Choróbsko.

Kreską Asi
Kreską Asi
15 lutego 2016
 

 

Dlaczego nie ma punktów lojalnościowych w aptekach?

Dlaczego w przychodniach pediatrycznych nie ma leżanek 

(na dłuuugie zimowe popołudnia)?

Dlaczego w internecie nie ma edytowalnych tabelek 

z dawkowaniem dziecku tabunu leków?

Dlaczego na okres jesienno zimowy nie przysługuje rodzicom, 

z automatu, półroczny urlop chorobowy? 

Dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że razem z dzieckiem chorują tez rodzice?

Opowieści innych mam, o dziecku non stop chorującym, słuchałam trochę

jak bajki o czerwonym kapturku. Do czasu kiedy Zosia nie przywdziała czerwonej pelerynki

(czytaj – nie poszła do żłobka). Mądrowałam, że przecież witaminami naturalnym ją faszeruje, więc moje dziecko nie będzie takie chorowite. Że te opowieści to jakieś skrajności/ wyjątki.

I jeszcze do niedawna (do października w sumie) wmawiałam sobie te bzdety.

Okazało się, że to nie jest chorowitość, tylko normalność: standard do lat 3.

A jak nie puścisz do żłobka to w przedszkolu i tak odchoruje swoje. No i teraz to już trzeba przyznać wprost. Nie ma co się oszukiwać.

Więc przyznaję (i ostrzegam!) co następuje:

Dzieci żłobkowe chorują często. Latem. 

Bo zimą jeszcze częściej. 

Od jesieni Zośka była chora co miesiąc. 

No czasem daje odpocząć i choruje tylko co półtora miesiąca. 

Ot – przygotuj się! Bądź zdrów! (a i z tym bywa różnie).

Ps. Pisze to z „L4”. A jutro idziemy znowu z Zosia do lekarza, bo jelitówka płynnie przeszła w silny kaszel, katar, gorączkę i co kto chce jeszcze…

Apsik!

Na zdrowie…

 

czytaj więcej na blogu: Kreską Asi


Kompot jabłkowy. Czyli teraz rozumiem moich Rodziców.

Kreską Asi
Kreską Asi
15 lutego 2016
 

 

Zbierało się TO właściwie odkąd Zoś pojawił się na świecie. Ale BYŁO mgliste i abstrakcyjne.

I trochę nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Wszak ja, taka buntowniczka w glanach. Niezależna, daleko miało paść jabłko od jabłoni. I przez chwilę było daleko.

Ale z górki się stoczyło chyba i wróciło. Poturlało się w same korzenie jabłoni, w jej cień.

Im Zosia tuptaniem i mówieniem staje się coraz bardziej niezależna, tym Matka jej coraz bliżej Matkę i Ojca swojego przypomina. Przynajmniej tak brzmi.

Aż pewnego dnia mnie olśniło: Odkryłam całą logikę wypowiedzi moich Rodziców,

które do mnie kierowali od trzydziestu lat.

A stało się to pewnego pięknego przedświątecznego popołudnia:

 

1.Zosia: nieustraszona, pełna energii – po żłobku.

 

2.Ja: ustraszona i z energii wypruta – po pracy.

 

3.Arek: patrz punkt 2.

 

I się dzieje: Zosia jest wszędzie. Biba (biega). Daliij (ciągle). Krzyczy. Nie daje ani ułamka sekundy przestrzeni na nasze pół słowa. Chcemy ustalić ze sobą przedświąteczne obowiązki. Kapitulujemy po godzinie (17.00). Piszę do Arka smsa w tej sprawie (wciąż nie możemy się przebić przez nieustanny monolog Zofii). Po 18-stej myślę sobie, że w sumie dziecko podobne, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że zostało w żłobku podmienione.

Przecież my mamy grzeczną poukładaną Zofiję, a nie Diabołka. Po 19stej mnie OLŚNIŁO. Poszła salwa moich tekstów. TYCH tekstów. Słyszanych naście i dwadzieścia lat temu. Uważanych za debilne, głupie, nielogiczne.

A teraz po latach jakże głęboki w nich tkwi przekaz.

I mamy od mamy:

 

Co Ty wymyślasz/kombinujesz? (nie doceniam kreatywności dziecka)

Zosia, albo-albo… (Zosia już sobie zapożyczyła ten tekst:
zanim zdąży mnie wyprowadzić z równowagi sama kwituje swoje zachowanie: Abdo-abdo!)

Czy Ty masz motorek w dupie?! (no niee, tego ostatniego słowa
nie wypowiadam przy ZOsi – przynajmniej się staram ;P )

 

Zosia, czy ty masz owsiki? (Znowu w tym słynnym miejscu,
znowu zdania nie wypowiadam do końca)

 

Nie kręć się przy jedzeniu. (i w różnych innych sytuacjach. Słynna Zosi TAJOTA / karuzela)

 

Jedz ładnie! (a jakże! a najfajniejsze jest bekanie, takie to śmieszne Mama!)

 

Nie wygłupiaj się! (czyt: nie bądź dzieckiem!)
 

Bo Mikołaj nie przyjdzie. (jeszcze mało działa, bo ZOsia nie wie za bardzo o co chodzi z tym panem w czerwonym kubraczku, przecież to Baba przyniosła prezent)

 

Bo nie będzie prezentów. (i tak były…)

 

Mikołaj wszystko widzi. (no to Zosia tym większe przedstawienie odgrywa)

 

Liczę do trzech i … (tu mi zawsze brakuje ciągu dalszego wypowiedzi)

 

Czy Ty się szaleju najadłaś? (nie wiem jak to smakuje, ale brzmi, jak większość, debilnie)

 

Stój w miejscu. (czyli znajdź u Zosi guzik OFF)

 

Nie ruszaj się. (patrz: powyżej)

Nie kręć się tak. (i tu nasuwa się pytanie: A jak?!)

Stój ładnie. (a stań brzydko rodzicu)

Stój spokojnie. (z cyklu: przycisk OFF)

Zobacz jak Ty siedzisz? (a Zosia powinna na to: to daj mi lustro)

Czy my możemy z Tatą porozmawiać? (pewnie, nie przeszkadzajcie sobie, tylko jednocześnie rozmawiajcie ze mną, czytajcie mi, tańczcie i bawcie się ze mną…)

 

Czy ty możesz się uspokoić? (pytanie retoryczne)

 

Bo nie dostaniesz kolacji. (brawo Mamo! szantaż jako metoda wychowawcza, pogratulować)

 

Oj Ty Gałganie. (Zawsze sobie wtedy wyobrażam zmechaconą Zosie po spaniu)

 

Ty Gadzie jeden. (Umówmy się. Moje dziecko jest ssakiem.)

 

Czyli mamy tu same książkowe błędy których tak gorąco obiecałam sobie nie popełniać.

I teksty, które wydawały mi się śmieszne. Teraz nabrały sensu. Na chwilę.

Bo po wypowiedzeniu każdego z nich już po chwili, w duchu, śmiałam się z siebie.

A przynajmniej po niektórych.

 

Czy to kolejny etap rodzicielstwa?

Upodobnienie się do swoich rodziców?

 

Czy to już starość?

 

I boję się pomyśleć jak brzmieć będę w okresie dorastania Zofii.

 

Będzie kompot.

  1. A tu postanowienie noworoczne: Oby tych kretyńskich, górnolotnych tekstów

w nadchodzącym roku nie przybyło… Obym nie musiała powiększać powyższej listy.


Nasze małe zoo

Kreską Asi
Kreską Asi
15 lutego 2016

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy widzisz dwie kreski – myślisz: pchełka.

Nosiłam wielki brzuch – mówiłam: hipopotam.

Rodząc – krzyczałam: słoooń!

Karmiłam i szczebiotałam – małpeczka.

Po drodze był też kangur i koala – przyklejone do mamy.

A teraz mamy NARAZ małe zoo.

Oto ono:

Koń

Sceneria: Zośka po kilka razy woła, że chce na nocnik.

Po czym przy samym sprzęcie stwierdza, że to żart był.

JA (poirytowana): Zosia, nie rób mnie w konia!

ZOSIA: Patataj, patataj…

Kot

Sceneria: Drepcze kot na podwórku sąsiadów.

Zosia zachwycona gramoli się mi na ręce;

co by do okna łba przykleić. I już po chwili:

ZOSIA: Miauuuuuuu! (dźwięk, jak widelcem po talerzu)

Ryba

Sceneria: Zosia pałaszuje ukochanego łososia.

Caaaały kawał. Wstaje od stołu i robi tajotę (karuzela, piruet).

JA: Zosia nie kręć się tak, bo ryba w brzuszku się też zakręci 

i połknie swój ogon… (z serii głupich powiedzeń mamy)

Pies

ZOSIA: kaszlące, przerażające: ŁAAAAUHAŁ!!!

Sceneria: zarówno w domu, gdzie pluszowe kundle walają mi się pod girami,

jak i na dworze – spacerują nie tylko matki z dziećmi, ale dzieci z matkami, tfu – psami.

Świnka

Sceneria: Oglądanie książeczek o tematyce wiejskiej.

Zosia: ultradźwiękowo: IIIIIIIIIIIIIIIIIIIIII, iiiiiiiiii, IIIIIIIIIIIIII

Kaczka

Sceneria: Zosia zaczyna stroić miny.

JA: Zosiu, co robisz taką kaczuszkę?

ZOSIA: znów mocno piskliwie: KŁAAA kŁAAA!!

Zając/królik/kangur:

Sceneria: Ktoś przychodzi (Zosia zaczyna przedstawienie).

Lub w książeczce wypatrzony został zając.

ZOSIA: Z całym swoim 13kilogramowym ciałkiem: OPsasa Opsasa! (alternatywnie: IC, ic!)

I zdaję mi się, że zwierzyniec powiększa nam się z każdym dniem. 

Także powrócimy do tematu

Ihaha!

 

czytaj więcej na blogu: Kreską Asi