„Pieprz*na córunia mamuni” – usłyszała od męża. Gdy toksyczna relacja z matką niszczy związek

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
9 września 2017
Fot. iStock/g-stockstudio
Fot. iStock/g-stockstudio
 

– „Jesteś moją kochaną córunią” tak bardzo często zwracała się do mnie moja mama. Pamiętam, że powtarzała to, gdy wieczorem czytała mi bajki. Powtarzała to również wtedy, gdy z wyróżnieniem skończyłam liceum i dostałam się na dobre studia. Nigdy nie sądziłam, że tego zwrotu użyje kiedyś w kłótni mój mąż, tylko nieco zmieni kontekst. Powiedział: „pieprz*na córunia mamuni” i z jedną walizką wyszedł z mieszkania – wtedy jeszcze Agnieszka nie wiedziała, o co mu chodzi. Oczy otworzył jej dopiero psychoterapeuta.

Jest jedynaczką, zawsze więc była oczkiem w głowie rodziców. Bardziej matki, bo to ona głównie ją wychowywała. Często z resztą powtarzała, że poświęciła dla Agnieszki swoją karierę zawodową. Długo starali się o dziecko, a gdy już na świecie pojawiła się ona, stała się sensem jej życia. – Mama zawsze poświęcała mi bardzo dużo czasu. Byłam dumna, bo uczestniczyła w szkolnych wydarzeniach, szyła dla mnie stroje na przedstawienia i zawsze piekła ciasto, gdy miały odwiedzić mnie koleżanki – opowiada.

Gdy zaczęła dojrzewać, matka stała się jej najlepszą przyjaciółką. Tłumaczyła, że kobieta musi mieć do siebie szacunek, że na chłopaków przyjdzie jeszcze czas, że najważniejsza jest nauka. Dobre oceny zawsze były wynagradzane. No i zawsze padało też: „moja kochana córunia”. Taka zdolna, taka mądra.

Intryga i manipulacja

Na ostatnim roku studiów Agnieszka poznała o 10 lat starszego Adama. To był jej pierwszy, poważny związek. Matka od początku kręciła nosem. Przede wszystkim dlatego, że wybranek jej córki miał już nieślubne dziecko. Gdy dowiedziała się o wpadce, jej świat niemal runął w gruzach. A właściwie świat jej kochanej córuni. No bo kto to widział, żeby tak sobie życie marnować.

– Matka liczyła, że związek z Adamem się rozpadnie. Chciała, żebym miała dobrą pracę i zrobiła karierę, o jakiej ona zawsze marzyła. Nie ucieszyła się więc, że zostanie babcią, a tym bardziej, że chcemy wziąć ślub. Bardzo mi jednak pomagała, gdy urodziła się Madzia – opowiada.

„Pomagała” to mało powiedziane. Była w ich domu od świtu do nocy. Oprócz opieki nad wnuczką, w każdej wolnej chwili krytykowała Adama lub wytykała jego wady w rozmowie z córką. – Kiedyś zasugerowała, że Adam kogoś ma, bo całe dnie nie ma go w domu, a wieczorami też gdzieś znika. Posłuchałam jej, bo przecież wie o życiu więcej niż ja – wspomina. Zaczęła więc regularnie sprawdzać męża, dopytywać. Wszystko relacjonowała matce i z nią też konsultowała dalsze kroki. Dopiero po 4 miesiącach szpiegowania zdecydowała się na rozmowę z mężem. Skończyło się awanturą. – Wykrzyczał, że wszystkiemu winna jest moja matka. Że to właściwie z nią wychowuję nasze wspólne dziecko, że z nią wszystko ustalam, a jego tylko informuję, że to dlatego on ucieka z domu. Powiedział wtedy, że mam ograniczyć do minimum kontakty z matką. Nie była zachwycona, gdy jej o tym powiedziałam.

Wyrzuty sumienia

Najpierw się obraziła, co spowodowało u Agnieszki ogromne wyrzuty sumienia, z którymi nie dawała sobie rady. – To moja mama, która przecież zawsze chciała dla mnie jak najlepiej. Serce mi pękało, gdy nie odbierała ode mnie telefonów. Czułam, że ją zawiodłam jako córka i jako kobieta – opowiada. Załagodzić sytuację udało jej się dopiero po miesiącu. – Matka wciąż mi powtarzała, że wyrządziłam jej ogromną przykrość, tracąc wiarę w jej dobre intencje. Przepraszałam ją chyba bez końca, a gdy się udało, znów wróciła do naszego życia i to z jeszcze większym impetem. Nie przyjeżdżała już tak często jak kiedyś, ale kilka razy dziennie do mnie dzwoniła i wypytywała o wszystko. Teraz dopiero widzę, jak bardzo ingerowała w nasze życie.

Kłótnie z Adamem wybuchały niemal każdego dnia. Ciągle powtarzał, że matka nią steruje. Że ma wrażenie jakby to właśnie z nią się ożenił. Kiedyś nawet wytknął, że w rozmowie używa słów, charakterystycznych dla swojej rodzicielki. Twierdzi, że zdawała sobie sprawę, że jej relacje z matką są nieco specyficzne, ale tak wiele razy jej pomogła, dobrze doradziła i wsparła, że nie potrafiła postawić jej w innej roli, jak tylko życiowej mentorki.

– Nie wiedziałam, że nasze małżeństwo wisi na włosku. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, jak czuje się w tym wszystkim Adam. Decyzja o rozwodzie spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Spakował wszystkie swoje najpotrzebniejsze rzeczy, gdy po jednej z kłótni wyszłam z córką na plac zabaw. Wróciłam do domu, a on już stał z walizką. Powiedział tylko „pieprz*na córunia mamuni” i wyszedł – wspomina. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Przebudzenie

Jak zawsze, mama otoczyła ją opieką. Oczywiście nie omieszkała też powiedzieć, że tak właśnie musiało się to skończyć. Że to nie był partner dla Agnieszki i ona zawsze to powtarzała. I gdyby ta jej posłuchała, tego wszystkiego by nie było. Mama przecież od początku nie akceptowała Adama. A co jak co, ale intuicję to ona ma i swojej córuni skrzywdzić nie da.

– Bardzo mną manipulowała. Uświadomił mi to dopiero terapeuta, do którego zaczęłam chodzić po rozwodzie, bo nie radziłam sobie z uczuciem pustki. Powiedział, że moja matka nie pozwalała mi się usamodzielnić. W jej mniemaniu należałam tylko do niej i wciąż czuła się odpowiedzialna za moje życie. Myślę, że moje małżeństwo mogłoby przetrwać, gdybym w porę się ocknęła.

Terapia, na którą chodzi, trwa już rok. Agnieszka twierdzi, że w dużym stopniu udało jej się odseparować od matki. Nie ingeruje już tak mocno w jej prywatność, nie podejmuje za nią żadnych decyzji. Były mąż powoli układa sobie życie na nowo, ona dopiero uczy się samodzielności.

– Najbardziej boję się, że będę taka sama dla mojej córki. Że powtórzę błędy matki. A może, co gorsze, wpadnę w inną skrajność? Nie bez powodu nigdy jeszcze nie nazwałam Madzi „moją kochaną córeczką”… Wiesz, dużo mówi się o tym, jak ciężkie jest życie z maminsynkiem. Ja jestem dowodem na to, że damska wersja też istnieje.


Hygge w domu, czyli 5 rzeczy, których o urządzaniu mieszkań możemy się nauczyć od Duńczyków

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
10 września 2017
Fot. iStock / SanneBerg
Fot. iStock / SanneBerg
 

„Szczęśliwy jak Duńczyk” – czy to działa?

Ostatnie miesiące upłynęły nam pod znakiem hygge, duńskiego stylu szczęścia. Co rusz media przekonywały nas, że szczęśliwy – znaczy Duńczyk. I mimo tego przesytu, trudno się nie zgodzić z faktami. Bo w Duńczykach jest wiele cech, których mogą im pozazdrościć inne narody. Swoje szczęście misternie tkają przez całe życie. Zaczynając od filozofii, a kończąc na zakupie krzesła do kuchni. Przeczytajcie koniecznie, czego łatwo możemy się od nich nauczyć, szczególnie w komponowaniu swojej życiowej przestrzeni – i dlaczego. Bo czy jest łatwiejszy sposób na szczęśliwe życie niż stworzenie sobie szczęśliwego świata?

Hygge w domu

Świat zaczyna się w domu. Podczas, gdy my coraz częściej ze swoich domów uciekamy, Duńczycy spędzają w nich naprawdę dużo czasu. Dlaczego?

Po pierwsze duńska pogoda nie napawa optymizmem, i nie zachęca do spacerów. Po drugie – dom jest oczywistym miejscem spotkań z ludźmi. Zaskoczeni? Zastanawiacie się dlaczego naród dość bogaty nie rozbija się po restauracjach i klubach? No cóż, być może dlatego właśnie jest bogaty, bo duńskie kawiarnie i restauracje są bardzo kosztowne, no i oczywiście ta pogoda… To właśnie dlatego zamiast z domu uciekać, Duńczycy postanowili swój dom wypieścić – tak, aby nikt  z niego wychodzić nie chciał i nie musiał.

Jeśli chwilę się nad tym zastanowić, ich życie towarzyskie przypomina życie naszych rodziców.Czasy, gdy wpadanie do znajomych i regularne spotkania czy domówki były tak naturalne, jak dzisiejsze korzystanie z Facebooka. Różnica jest tylko jedna – w przypadku po PRL-owskiej rzeczywistości, nasi rodzice nie mieli zbyt wielu alternatyw. Ale czy nie odnosicie wrażenia, że mimo wielu trudności, właśnie wtedy liczyli się najbardziej… ludzie?

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Szczęście zaczyna się przy stole

Choć mówimy o domu, wnętrzach i tych wszystkich dodatkach, które urządzają przestrzeń, wciąż najważniejszym elementem każdego duńskiego wnętrza jest człowiek! Tak. Bo to właśnie dla niego są stworzone. Wnętrze ma poprawiać nastrój, dawać spokój, bezpieczeństwo i siłę. Pokój nie ma tylko wyglądać, ma pomagać być z ludźmi, z rodziną, z przyjaciółmi. Z tych powodów jednym z najważniejszych punktów duńskich wnętrz jest stół!

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Nie kanapa czy designerska lampa. Porządny i piękny stół. Taki, przy którym całe lata można można śmiać się, kłócić, grać w chińczyka i pić wino. Ten, który będzie pamiętał wszystkie urodzinowe torty i rozlaną zupę, i każdą poranną gazetę.

Swoją drogą wybór tego mebla, to wybór na lada. Jeśli pozostaniemy wierni pozostałym zasadom duńskiego stylu urządzania, decyzja jest oczywista – stół musi być drewniany! Nie tylko ze względu na modę czy solidność.

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Dom musi żyć

A metal, szkło, sterylna biel – nie są życiem. Życie to ciepło, drzewa, natura. Własnie dlatego duńskie wnętrza stawiają na naturalne materiały takie jak drewno, wełna i skóra. Komponując wyposażenie domu, powinniśmy tworzyć miejsce, w którym będziemy się czuli dobrze, które nie będzie nas męczyć.

Naturalne materiały to jakość, ale i pewna świadomość wyborów. Bo wybierając elementy na lata, wybieramy większy szacunek do środowiska.

Życie, jakie czuć w domu, to również kolory. Choć Polacy są bardziej odważni w doborze kolorów, stonowane duńskie salony są ponadczasowe i szybko się nie nudzą. Mają w sobie tę magię. Choć nowoczesne, często zamknięte w odważnych formach, w całości tworzą spójny, elegancki, prosty efekt. Wystrój, który tak jak salony naszych prababek po prostu zawsze wydawał się pasujący, na miejscu, w swoim klimacie. To właśnie wierność jednej linii wyborów sprawia, że zawsze wszystko ze sobą współgra.

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Oszczędny jak Duńczyk?

Czy skandynawska oszczędność kojarzy się wam z meblami z kartonu i popularną sieciówką? Od dziś pora na zmianę podejścia do urządzania!

Meik Wiking, autor bestselleru „Hygge. Klucz do szczęścia”, dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze, w jednym z wywiadów powiedział: „Lubię zaoszczędzić na mebel, który będzie mi służył przez długi czas i będzie mi sprawiało przyjemność używanie go i patrzenie na niego. Również próbuję wiązać wspomnienia z poszczególnymi meblami, np. gdy napisałem moją pierwszą książkę kupiłem krzesło, na które oszczędzałem bardzo długo. Teraz przypomina mi ono o osiągnięciu, jakim było napisanie pierwszej książki”. I w tych słowach zawarł to, co prze ostatnich kilka lat uciekło nam przez palce.

Zamiast dużo, tanio i pozornie sprytnie, lepiej kupić raz a dobrze. Wybieranie mebli i dodatków wysokiej jakości pozwala zadbać o wolne miejsce w domu. Lekką ręką wydajemy pieniądze na niepotrzebne lub brzydkie przedmioty, tylko dlatego, że ich zakup jest niezauważalny dla naszego budżetu. To kolejny powód, by jednak postawić na jakość.

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Czego musimy się wyrzec?

Czy wiecie, co najbardziej różni Polaków i Duńczyków podczas urządzania mieszkania czy domu? My,Polacy, popadamy w schemat pościgu. Wciąż chcemy coś dokładać, ulepszać, kupić więcej, żeby było lepiej i piękniej. Duńczycy natomiast swoje szczęście opierają po raz kolejny na oszczędzaniu… Wiecie, co oszczędzają, żeby w domu czuć się dobrze? PRZESTRZEŃ. To ona ma służyć i tworzyć możliwości. Nie ścigają się po jeszcze więcej designerskich lamp, nie zagracają przestrzeni.

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Dzięki temu zawsze zmieści się niej nowy gość :) , a dom nie przytłacza nikogo z domowników. Ta odrobina minimalizmu nie opiera się na złudnej skromności, a na bardzo świadomych wyborach. Jeśli Duńczyk marzy o pięknym, ale bardzo drogim fotelu, oszczędza na niego. I co ważne, zanim go zakupi, nie zaśmieci salonu dwoma imitacjami, na które go stać (których potem żal będzie wyrzucić, bo przecież jeszcze dobry, i może był tani, ale jednak pieniądz, to pieniądz… – znacie to?), zaczeka na to, co dobre.

Skąd się bierze duński design w Polsce?

Z Danii! A jak znaleźć właściwe miejsce? Podpowiadamy, ponieważ my znamy takie miejsce. Wszystkie piękne zdjęcia pochodzą z zaprzyjaźnionego sklepu Belbaazar. Miejsca wyjątkowego. Kochamy ten sklep za jego prawdziwość, tu naprawdę pracuje Duńczyk i sprzedaje to, co lubi. Odwiedźcie ich koniecznie, na pewno poczujecie wspaniały klimat. A może i zamarzy się wam mała Dania w waszym salonie albo sypialni?

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Fot. Belbazaar | Materiały prasowe

Dziękujemy sklepowi Belbazaar za współpracę przy tworzeniu artykułu.


 

*Wywiad z Meikiem Wikingiem, autorem książki „Hygge. Klucz do szczęścia”.


Zastanawiałam się, czy przymusowy odwyk dla ciężarnych, to kierunek dobry czy zły. Doszłam do jednego wniosku: to się nie może udać!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 września 2017
Fot. Jola Lipka / Materiały prasowe BRPD
Fot. Jola Lipka / Materiały prasowe BRPD
 

Opinia publiczna wrze z powodu projektu Rzecznika Praw Dziecka. Marek Michalak, wystąpił do Prezydenta Andrzeja Dudy z propozycją zmiany przepisów prawa. Jego projekt opiera się na przymusowym kierowaniu ciężarnych spożywających alkohol lub zażywających narkotyki na leczenie odwykowe. Czytając o aferze ciążowej odnoszę wrażenie, że że większość oburzenia pojawiła się jedynie dla zasady.  Bo czy dziś prawo nie daje narzędzi, by osobę uzależnioną skierować na przymusowy odwyk? Daje. Ale nie nad tym powinniśmy tak naprawdę debatować. Długo zastanawiałam się, czy przymusowy odwyk dla ciężarnych, to kierunek dobry czy zły. Doszłam do jednego pewnego wniosku: to się nie może udać, to pomysł oderwany od rzeczywistości!

Marka Michalaka i to, jaki ogrom pracy wykonuje dla dzieci – bardzo szanuję. Ale czytając projekt Rzecznika Praw Dziecka (cały projekt zmian możecie przeczytać tutaj: http://brpd.gov.pl/sites/default/files/zalacznik_projekt_ustawy.pdf), trudno nie zadać pytania: czy kiedyś uda nam się w tak ważnych kwestiach sięgnąć wzrokiem trochę dalej?

Projekt sprowadza się tak naprawdę do stworzenia małej regulacji prawnej. W świetle nowych przepisów dziecko nienarodzone zyskałoby swojego „adwokata”, a sądy miałyby kierować przyszłe mamy na przymusowy odwyk. Niestety to, co powinno najbardziej martwić, to nie fakt, że ktoś zajął się problem FAS, czyli dzieci, których matki w ciąży piły, na poważnie, a raczej brak konkretnych i realnych rozwiązań.

Zamiast oburzać się, jak Partia Razem, że: „W państwie PiS kobiety mają przede wszystkim rodzić nowych Polaków. (…) Oficjalnie projekt ma chronić płód przed FAS – alkoholowym zespołem płodowym. W praktyce będzie oznaczać sprowadzenie kobiet do roli narodowych inkubatorów – kontrolowanych, szpiegowanych i pozbawianych wolności”*, chyba lepiej zastanowić się nad faktami. Papier jest cierpliwy, ale co dalej?

Prawo w Polsce jest dziurawe

Jak jest dziś? Ciężarna za picie, upijanie się nawet do nieprzytomności nie ponosi żadnych konsekwencji. W myśl „moje ciało, moje picie, moje dziecko”. Warto dodać, że o ile picie (a nawet chlanie!) w ciąży odbywa się w majestacie prawa, to poród na rauszu jest już nielegalny, a dokładnie urodzenie pijanego dziecka! Po drugiej stronie łona, pijane dziecko już oburza i nie ma społecznej zgody na takie przypadki. Rekordzistka urodziła dziecko z 5.promilami alkoholu we krwi, w Skierniewicach. Dziecko zmarło.

Z największym problem picia w ciąży mierzy się Wielka Brytania. Co roku na wyspach rodzi się około 7 tysięcy dzieci „uszkodzonych’ przez alkohol.

Jak jest za granicą?

W Stanach Zjednoczonych, w stanie Tennessee za picie w ciąży można trafić za kratki. Choć to rozwiązanie skrajne, nie można mu odmówić jasnego zdefiniowania sprawy. Jeśli kobieta dobrowolnie zgodzi się na terapię, może uniknąć kary. Specjaliści nie są wcale zachwyceniu ostrymi regulacjami prawnymi, bardzo często pojawiają się głosy, że karanie nigdy nie przyniesie tak dobrych efektów jak edukacja i wieloletnia profilaktyka.

Panie Rzeczniku, 

Idea szczytna, bo bez względu na prywatne przekonania, trzeba przyznać, że dzieci z FAS, nie mają wyboru, całe życie płacą za cudzy błąd, ale czy jest Pan pewien, że to rozwiązanie może im pomóc?

1.

linia 2px,,Art. 109. § 1. Mając na względzie prawo dziecka do Życia i ochrony zdrowia, w przypadku spożywania alkoholu przez kobietę w ciąży, używania przez nią narkotyków lub innych substancji psychoaktywnych, sąd może zarządzić, niezwłoczne poddanie się przez nią leczeniu szpitalnemu we wskazanym zakładzie leczniczym”.**linia 2px

Czy powinniśmy się oburzać, że ciąża będzie wskazaniem do przymusowego odwyku?

Nie! Myślę, że „systematyczne zakłócanie spokoju” czy „uchylanie się od pracy „, jest powodem błahym, w porównaniu do zagrożenia, jakie picie alkoholu w ciąży niesie dla rozwijającego się płodu, a jednak istniejące od dawna prawo przewiduje skierowanie na przymusowe leczenie odwykowe osoby, której uzależnienie wpływa na pracę, demoralizację czy życie rodzinne.

Czy istniejące prawo nie daje możliwości do egzekwowania przymusu leczenia w przypadku ciężarnych? Pewnie daje i pewnie tylko na papierze.

Zapewne wszystkie te zmiany mają przede wszystkim pozwolić na uniknięcie biurokracji, oczekiwania, dłużących się spraw. Zgadzam się – każdy dzień upijania się matki wpływa na rozwój dziecka, każdy następny może być tym, w którym raz na zawsze zawaliło się jego zdrowie. Ale te kilka formalnych zapisów nie sprawi, że alkoholik zacznie terapię. Przymusowe leczenie to przecież przede wszystkim terapia uzależnień. Nie da się kogoś zmusić do tego, by CHCIAŁ żyć inaczej. Ośrodek zamknięty wydaje się w skrajnych przypadkach jedynym rozwiązaniem, które realnie może coś zmienić. W myśl zasady: zamknąć, żeby alkoholik nie miał czego pić. Wtedy się na pewno nie napije…

Zapewne zdefiniowane „ciężarnej” ma ułatwić rozpatrzenie przez sądy spraw, w których pijana ciężarna nie jest patologiczną awanturniczką, a elegancką i dobrze wykształconą panią. Taką która pije po cichu, a butelkę chowa przed rodziną w koszu na brudną bieliznę…

2.

… właśnie, Panie Rzeczniku, jak Pan znajdzie tę butelkę w jej koszu na pranie albo bagażniku?

linia 2px„Art. 5842 Sąd wszczyna Sprawę o zarządzenie poddania się przez kobietę w ciąży stacjonarnemu leczeniu szpitalnemu we wskazanym zakładzie leczniczym niezwłocznie po powzięciu informacji o spożywaniu przez nią alkoholu, używaniu narkotyków lub innych substancji psychoaktywnych”.**
linia 2px

Skąd sąd „poweźmie” informacje o spożywaniu alkoholu?

Nie rozumiem, co miałoby się tutaj zmienić? Na odwyk będą trafiały matki z tzw. „patoli”, te które leżą pijane na ulicy, te które zgarnie spod sklepu dzielnicowy – bo będzie widać dobrze brzuch. A co z tymi we wczesnej, niewidocznej ciąży? Nie mając planu, w jaki sposób wykryć ciężarną alkoholiczkę, trudno wierzyć w realne zmiany. Tego boją się kobiety. Na czym ma się opierać system? Na donosach? Obowiązkowych badaniach alkomatem podczas wizyty u lekarza? Ale przecież przed wizytą można nie pić, prawda? Zresztą, żeby mieć pewność, że takie prawo nie jest dziurawe trzeba by stworzyć jakiś system.

A co z prywatną opieką lekarską albo marginesem kobiet, które w ogóle nie pojawią się w ciąży u ginekologa? Tak, to naprawdę się nadal zdarza. Przecież, jeśli prawo ma zapobiegać FAS i chronić dziecko, nie powinno dotyczyć tylko skrajności. Faktem jest, że każda dawka alkoholu może być dla płodu destrukcyjna…

3.

Pytanie jednak najważniejsze: w jaki sposób zapis w ustawie zlikwiduje dwuletnie kolejki na odwyk?!

Zaglądam do raportu NIK w sprawie przymusowego leczenia odwykowego:

„Wyniki kontroli wskazują jednak, że większość skierowanych (62 proc.) nie stawia się na leczenie. Połowę z przyjętych osób (51 proc.) doprowadziła policja. Prawie jedna trzecia (30 proc.) przyjętych na obowiązkową terapię nie kończy jej. Połowa zobowiązanych do leczenia (50 proc.) jest kierowana przez sądy  wielokrotnie. Zaledwie 2 proc. skierowanych, którzy ukończyli terapię na poziomie podstawowym, podjęło wysiłek poddania się elementom terapii na poziomie ponadpodstawowym. Ponadto obserwacje kliniczne pokazują, że osoby przymusowo skierowane na leczenie odwykowe częściej i szybciej wracają po leczeniu do picia alkoholu.

Od zgłoszenia gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych do przyjęcia osoby uzależnionej na leczenie odwykowe mija średnio 1 rok i 10 miesięcy.

  • od zgłoszenia gminnej komisji osoby nadużywającej alkoholu, do skierowania do sądu wniosku o zobowiązanie jej do poddania się leczeniu mija średnio 266 dni,
  • od wpływu do komisji zgłoszenia osoby nadużywającej alkoholu, do uprawomocnienia się postanowienia sądu o zobowiązaniu do poddania się leczeniu odwykowemu mija średnio 443 dni,
  • czas oczekiwania na przyjęcie na leczenie odwykowe wynosi średnio 230 dni”.***

Panie Rzeczniku, co da ten zapis na papierze? Czy on wybuduje te ośrodki, zatrudni policjantów, pracowników społecznych, wybuduje sądy i zatrudni sędziów tak, aby ta kobieta w ciąży trafiła z dnia na dzień i przestała szkodzić dziecku? Bo oprócz tego, co dziś Polska ma, nie mamy nic więcej do dyspozycji. I sześć stron projektu niestety tego nie zmieni w miesiąc.

„Czas oczekiwania na przyjęcie na leczenie odwykowe wynosi średnio 230 dni” – ciąża trwa 260 dni… Niestety w tym projekcie nie ma narzędzi, które miałby to zapewnić.

4.

Sam przymus leczenia, nadal nie definiuje picia alkoholu w ciąży, jako przestępstwa, wykroczenia – nie ubiera picia w ciąży w żadną definicję, nazwę. Pojawia się jedynie informacja „Mając na względzie prawo dziecka do Życia i ochrony zdrowia”**. Mając na względzie prawo dziecka od życia i ochrony zdrowia, można domagać się bardzo wielu rzeczy, również tych, które nie będą społecznie zaakceptowane. Które w nieodpowiednich rękach mogą krzywdzić, zamiast pomagać.

Ja mogę się domagać, by ciężarne zdrowo się odżywiały, by lekarze wykonywali swój zawód z najwyższą dbałością, by kolejka do specjalisty endokrynologa dla kobiety w ciąży nie wynosiła 12 miesięcy… Ktoś inny, może domagać się innych praw, ustaw, metod ochrony. Dlatego właśnie uważam ten projekt za bardzo mglisty, taki trochę ozdobnik, który i tak niczego nie zmieni, bo nie ma jak.

I co najważniejsze, Panie Rzeczniku, niech Pan spróbuje zbadać, ilu lekarzy ginekologów, prowadzących ciąże, zezwala lub zachęca swoje pacjentki do picia alkoholu w ciąży. Oczywiście wina, a to dla zdrowia, a to na trawienie, a to dla spokoju – bo przecież kobieta w ciąży nie powinna się stresować. Ciekawa jestem, jaki byłby wynik, gdybyśmy wysłali jedną kobietę w rzekomej ciąży do kilkunastu czy kilkudziesięciu ginekologów z pytaniem: „Panie doktorze, a czy można czasem, jakieś pół lampki wina wypić?”. Proszę przejrzeć fora internetowe. To większy problem niż może się nam wydawać. Ustanowienie adwokata dziecka nienarodzonego go nie rozwiąże.

Czy lekarze ponoszą jakieś konsekwencję za takie porady? Oczywiście, że nie.

5.

Największą kontrowersją jest tutaj sam brzuch. Po czarnych protestach, ograniczaniu w wyborze antykoncepcji, teraz jawnie musimy się skonfrontować i przyznać, kto i kiedy ma prawo zaglądać nam w majtki… Bo przecież nienarodzone dziecko jest z matką nierozdzielne.

To godzi najmocniej w strach o prywatność, wolność wyboru. Bo stajemy w sprzeczności – z jednej strony chcemy traktować dziecko nieurodzone jak pełnoprawnego człowieka – bo cóż dziecko jest winne alkoholizmowi czy narkomanii matki? Dlaczego przez zwykły „pech”, ktoś ma być narażony na kalectwo, chorobę, gorsze życie. Przecież jednocześnie to nie jego wina, prawda? Z drugiej strony rodzi się niepokój, gdzie jest granica, co jest jeszcze wolnością osobistą, co patologią? Boimy się, bo co stanie się z matkami, które nieświadomie krzywdzą swoje dzieci albo z tymi, które świadomie ryzykują ich życiem i zdrowiem nie mając praktycznie wyboru? Czy te wszystkie niuanse, „słowa” nie obrócą się kiedyś przeciw wszystkim kobietom?

Być może tym, które są poważnie chore i zachodzą w ciąże. I muszą podjąć decyzję, czy przyjmować leki, które mogą ciężko uszkodzić płód, czy zaryzykować własne życie?

A może z zupełnie innej strony warto podejść do tego tematu. Jeśli założymy, że projekt zadziała jedynie w skrajnych przypadkach matek, które o ciąże nie dbają, które jej nie chcą – to czy nie powinniśmy się zastanowić nad dostępem do darmowej antykoncepcji, nad liberalizacją prawa aborcyjnego, nad przywróceniem dostępu do tabletek antykoncepcji awaryjnej bez recepty? Czy to nie sprawiłoby, że takich ciąż byłoby mniej?

Panie Rzeczniku, proszę nie dziwić się tej „histerii”, która narosła wokół Pana projektu. Bo my, kobiety, w dzisiejszej Polsce – tej samej, w której kopie się i tak klęcząca już na kolanach edukację seksualną, odbiera się lub utrudnia dostęp do antykoncepcji, co chwila usiłuje się w jakiś sposób znieść istniejące rozwiązania dotyczące aborcji – zwyczajnie się boimy. Boimy się tego, że za miesiąc, rok czy dwa, ktoś inny wykorzysta bardzo podobny zapis i zażąda, by „mając na względzie prawo dziecka do życia i ochrony zdrowia”, jego matka nie mogła wykonywać badań prenatalnych, pracować albo rodzić w wybranej pozycji. Być może brzmi to absurdalnie, ale przecież już wiele zaskakujących rzeczy się w naszej Polsce wydarzyło…

Prywatnie uważam ten projekt za przysłowiowe „strzępienie języka”. Podobnie jak uważam, że picie w ciąży jest złe. Nie przewiduję tu wyjątków, „jednego łyka” czy „lampki wina do towarzystwa”. Ale zastanawiam się, czy w dzisiejszej Polsce nie trzeba zacząć solidnie i konsekwentnie budować wiedzy u podstaw. Jest tak wiele, do zrobienia… Może warto zacząć od szukania rozwiązań, by zaczęło działać prawidłowo prawo, które już istnieje?

Studiowałam położnictwo, pamiętam z praktyk pewną pacjentkę, bardzo wyjątkową. Jej historia chyba doskonale zilustruje w jakiej kondycji jest dziś „ochrona” dziecka nieurodzonego, kobiety w ciąży i co może zaoferować „martwe” prawo …

To była bardzo młoda dziewczyna, mniej więcej w połowie ciąży, bezdomna. Do szpitala zgłosiła się z powodu gorączki i bólu brzucha. Została przyjęta bez problemu, i dobrze. Przez kilka dni lekarzy usiłowali znaleźć przyczynę tajemniczej gorączki. Po wielu dniach, okazało się, że pacjentka nie ma gorączki… że moczy termometr w letniej herbacie, a leki, których nie potrzebuje wynosi do toalety i wyrzuca (i chwała za to). I wiecie, co to nie była nieodpowiedzialna matka. Pamiętam, że płakała, choć nikt na nią się nie złościł. Płakała, bo nigdzie nie było dla niej miejsca, prawo gwarantowało jej ochronę i opiekę, ale wszystkie ośrodki pomocy były „zapchane”. Mówiła: „nie mogłam pozwolić, żeby mnie wypisali. Tu jest ciepło i jest jedzenie, dostałam czystą piżamę. Zdrowa wrócę na ulicę”. Miała krótkie, kręcone włosy i była bardzo szczupła – tak ją zapamiętałam. I właśnie wtedy po raz pierwszy skonfrontowałam się z tym, co jest na papierze, a co w życiu.

Panie Rzeczniku, dziś Światowy Dzień FAS, o którym sam Pan pisze, czy to nie dobry moment, żeby zastanowić się nad rozwiązaniem kompleksowym i realnym? Tam, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, zawsze jest dość miejsca na wątpliwości…


*Partia Razem Facebook, **Projekt Rzecznika Praw Dziecka. *** Raport NIK


Zobacz także

Kilka zwykłych pytań, dzięki którym twój związek będzie szczęśliwy

Kilka zwykłych pytań, dzięki którym twój związek będzie szczęśliwy

Fot. iStock/JTSorrell

Przestańmy pouczać innych, jak mają żyć. 7 rzeczy, z których nie powinieneś się nikomu tłumaczyć

Fot. iStock / OcusFocus

Jak „kochać” kogoś z depresją? 8 sposobów na wsparcie chorego