Zostać dla dobra dziecka…? Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 lutego 2017
Fot. iStock/yuran-78
Fot. iStock/yuran-78
 

Na jednym z internetowych forów, przeczytałam kiedyś post, który na długo utkwił mi w pamięci. Dziewczyna, która podpisała się jako „nieszczęśliwa żona i szczęśliwa mama” (wydało mi się wówczas, że to pierwsze powinno raczej wykluczać to drugie) zwierzała się ze swoich wątpliwości. Zostawić ojca swojego dziecka i odejść, czy zostać, dla dobra syna, choć jego tata jest nie tylko „niedzielnym” ojcem, ale bywa w stosunku do obojga – i żony i dziecka – agresywny, zaborczy, okrutny. Pod wpisem, lawina komentarzy. „Dziecko powinno mieć ojca.” .”Lepszy taki, niż żaden”. „Syn ci nigdy nie wybaczy, że zabrałaś mu rodzinę.” Zamarłam.

Nie przypuszczałam wtedy, że kilka lat później, moje serce rozedrze na pół podobny dylemat. Pamiętam siebie z tego okresu, kiedy zastanawiałam się czym tak naprawdę jest dobro mojego dziecka i czy moje pragnienie osobistego szczęścia, dla samej siebie, jest egoizmem, czy czymś naturalnym. Problem rozwiązał się sam.

Kiedy pojawiła się agresja, przestałam mieć wątpliwości, spakowałam się, wzięłam za rękę dziecko i wyszłam. Zostawiłam mojego męża. Potem była terapia, jego, wspólna i powolne odbudowywanie czegoś, co mogłam przecież zamknąć ostatecznie. Nie zamknęłam, bo chciałam nadal TEJ rodziny. Ale nie mogłam się zgodzić, by ciągle najbliższa mi osoba nas krzywdziła. Nie mogłam dłużej pozwalać, by moje dziecko było świadkiem, a jednocześnie ofiarą agresji, za pomocą której, jego ojciec wyładowywał swoją frustrację. On rzeczywiście miał realny, poważny problem, wymagający ciężkiej pracy nas sobą i otwierania ran, o których nigdy wcześniej nie mówił. Ale to nie dawało mu prawa do tego, by się nad nami znęcać.

Problemy dorosłych niech pozostaną problemami dorosłych, dzieciom jesteśmy winni wszystko co najlepsze: spokój, możliwość dorastania w domu pełnym harmonii i miłości. Jeśli nie ma jej między rodzicami, nie oszukujmy się, że dziecko tego nie zauważy. Dom bez miłości między mamą i tatą jest smutny.

Jeśli jest miłość, ale jest i złość i konflikty, dla „dobra dziecka”, trzeba nad sobą i związkiem nieustannie pracować, a nie trwać w gotowości do kolejnej awantury, nie zważając na to, jakie mają one wpływ na uczucia malucha.

Kiedy w grę wchodzi agresja, psychiczne i fizyczne znęcanie się, wyzwiska, czy alkohol, zawsze powiem: „zabierz dziecko i uciekaj”. To jasne, że się boisz, jasne, że ciągle kochasz, ale twoim obowiązkiem jest zadbać o was: o ciebie, o  syna, o córkę. To nie ich wina, że źle wybrałaś partnera życiowego. Twoja pewnie też nie zawsze: ludzie się zmieniają, manipulują, potrafią świetnie ukrywać to, kim są naprawdę. Ale nie wolno ci w tym trwać, bo nie jesteś sama. Twoja bierność, twoje czekanie, twój każdy kolejny dzień nadziei, że „coś się zmieni”, to kolejny dzień cierpienia dla nich.

A co jeśli jest i jego miłość i agresja? To chyba najtrudniejsze połączenie. Ten ciągły rollercoaster. Wczoraj było dobrze, tydzień temu było tak spokojnie, tak wspaniale o nas zadbał. Ale za dwa dni będziesz zakrywać siniaki na ramionach i nakładać grubiej podkład na zapuchniętą od płaczu twarz. A dziecku powiesz: nie trzeba o tym nikomu mówić, tatuś nas kocha. Mały pokiwa głową, już wie.

Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy.

Mówisz: „Nie zrozum mnie źle, ja już dawno bym od niego odeszła. Gdybym była sama, wszystko byłoby prostsze, możliwe. Ale nie jestem sama, mam dziecko. Razem je mamy. Dziecko musi mieć ojca”. Nie. Dziecko musi mieć kogoś, kto je kocha i robi wszystko, by było szczęśliwe, a nie smutne, zastraszone, niepewne.

Kiedy odchodziłam od mojego męża, w ostatecznej decyzji pomogło mi jedno, bardzo ważne pytanie. Zapytałam się: Czego właściwie się boję? Lękam się odejść, bo nie jestem pewna czy poradzę sobie jako samotna mama? A może boję się stracić miłość mojego życia? Zrozumiałam wtedy, że moje największe obawy dotyczą dziecka, a nie mojego męża, czy mnie – tego, że ono cierpi, że ma coraz większy smutek w oczach, że prawdopodobnie jest nieszczęśliwe. Nawet jeśli bywa szczęśliwe. Ja też przecież bywałam szczęśliwa.

Odejść, czy zostać kiedy masz dziecko – to jest kwestia tak indywidualna, że trudno o jednoznaczne wskazówki. Ale kiedy mówisz, że zostajesz „dla jego dobra”, zawsze zapytaj się, co tak naprawdę przez to rozumiesz. I czy twoja decyzja coś w tej sprawie zmieni. Na lepsze.


„Własne brudy pierzesz we własnym domu”. Co ludzie powiedzą, ważniejsze jest niż twoje szczęście, pamiętaj

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 marca 2017
Fot. iStock/stock-eye
Fot. iStock/stock-eye
 

Usiadła na krześle przy moim okrągłym, kuchennym stole. Usiadła i łzy popłynęły jak drobny groszek,wpadając do kubka z herbatą. – Już nie mogę – wyszeptała. – Już dłużej nie dam rady. Bo też ile czasu można nieść w sobie ciężar, którym podzielić się z innymi nie możesz, bo „własne brudy pierzesz we własnym domu”? Ile czasu można udawać, że ma się wspaniałych, wspierających rodziców, cudowny związek, fantastyczne życie? Dulszczyzna zabija nas od środka nie pozwalając żyć naprawdę, odetchnąć głębiej. Ani zaakceptować siebie samego.

Odkąd pamięta, cokolwiek złego działo się w domu (a działo się dużo, bo ojciec najpierw wychowywał ich twardą ręką, a potem wychowanie zupełnie odpuścił, kiedy znalazł sobie kilkanaście lat młodszą kochankę), nie wolno było nic mówić. Poza tym, co to znaczy „złe”? Przecież dach nad głową był, pieniędzy na wakacje i jedzenie nigdy nie brakowało. Powinni być szczęśliwi. Powinni być zadowoleni i pomagać rodzicom tworzyć ten piękny obrazek. Niech wszyscy widzą, jaką są „porządną rodziną”. W niedzielę szli razem do kościoła, potem spacer, obiad u dziadków. Dobrze ubrani, uśmiechnięci. Na zebrania do szkoły chodzili razem, pod rękę, razem zabierali głos w ważnych, klasowych sprawach. Wychowawczyni Kasi ich uwielbiała. Może dlatego, że nie wiedziała jak jest naprawdę.

Jak było w domu? Smutno, cicho. A czasem, kiedy rodzice kłócili się w swojej sypialni głośno i okropnie. Wulgaryzmy i okrucieństwo taty zapadały jej głęboko w umysł, stawały się codziennością. Ale jeszcze bardziej chyba ta przezroczysta mina mamy. Bo po wszystkim mama wychodziła z sypialni do Kasi i uspokajała ją rzeczowym, oschłym tonem. „To nic, wszystko jest w porządku. Rozmawialiśmy. Pamiętaj, nie mów dziadkom”. Więc Kasia nie mówiła, rosnąc w przekonaniu, że nawet jak jest źle i smutno, zostaje w czterech ścianach. Zostawało tez wtedy, gdy próbując się buntować, jako nastolatka dostała od ojca kilka razy w twarz i usłyszała, że jest dziwką, spóźniając się kilkanaście minut do domu.

I jeszcze wtedy, gdy zobaczyła ojca z tą kobietą, w parku. Wracała z koleżanką z kina, a on szedł głośno śmiejąc się i trzymając za rękę koleżankę z pracy. Kasia wbiegła do domu z mocno bijącym sercem, prosto do pokoju, w którym nad słownikami i tłumaczeniem siedziała jej mama.

–  Nie wolno o tym nikomu mówić. – tyle usłyszała. – Mamo, to o tym wiesz? – pytała. – Nie pytaj, za młoda jesteś żeby coś z tego zrozumieć. Z resztą, z tym można żyć. A jak teraz się rozwieść? Rozstać? Co ludzie powiedzą? Dziadkowie? Czy ojciec nie przynosi pieniędzy do domu? Nie masz się w co ubrać, nie masz co jeść?

Patrzyła potem na ojca przy kolacji i na mamę trochę bladą, ale nakładająca mu makaron na talerz. Patrzyła i robiło jej się niedobrze. I wtedy też, gdy całował ją w rękę przy rodzinie i znajomych, a wieczorem krzyczał w sypialni, że jest do niczego. A ona odpowiadała, że go nienawidzi. Ale tylko tam, w czterech ścianach byli naprawdę sobą. Bo gdy przychodziła gwiazdka, przykładnie dzielili się opłatkiem i składali najlepsze życzenia.

Tak Kasia wkroczyła w dorosłość. I bardzo szybko uciekła z tego domu, w związek, w miłość. Mówi, że każdy by uciekł. Paweł, chłopak Kasi dał jej miłość i czułość której nie doświadczyła od rodziców, ani której między nimi nie widziała. Pochłonął ją ten związek. Zakochała się bez pamięci, bezkrytycznie, nieostrożnie. Mama Kasi nie zaakceptowała faktu, że zamieszkali razem. W środowisku jej rodziców wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, a oni tak bez ślubu, bez pierścionka nawet.

Wyjechali razem do Warszawy na studia, kontakt z rodzicami sprowadzał się do jednego telefonu na miesiąc. Że żyje, że w porządku, że studia ciekawe, że praca dobra, że szansa…. O Pawle ani słowa, jakby nie istniał. Od znajomych Kasia wiedziała, że mama opowiada wszystkim, że jej córka zamieszkała z koleżanką w akademiku. Ani tego, że Paweł jest z rozbitej rodziny.

Kiedy uderzył ją pierwszy raz, Kasia spakowała walizki i odruchowo pojechała na dworzec po bilet do domu. Mama otworzyła jej drzwi, ale pół godziny potem już je za nią zamykała. – Po co przyszłaś? Jak już z nim mieszkasz, to pierz swoje brudy u siebie.

Po drugiej awanturze, rozmawiały przez telefon. – Tylko nie mów nikomu – mówiła jej mama. – Bo będzie wstyd. Z resztą, co się dziwisz, skoro jesteś taka szybka, masz za swoje. Widocznie zasłużyłaś. – A ty czym zasłużyłaś na zdrady ojca? – wypaliła Kasia zanim jej mama rzuciła słuchawką.

Po trzecim razie, wysłała tylko SMS: „Mamo, przyjadę, nie oceniaj mnie. Paweł znów podniósł na mnie rękę, mam siniaka. Chcę od niego odejść”. Odpowiedz przyszła po godzinie: „Tylko dziwka odchodzi od męża. Ty nawet nie jesteś żoną. Nie przyjeżdżaj, nie chcę, żeby ludzie gadali”.

Po czwartym, Kasia znalazła się w mojej kuchni. Zmieszana, załamana, zagubiona, spragniona ciepła najbliższych osób. Ciepła, którego nie dostanie, bo dla nich liczy się tylko to, „co ludzie powiedzą”.


Kiedy odchodzisz, musisz mieć plan. Wybierz dobry, słoneczny dzień, nie odchodź w deszczu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lutego 2017
Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk
Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk

Moja znajoma odeszła od męża. Po siedmiu, długich latach, podczas których dawała sobie wmawiać, że jest emocjonalnie, intelektualnie i fizycznie (tam i ówdzie) niedorozwinięta, kiedy czuła się poniżana przez ukochanego mężczyznę w obecności swoich przyjaciół i znajomych. Po latach przekonywania, że „bez niego”, to ona sobie w życiu nie poradzi, bo jest do niczego i nic o niczym nie wie, ale przecież droga wolna, proszę bardzo, tylko klucze zostaw, bo to ja zarobiłem na ten dom. Gadał i gadał, ale nie wierzył, że ona go w końcu zostawi. Pan mąż nie docenił chyba jednak swojej żony, która po prostu, pewnego dnia „wzięła i wyszła”, tak jak stała, z jedną walizką. Po resztę rzeczy przysłała swojego ojca. Byle nie wracać tam, gdzie ją tak zraniono.

Najpierw zamieszkała u swoich rodziców, potem wynajęła mikroskopijną kawalerkę z dala od dawnego mieszkania. Z dala od niego i wszystkiego, co nie kojarzyło jej się z dobrym, spokojnym życiem we dwoje. Po roku była już szczęśliwie rozwiedzioną, wolną osobą, odzyskującą wiarę we własne możliwości i w swoją wartość. Nie sądziłam, że były mąż tak łatwo odpuści i zgodzi się na rozwód, ale chyba jej spokojna postawa okazała się na tyle skuteczna, że zaskoczyła go kompletnie i rozłożyła na łopatki. Nie miał pomysłu jak „walczyć”, bo ona nie zadawała ciosów. Więc on, macho i samiec alfa, niekwestionowana głowa rodziny, musiał się poddać.

Kiedy jakiś czas później, przy winie, spytałam ją w jaki sposób znalazła w sobie siłę na całe to rozstanie, wiedząc, że przez całe długie 7 lat małżeństwa, ukochany partner robił jej z mózgu sieczkę, wprawiając w niczym nieuzasadnione kompleksy i „wychowując ją sobie” na posłuszną żonę i ofiarę losu, powiedziała mi skromnie, że po prostu działała zgodnie z planem. Od dłuższego czasu wiedziała, że odejdzie, więc ta świadomość wpływała na nią uspokajająco.

„Wyglądało to mniej więcej tak – opowiadała mi – że on stał i gadał, jaka jestem nieporadna, beznadziejna i że, mam szczęście, że się ze mną ożenił, a ja w myślach powtarzałam sobie: „spokojnie, szkoda twoich nerwów, za trzy tygodnie będziesz wolna”. I to działało świetnie. A poza tym trzymałam się schematu.

Brzmiał on bardzo zwyczajnie:

1. Odejdź na wiosnę. Wybierz dobry, słoneczny dzień, nie odchodź w deszczu

Będzie ci łatwiej. Zawsze przecież lubiłaś łagodne, wiosenne dni, z delikatnymi promieniami słońca, tymi, które dają nadzieję i przekonanie, że wszystko się ułoży. Pierwsze, ciepłe podmuchy wiatru i ten zapach w powietrzu, uniosą cię daleko stąd.

2. Nie pakuj wszystkiego

Wcale cię to „wszystko” nie uszczęśliwiło, w niczym ci nie pomogło. Weź jedną walizkę, tak, jakbyś miała wyjechać na chwilę.

3. Nie mieszaj w to miłości (do niego)

Wiemy obie, że nadal go kochasz. Ale tu chodzi o miłość do Ciebie, a tej w waszym związku brakuje.

4. Zostaw wyrzuty sumienia

Nie masz z nim dzieci, ani nawet kota czy psa. Rodzice? Wiesz, że zależy im na tym, żebyś była szczęśliwa. Teraz już możesz się przed sobą przyznać: w głębi serca, oni wiedzą. Lojalność? Obowiązuje obie strony.

5. Nie lituj się nad nim, lituj się nad sobą

Znasz ten mechanizm od lat, wiesz dobrze, kiedy on czuje, że doprowadza cię do tej niebezpiecznej granicy. Tak zręcznie odgrywa wtedy rolę ofiary i pokrzywdzonego. Twoją rolę. Od dawna wiesz, że jego „chciałem dobrze”, oznacza jedynie „chciałem dobrze dla siebie”. Łzy? Ile razy już je wiedziałaś? Obietnice? W kłamstwa nie wierzysz.

6. Kiedy już odejdziesz, nie wracaj

Postanowiłaś, jesteś silna, nie rzucasz słów na wiatr. Obdarowałaś GO milionami szans. Teraz pora zrobić coś dla siebie.

7. Nie umawiaj się z facetami, tylko dlatego, że czujesz się samotna

Z tym „jedynym” byłaś przecież bardziej samotna niż Ciocia Kazia, której mąż zginął jeszcze w Powstaniu.

8. Kiedy spotkasz miłość, pozwól, by się o ciebie zatroszczyła

Jeśli potrafi to zrobić tak, byś poczuła się szczęśliwa (musisz jeszcze tylko sobie przypomnieć jak to jest), okaż jej wzajemność.

Od rozwodu mojej przyjaciółki minęły cztery lata. Ona sama ma za sobą dwa, krótkie związki, które zakończyły się „po koleżeńsku”. Mikroskopijną kawalerkę zamieniła właśnie na dwupokojowe mieszkanie, ma też kota i żółty rower. Jasnożółty, jak wiosenne promienie słońca. Jak nadzieja na to, że pewnego dnia spotka kogoś, z kim zechce zacząć wszystko od nowa.