16 produktów, które uratują nas przed przeziębieniem, gdy na dworze zimno

Redakcja
Redakcja
23 października 2018
Fot. iStock/mediaphotos
 

Za oknem zimno, u niektórych pada. Niektórzy już myślą o tym, że kwestią czasu jest pojawienie się kataru, przeziębienia. Brrr. Nic przyjemnego. Ale przeziębieniu można zapobiec, wystarczy do swojej diety bardziej świadomie włączyć produkty, które dbają o nasze zdrowie. 

16 produktów, które warto jeść, gdy na dworze zimno, a my obawiamy się przeziębienia

Cytryna

Witamina C skraca przeziębienie co najmniej o jeden dzień, jeśli zaczniemy dostarczać ją naszemu organizmowi przy pierwszych objawach, dlatego tak ważne jest uwzględnienie jesienią w swojej diecie cytryny, nie zapominajcie o niej. Najlepiej codziennie rano pijcie wodę z cytryną.

Jogurt

Jogurty, kefiry  zawierają mnóstwo probiotyków, które są pożytecznymi szczepami bakterii pomagającymi w trawieniu i w problemach żołądkowych. To jednak nie wszystko. Ostatnie badania wykazały, że jedzenie jogurtów pomaga zmniejszyć ryzyko infekcji górnych dróg oddechowych.

Czosnek

Czosnek zawiera związek siarki zwany allicyną, który wytwarza silny przeciwutleniacz mający kluczowe znaczenie w walce z przeziębieniem. Działa najsilniej, kiedy jemy go na surowo.

Ciemne zielone liście

Im ciemniejsza zieleń warzyw tym lepiej, to jeden z najzdrowszych pokarmów, jakie możemy dostarczyć naszemu ciału. Przykładowo jarmuż jest pełen składników odżywczych, w tym witaminy K, A i C, z których wszystkie pomagają nam zachować zdrowie.

Marchew

Marchew i inne pomarańczowe warzywa, takie jak słodkie ziemniaki, zawierają wysoki poziom beta-karotenu, który jest przekształcany przez nasz organizm w witaminę A. Witamina ta odpowiedzialna jest za nasze zdrowie i walczy z przeziębieniem: pomaga utrzymać silny układ odpornościowy i utrzymuje w zdrowiu błony śluzowe w nosie i gardle.

Tłusta ryba

Wiadomo, że kwasy tłuszczowe omega-3 zmniejszają stan zapalny w organizmie. Tłuste ryby, takie jak tuńczyk, łosoś i makrela są bardzo bogate w dobry tłuszcz i mogą zapobiegać przeziębieniom i poważniejszym chorobom.

Nasiona kopru włoskiego i anyżu

Zarówno nasiona kopru włoskiego jak i anyżu są naturalnymi środkami wykrztuśnymi, a także mają właściwości antybakteryjne, które ułatwiają kaszel. Koper można spożywać na surowo lub prażony, a z nasion przygotować herbatę.

Chude białko

Chude białko, czyli  kurczak, indyk i schab, nie tylko pomaga w budowaniu mięśni, ale także w budowaniu przeciwciał, które zwalczają infekcje.

Jajka

Jajka są bardzo bogate w cynk – wzmacniacz odporności. Udowodniono, że skraca czas trwania przeziębienia, więc jedz jajka, kiedy poczujesz, że nadchodzi przeziębienie.

Grzyby

Grzyby są bardzo bogate w antyoksydanty wzmacniające odporność, a także w błonnik, potas i witaminę B. Warto jeść je o tej porze roku, więc może w weekend wybierzcie się na grzyby?

Ostre jedzenie

Dopraw swoje potrawy. Ostre jedzenie sprawia, że ​​twoje oczy łzawią i cieknie z nosa wypłukując zatoki. Idealne dla tych, którzy walczą z przeziębieniem.

Owsianka

Owies zawiera rodzaj błonnika zwanego beta glukanem, który pomaga wzmocnić układ odpornościowy.

Kalafior

Kalafior zawiera silny antyoksydant zwany glutationem, który pomaga wzmocnić układ odpornościowy.

Czerwona papryka

Czerwona papryka jest wyjątkowo bogata w witaminę C; jedna czerwona papryka zawiera 150 miligramów witaminy. Porównaj to z pomarańczą, która zawiera tylko 100 miligramów!

Gorzka czekolada

Gorzka czekolada jest naładowana przeciwutleniaczem zwanym polifenolem, jest również bardzo bogata w cynk, czyli we wszystko co korzystne dla naszego zdrowia.

Ziarna słonecznika

Nasiona słonecznika są jednym z najlepszych naturalnych źródeł witaminy E, która chroni nasze płuca.


źródło: The DailyMeal


Jestem tą drugą i kocham twojego męża. Mnie też ta miłość boli, ale nie umiem przestać…

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 października 2018
Fot. iStock/bee32
 

Siedzieliśmy w restauracji. Za miastem. Tak się cieszyłam na ten wieczór, bo dawno nie mieliśmy okazji spędzić razem więcej czasu. Żartowaliśmy, śmialiśmy się, rozmawialiśmy. Znam każdy milimetr jego twarzy, a on mojej. Zamawiam dla niego jego ukochany stek, a on dla mnie sałatkę z krewetkami, którą uwielbiam. Nie musimy nic mówić, żeby wiedzieć o sobie wszystko. Siedzimy razem w tej naszej miłości, rozkoszując się każdą wspólną minutą. Dotykamy się nieustannie, stopami, kolanami, dłońmi, jakbyśmy nie mogli przestać, jakby brak dotyku odbierał nam powietrze.

Widzę jak jego twarz tężeje. Odsuwa się. Nerwowo zerka w stronę drzwi. Zakłada na palec obrączkę, co dla mnie jest torturą. Spotkanie pełne miłości przybiera formę oficjalnego. W mgnieniu oka. Pospiesznie zjadamy, co jeszcze zostało, dopijam wino, dostajemy rachunek wychodzimy. To był jego kolega z pracy, z żoną. Spotykają się całymi rodzinami na służbowych integracjach. Nic nie mówię, on przeprasza. Wracam do domu sama, ze łzami w oczach.

Ktoś by pomyślał, że po trzech latach umawiania się z żonatym facetem, powinnam przywyknąć. Nie umiem. Pamiętam, jak musiałam się chować w sklepie za pomarańczami, gdy spotkał swojego dawno niewidzianego kuzyna. Gdy ześlizgiwałam się w dół na siedzeniu jego samochodu, kiedy okazywało się, że na parkingu, dwa samochody dalej, zaparkował kolega od tenisa.

Tak, wiem, sama do tego dopuściłam, sama zdecydowałam się na taki związek. Gdybym do tego nie doszło, nie musielibyśmy się ukrywać, a ja nie czułabym zazdrości za każdym razem, gdy on wraca do domy, do swojej żony.

Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego ktoś to robi? Na początku widziałam same zalety tej sytuacji. Wyobraź sobie wolność. Wyobraź sobie brak odpowiedzialności. Byłam silną, niezależną, pewną siebie kobietą, która nie chciała komplikować swojego życia związkiem i wszystkim, co z się z nim wiązało. Podobnie jak wiele innych kobiet czułam, ze mężczyzny potrzebuję tylko do jednego, ale żeby od razu z nim mieszkać i obiecywać sobie wspólne życie na lata?

Kiedy rozmawiałam o tym z przyjaciółkami, doszłyśmy do wniosku, że kto byłby lepszy, jak nie żonaty facet? Co więcej – żonaty facet z dziećmi. Miał obowiązki, żonę rodzinę. To uwalnia cię od niezręcznych poranków, stałych telefonów i zobowiązań. Tak mogłam mieć wszystko, co chciałam bez skarg i oczekiwań wobec mnie.

Ale to, co zaczęło się jako prosty związek ewoluowało… Nigdy nie możesz mieć ciastka i zjeść go. Pamiętam, jak pierwszy raz się spotkaliśmy, podaliśmy sobie ręce, a między nami przepłynęło coś w rodzaju wstrząsu elektrycznego. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, opowiadać o swoim życiu, polegać na sobie nawzajem. Staliśmy się dla siebie wsparciem, aż zwykła przyjaźń z „korzyściami” przekształciła się w troskliwy i pełen miłości związek. Widziałam ten błysk w jego oku, gdy mnie widział. Znaliśmy się doskonale, wiedzieliśmy o swoich potrzebach, marzeniach, problemach. Jedno na drugiego zawsze mogło liczyć.

Tylko, że ja nie liczyłam się z pułapkami takiej relacji. Myślałam, że to wszystko rozgryzłam, że wiążąc się z żonatym facetem, wiem wszystko. Nie spodziewałam się jednak, że będę go potrzebować, że będę za nim tęsknić, gdy nie byliśmy razem, nie myślałam, że tak bardzo przywiążę się do jego dzieci, do myśli, że moglibyśmy być rodziną. Nie spodziewałam się, że się zakocham, ani że on zakocha się we mnie.

To, co uważałam za prosty związek, okazało się bardzo skomplikowane. Musieliśmy się ukrywać, wykradać wspólny czas, którego zawsze było za mało. Byłam zazdrosna, zła i szaleńczo zakochana, a czasami tak zraniona, że ledwo mogłam to znieść. Nienawidzę być druga, ale byłam.

Opowiadał mi o tym, jak kiedyś będziemy razem na pełny etat. Opuści ją i będzie ze mną. Niewielka część mnie uwierzyła mu, ale reszta wiedziała lepiej, jak to będzie wyglądać. A jednak zostałam. Myślałam, że życie bez niego byłoby o wiele gorsze niż przetrwanie agonii dzielenia się nim z inną kobietą.

Czułam jednak, że wszystko zaczyna się rozpadać. Miałam obsesję na punkcie jego życia z nią. Co robili? Gdzie byli? Czy z nią było mu lepiej niż ze mną? Co w niej było takiego wspaniałego?

Nasza miłość była silna, ale związek się rozsypywał. Wiedziałam, co muszę zrobić, choć próbowałam to zignorować. Pewnego ciepłego marcowego wieczoru, powiedziałam mu, że to koniec. Łzy spadały mi tak szybko jak deszcze podczas pierwszej wiosennej burzy. „To koniec” powtórzyłam, gdy nie mógł uwierzyć w to, co mówię. Przekonywał mnie, żebym jeszcze o tym pomyślałam, zastanowiła się, ale ja wiedziałam, że nie dojdę do żadnych innych wniosków. To koniec.

I tak było. Bez dramatów. Po prostu zimna prawda. Przez kilka następnych dni rzadko rozmawialiśmy, aż przestaliśmy się do siebie odzywać. W ciszy mój świat się kończył. Zrezygnowałam z miłości, z życia. Leżałam cały dzień w łóżku i nic nie jadłem. Nikt z moich najbliższych nie wiedział, co się dzieje. Myśleli, że to depresja, przemęczenie, że wolne od pracy mi się przyda.

A potem zadzwonił. Chciał, żebym wiedziała, że jego żona wszystko wie. Że mnie kocha i nie może żyć beze mnie. Ale nie był gotowy. Czy mogę poczekać, prosił Potrzebował mnie.

Będzie ze mną, kiedy jego dzieci pójdą do szkoły. We wrześniu. Tylko wszystko tu sobie poukłada. Tak, oczywiście, będę czekać. Był moją miłością.

Następne miesiące były pełne podniecenia i wątpliwości. Widywaliśmy się prawie codziennie. On rozsnuwał wizje naszego przyszłego domu, wycieczek, na które pojedziemy i na które wzięlibyśmy jego dzieci i o naszym wspólnym dziecko. Tak bardzo chciałam w to wierzyć. Serce chciało zaufać, ale rozum wiedział lepiej: kochanie go rani drugą kobietę.

Siedziałam przylepiona do nadziei i obserwowałam go, gdy kupował nowe meble z żoną. Kupili nowy samochód. Zatrudnił ogrodnika i zaczął remontować swój dom.

Przez te czterdzieści godzin tygodniowo, kiedy jego żona pracowała, był mój. Kochał mnie, wielbił i mówił o naszej przyszłości. Ale przyszedł wrzesień i minął. Słońce i księżyc wznosiły się i opadały. A ja wciąż byłam sama.

Powiedział mi, że będziemy razem we wrześniu. Więc każdego pierwszego września czekam. Siadam na tej samej ławeczce i czekam na niego. Na moją miłość. Z biegiem lat moja nadzieja nie słabnie. Naiwnie pozostaje silna. Może pewnego dnia, po całym tym straconym czasie, dołączy do mnie i nadejdzie wrzesień.


Kochać bez uzależniającego przywiązania to kochać dojrzale

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 października 2018
Fot. iStock / Dinic

Kochać bez przywiązania, bez zależności, to kochać bez tej męczącej potrzeby bycia ze sobą stale. To kochać nie obciążając drugiej strony.  Chodzi o to, aby dać się ukochanej osobie swobodnie i świadomie. Aby być pewnym, że oboje pragniecie tego samego. Że w tym układzie, żadne z was nie przegrywa. Że żadna tożsamość nie przegrywa, nie jest bojkotowana. Że nikt nie jest narcystyczny.

Życie w związku tego rodzaju jest możliwe, gdy jesteśmy świadomi zasad i ograniczeń. Gdzie to ma znaczenie, jak kochamy, a nie „ile” kochamy. I choć więź emocjonalna jest intensywnym i trwałym połączeniem, niezbędnym dla naszego rozwoju, śladem, w którym zdrowa miłość pomaga nam budować naszą osobowość, zależność od drugiej osoby jest po prostu niebezpieczna

Oczywiste jest, że wszyscy potrzebujemy tej bazy bezpieczeństwa, która pozwala nam wierzyć, że druga osoba „należy” do nas. Że jesteśmy kochani, że istnieje zobowiązanie i szereg umów, które sprawiają, że jesteśmy parą. Miłość, bez rozwijania uzależniającego przywiązania, nie jest łatwa. Rzeczywiście, większość z nas jest przyzwyczajona do kochania warunkowego. Chcemy miłość, która pasuje do nas, aby wypełnić naszą pustkę i naszą samotność. Chcemy tego wszystkiego i zapominamy o najważniejszej rzeczy. Zapominamy by zacząć od siebie. Nikt nie ma obowiązku nas ratować, zmienić nas lub zrobić z nas to, o czym zawsze marzyliśmy. Ta odpowiedzialność należy wyłącznie do nas.

Przyzwyczailiśmy się jednak oddawać siebie innym, mając nadzieję, że dzięki temu poczujemy się kompletni i spełnieni, że zaspokoimy każdą z naszych potrzeb. Wyjaśnienie tego rodzaju dynamiki psychologicznej i uczuciowej, leży w sposobie w jakim nas wychowano w dzieciństwie. Od małego rozwijamy obsesyjne powiązanie z przedmiotami, ideałami i ludźmi, myśląc, że nadamy sens naszemu życiu. Ten rodzaj przywiązania psuje nas i czyni wiecznymi więźniami tego, czego wydaje się nam brakować. Zaczynamy potrzebować rzeczy i ludzi nie z powodu prawdziwej lub pierwotnej potrzeby, ale z powodu społecznego i emocjonalnego impulsu. Z powodu ślepego mechanizmu, który prowadzi nas do cierpienia i strachu przed „brakiem”. Nie przywiązujemy się bo kochamy. Przywiązujemy się, bo chcemy mieć.

Czy warto być w takich związkach? Oczywiście, że nie. Uświadomienie sobie tej prawdy pozwoli nam stworzyć zdrowsze relacje emocjonalne. Ale także prowadzić szczęśliwsze życie. I bardziej satysfakcjonujące. Kochać bez przywiązania, bez lęku. Jak to osiągnąć? Kochać nie z konieczności, oznacza pragnąć drugiego za to kim jest, a nie za to, kim chcemy, aby był. Kocha kogoś tak, jak kochamy słońce, księżyc i gwiazdy. Nie możemy i nie chcemy, żeby należały do ​​nas. Jesteśmy wdzięczni, że są tutaj, aby dać nam swoje światło, aby inspirować nas każdego dnia i towarzyszyć nam w naszym życiu.


Na podstawie: nospensees.fr


Zobacz także

Jak pokonać ból żołądka?

Ból żołądka? Nigdy więcej! Sprawdź 15 prostych sposobów na przykre dolegliwości

Wykroki w przód z hantlami

Objawy zatrucia smogiem

Objawy zatrucia smogiem. Sprawdź, po czym poznać, czy się zatrułeś