Zakuci w łańcuch zbudowany ze słów, przez całe życie nie potrafią się uwolnić. 7 myśli ofiary przemocy psychicznej

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
13 listopada 2017
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors
 

Spotkałam się ostatnio ze znajomą ze studiów, widujemy się od czasu do czasu, na kawie. Między pierwszą małą czarną a wyborem ciastka nasza rozmowa zeszła na temat lekcji angielskiego. – Nie znasz kogoś niedrogiego? – zapytała ciut onieśmielona. – Wiesz, mam ostatnio taki problem, niby języka uczyłam się od szkoły, może i nie jestem językowym geniuszem, ale maturę zdałam na 4 i 5 z ustnej, ale coś mnie zblokowało. Kiedy mam się odezwać, nie umiem się przełamać. Nie umiem, po prostu mnie zatyka.

I tak od słowa do słowa doszłyśmy do wstydu. Wstydu, że gdy będzie czytać dziecku polecenie z podręcznika, za ścianą rozlegnie się rechot z jej akcentu i zabawne docinki.

– Nie, to pewnie nie to. My zawsze sobie ciut dogryzaliśmy z Krzyśkiem… – szybko skorygowała swoje dochodzenia źródła problemu A. poprawiając apaszkę na szyi… – Dawno nie używałam języka pewnie, to dlatego mam kompleks. Podpytaj proszę znajomą, o której mówiłaś i daj znać…

Być może to, co dziesięć lat temu, w związku A., była partnerskim droczeniem, dziś w zupełnie innej sytuacji, służy pokazaniu jej niższości? Pewnie tego się nie dowiem, ale to, co w każdej formie przemocy psychicznej jest najgorsze i najtrudniejsze do jej rozpoznania – to bardzo cienka granica.

Często balansuje na tej niteczce pomiędzy: „dzieje mi się krzywda” a „taka krzywda nie zabija”. Okazuje się jednak, że czasem o wiele łatwiej odnaleźć w kimś cechy ofiary takiej subtelnej, emocjonalnej przemocy, niż samą przemoc zidentyfikować i pokazać palcem.

Najgorszą bronią przemocy psychicznej jest bliskość. Bo ta forma dotyczy zazwyczaj grona bliskich sobie osób, członków rodziny, związku – przez co jest niezwykle osaczająca. Zawsze jednak zostawia głębokie blizny i wpływa na osoby, które jej doświadczają.

Każda forma przemocy wyzwala w nas bardzo podobne mechanizmy, których nie raz sami doświadczyliśmy, chociażby spotykając się z jednorazową próbą manipulacji.

7  myśli ofiary przemocy psychicznej

1. To moja wina

Nieustanne usprawiedliwianie sprawcy przemocy:

  • przecież, to nic takiego…
  • zasłużyłem/am na to…
  • przesadzam…
  • on/a nie miał nic złego na myśli / tak wyszło / to nie jego/jej wina…

Ponieważ nie ma racjonalnego powodu dla przemocy, która ją dosięgnęła, niejako automatycznie upatruje winy i powodów w sobie. Bo przecież „skoro on/a nie może być zły, to znaczy, że ja…”.

2. Wstyd mi

Uczucie bycia kimś gorszym – od osoby stosującej przemoc psychiczną oraz gorszym od całej reszty świata:

  • wstydzę się, że na to pozwalam,
  • wstyd mi, że tak żyję,
  • wstydzę się tego, kim jestem – bo jestem przecież nikim / nie potrafię / nie mogę.

Przez wstyd bardzo trudno skonfrontować się z faktami. Wstydzić się nawet przed samym sobą, to bardzo bolesne doświadczenie.

3. Nie pamiętam chyba…

Wypieranie z pamięci negatywnych sytuacji i zdarzeń, to pierwsza linia obrony przed złym

  • nie mogę sobie przypomnieć takiej sytuacji
  • było coś takiego, ale jednak to zupełnie inna sytuacja…

Ofiara przemocy psychicznej miewa problemy z pamięcią i koncentracją. Często podświadomie wypiera to, co boli. Może mieć również problemy z podejmowaniem decyzji i racjonalnym argumentowaniem swoich działań.

4. To  nie może być prawda

Bo przecież on/a taki/a nie jest. Świat zewnętrzny źle i niekompletnie odbiera całą sytuację, nie to co ja, przecież znam to od podszewki…

Świat ofiary przemocy psychicznej jest w pewnym sensie mocno surrealistyczny i zmienny, nie ma stałych, pewnych rzeczy.

5. Niczego nie jestem pewien

I właśnie przez ten surrealizm niczego nie można być pewnym. Teraz jest dobrze, ale co stanie się za pięć minut?  Życie w przemocowym układzie, to wieczna huśtawka, z której wcale nie da się tak łatwo zeskoczyć. A niepewności nikt nie lubi… dopóki siedzi się na huśtawce, przynajmniej można się spodziewać, że będzie nadal „bujać”.

6. Nie ma dla mnie nadziei

Tak już musi być, nie mam na to wpływu. Ich życie jest pędzącym pociągiem, z którego nie mogą wyskoczyć. Nie wierzą, że coś może to zatrzymać. Przecież czegokolwiek by nie próbowała, nie działa. Uczucie ogromnej bezradności i bezsilności wypełnia ofiary przemocy psychicznej.

7. Aż wszystko mnie boli

Ofiary przemocy psychicznej bardzo często odczuwają swój ból całym ciałem. To nic dziwnego, somatyzacja i fizyczne objawy chociażby depresji dziś już nie zaskakują. Ofiara przemocy psychicznej często jest ogromnym smutkiem i zmęczeniem. Wyczerpaniem. Czuje się słaba i chora – i czuje to całym ciałem.


Na postawie: exploringyourmind.com


Byle czego nie weźmiesz, znasz swoją wartość. List do męża, którego utrzymuję od kilku lat

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 listopada 2017
Fot. istock/cindygoff
Fot. istock/cindygoff
 

Drogi Mężu,

To już koniec. Nie umiem walczyć z Tobą, ani z tym kim jesteś. Przyznaję – miłość przegrała. Moja miłość do ciebie, moje nadzieje na to, że się zmienisz. Już dawno przestało mi się podobać utrzymywanie ciebie. Już dawno przestałam rozumieć, że można ze swoim życiem nie chcieć zrobić zupełnie nic. Że można spędzić je leżąc na kanapie, bez chęci zmian, składając odpowiedzialność za wspólny dom na barki jednej osoby.

Znam pary, w których to ona zarabia więcej i nikt nie ma z tym większego problemu. Znam nawet jedno takie małżeństwo, gdzie to on opiekuje się dzieckiem na urlopie tacierzyńskim, bo ona nie mogła sobie na to pozwolić, ze względu na swoje zobowiązania zawodowe. I dobrze jest, wszyscy są szczęśliwi, zadowoleni. Ale nie znam ani jednego związku, w których jedna ze stron „żerowałaby” na drugiej przez lata, udając jedynie, że podejmuje próby pracy, że „coś robi”. Uwierz mi, nie chodzi o pieniądze, chodzi o szacunek. O to, jak się czuję, sama przed sobą, wracając codziennie do domu, do męża, który przez cały dzień leżał na kanapie, grał na komputerze, a na pytanie o to, czy szukał pracy, wpada w szał, obraża się i zamyka w sypialni.

Prosiłam cię wiele razy. Pożyczałam od znajomych pieniądze na twoje pierwsze, „pewne” biznesy. Nigdy ich nie oddaliśmy, bo nie było z czego. Żaden z nich się nie zwrócił, żaden nie przynosił większych dochodów. Żaden chyba nie był dobrze zaplanowany, rozliczony. Ale ty żyłeś jak lekkoduch, jak Piotruś Pan. Nieustannie wierzyłeś, że w końcu coś się przecież musi udać. Nie chciałam odbierać ci marzeń, chciałam, żebyś był szczęśliwy. Zrobiłabym dla ciebie wszystko, przetrwałabym wszystko. Przecież nie głodowaliśmy – mam dobrą pracę, tę samą od kilku lat. Awansowałam, pieniądze są satysfakcjonujące. Mam stabilną sytuację. Przepraszam MAMY stabilną sytuację. Moja pensja utrzymuje nas oboje i pozwala spłacać kredyt. Tylko, że ja już mam tego dość.

Nadszedł ten moment, w którym wszystko się zatrzymało. Przyszedłeś do domu, powiedziałeś, że zamykasz (kolejną) firmę, że wpadasz w depresję, że boisz się, że się wypaliłeś. Przestraszyłam się. Kochałam cię przecież, nie chciałam, żebyś cierpiał. „Nie martw się, razem damy radę, najważniejsze jest zdrowie” – mówiłam. Wziąłeś mnie w ramiona, wzruszyłam się. To było siedem lat temu. Co się stało od tego czasu? NIC.

Przez pierwszy rok to rozumiałam. Tłumaczyłam rodzicom, znajomym, że masz takie trudny okres. Że to nasza wspólna decyzja. Po dwóch latach zaczęłam się niepokoić. Podsuwalam propozycje, wyszukiwałam ogłoszenia w Internecie. Po trzech byłam zdezorientowana, zmęczona i sfrustrowana. W tym roku minęło siedem lat. Nie czuję już nic.

Zawsze byłeś duszą towarzystwa. Modne kawiarnie, wyjazdy na narty, markowe ciuchy. Żadne „no namesy” nie wchodziły w grę. Musiałeś mieć to, co najlepsze, a to kosztuje. Tak właściwie zostało do dziś. Na wakacje nie pojedziesz byle gdzie, to nie może być cichy pensjonat gdzieś w Bieszczadach. Planujesz wyjazdy marzeń. Ale nie planujesz, jak za nie zapłacisz, zakładasz, że zrobi to twoja żona. To ona zapłaci za najmodniejsze dżinsy, ona zafunduje bilet do teatru. Jesteś do tego przyzwyczajony.

Ale przepraszam, nie wolno o tym mówić na głos. To dla ciebie drażliwy temat. Jesteśmy przecież małżeństwem, to są przecież NASZE pieniądze.

Nie mamy dziećmi, którymi mógłbyś się zajmować, nie mamy nawet kota. Czytasz książki, które zamawiasz na mój koszt, wypożyczasz nowości filmowe, gotujesz. Czasem posprzątasz, ale nie mogę powiedzieć, żebyś „zajmował się domem”. Właściwie prowadzisz życie bogatego emeryta.

Mówisz, że szukasz. Wiem, że nasi znajomi wiele razy proponowali ci pracę. Śmiałeś mi się w twarz. Ty? Do takiej pracy? Za takie pieniądze? To śmieszne. Poniżej „siódemki” nie zejdziesz, znasz swoją wartość. Teraz właściwie jedynie żyjesz „z dnia na dzień”, obrażony, że telefon z fantastyczną propozycją nie zadzwonił.

Spakowałam twoje walizki. To zabawne, składając twoje markowe koszule i bluzy liczyłam, za ile z tych rzeczy zapłaciłeś z własnej kieszeni. Jest ich chyba pięć, może sześć. Wyjeżdżam na weekend. Proszę zostaw klucze od mieszkania u mojej mamy.

 


Dlaczego dzieci zawsze biorą stronę rodziców, nawet tych „najgorszych”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 listopada 2017
Fot. iStock/Nastia11
Fot. iStock/Nastia11
 

Następująca scenka rozgrywa się na ulicy: mama krzyczy na dziecko, na oko sześcioletniego chłopca. Jest okrutna, nie przebiera w słowach – syn wszedł w kałużę, ma mokre nogawki spodni. Ktoś się zatrzymuje, ostro zwraca jej uwagę. Jej zachowanie jest nieadekwatne do „przewinienia”. Syn natychmiast staje w obronie matki. Przytula się do niej całym ciałem, przeprasza. Mówi, że kocha. Płacze, prosi mamę o wybaczenie. Dlaczego? Przecież nie ma tu jego winy, a mama zareagowała zbyt ostro. 

Znacie syndrom dzieci alkoholików, które przykrywają pijanych rodziców kocem, porządkują cały bałagan wokół nich i nie dadzą powiedzieć o nich nikomu złego słowa, mimo, że same bardzo cierpią, fizycznie i psychicznie?

Takie dzieci nie mają wewnętrznego systemu ostrzegania, „czerwonej lampki”, która powie im: „hej, nie robisz nic złego, to z nim/z nią jest coś nie tak”. Nie mają, bo niby skąd?

Skąd dziecko ma wiedzieć, że otoczenie, w którym się wychowuje jest złe, skoro to jedyne, co w swoim krótkim życiu poznało? Pewną skalę porównawczą otrzymuje dopiero wtedy, kiedy zmienia środowisko, widzi inne relacje, dostrzega, że rodzice koleżanek i kolegów zachowują się w inny sposób. Ale jest już wtedy „zblokowane”, „naznaczone” złym rodzicielstwem, przedwcześnie dojrzałe, poważne i… wewnętrznie smutne lub bardzo zbuntowane przeciwko światu zewnętrznemu, tak różnemu od tego, co ma w domu.

Poza tym, dziecko wychowywane przez, posługując się eufemizmem, „kiepskich” rodziców, jest przyzwyczajone do wyuczonej bezradności. Przywykłe do złego traktowania, adaptuje się do sytuacji, w której przyszło mu żyć, poddaje się jej.  A w dorosłym życiu powiela dobrze znany schemat.

Należy jeszcze pamiętać, że nasza kultura, otoczenie, przedszkole, w którym przygotowuje się laurki na Dzień Matki,  pokazują mu, że POWINNO kochać swoich rodziców i być im bezwzględnie wdzięczne. Dla dziecka, które nie zaznało dobrej, rodzicielskiej miłości skutkuje to sprzecznymi uczuciami i wiecznym poczuciem winy. „Powinienem kochać mamę, a ona powinna kochać mnie.  Jednak nie czuję jej miłości,  jestem nieszczęśliwy i nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, na pewno to moja wina, nie umiem nic z tym zrobić, ale spróbuję zasłużyć na jej miłość”. Jak zasłużyć? Sumiennie znosząc swoje cierpienie, będą przy niej, starając się być jak najlepszym, jak najbardziej posłusznym, a przede wszystkim – lojalnym.

Dzieciństwo spędzone w takiej zależności jest niebezpieczne. Sprawia, że dziecko rośnie w poczuciu, że nie jest warte miłości, że  nie potrafi racjonalnie ocenić swojej sytuacji. Mimo to, rodzic pozostaje dla niego najbliższa osobą.

 


Zobacz także

Fot. iStock/THEPALMER

Ptasi test osobowości. Jesteś gołębiem, sową, pawiem, a może orłem?

jedno-dziecko

„Nie chcę mieć więcej dzieci!”. Matki jedynaków – bardziej matki czy jednak egoistki?

Fot. iStock / Peter Zelei

5 rzeczy, które zniszczą każdą relację.  Nie tylko miłość