Portret kobiety „na zakręcie”. Przeżyłam wystarczająco trudnych momentów, by nie bać się przyszłości

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 marca 2018
1 z 1

Na zakręcie

Mam ciało, które czasem wygląda lepiej, czasem gorzej. Są dni, kiedy lubię na nie patrzeć, są takie, kiedy zakładam na siebie „byle co” i biegnę w codzienność. Ale doceniam to, co mam.

Mam rodziców, których kocham i patrzę na nich inaczej niż kilkanaście lat temu. Dobrze wiem, jak bardzo mają czasem rację i coraz lepiej rozumiem ich lęki – o mnie, o dzieci, o to, jak potoczą się nasze losy. Nie zawsze uważnie słucham tego, co do mnie mówią. A jednak, coraz bardziej uważnie.

Mam córkę, której wrażliwość mnie wzrusza i martwi jednocześnie. Wyobrażam ją sobie jako silną, dorosłą kobietę. Wciąż przede mną sporo pracy.

Mam syna, który jest jeszcze na tyle mały, by zapomnieć zło, którego doświadczył. Cieszy mnie jego beztroska.

Czy czuję się szczęśliwa? Są momenty, że tak. Czasem bywam z siebie bardzo dumna. Czuję dumę z tego, że dotarłam do momentu, w którym już nic nie wydaje mi się trudne. Przeżyłam wystarczająco trudnych momentów, by nie bać się przyszłości. Czuję ją mocno, pod opuszkami moich palców. Ona jest w moich rękach.

I żyję sobie taka już nie bardzo młoda, ale wciąż nie stara. Na zakręcie. I wciąż z nadzieją, że kiedyś dostanę od losu jakiś bonus.

PoprzedniNastępny

Praca, dzieci, zakupy, życie. Jestem wyjątkowa, że tak dobrze sobie ze wszystkim radzę. Dlaczego wcześniej tego nie widziałam?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 kwietnia 2018
Fot. iStock/Liderina
Fot. iStock/Liderina
 

Poranek taki, jak każdy. Godzina szósta rano, filiżanka kawy z mlekiem, krótka chwila z kalendarzem, żeby wiedzieć co mnie dziś czeka i czy na pewno nie przeoczyłam wywiadówki w szkole. Prysznic. Pół godziny później budzę dzieci. Jak każdego dnia i tym razem nie jest łatwo. Ale w końcu, mniej lub bardziej ubrani, mniej lub bardziej uśmiechnięci, siadamy w końcu do wspólnego śniadania. Ja i dwójka moich dzieci.  Punkt siódma trzydzieści wychodzimy z domu, by zrobić naszą codzienną trasę – najpierw do szkoły, potem do przedszkola. Po drodze rozmawiamy – o tym, co ważne i o tym, co nieważne, ale i tak ciekawe albo zabawne. O koleżance, która boi się pani od plastyki. I o tej, która ma małego kotka i jej tata przyniósł go wczoraj do przedszkola. Jak zwykle, jesteśmy na czas. Kilka buziaków, uśmiech i rozchodzimy się do swoich zajęć. Zanim zacznę pisać, zazwyczaj parzę sobie herbatę, przeglądam wiadomości i siadam do pracy.

Jak zwykle się udało. Dzieci zaprowadzone na czas do szkoły i przedszkola, kanapki na drugie śniadanie spakowane, lekcje sprawdzone, maluchy spokojne (w miarę) i zadowolone, że ich życie toczy się regularnym, rutynowym rytmem. Że, jak codziennie, odbiorę ich o tej samej porze i pójdziemy na ten sam krótki spacer, a potem do domu. Zjemy coś ciepłego, nieważne, czy to będzie domowy obiad, czy zamówiona w ulubionej restauracji pizza, przytulimy się i odrobimy razem lekcje, poczytamy, pobawimy się, siądziemy do wspólnej kolacji (kanapki). A kiedy dom zaśnie, usiądę zmęczona na kanapie z tym samym poczuciem: lepszy lub gorszy, ten dzień się udał. Znów.

Dziś też usiadłam przy stole, otworzyłam komputer i nagle poczułam się dumna… z samej siebie.  „Kurczę – pomyślałam, pierwszy raz w życiu – jak ja sobie z tym wszystkim radzę? To jest niesamowite. Jestem silna, niesamowita.” I zaraz potem zrobiło mi się głupio, że tak o sobie myślę. Ale nie na długo. Napisałam do koleżanki. „Super – odpowiedziała – ja też o tym nigdy nie myślę w taki sposób. A powinnam. Jestem naprawdę świetna”. To prawda, jest. Wychowuje dwóch, wspaniałych synów, przekazuje im wartości, o których większość z nas zapomina. No i jest naprawdę dobrą autorką. Podziwiałam ją, ale siebie – nigdy.

Czemu tak trudno nam przyznać przed samymi sobą, że jesteśmy wspaniałe, że wykonujemy świetną robotę? Nieważne, kim jesteśmy i jaka jest nasza sytuacja. Codziennie dokonujemy czegoś niezwykłego. Dlaczego tak rzadko same sobie to mówimy? Dlaczego cały ten szalony, codzienny multitasking uważamy za coś oczywistego, zwyczajnego? Przecież to wcale nie jest nic zwyczajnego.  To jest taki nasz mały, codzienny heroizm.

Mam kilka koleżanek, które mówią mi na pół ironicznie, na pół szczerze: „Podziwiam cię. Ja bym tak nie mogła”. Myślę, że się nie doceniają. Gdyby znalazły się w mojej sytuacji – mogłyby.

Nie zastanawiamy się na co dzień jak ważne jest to, co robimy – ciepły posiłek, książka przeczytana dziecku wieczorem, poczucie bezpieczeństwa jakie mu dajemy, ciepło, zakupy przyniesione ze sklepu, kiedy już wydawało ci się, że nie masz siły. Albo, jeśli nie masz dzieci – opieka nad schorowanym bliskim, partnerem, rodzicem. Lub też codzienne zmaganie się z chorobą.

Jasne, nie jest łatwo. I nie musi tak być. Z czasem dzieci podrosną, będą mogły bardziej uczestniczyć w domowych obowiązkach. Choroba stanie się codziennością, przywykniesz do tego czym jest i jak sobie z nią radzisz. Nadal – powinieneś być dumny, znać swoją wartość, wiedzieć, jaki wysiłek podejmujesz, ile osiągasz.

Zbyt rzadko jesteśmy z siebie dumni za „normalne”, codzienne sprawy. Bo przecież, mimo że normalne i codzienne, bywają dni, że są dla nas emocjonalnym Everestem.


W życiu każdej z nas przychodzi moment prawdy, czas na zmianę. To już, to teraz, nie zmarnuj tej szansy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 marca 2018
1 z 1

Jaka jest twoja prawda?

Albo w pracy, znów ktoś inny dostał „twój” awans. Przychodzisz do domu przygnębiona, zła, wypominając sobie, ile energii, czasu, nerwów włożyłaś w ostatni projekt. Nie doceniono tego. To ty stale stoisz w cieniu, ktoś inny błyszczy. Ale tym razem jest inaczej. Wiesz, że to twoja wina. Że niewystarczająco zawalczyłaś o siebie, nie pokazałaś wszystkim jak wiele pracy kosztował cię ten firmowy sukces. Że to tobie należy się butelka szampana i kilka złotych więcej na koncie. A przede wszystkim satysfakcja.

Wróciłaś do domu, usiadłaś na kanapie i spojrzałaś mu prosto w oczy. Wielkie jak groch łzy kapią ci z oczu na wasze pięknie haftowane poduszki i satynową narzutę. Nie szkodzi, nigdy jej nie lubiłaś. Udawałaś tylko, że ci się podoba, bo to prezent od jego matki. Tak naprawdę masz ochotę zrobić w tej narzucie kilka dziur i przetrzeć nią podłogę w kuchni. Może wreszcie zacznie się błyszczeć.

Spojrzałaś mu w oczy i uświadomiłaś sobie, że cokolwiek się stanie nie wybaczysz mu, nie zaufasz ponownie. A przede wszystkim, że nie jesteś już w stanie go pokochać. Że ten etap jest już dla ciebie skończony.

Przeżyłaś to? Wiesz, o czym mówię? Jaka była twoja prawda?

PoprzedniNastępny