Portrety: Chuda – życie z Hashimoto

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / yulkapopkova
 

A ja jestem chuda! Napisz to, podkreśl na czerwono albo i wytłuść czcionką. – mówi. Faktycznie jest szczuplutka. Taką figurę ma się w liceum, a nie po trzydziestce i ciąży. Jednej co prawda, ale jednak.

I napisz, że taka po prostu jestem. Mówi szybko, głośno z uśmiechem. Trochę wariatka, ale pozytywna.

Ważę tyle od 15 roku życia. W ciąży przytyłam 7 kg. Wyniki książkowe, synek mały, ale zdrowy. 10 punktów w skali Apgar.

Inaczej poczułam się trzy lata temu. W listopadzie. Pamiętam, bo myślałam, że to od pogody albo ze stresu. Byłam mobbingowana przez szefa, który oczekiwał wyników kosztem poświęcenia rodziny i zdrowia. Byłam ciągle zmęczona, senna i poddenerwowana. Libido na minusie. I te lodowate dłonie. Nawet po gorącej kąpieli było mi zimno. Dookoła bliscy mówili, że to z tej chudości. Tłuszczu brak to nie ma co grzać, powtarzała moja pulchna mama doprowadzając mnie do szału. Czemu? Bo do jasnej Anielki znam moje ciało i wiem, że coś było nie halo, ale weź wyjaśnij to tym niechudym, którzy każdą Twoją dolegliwość przypisują niskiej wadze. No para idzie uszami. I nosem!

A jak zauważyłam po ubraniach, że przytyłam i wyraziłam to na forum to już było używanie. Pewnie w uszach albo opuszkach palców, znów śmiali się najbliżsi, ponownie irytując mnie nieziemsko. Bo jak głodny ma się z sytym dogadać? Ja czułam natomiast, że jestem w innym ciele i ono mnie nie słucha. Robi co chce, zmienia formę. Kilka kilo do przodu, potem zjazd. Bez żadnej przyczyny. Potrafiłam się rano nie mieścić w spodnie, które jeszcze poprzedniego dnia zakładałam bez problemu.

Podkreślam uprzejmie, że na wieczór nie zjadłam kilograma chipsów z miską lodów i słoikiem nutelli na deser. No szlag by to trafił. Menopauza? Za wcześnie. Ciąża? Wykluczona. Poszłam więc do lekarza, a ten mi wykład robi o cyklu menstruacyjnym, bo to na pewno od tego. I nie słucha, gdy mu tłumaczę, że ja w trakcie cyklu nie odczuwam żadnych zmian i, że wahania wagi mają miejsce kilka razy w miesiącu, w przeciwieństwie do miesiączki. Spojrzał na mnie pobłażliwie i pomyślał pewnie, że przyszła idiotka, i aferę o trzy kilogramy robi. Dla świętego spokoju dał skierowanie na tsh, a gdy ten wyszedł w normie na poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy w jakąś paranoję nie popadam.

Zimno jednak było mi nadal, humor pod psem, obowiązki małżeńskie niewypełnione, włosy przerzedzone, a portki raz wiszą, raz ledwo na tyłek wciskam. Co jest, ja się pytam? W końcu trafiam do endokrynologa i z lekkim zawstydzeniem mówię mu, jak się czuję. I choć nadal jestem chuda to nie wyśmiewa mnie tylko poszerza diagnostykę o kolejne parametry. I jak byk, czarno na białym stoi, że mam przeciwciała antyTPO wystrzelone w kosmos, inne ft3 i ft4 też poza skalą.

Witamy na planecie Hashimoto!!!!

Tyle się o tym słyszy, co druga celebrytka to ma, aż mi się krzyczeć chce: „Mam i ja!”. Owszem nie mam nadwagi, drugiej ciąży nie planuję, ale usłyszeć, że się ma przewlekłe zapalenie tarczycy i, że bez leków się nie da, to uśmiech znika z twarzy.

Tak więc mam hashi. Jesteśmy razem od 3 lat, w bardzo bliskiej relacji. Nazywam tę chorobę czule, żeby się z nią zaprzyjaźnić. Wcinam tabletki co rano, humor nadal zmienny, bo być stabilnym z Hashimoto to jak oczekiwać, że nad polskim morzem zapanują tropikalne upały. Na stałe, podkreślam! Życie z Hashimoto to ciągły spacer na bardzo cienkiej linie, wahania wagi, problemy skórne, biegunki i zaparcia, uczucie zimna lub gorąca. Dwa miesiące stabilizacji, potem góry i doliny. Nudno nie jest. Gdzie tam!

Chuda jestem nadal. W porywach do szczupłej. Tyroksyna podkręca mi metabolizm, a potem nagle zwalnia. Uczę się swojego ciała i tańczę jak hashi mi zagra. Czasem to chocholi taniec.
Nauczyłam się mieć w nosie komentarze innych. Lubię moją wagę piórkową. Wyniki mam w porządku. A czy za dziesięć lat hashi nie podaruje mi w promocji kilkudziesięciu kilogramów, to tego nie wiem. Więc póki co jest nas dwie, chuda i hashi, i nie pozostaje mi nic innego jak żyć sobie w tym duecie, i próbować nie spaść z tej cienkiej liny na mój póki co chudy tyłek.


„Najtrudniej jest stanąć ramię w ramię ze śmiercią i z pokorą oddawać jej tych, po których właśnie przyszła?”. Portrety: Aldona – Siostra śmierci

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / francescoch
 

Aldona. Ma 40 lat. Dość korpulentna. Rude włosy zawsze w kucyk. Przenikliwe spojrzenie.
Mąż i dwójka dzieci. Nieduże mieszkanie w bloku. Auto dziesięcioletnie. Wakacje co roku nad Bałtykiem w pensjonacie Perła. Bardzo przeciętna polska rodzina. Ale jak Aldona zaczyna opowiadać o pracy to już przeciętna nie jest. Przynajmniej ona, choć wygląda jak miliony Polek.

Jej profesja wzbudza dużą ciekawość. Różne komentarze niestety nie zawsze adekwatne do sytuacji powodują, że od kilku lat nie przyznaje się do tego, gdzie pracuje. Najczęściej mówi, że w biurze. Ma wtedy spokój.

A faktycznie od 10 lat pracuje jako pielęgniarka oddziałowa na oddziale paliatywnym. To bardzo smutny oddział w mniemaniu innych. Z niego się już nie wychodzi samemu – mówią. Ona twierdzi inaczej. To piękny oddział, gdzie pomaga się odejść ludziom godnie, bez bólu albo w mniejszych cierpieniach. Po ludzku i w spokoju.

Są rekordziści, co trafiali tu kilka razy na przykład z ciężkim nowotworem. Dostali kilka porządnych kroplówek albo przetoczono im krew i na chwilę jedną nogą znów trafiali do świata żywych. Ale za którymś razem odchodzili, bo organizm był za słaby i żadna kroplówka lub transfuzja nie była w stanie przedłużyć im życia.

Na oddziale paliatywnym panuje idealna cisza. Słychać tylko maszyny. Ich jednostajny szmer czy pikanie. Niekiedy pikania brak. Czasem szept słabego pacjenta lub szloch, krzyk najbliższych, kiedy po kogoś przychodzi śmierć. Aldona do tej ciszy przywykła. Chyba nie umiałaby już pracować gdzie indziej. Na chirurgii czy intensywnej. Ta cisza stwarza powagę. Powagę sytuacji, bo gdy człowiek umiera, cisza jest czasem najlepszym komentarzem.

Aldona jest silna. Wewnątrz i na zewnątrz. Zresztą musi. To nie jest praca dla słabeuszy. Każde odejście przeżywa. Pamięta każdego pacjenta i jego rodzinę. Historię choroby, dawki leków i salę, w której leżał.

Każdą śmierć odreagowuje w kuchni. Świetnie gotuje. Gdy dzieci i mąż wstają rano, a na stole stoi bogate śniadanie, w piekarniku piecze się ciasto, a na kuchence grzeje się gar zupy i patelnia z jakimś mięsem, to już wiedzą, że znów ktoś zmarł, a Aldona nie mogła spać.

To szalenie wyczerpująca praca. Musi być pielęgniarką, psychologiem i nierzadko księdzem w jednym. Rodziny boją się śmierci, potrzebują rozmowy, czasem ostrego słowa, by stanąć do pionu. Niekiedy po prostu wysłuchania albo przytulenia.

Tuliła dyrektorów, adwokatów, robotników, lekarzy, nauczycieli, policjantów czy księży. Jak matka, która pomaga przejść ich bliskim na drugą stronę. Czasem bardziej pomaga żywym niż zmarłym.

Swoją posturą, przenikliwym spojrzeniem i spokojem wzbudza zaufanie. Czuje także, że pacjenci ją lubią. Uspokaja się im oddech, gdy poprawia im poduszkę, podaje kroplówkę, a oni leżą już w agonii. Niby nic nie czują, nie słyszą, ale na nią zawsze tak reagują. A po śmierci często tylko jej dadzą się umyć i ubrać.

Jak pani Helena. Piękna kobieta. Alabastrowa cera z siateczką drobnych zmarszczek. Kształtny nosek, wąskie malinowe usta. Drobne, smukłe ciało. Kiedyś musiała być posągową pięknością. Na oddział trafiła sama, bez bliskich. Przywiozła ją karetka, którą zawiadomiła sąsiadka. Córka pani Heleny zjawiła się dopiero po tygodniu. Opalona, w modnych okularach przeciwsłonecznych i zwiewnej kolorowej sukni. Wróciła z urlopu. Wcześniej nie dała rady wpaść. A mama przecież i tak nic już nie słyszy, i nie czuje, a opiekę całodobową ma, więc nie było potrzeby przerywać wakacji. Wtedy w Aldonie aż się gotuje. Taki bliski pacjenta to typ niereformowalny. Wtedy tylko żal jej chorego, bo wie, że gdy przyjdzie śmierć będzie najprawdopodobniej sam. Dlatego też przy nich czuwa. Na nocnym dyżurze nigdy nie śpi. Jest gotowa, by podać choremu dłoń, pogłaskać po czole, pożegnać. Tak było z panią Heleną. Aldona doskonale wyczuła, że śmierć nadeszła. Chwyciła chorą za dłoń i głaskała nadgarstek. Gdy usłyszała westchnienie, wiedziała, że to już. Zrobiła jej palcem krzyżyk na czole. Poprawiła kołdrę, odłączyła aparaturę, delikatnie odkleiła plaster i wyjęła wenflon. Powiedziała, do zobaczenia pani Helu i wpisała godzinę zgonu na karcie. Córka zjawiła się po kilku godzinach zalana łzami. Szlochała teatralnie i krzyczała na matkę, gdy nie mogła jej umyć. Aldona wiedziała o co chodzi. Pacjenci po śmierci, niby pozbawieni duszy, wyczuwali ludzi wokół. Tylko wybranym pozwalali się umyć i ubrać. Można było z łatwością zginać im łokcie i kolana. Pani Helena była sztywna w obecności córki. Gdy ta wyszła, a zjawiła się Aldona, jej ciało stało się elastyczne i miękkie. Pani Helena wybrała sama.

Inni mają więcej szczęścia. Jak pan Waldemar. Kiedyś chłop jak dąb, przystojny i ponoć bardzo zabawny, dziś skurczony, i słaby ostatkiem sił walczy z tym, co chodzi wspak. Nigdy nie jest sam. Dzieci i starsze wnuki ustaliły grafik, i kolejno przy nim siedzą. Dzień i noc. Non stop. Rozmawiają z nim, opowiadają, co się aktualnie dzieje, a wnuk z maturalnej klasy czyta mu na głos swoją lekturę albo piekli się z uśmiechem nad zadaniem z matematyki. Cała rodzina składa się na kosmetyki, pieluchy i plastry przeciwodleżynowe. Przy tacie nigdy się nie kłócą. Chcą, by miał spokojną podróż na tamten świat. Pan Waldemar odchodzi przy ukochanym wnuku, a młody chłopak staje na wysokości zadania. Nie w głowie mu fejsbuk czy instagram. Nawet z dziewczyną zerwał, która o te dyżury w szpitalu była zazdrosna i kazała mu wybierać.

Chłopak zagryza wargi. Oczy mu się szklą. Wstrzymuje oddech. Podświadomie wie, że dziadek odchodzi. Inaczej nabiera powietrza, by w końcu wydać z siebie to ostatnie tchnienie. A on trzyma dziadka mocno za rękę i bezszelestnie połyka płynące po policzku łzy. Nie wie nawet, że egzamin dojrzałości właśnie ma za sobą. Nieważne zadania, interpretacje czy wypracowanie. Był z dziadkiem w jego ostatniej chwili. Zapewnił mu bezpieczeństwo i spokój. Tego szkoła nie uczy.

Takie momenty Aldona ceni najbardziej. Gdy ktoś godnie odchodzi. Gdy przeżywszy swoje życie umiera w spokoju, z bliskimi. Otoczony miłością. Gdy wszystkie zwady odłożone są na bok, bo wtedy przecież już się nie liczą.

Kiedyś syn jednej z pacjentek, ceniony profesor nomen omen, zapytał się jej, czy ona w tym przybytku śmierci pracuje za karę. Zatkało ją, że człowiek tak wykształcony nie jest w stanie pojąć jej misji ani wagi wykonywanej pracy. Cóż to za umiejętność cieszyć się z przyjścia człowieka na świat? Żadna filozofia. To piękne wydarzenie, ale czyż nie wiele trudniej jest stanąć ramię w ramię ze śmiercią i z pokorą oddawać jej tych, po których właśnie przyszła?


„Decyzję podjęła spontanicznie. Miała lekką nadwagę. Przydałoby się zrzucić parę kilo”. Portrety: Wioletta – weganizm

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / kjekol

Decyzję podjęła spontanicznie. Miała lekką nadwagę. Przydałoby się zrzucić parę kilo. Wyniki by się poprawiły. Wbiłaby się w dżinsy. W te, co chodziła na studiach. Co aż trzeszczały w szwach, kiedy spóźniona jak zwykle biegła na zajęcia. Miała fajną figurę. Taką akurat. Kawałek pupy, uda i piersi. W sam raz.

Nawet nie wie, kiedy z rozmiaru 36 przeszła na 40-42. Może przez „biurwy”;) W pracy siedziały minimum 8 godzin. Kawka, ciasteczko, batonik. Jak robiły bilans to nawet nie wiedziały, kiedy słodycze znikały z talerzy i opakowań.

Tylko jedna koleżanka była weganką. Cudownie chudą. Malwina jako jedyna nie wcinała tych ciastek, nie piła kawki, nie zrzucała się na pizzę, gdy trzeba było zostać po godzinach. Miała swoje pudełeczka, a w nich vege cuda. Wyglądały nawet nawet.

Wiola przeczytała w internecie ze trzy artykuły. Co to za filozofia. Po prostu wszystko co odzwierzęce odstawia. I je surowe. Czasem gotowane dla urozmaicenia, ale krótko i w małej ilości wody, by witamin nie tracić.

Zaczęła. Od poniedziałku, bo w poniedziałek zawsze jakoś tak łatwiej. W biurze dużo pracy. Nie myślała za wiele o jedzeniu. Wzięła jakieś warzywa, pocięte w słupki. Piła herbatę ziołową na zmianę z wodą. Jakoś poszło. Podpytała Malwinę, ale gdy ta się rozkręcała w swoim wykładzie, wyłączyła się. Za dużo szczegółów. Mleko takie a takie. Tofu. Warzywa najlepiej ekologiczne. Dużo wody. Żadnej przetworzonej żywności itp.. Cholera, co to znaczy przetworzonej?! Dziś wszystko jakoś jest przetworzone. Ma sobie wyhodować sałatę w doniczce i popijać wodą? Pewnie filtrowaną jeszcze najlepiej?

Ale się uparła. Żołądek ściśnięty w supeł i na trzy kokardki jeszcze, oszukiwany przezroczystą H2O, maltretowany surowizną, której wcześniej nie znał, zaczął strajkować. Nie to nie. Z żołądkiem ma się kłócić?

Po tygodniu była słabsza nieco, ale jakaś taka lżejsza. Malwina ją podpytywała, chciała coś doradzić. Poczęstować zawartością pudełek. Ale Wiola ambitnie podeszła do sprawy. Da radę sama. Tym bardziej, że dziewczyny bacznie obserwowały jej zmagania. Złośliwy komentarz też się zdarzał. Nawet nie starały się jej wspierać. Nadal ucztowały w biurze. Bo przecież co może wkurzyć bardziej od tego, że się schudnąć nie może? Odpowiedź jest prosta. Świeżo odchudzona koleżanka. O tak. To bije po oczach. Wkurza niesamowicie. Tak, że najchętniej tę chudszą w słoninę by się owinęło, żeby sobie humor poprawić.

Tygodnie mijały. Wiola nieznacznie urozmaiciła menu. Coś tam poczytała w necie. Książkę nawet kupiła, ale wieczorem była tak zmęczona, że zasypiała zawsze czytając 7 stronę.

Malwiny ze trzy razy podpytała po cichu o przepis na coś nowego, bo już patrzeć nie mogła na swój codzienny jadłospis. Jednak nadal miłością do weganizmu nie zapałała. On zresztą do niej też nie. Jakaś taka szara się zrobiła. Niby mniejsza, ale mdła, bez wyrazu. I mniej radosna. Jakby w trybie stand by.

Badania zrobiła przypadkiem. Koleżanka była w ciąży, ale bardzo się bała kłucia. Więc poszła z nią. Solidarnie dając poszarpać sobie żyłę i zostawiając w probówce czerwoną cząstkę siebie.

Badania wyszły gorzej niż źle. Zaawansowana anemia to był mały pikuś. Organizm zwariował. Hormony robiły co chciały. Drakońska dieta, zastosowana bez rozsądnego przemyślenia, pozostawiła po sobie zgliszcza. Dobrze, że było co zbierać.

Mądry lekarz pierwszego kontaktu, z NFZ swoją drogą, zakazał wegańskiej samowoli i polecił dobrego dietetyka. Niedrogiego nawet.

Poszła. Ze spuszczoną głową, jak dziecko które piłką wybiło szybę, odbijając tę piłkę bardzo mocno ze świadomością dokonania zniszczeń. Tą piłką była właśnie dieta. Zastosowana spontanicznie, bez przygotowania i porządnej wiedzy. Bez chęci zgłębiania tematu. Miało być szybko, efektywnie i efektownie. No szybko było. Kilka tygodni. Efektownie też, gdy u lekarza mało co nie zemdlała. Efektywnie natomiast już nie bardzo. Nie licząc efektów ubocznych. Jak najbardziej negatywnych.

Wykład u dietetyka zniosła. Nie lekceważyła. Ta Malwina miała dużo racji.

Wiola zmieniła dietę. Zdecydowała się na wegetarianizm. Mięsa jakoś nie lubiła nigdy za bardzo. Ale jaja, ryby owszem. Przeczytała dziesiątki artykułów. Zrobiła badania. Przygotowała się mentalnie i fizycznie.

Nadal pracuje w biurze. Rozmiar 36-38.

Wyniki? Lepsze niż u niejednej nastolatki. Humor? 10/10.

Apetyt? W granicach zdrowej normy.

Włosy i paznokcie? Lśniące.

Żołądek? Zadowolony. Dogadali się drogą pokojową. Ustalili, co lubi, a czego nie toleruje.

Ciało? Posłuchało i spełniło marzenie, gdy pewnego pięknego dnia wbiła się w stare dżinsy.

Uśmiech? Obecny!!!

Wydajność? Maksymalna.

Wiedza? 7 punktów na 10, wciąż w tendencji wzrostowej.

A koleżanki? Spuchły z zazdrości, odwrotnie proporcjonalnie do jej utraty wagi. Na pokładzie pozostała Malwina. Bardzo fajna babka. Razem chodzą po mieście i testują w knajpach potrawy wegetariańskie i vege. Razem coś przyrządzają. Zmieniły podejście do życia i odżywiania. Nie są na diecie. Mądre jedzenie stało się po prostu filozofią ich życia. Urozmaicone, zdrowe, idealnie dopasowane. Wszak jest się tym, co się je.