Co to znaczy „dorosnąć”? Dorastamy wtedy, kiedy wreszcie wiemy, że nie ma to nic wspólnego z wiekiem

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
18 marca 2017
Fot. iStock / pekic
 

Kiedy byłam już prawie dorosła, myślałam, że dojrzałość, to taki czas, kiedy masz dość wiedzy i odwagi, by żyć parząc sobie samemu co rano herbatę. Gdy masz dość możliwości i chęci, by zamienić wygodne łóżko u mamy, na samodzielne płacenie rachunków. Że gdy wyfruniesz, to znak, że dorosłaś.

Potem wyfrunęłam, byłam już dorosła, miałam dorosłą pracę i dorosłe rachunki w bardzo dorosłym, wynajmowanym mieszkaniu. I równie dorosła była szarlotka i pieczeń, które piekłam, żeby zrobić gościom przyjemność.

Bardzo długo żyłam i rozwijałam się w tej swojej małej dojrzałości, ale wciąż z prawdziwym dorastaniem, to nie miało zbyt wiele wspólnego. Bo dorastamy, kiedy w naszym życiu, uczymy się obserwować pewne rzeczy – i nie zmieni tego ani obrączka na palcu, ani dziecięce łóżeczko – choć z pewnością bardzo mocno nas w tej dorosłości osadzają.

Jest kilka znaków, punktów do odhaczenia na życiowej mapie, która pokazują nam, czym tak naprawdę jest dorastanie. Bo czasem głęboko w środku dorastamy dopiero, gdy…

Mamy na swoich ramionach więcej odpowiedzialności

Zazwyczaj tej niekomfortowej, tej która nie wiadomo kiedy przyszła i nałożyła nam na głowy kilkutonowe ciężarki. To taka odpowiedzialność, którą przyjmujemy, czasem ze smutkiem, sprzeciwem, ale zapieramy się mocno i niesiemy ją ze sobą

Dokonujemy ważnych wyborów w naszym życiu i…

… często nie są to wybory emocjonalne. Kiedy czasem musimy sami siebie złamać albo wręcz przeciwnie, gdy nasz wybór jest pogodzeniem się z trudną sytuacją, na którą wpływać nie możemy. Gdy wybory nie są już ucieczką od dorosłości.

Rozumiemy, jak słabi bywamy

Czasem sobie na to pozwalamy, czasem w z tym walczymy, ale rozumiemy doskonale, że każdy człowiek, choćby nie wiem jak się upierał, że jest odwrotnie, tego czasu potrzebuje.

Potrzebuje ciszy by wsłuchać się w siebie, by się na siebie wkurzyć lub pogłaskać się po głowie. Wreszcie by spróbować zrozumieć, czego naprawdę chce.

Potrafimy grać w drużynie

Szczerze doceniamy wartość innych ludzi ponad wszystko. Potrafimy z pokorą być wdzięczni, czasem nawet swoim pozornym wrogom. Potrafimy wybaczyć, choć nadal bywa, że z olbrzymią trudnością. Potrafimy przyjąć pomoc tak samo, jak chcemy jej innym udzielać.

Kiedy uczymy się akceptować nasze życie

Z całym bólem, trudnościami i wszystkim, co nieuniknione. To akceptacja tego, że czasem musimy dokonywać wyborów, które rewidują wszystko to, co zakładaliśmy wcześniej, na wygodnej kanapie z kubkiem kakao w ręce. To zgoda na to, że czasem życie i nam funduje scenariusz daleki od planów a nawet wyobrażeń.

Zgoda na to, że nie wszystko jest w naszych rękach. Odwaga, by przyjąć tę życiową niepewność i jak najwięcej na niej zbudować dobrego.

Gdy uczymy się bycia samemu

I nie uważamy tego za samotność. Być może dlatego, że widzieliśmy już w życiu prawdziwą samotność.

Gdy chcemy wiedzieć o sobie więcej

I pewnego dnia odkrywamy, że mimo 20, 30 czy 40 lat jeszcze tak wiele możemy się o sobie dowiedzieć. Dojrzałość ukrywa się w gotowości do przyznania przed sobą, że jeszcze sporo pracy nas czeka.

Kiedy potrafimy patrzeć sobie w oczy (i patrzeć w oczy innych ludzi)

Bo nawet, gdy przyjdzie nam dokonać złego wyboru, gdy coś nie idzie po naszej myśli,  mylimy się, zawodzimy, popełniamy błędy, wiemy, że to wszystko jest po coś. Budzimy się rano i mamy pewność, że nie chcemy nigdy krzywdzić drugiego człowieka, nie chcemy sprawiać bólu.

Kiedy odchodzi ktoś bardzo ważny

Czasem nagle. I wtedy dorastamy w  mgnieniu oka. Po kawałku.

Nagle zupełnie wbrew sobie wtłoczeniu w nowe role, które na nas spadły. Skonfrontowani z tym, co najtrudniejsze i nieuniknione. Bezsilni wobec tego, co się stało, a jednak z mocą wpływania na wszystko, co wybierzemy potem.

Najsilniej skonfrontowani ze świadomością, że są rzeczy niepojęte, przed którą  już teraz nie możemy się schować.

I chyba najważniejszym momentem naszego dorastania jest właśnie brak ucieczki. Momenty, w których już nie chcemy lub nie możemy udawać, że trudne rzeczy nie istnieją tak, długo – jak długo udaje się przed nimi schować.

Co to znaczy „dorosnąć”? Dorastamy wtedy, kiedy wreszcie wiemy, że nie ma to nic wspólnego z wiekiem.


Chciałam mieć wszystko, zostałam z niczym. Jeden romans, trzy zmarnowane życia.

Magdalena Lis
Magdalena Lis
18 marca 2017
Fot. iStock/oneinchpunch
 

– Ja ci od początku chcę zastrzec, że ja się w żadnym razie nie wybielam. Nie mam nic na swoją obronę. Żadne moje śpiewki nie dają mi na nic usprawiedliwienia – zaczyna mówić Agata. Zdrada to zdrada, zawsze oddala od siebie partnerów, nie wierzę tym, którzy mówią, że odnaleźli piękny krajobraz po wielkiej burzy. Nie wierzę, i nie uwierzę. No chyba, że i dla mnie wzejdzie kiedyś słońce – wzdycha.

Mieszkanie Agaty jest małe, ma zaledwie kilkanaście metrów kwadratowych. Na podłodze zniszczone linoleum, pod oknem wersalka, naprzeciwko lakierowana meblościanka. W rogu pokoju stoi piec kaflowy. Kawalerka w której mieszka dziewczyna mieści się na wysokim parterze starej kamienicy. Warunki daleko odbiegają od tych, które dziewczyna dotychczas miała.

– Nie mieszkam tutaj z wyboru, ale ewidentnie na własne życzenie. To całkiem niezła lekcja pokory. Jak to mówią? Mam co chciałam.

Agata ma dwadzieścia sześć lat, do niedawna była zaręczona. Mieszkała w dużym domu na obrzeżach miasta, pracowała w drukarni, w ocenie innych była takim typem osoby o której mówiono ‘szczęściara’. Mężczyzna u boku, dom z ogródkiem, ani złotówki kredytu, dobra posada w rodzinnej firmie przyszłego męża. Ładna, zgrabna, zadbana. Nic dziwnego, że była obiektem westchnień mężczyzn. Jednym z nich był jej kolega z pracy, Tomasz.

– Z narzeczonym nam się układało jakoś względnie dobrze. Ja jestem dość kapryśną osobą, on wielokrotnie wykazywał w stosunku do mnie dużo dobrej woli. Przymykał oko, angażował się w nasze wspólne życie, w życie domu. Myślałam, że jesteśmy sobie pisani, że tak już będzie zawsze. A później poznałam Tomasza.

Poznali się w windzie, Tomasz szukał pomieszczenia socjalnego, Agata się akurat wybierała na kawę. Wypili ją razem. Okazało się, że mają wiele wspólnych tematów i podobne spojrzenie na świat.

– Po kilkunastu minutach rozmowy wiedziałam już gdzie studiował, jakie filmy lubi, gdzie poprzednio pracował. Że jest singlem, że od niedawna mieszka w pobliżu, pokazał mi zdjęcia z wakacji, a ja nie chciałam końca tej rozmowy. Miał w sobie coś dziwnego, był jak magnes, który mnie do siebie przyciągał.

Wieczorem na służbowym parkingu Agata wcisnęła Tomaszowi do kieszeni swój numer telefonu. Miało to być niezobowiązujące, obiecał jej, że ją podszkoli z obsługi Excela, który był jego konikiem, a z którym Agata wciąż się borykała. Pierwszego sms-a przysłał jej już wieczorem. Napisał, że ten dzisiejszy lunch dał mu energię na cały tydzień, i że to w pełni jej zasługa.

– Narzeczonemu powiedziałam, że mam nowego znajomego, że zaoferował mi pomoc, że uprzedzam go, że czasem się spotkamy. On nie miał nic przeciwko temu. Wilk był syty i owca cała. Zaczęliśmy się z Tomaszem widywać. Jedna kawa, druga, obiad w mieście, spotkania u mnie w domu. Kiedyś wieczorem zabrał mnie nad rzekę, mogę powiedzieć, że byłam na tyle bezczelna, że pierwsza go pocałowałam. Nie protestował.

Od czasu tego pocałunku ich spotkania przybrały na sile. Agata szukała wrażeń, mimo iż potencjalnie niczego jej w życiu nie brakowało. O Tomaszu mówi, że był spełnieniem jej pragnień i fantazji. Nie owijała w bawełnę, uwodziła go na wszelkie możliwe sposoby.

– Ja po prostu chciałam go mieć, nie interesowałam się konsekwencjami, one dla mnie wówczas nie istniały. Żyłam chwilą. Stroiłam się do pracy, celowo przechodziłam wielokrotnie koło jego stanowiska. Zanosiłam mu rurki z kremem, które sama piekłam, używałam mocnych perfum, wyraźnie podkreślałam usta. Pisałam mu prowokacyjne sms-y. Uległ mi w końcu, wpadł jak śliwka w kompot. Cieszyłam się, gonitwa za króliczkiem okazała się być udana.

Agata nie przewidziała, że Tomasz może się w niej zakochać, nie przewidziała, że jej dobra zabawa skończy się tragicznie. Egoistycznie myślała tylko o sobie, nie rozumiała, że może zostawić kochanka w poczuciu krzywdy. Nie liczyła się z żadnymi uczuciami.

– Nie wróżyłam nam przecież happy endu, Tomasz doskonale wiedział, że nie jestem sama. Chciałam odskoczni, jakiegoś ognia, iskry która oderwie mnie od przyziemnego życia. Namiętności, zabawy, choć trudno mówić o zabawie, kiedy świadomie oszukuje się wieloletniego partnera. Ja myślałam, że mamy jasny, czysty układ, może to trochę wbrew logice, ale jednak. Zwyczajny romans, ot tyle. Bardzo się pomyliłam.

Agata podkreśla, nie chciała zrobić nic złego, choć wie, że brzmi to dziwnie. Twierdzi, że nie jest wyrachowana, że jakieś uczucie się między nią a Tomaszem zrodziło, ale miłością by tego nie nazwała. Tomasz myślał zgoła inaczej. Któregoś wieczoru wyznał jej, że jest ona kobietą jego życia. Dziewczyna się przestraszyła, poprosiła by odwiózł ją do domu. Zgodził się. Nazajutrz nalegał na spotkanie, Agata odmówiła, tego dnia świętowali urodziny jej narzeczonego w jednej z dobrych restauracji.

– Kiedy w progu lokalu stanął Tomasz, wiedziałam, że za moment stanie się coś złego.

Byłam bezradna, nie miałam na nic wpływu. Podszedł do nas, poprosił mnie na bok, był pijany. Mój narzeczony natychmiast zareagował, kazał mu opuścić restaurację. Tomasz wściekły wykrzyczał mu, że doskonale zna układ naszego domu, i wie jakie ramki mamy w sypialni, bo go do niej zaprosiłam. Miałam ochotę go uderzyć, zniknąć, zapaść się pod ziemię ze wstydu i zażenowania. Tomasz kontynuował, wszystko powiedział. Byłam zdruzgotana, w jednej krótkiej chwili zniszczył mi życie, wszystko w mig pękło niczym bańka mydlana.

Zachowanie Tomasza wynikało z chęci zemsty, z niemożności bycia z Agatą, z żalu z powodu jej utracenia. Chłopak wiedział, że ona się powoli od niego odsuwa. Działał irracjonalnie, bo był w niej szaleńczo zakochany.

Tego samego wieczoru Agata musiała wyprowadzić się z domu. Narzeczony w ogóle nie chciał z nią na ten temat rozmawiać. Pytana i postawiona pod ścianą dziewczyna do romansu się przyznała.

– Wykrzyczał mi, że zmarnowałam mu życie. Że myślał, że go kocham, a że to była tylko pozorna nic nie warta iluzja. Że myślał, że nasze życie ma solidny fundament, a ono jest zwykłym zamkiem na piasku. I że ja, jednym ruchem to wszystko zburzyłam.

Agata błagała narzeczonego o wybaczenie. Pakowała walizki i płakała. Prosiła o ostatnią szansę, chociaż na próbę, była gotowa na wszelkie ustępstwa i warunki, byleby tylko nie została sama.

– Był nieugięty. Kazał mi się zbierać. Kilka pierwszych nocy spędziłam u koleżanki, od pół roku wynajmuję to mieszkanie. Wiesz co jest najgorsze? Że o wszystkim powiedział naszym rodzicom. Moi do tej pory się do mnie nie odzywają. Mój niedoszły teść, okazał się być na tyle dobrym człowiekiem, że nie wyrzucił mnie z pracy. Utrata etatu nie ominęła jednak Tomasza, wyleciał z hukiem już nazajutrz od tamtego zdarzenia. Zmieniono mi jednak stanowisko i znacząco obcięto pensję, teraz ledwo starcza mi od pierwszego do pierwszego.

Kiedy opadły emocje, Agata stwierdziła, że skoro jej życie się rozpadło, to mimo początkowej nienawiści odezwie się do Tomasza. Wiedziała, że chłopak był w niej totalnie zakochany. Liczyła na to, że znajomość może być kontynuowana. Okazało się, że on – jak twierdził – niedawno kogoś poznał i że relacją z Agatą nie jest już zainteresowany.

– Wiele nocy przepłakałam – smutno uśmiecha się Agata. Teraz, kiedy kurz po bitwie opada, małymi krokami staję na nogi. Kilka ukradkowych uśmiechów, muśnięcia dłoni przy powitaniu. Niezobowiązująca pomoc, wspólne przerwy w pracy. Totalne rozprężenie, zatracenia zasad moralnych, ja za to wszystko zapłaciłam bardzo wysoką cenę. Do dziś ponoszę tego konsekwencje. Przekroczyłam wszelkie możliwe granice. Chciałam mieć wszystko, zostałam z niczym. Nikomu nie życzę dźwigania na plecach takiego ciężaru. Może moja historia będzie dla kogoś ku przestrodze. Bilans jest straszny. Jeden romans, trzy zmarnowane życia. I to w imię czego? Pewnej dawki złudzeń i kilku upojnych nocy. Nie było warto. Dzisiaj jestem tego pewna.

 


Żegnaj Hygge, nadchodzi Lagom. Czyli sztuka bycia szczęśliwym, z tym, co już mamy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 marca 2017
Fot. iStock/shironosov

Świat zwariował na punkcie duńskiego Hygge, rytuałów odnajdowania radości w drobnych życiowych przyjemnościach, celebrowania chwili przy domowym cieście i filiżance kakao, a także budowania odpowiedniej atmosfery w miejscu, w którym przebywamy. Ale nadchodzi nowy, skandynawski trend, tym razem ze Szwecji. Wydaje się, że Lagom (możemy przetłumaczyć to słowo jako „umiar”) ma szanse mocniej wpłynąć na nasz styl życia, bo jego siła tkwi w dążeniu do… uproszczania, osiągnięcia równowagi i życia w zgodzie z naturą.

Na czym to wszystko polega? W dużym skrócie, Lagom to branie tylko tego, co potrzebujesz, bez potrzeby poświęcania rzeczy, które kochasz. To próba wykorzystywania tylko tego, co już masz, by być naprawdę szczęśliwym. Bo nie potrzebujesz do szczęścia wielu materialnych rzeczy, możesz je osiągnąć małym kosztem, dzięki ponadczasowym przedmiotom codziennego użytku lub rzeczom wykonanym własnoręcznie.

Jak być Lagom?

1. Bądź bardziej świadomy tego, na co wydajesz pieniądze

Czyli na przykład, częściej płać gotówką, niż kartą (płacąc kartą często „nie widzimy” jak szybko i ile wydajemy). Pilnuj, aby twoi znajomi zwracali zaciągnięte u ciebie pożyczki. Notuj swoje wydatki, przewiduj stałe opłaty, zrezygnuj z „pustych wydatków” (na przykład z subskrypcji, z których nie korzystasz). Zamiast kupować nowe, korzystaj z tego, co już masz i co dobrze ci służy. Miej finanse pod kontrolą

2. Zwróć uwagę na to, jak wpływasz na środowisko

Pamiętasz, jak mama powtarzała: „gaś światło?!”, nie lej tyle wody”…? Może nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale codziennie wpływasz na środowisko – wyrzucając jedzenie do kosza, odkręcając do oporu gałkę kaloryfera, kupując ciągle nowe, plastikowe torby, choć masz ich w domu całe mnóstwo… Warto zmienić te szkodliwe nawyki.

3. Nie pozwól twojej pracy zdominować twojego życia

Również wtedy, kiedy w niej jesteś…Czyli ciesz się i korzystaj z przerwy na lunch, czy kawę, nie jedz odgrzewanego lunchu przy biurku, nie połykaj go pośpiesznie na kolanach, jeśli pracujesz w domu. A kiedy wrócisz do domu, nie zerkaj nieustannie na ekran telefonu czy komputera sprawdzając emaile. Rano przecież ciągle tam będą…

4. Zaakceptuj fakt, że rzeczy w twoim życiu są wystarczająco dobre

To pewnie najtrudniejszy punkt. My przecież stale chcemy więcej, lepiej… Tymczasem okazuje się, że z reguły to, co mamy, to o wiele więcej niż nam się wydaje. Że osoby, które nam w życiu towarzyszą, są tymi właściwymi, mimo wad i słabości.

Jak widzicie, Lagom wcale nie jest rewolucyjnym trendem. Jednak zwraca naszą uwagę na to, o czym często zapominamy,  pomaga wyrzec się nierealistycznych oczekiwań i zawraca nas na nowo, ze ścieżki szalonego konsumpcjonizmu na tę, gdzie możemy być bliżej – ze sobą, z innymi i z naturą. To typ podejścia do życia który ma je upraszczać, sprawiać by było przy tym tańsze i bardziej radosne. Do przemyślenia :D.


Zobacz także

Co sprawia, że źle o sobie myślimy?

Tylko „smuteczek”, czy aż depresja. Jak rozróżnić te dwa stany

Jak unikać negatywnej energii? Zrób to w 9 krokach

Narcystyczna matka odbiera dorosłej córce pewność siebie, zdolność ufania, poczucie bezpieczeństwa. Jak uwolnić się spod jej wpływu?