiedzi były oczywiste, w końcu psychologiem bez odpowiednich uprawnień być nie można. Kiedyś na terapię zgłosiła się starsza pani, której córka zaginęła kilka lat wcześniej. Miała wnuczkę, która studiowała i to właśnie dzięki niej ciągle jakoś funkcjonowała. Siedziała niespokojnie na krześle, aż w końcu rzuciła do mnie dość niespodziewanie: „Wie pani, bo ja to do psychologów nie mam zaufania! Na te studia idzie każdy, tak jak na dziennikarstwo!”. Starsza pani na pewno miała trochę racji. Psychologia to w końcu bardzo popularny kierunek wśród młodych ludzi. Nie skończyła swojej opowieści. „Przecież do rozmów z ludźmi trzeba się nadawać! A niech pani popatrzy, tyle zarabiają, więc każdy udaje, że potrafi pomóc. I jak ja mam takiemu zaufać?!”.

„To moje problemy, nie będę nikomu o nich opowiadał!”

W gruncie rzeczy owa starsza pani była odbiciem większości naszego społeczeństwa. Jej terapia skończyła się na czterech spotkaniach. Dlaczego? Nie zaufała, nie chciała opowiadać o swoim życiu komuś, kto był młodszy od niej. Już samo przyznanie się do problemu jest ogromnym krokiem ku dobremu. Nie ma co się jednak oszukiwać – samo przyznanie się do błędu, choroby czy zaburzeń w zachowaniu jest nie lada wyzwaniem. Powiedzenie o tym komuś bliskiemu to ogromny wyczyn, ale zdecydowanie się na rozmowę z kimś zupełnie obcym, to w wielu przypadkach cud. Dlaczego? Bo boimy się obiektywnego spojrzenia na problem. To bardzo intymna i trudna sytuacja, w której świadomie poddajemy się czyjeś ocenie. Zapominamy jednak o tym, że to dla naszego dobra. Są momenty, w których tylko spojrzenie na problem z zupełnie innej perspektywy może nas uratować przed dalszymi kłopotami.

„Nie jestem psychopatą”

Argument ulubiony przez wszystkich psychologów, których miałam przyjemność poznać. Nie zauważanie swojego problemu to jedno, bagatelizowanie go to zupełnie inna rzecz, ale zdawanie sobie z niego sprawy i twierdzenie, że poradzisz sobie sama, bo „co ludzie powiedzą, jak się dowiedzą, że byłam u psychologa?!” – to zupełnie inny kaliber. Nie mam pojęcia, czy to objaw naszego zacofania w stosunku do Zachodu, czy może jednak ciągły brak przekonania, że terapia jest dla naszego dobra. Bo w czasie kiedy w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych każdy ma swojego terapeutę, w Polsce przyznanie się do psychoterapii, to strzelenie sobie w kolano. Może właśnie dlatego każdorazowe powiedzenia przez celebrytów „tak, jestem pod opieką psychologa, nie radzę sobie” jest uważane za coś w rodzaju heroicznego aktu obrony ojczyzny.

„I tak już nic mi nie pomoże”

Kozetka, zielona lampa na potężnym, drewnianym biurku i ciemne ściany – oto najczęstsze skojarzenie z gabinetem psychologa. Fakty są jednak zgoła inne. Kozetki zastępują fotele, potężne biurka to bardzo często zwykłe stoły z Ikei, a ciemne ściany są po prostu białe, żeby było jaśniej i przestronniej. Kiedy bliscy zaczynają nas przekonywać do wizyty u psychologa, przed oczami pojawia się właśnie ta kozetka na której mają rozwiązać się w cudowny sposób nasze problemy. Zawsze jest jeden przebłysk, w którym postanawiamy podjąć się terapii, ale zaraz potem wracamy do stanu „ale po co, przecież i tak nic mi już nie pomoże”. Jak powiedziała kiedyś moja terapeutka – „masz rację, nic ci nie pomoże, bo to ty sama musisz sobie pomóc”.

„Szkoda mi pieniędzy, od gadania mam koleżanki”

Wpisujesz w Google „psycholog”. Wyniki wyszukiwarki porażają. Setki gabinetów w okolicy twojego domu, a ceny za wizytę coraz to lepsze. I wtedy zamiast szukać innych rozwiązań, dajesz sobie spokój. Bo po co wydawać tyle pieniędzy, skoro możesz pogadać ze swoimi przyjaciółkami? Po pierwsze – istnieją ośrodki, w których pomoc psychologa jest zapewniona każdemu za darmo. Niekoniecznie chodzi o Narodowy Fundusz Zdrowia, bo tutaj kolejki jak zawsze są powalające. Ośrodki pomocy rodzinie, ośrodki dla uzależnionych – wystarczy odrobinę poszukać. Po drugie – przyjaciółki to skarb, jednak bardzo stronniczy skarb. Często nie powiedzą ci prawdy, bo będą bały się, że cię zranią. A psycholog czy terapeuta? On nie będzie miał najmniejszych skrupułów. W końcu nie po to zgłosiłaś się na terapię, żeby po prostu posiedzieć przy kawie. Chcesz pracować nad sobą, coś zmienić, lepiej żyć? To kolejny krok ku dobrym rozwiązaniom.


Zobacz także

Fot. iStock/golubovy

8 sygnałów ostrzegawczych, które mogą wskazywać anemię

Fot. iStock

Złamane serce, to nie tylko metafora. Zespół Takotsubo, czyli syndrom złamanego serca może doprowadzić nawet do śmierci

Fot. iStock / LaraBelova

Koktajle do zadań specjalnych. Anemia, zaparcia i brak energii – zapomnij o nich!