„Moja tusza to szkarłatna litera. Jestem człowiekiem drugiej kategorii?”. Portrety: Gruba HashiMAJA

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019
Fot. iStock / Rostislav_Sedlacek
 

Jestem gruba. No jestem i co? Nie mogę? Czy muszę wyglądać jak wszystkie laski z insta? Mieć wyrzeźbiony brzuch, wypracowane na siłce pośladki i bicepsy, sztuczne rzęsy i paznokcie, i doczepy na dodatek? Mam ważyć mniej niż powinnam lub chwalić się, że moja tkanka mięśniowa zwiększyła się odwrotnie proporcjonalnie do tłuszczowej? A jak nie ulegam trendom to znaczy, że jestem zaniedbana, leniwa i niezbyt mądra? Nikt nie pyta o moje wykształcenie, zainteresowania i zawód. Nieważne. Przecież jaka jestem każdy widzi. A gruba znaczy głupia. Skoro nie umiem o siebie zadbać, trzymać w ryzach apetytu to oczywistym jest fakt, że inteligencją nie grzeszę. Tuszą za to tak.

A ja hybrydę mam, bo jest wygodna i długotrwała. Rzęsy nosiłam, ale były po prostu niewygodne. Używam odżywki i z dobrą maskarą moje rzęsy osiągają niezłą długość.

Włosów nie farbuję. Mam szczęście. Są kruczoczarne i choć zbliżam się do czterdziestki siwych nitek brak. Doczepów nie akceptuję.

Zresztą nie muszę się nikomu tłumaczyć z tego jak wyglądam. Brudna i śmierdząca nie chodzę. Wręcz przeciwnie. Dbam o ciało, o higienę i o dziwo o dietę.

Lubię buty i torebki. Jak każda kobieta staram się modnie zestawiać garderobę, jednak z moim rozmiarem trudno mi znaleźć w sklepach coś pasującego. Od pół roku mam świetną krawcową, która szyje mi fantastyczne ubrania, wcale nie worki ani nie sukmany dla emerytki. Nie patrzy pobłażliwie jak te dziewczyny w sieciówkach, które swoim „dzień dobry” komunikują raczej „A ta tu czego”.

Jestem gruba. Nie dlatego, że się obżeram. Patykiem nigdy nie byłam, w ciąży przytyłam tylko 10 kg, zawsze wyglądałam fajnie. Takie 38/40. Kawałek pupy i biustu. Czułam się ze sobą dobrze.
Dziś 30 kg plus. Rozmiar ileś razy XL. I jak nie daj Boże idę z wafelkiem loda (jedna gałka!!! sorbet) to i tak czuję na sobie te spojrzenia pełne dezaprobaty. A kto powiedział, że gruby ma nie jeść lodów, kawałka tortu czy czekolady? Czy moja tusza to szkarłatna litera, która mnie stygmatyzuje, skazując jednocześnie na niejedzenie?

W ciągu pół roku przytyłam te cholerne 30 kg. Z powietrza. Jakbym się ustawiła po kilogramy, bo gdzieś je za darmo dawali. Jadłam mniej, ba, prawie wcale, a puchłam w oczach jak bańka mydlana. Z tygodnia na tydzień ciuchy się kurczyły, a ja zajmowałam więcej miejsca na planecie. Dopiero po jakimś czasie trafiłam do mądrego lekarza. Nie wyśmiał mnie jak poprzednicy. Przytyła i do lekarza przyszła się pożalić. Było tyle nie wsuwać, a nie teraz na tabletki cud liczyć. Nie pytali jak się czuję, nie zlecili badań. Traktowali jak intruza. Dopiero czwarty z kolei młody lekarz po prostu ze mną porozmawiał. Zlecił badania tarczycy. Tsh w normie. Pewnie menopauza mi się zbliża stąd fale zimna i gorąca, permanentne zmęczenie, obniżony nastrój. Ale on szukał dalej. Wystarczyły dodatkowe badania. Kartka z wynikami przeciwciał wołała wielkim i tłustym wykrzyknikiem. Podwyższone. Piętnaście razy. Hashimoto jak się patrzy. Choroba cywilizacyjna, autoimmunologiczna i bardzo częsta wśród kobiet. Główny winowajca mojej nagłej tuszy. Ruszyłam do boju, ale nie było tak łatwo jak myślałam. Ciało szalało. Mimo lekarstw, diety zapisanej przez dietetyka przez duże D i ruchu wcale nie chudłam. Zatrzymałam się, nie tyłam, ale do upragnionej wagi wciąż miałam lata świetlne.

Dziś jestem pod stałą kontrolą endokrynologa. Na temat Hashimoto wiem bardzo dużo. Wciąż się dokształcam. Słucham sobie. Jem często i mało. Produkty dobrej jakości, ale gruba jestem nadal. I pewnie będę przez jakiś czas zanim hormonów nie ustabilizuję. I będę zatem wciąż oceniana przez pryzmat kilogramów. To tak bardzo wkurza, że muszę udowadniać jak wartościowa jestem tylko dlatego, że nie wpisuję się panujące trendy. I stąd pytanie:

CZY TYLKO DLATEGO, ŻE JESTEM GRUBA JESTEM CZŁOWIEKIEM GORSZEJ KATEGORII???!!!!

No cholera nie! Znam języki, mam kierownicze stanowisko, zarządzam ludźmi, nieźle zarabiam. Jestem dobrą matką i partnerką. Przyjaciółką, na której można polegać. A mimo to najpierw widzi się moją tuszę, potem mnie. Na szczęście mam swój rozum i kilku fajnych ludzi dookoła, dla których jestem po prostu interesującą osobą. Jestem gruba i sama będę decydować, kiedy, ile i czy w ogóle schudnę. A nawet jeśli nie schudnę to nadal wiem, że jestem wciąż tym samym człowiekiem. Dlatego zanim kogoś skrytykujesz to zastanów się, czy nie wyrządzasz komuś krzywdy. To raz. A dwa, Hashimoto jest podstępne, może właśnie Ty będziesz następną osobą, jaką zaatakuje i zmieni Twój rozmiar, i samopoczucie. Trochę empatii zatem. Tego chyba można wymagać w cywilizowanym świecie…?


„Robił się coraz większy. Celu już nie miał, bo gdy patrzył w lustro uważał, że wciąż jest za szczupły”. Portrety: Bartek – bigoreksja [część 1]

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019
Fot. iStock / MarinaZg

Jest wysoki. Bardzo smukły. Rysy delikatne, ale nadal męskie. Błękitne oczy z piękną ciemną oprawą. Z taką urodą mógłby być modelem albo tancerzem. Najlepiej w balecie. Dziewczyny się w nim kochały. Potajemnie, bo był tak nieśmiały, że je paraliżował. Łatwiej było uderzać do tych bardziej wygadanych. Szkolnych łobuziaków. Do Łukasza na przykład. Albo Piotrka. Odważni. Pewni siebie, rzucających komplementy na głos na korytarzu, o czym młode dziewczęta przecież marzą. Bartek też je komplementował. W myślach. I w myślach zazdrościł chłopakom tej energii, niewyparzonego języka i zainteresowania płci przeciwnej. Winił się za swój charakter i wygląd. O tak, ten drugi był szczególnie winny. Piotrek miał w szkole same pały. Cymbał do kwadratu. Ale z tą sylwetką mógł czarować. Wystarczy, że dziewczynę objął. A gdy Kaśkę podniósł na studniówce i niósł ją przez pół sali jak piórko, reszta dziewczyn piszczała z zachwytem. Ona, Ania też. Może nie krzyczała jak inne. Ale stała w tym tłumie. Wpatrzona w tani spektakl, jaki za pomocą mięśni wyczarował Piotrek.

Podjął zatem męską decyzję. Siłownia. Siłka jak mówią chłopaki. Pójdzie. Poćwiczy. Do matury się nie wbije w obecny garnitur.

Poszedł. Najpierw do tej w piwnicy, którą kumple z osiedla założyli. Śmiali się z niego. Ale on przychodził regularnie. Oczytał się w internecie. Zaplanował treningi. Najpierw 3 razy w tygodniu. Po półtorej godziny. Stopniowo modyfikował dietę. Poznawał wartości odżywcze produktów, proporcje węgli, białka i tłuszczów. Nie od razu zaczął przybierać na masie. Nawet schudł, co nie było jego celem. Nie załamał się. Miał cel i do niego dążył. Zmienił siłkę kumpli na profesjonalną siłownię. Oszczędził na konsultacje z trenerem personalnym. Kupił karnet i odżywki. Dużo odżywek. Proteiny i węglowodany. Różne suple. Przed treningiem i po. Zaczął ćwiczyć codziennie. Pilnował posiłków. Przygotowywał je sam. Jadł regularnie. Z czasem co do minuty. Potrafił wyjść na lekcji niby to toalety, a tak naprawdę z szafki z szatni szybko wyciągał pudełko z ryżem i kurczakiem. Czy wyjść z kina w trakcie seansu, by zjeść.

Rodzice z dumą patrzyli jak zdrowo się odżywia. Mamę odciążył. Sam lepiej wiedział, co powinien jeść. Poinstruował tylko, co musi być w lodówce. W weekendy dorabiał w restauracji, więc na karnet i na odżywki zawsze było.

Przed maturą było widać różnicę. W garnitur się jeszcze wbił. Spodnie wchodziły bez problemu, ale marynarka była już opięta. To go motywowało. Nie liczyło się nic. Ani nikt. Nawet Ania zniknęła na jakiś czas z jego horyzontu. Jego życie zaczęło kręcić się wokół siłowni. I snu. Wiedział jak regeneracja jest ważna. Mięśnie odpoczywały i rosły. Chciał, by to trwało. Czuł zwierzęca wręcz satysfakcję. Każda kropla potu przybliżała go do upragnionej sylwetki.

Ustny z polskiego miał w ostatniej grupie. Rano pobiegł jeszcze na trening. W południe był w szkole. Nie zapamiętał nawet, że Ania zdaje  zaraz po nim. Przypomniał sobie, gdy usiadł pod salą. Weszła z przerażoną miną. Była taka śliczna i drobna. On to by ją niósł na tej studniówce.

Wspaniale się poczuł, gdy się uśmiechnęła na jego widok. Poczuła się raźniej i jakoś tak bezpieczniej. Te jego oczy. Hipnotyzowały, a on nawet nie był tego świadomy.

Razem czekali na wyniki ustnego. On wtedy już jadł swoją porcję. Dzielnie, bo monotonne posiłki już dawno mu obrzydły. Gdy zaproponowała pizzę w nagrodę za zdaną maturę, przez chwilę miał ochotę odmówić. Ale poszedł. Jednak czuł się nieswojo. Złamał zasadę. Zjadł nie to, co trzeba i nie o tej porze. Aż brzuch go zabolał. A głowa ganiła za słabą wolę.

Ania na szczęście na koniec spotkania się w niego wtuliła. Wtedy stwierdził, że to kolejny plus ćwiczeń. Mógł jej dać schronienie przed całym światem. Jeszcze parę kilo. Kilka centymetrów i osiągnie cel. Gdy go zdobył, wcale nie zaprzestał. Ćwiczył dalej. Faszerował się odżywkami. Jako że w wakacje poszedł do pracy stać go było na jedzenie z cateringu. Określił jasno proporcje i już nie miał odruchu wymiotnego, gdy po raz tysięczny miał jeść to samo. Dla Ani też znajdował czas. Po lub przed treningiem. Przed lub po pracy. Jednak to siłownia dyktowała, co i kiedy ma robić. Dieta także określała styl życia.

Lody? Nie, niedobre.

Pizza ze znajomymi? Absolutnie.

Alko? Zakaz totalny.

Kebab po imprezie? No co wy?

Impreza? Nie, rano mam trening, muszę być wyspany.

Ania na początku znajomości cieszyła się, że Bartek ma tę siłownię. Wiedziała co i kiedy robi. Było bezpiecznie. Nawet nie wie, gdy stali się parą. Po prostu byli razem. Bartek był spokojny, czuły i zdeterminowany. Dostał się na wymarzone studia. Ona też. Miał plan na swoją sylwetkę. Podobał się jej. Był coraz lepiej zbudowany, ale nie ogromny. Miło było iść z nim na plażę, gdy pokazywał już delikatnie zarysowaną rzeźbę. Ona przy nim wydawała się jeszcze mniejsza.

W październiku zaczęły się studia. Dużo czasu na uczelni. Dobrze, że na tej samej. Różne kierunki, inne godziny. W okienku Bartek biegł na siłownię. Po zajęciach do pracy. Czasu miał dla niej mniej. Z grupą się nie integrował. Nie palił, nie pił, nie jarał. Imprezy w akademiku i klubach też odpadały. Byłby niewyspany. Byli parą na Messengerze. W rzeczywistości się mijali. Nie zrezygnował z siłowni, nawet gdy Ania miała urodziny. Dzień jak każdy inny, a że zajęcia mieli od rana, to ćwiczyć poszedł wieczorem. Na imprezę nie wpadł. Chciał się wyspać. Właśnie miał rozpisany nowy trening. Potrzebował regeneracji. Gdy Ania się obraziła, nie czuł się winny. Ma pasję, a ona tego nie rozumiała.

Robił się coraz większy. Musiał całkowicie zmienić garderobę. Celu już nie miał, bo gdy patrzył w lustro uważał, że wciąż jest za szczupły. Na treningi przychodził albo bardzo rano albo późnym wieczorem, żeby nie widzieć chłopaków. Bał się konfrontacji. Na pewno był mniejszy.

Ania zerwała z nim w sylwestra. Odmówił pójścia na imprezę. Zaplanował trening wieczorem, a następnego dnia musiał być w pracy. Nie mógł przecież zrezygnować z regeneracji. Zresztą siedzieć z bandą idiotów, pić i palić całą noc. Co to rozrywka?

Gdy zerwała, poczuł ulgę. Nie żal. Nie smutek. Nie złość. Ucieszył się w duchu, że będzie miał więcej czasu na treningi.

A te były skuteczne. Ostatnio Piotrek, ten z klasy, go nie poznał na ulicy.

 

Siłownia i odżywki planowały życie. Bigoreksja zagościła w głowie, tylko Bartek jeszcze tego nie wie.

 

Czy się opamięta? Tego nie wiadomo. Ania wyrzuciła go z serca, ale nie z głowy. Spotyka się z chłopakiem z psychologii. Ostatnio miał na zajęciach uzależnienia. Ania pierwszy raz usłyszała wtedy, na co być może cierpi Bartek. Ambitny, ale bardzo niepewny w środku. Wygląda okazale. Boi się, że bez siłowni będzie się kurczył. Nawet od diety nie zrobi odstępstwa. Żadnego.

Nie zauważył, że libido mu spadło, że organizm jest przemęczony, a głowa sfokusowana na sylwetce. Ze życie to dom, praca, uczelnia i siłownia. Że ma 20 lat i żyje jak w klatce.

 

Ania z nowym chłopakiem będzie chciała mu pomóc. Trudno będzie przebić się przez te coraz większe mięśnie.  Pytanie tylko czy silny Bartek, który bierze na klatę 120 kg wygra z bigoreksją, czy to ona jednym podmuchem wyrzutów sumienia położy go na łopatki?