Oda do wdzięczności. Jak mogę być wdzięczna za to, co mnie spotkało? Za chorobę, rozwód, samotność, ból?

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 czerwca 2017
Fot. iStock/AlexBrylov
Fot. iStock/AlexBrylov
 

Jestem szczęśliwą posiadaczką dokładnie 36 cudownych plasterków na boleści wszelakie. W Kubusie Puchatki (bo kocham), w Świnkę Pepę (bo wciąż na topie), w Hello Kitty (bo kobiecie nigdy za mało różowego), w nieskończoną ilość bohaterów kreskówek, których już nie znam (za stara i zbyt zajęta, żeby nadrobić braki telewizyjne). Plastry nowe, gotowe do użycia w razie potrzeby; naklejone na kartkę, dodatkowo ozdobioną tajemnymi malunkami, nie zawsze łatwymi do rozszyfrowania; własnoręcznie narysowane na niezliczonych laurkach. Nie mogłam się przekonać jedynie do pozostawienia w kolekcji tych chyba najcenniejszych, to znaczy odlepionych bezpośrednio z rączek i nóżek, z ran prawdziwych i wyimaginowanych, z zadrapań i strupków – przekazanych mi w dobrej wierze, jako już sprawdzone środki lecznicze. Przy przekazywaniu tych szamańskich podarków zwykle następuje ten sam rytuał: niewielkie dłonie chwytają moją twarz, delikatnie, oczy patrzą głęboko w moje, a z usteczek padają słowa: „To dla ciebie, Ciociu, żebyś już nie chorowała. Ten plasterek wyleczy wszystko, nawet złamane serduszko”.

Takotsubo. Tak to nazywają Japończycy. Gdy wywołany żalem i przeszywającym bólem potężny, nienaturalny impuls elektryczny powoduje ściśnięcie serca i jego ciągłe skurcze, aż do stanu, gdy przypomina ono pustą, niepotrzebną skorupę. Tak, istnieje coś takiego, jak śmierć z powodu złamanego serca.

Tak naprawdę jednak  niewielu dotyka ta jednostka chorobowa. Najczęściej zabijamy się sami, trzymając się żalu, urazy, smutku, wspomnień, złości. Jesteśmy jak zombie, niby żyjemy, ale tak naprawdę jedynie popędy nami rządzą. Idziemy, krok za krokiem, mózg niby funkcjonuje, ale serce nie czuje nic.

Trochę czasu mi to zajęło, ale znalazłam już metodę na moje takotsubo: odpuszczenie, wdzięczność i miłość.

Jak mogę być wdzięczna za to, co mnie spotkało? Za chorobę, rozwód, samotność, ból? Mogę. Gdyby nie to wszystko, nie byłabym w tym miejscu, gdzie jestem. Nie spróbowałabym nowych rzeczy, nie poznałabym pasjonujących ludzi, nie widziałabym cudownych miejsc. Nie przekonałabym się, komu mogę ufać. Nie wiedziałabym, ile mam siły.

Chcesz zobaczyć, jakie masz szczęście? Spróbuj jeden dzień funkcjonować poruszając się na wózku. Zasłoń sobie oczy i sprawdź, jak sobie poradzisz z codziennymi obowiązkami. Zostań wolontariuszem w hospicjum. Nikt nie nauczy cię więcej miłości i radości życia niż dzieci, które umierają – tak powiedziała mi moja znajoma pielęgniarka, zabierając mnie do Przylądka Nadziei, gdy się nad sobą użalałam. Zadziałało bardzo skutecznie.

Czasami nie mogę wstać z łóżka w ogóle. Czasami jeżdżę na wózku lub chodzę o kulach. Okresowo szpikują mnie sterydami i hormonami tak, że wyglądam i ruszam się jak ludzik Michelina. Kiedy indziej przychodzi chemia, SOL-u, transfuzje, osocza – i jestem szkieletor. Blizny wszędzie. Neurologia płata figle. I dzięki temu wiem, jakim cudem jest oddech!

Jak mogę być mojemu ex wdzięczna za to, co mi zrobił? Spieram się o to regularnie ze znajomymi. Oczywiście, że wolałabym, żeby tego nie było. Ale się zdarzyło. I trzeba iść dalej. Wiecie, ile drzwi otworzył przede mną mój uroczy Miś Pyś? Ilu ludzi jego ruch zmotywował do szczerej, niewymuszonej niczym pomocy? Nagle musiałam sobie też poradzić sama, z poziomu łóżka. Przeorganizować swoje życie. Przeżyć w pojedynkę z tykającą bombą zegarową w ciele. I mam tę moc! Byłam w miejscach, w których z nim bym nie była. Próbowałam rzeczy, których przy nim bym nie pomyślała, że są dostępne. Odważyłam się realizować na nowych polach. Postawiłam w końcu SIEBIE na pierwszym miejscu. Przeżyłam! Bo jest życie PO!

Tego uczy mnie też moich sześćdzisięcioro maluchów – kiedy przychodzę do nich, a one tulą się, patrzą głęboko w oczy i wlewają w moje przez jakiś czas puste serce bezwarunkową miłość i akceptację.

Tego uczą mnie ludzie, którzy przyjeżdżają w środku nocy, by potrzymać mnie za rękę, gdy mam atak i mówią „Nie martw się, nie puszczę”.

Mój kot, który leży przy mnie, gdy wracam ze szpitala i liże moje rany po radioterapii.

To pokazuje mi moja rodzina, która maluje mi i dekoruje sypialnie, żeby było mi przyjemniej, gdy nie mogę wstawać z łóżka, okleja szafki w kuchni, żeby mi się podobało, gdy mogę się poruszać, która wozi mnie na wózku, gdy trzeba i chodzi na spacery, gdy mogę.

Moi lekarze, którzy nie pozwalają się poddać, obracając każdy przerzut czy atak w żart i nierówność na asfalcie w drodze do wyzdrowienia.

Cudowni Krewni i Znajomi Królika, którzy zabierają mnie w nowe miejsca, podróżują ze mną, gdy mogę, uprawiają sporty, wożą do teatru czy na wystawę, pokonują kilometry, żeby chwilę być ze mną.

Współpracownicy dający mi zajęcie lub chwilę wytchnienia, gdy potrzebuję.

Słońce za oknem.

Zapach kwiatów.

Spełniające się marzenia.

Skupiamy się obłędnie na tym, czy szklanka jest do połowy pełna, czy pusta, pomijając to, że W OGÓLE JEST SZKLANKA.

Wczoraj było szpitalne łóżko. Dzisiaj jest znowu dom. Siadam w pachnącym resztkami wiosny ogrodzie, z książką i filiżanką herbaty, kot wskoczył na kolana i mruczy, a ja wystawiam dzisiaj moją prawie łysą głowę do słońca, mrużę oczy i myślę, że dziękuję, że żyję. Dziękuję za nowy start. Chorobie za to, że mnie nadal nie zabrała. Mężowi wysyłam dobrą energię i życzenia, aby i on kiedyś był tak szczęśliwy, jak ja teraz. A moje serce pewnego dnia napełni się do końca miłością…


Hymn do miłości. Mylimy ją z pożądaniem, ze stagnacją, z przywiązaniem, z sympatią do kogoś

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
25 czerwca 2017
Fot. iStock/mixetto
Fot. iStock/mixetto
 

Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, byłbym niczym…

Myślę ostatnio intensywnie o tym fragmencie Pierwszego Listu do Koryntian. Mój ślub był świecki, nie czytali mi trzynastego rozdziału, jak to się często robi w kościołach różnych wyznań chrześcijańskich i całe szczęście, bo trąciłoby hipokryzją. Niezależnie, znam ten rozdział na pamięć od dawna, z kilku tłumaczeń Biblii.

Jako kobieta kształtowana byłam przez moje autorytety w przekonaniu, że ponad miłość nic ważniejszego na świecie nie ma. Cóż, gdyby tak było, na rozwód nie czekałoby się czasem i latami (bo tyle spraw na wokandzie), wojny znalibyśmy z opowieści najstarszych staruszków, a nikogo nie raziłoby, że się kolejna para na ulicy całuje, ponieważ robiliby to wszyscy. Miłość jest nominałem, który wychodzi z użycia w obrocie powszechnym.

Mylimy ją z pożądaniem, ze stagnacją, z przywiązaniem, z sympatią do kogoś. Dla naszych przodków definicja miłości była prosta, my skomplikowaliśmy ją tak mocno, że dawno zapomnieliśmy, o co chodzi. Błądzimy więc, szukając jej po omacku i raniąc po drodze innych, którzy obrywają rykoszetem, bo jesteśmy niezdecydowani, zagubieni, skupieni na banałach zewnętrzności, szukający ciągle jakiegoś emocjonalnego haju. Święty Paweł miał rację – prawdziwa miłość jest prosta: nie unosi się, nie gniewa, nie obraża, nie rani, nie zdradza; wszystko przetrzyma, wierzy nawet w najmniej prawdopodobne rzeczy, ufa, pokłada nadzieję. Mówisz, że kochasz, ale nie znasz tego wszystkiego, co wymieniłam? Pierwszy List do Koryntian rozdział 13 nazywa to po imieniu: jesteś cymbałem, pustym, donośnie brzmiącym.

Wszyscy składamy się z popędów i potrzeb. Do najbardziej elementarnych należy potrzeba oddychania, jedzenia, picia, spania. To wiemy. A wiemy, że potrzeba miłości jest równie niezbędna do życia, jak tlen? Jeśli ktoś wątpi, może poczytać choćby o eksperymentach Harrego Harlowa lub tzw. Harvard Grant. Albo niech spojrzy na siebie: ile możesz bez poczucia, że ktoś Cię kocha i wspiera? To coś więcej niż hormony szczęścia, to zaspokojenie, dopełnienie, źródło siły.

Każdy z nas robi błąd
Czeka aż przyjdzie ktoś
Kto wypełni nam świat
Każdy z nas cierpi, bo
Wierzy, że przyjdzie ktoś
Kto ukoi nasz strach

(Kasia Kowalska „Antidotum”)

Nie, nie potrzebuję osoby drugiej, aby mnie dopełniła, nie czuję się jak połówka niczego; jestem cudowną, jędrną pełnią i całością. Ale gdy kłócę się z Bogiem, Karmą czy Losem (jak zwał tak zwał), mam żal tylko o jedno. Nie o nowotwór, nie o stwardnienie rozsiane, nie o choroby, śmierć, problemy w pracy, zawody życiowe. Nie. Mam wielki żal o to, że kochałam tyle lat kogoś, kto nie kochał mnie. Nie wiem, co to wzajemność. Patrząc na siebie wstecz, czuję mieszankę złości i zawodu w stosunku do tamtej dziewczyny, szkoda mi jej.

Wylałam z siebie całą moją miłość na człowieka, który nie był zainteresowany zapełnieniem tej pustki w sercu, która powstała po oddaniu mu wszystkiego, co we mnie było dobre i szczere. Dekadę życia spędziłam próbując zadowolić kogoś, kto nigdy mnie nie kochał – wmawiałam sobie, że jeśli tylko JA bardziej się postaram, jeśli tylko schudnę, zmienię fryzurę, wydepiluję te cholerne krocze, kupię tę debilną kanapę, zrobię mu ulubione danie, jeśli tylko się zamknę i zatrzymam opinie dla siebie, jeśli… – to w końcu usłyszę, że jest zadowolony. To wreszcie mi powie, że mu się podobam i jest we mnie (nadal) zakochany, że jestem miłością jego życia, i tak dalej. Złudzeniom nie było końca.

Mój partner nie potrafił powiedzieć o mnie nic dobrego, bo i nic takiego nie widział. Zamroczony swoją chorą wizją jakiejś dziwnej miłości, mówił mi, że nie mogę go zmuszać do mówienia mi komplementów tak często, bo przecież nie będzie kłamał. Nie było we mnie nic ładnego ani godnego uwagi, nie słyszałam, że warto ze mną być – klasyką gatunku pozostawały teksty typu, że mu imponowała moja inteligencja i „tak jakoś się wciągnął”, że ze mną był lat dziesięć z okładem. Wybaczałam wszystko i stawałam na przysłowiowych rzęsach, żeby się zmienić i w końcu zasłużyć na miłość… Szukałam rozpaczliwie, gotowa na najbardziej desperackie gesty, choćby na zrobienie sobie dziecka w nadziei, że oto w końcu pojawi się w moim życiu ktoś, kto będzie mnie kochał bezwarunkowo…

W tym miejscu nawet święty Paweł zarechotałby serdecznie nad moją głupotą. Miłość wszystko zwycięża? Oczywiście, ale tylko miłość wzajemna. Zanim to pojęłam, wylałam z siebie całe morze miłości na niewłaściwą osobę, która nie potrafiła docenić absolutnie niczego, co oferowałam.

Jest klucz do miłości wiecznej i wzajemnej? Nie mam pojęcia, szczerze. Mam nadzieję. Ale już nie pewność. Moja operacja na otwartym sercu jest bolesna, rany ciągle nie pozaszywane. Znam za to klucz do spełnienia w życiu.  Podała mi go niedawno Samantha w rozmowie ze swoim ukochanym Smithem. Brzmi on:
– I love you… But I love ME more!

Kochać siebie samego najbardziej, to mój cel. A reszta się ułoży.

A zarówno mężowi memu, jak i każdemu człowiekowi w ogóle, życzę, aby tego doświadczył: miłości nieograniczonej konwenansami, wyglądem, wiekiem, popędem seksualnym, stanem konta, hobby, statusem społecznym; życzę takiej miłości, gdy kogoś się kocha mimo wszystko, choćby był nie najpiękniejszy i nie najmądrzejszy, po prostu żeby był TWÓJ; miłości, która akceptuje bardziej niż ocenia, nawet jak głupotę druga strona robi.
Choć raz w życiu to przeżyjcie, bo mimo bólu, warto.

A potem niech Wam rozum wróci 😉


Gdy jestem jak motyl, czyli złości na złość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
14 marca 2017
Fot. iStock / borchee
Fot. iStock / borchee
 

Ja wam mówię: jest dobrze,
Jest dobrze, jest dobrze,
Ale nie najgorzej jest.

Andrzej Grabowski „Jestem jak motyl

Drogi P.,
Egoistycznie cieszy mnie ta obustronna bezsenność, która umożliwia nam wymianę opowieści o dziwnych porach. Dawno nie było nikogo w moim życiu, który umiałby rozmawiać ze mną do rana. Miła zmiana.
Jedna z kilku w moim życiu, jak wiesz zresztą.

Niedawno M. wyraziła opinię, żebym się nie cieszyła rozwodem, że jak zobaczę przed sobą papiery z odpowiednią adnotacją sądu, to dopiero wtedy dopadnie mnie poczucie życiowej porażki. I mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością już dzisiaj, że się niezmiernie myli.

Uczucie klęski już przerobiłam w pełnym wymiarze – nie ma głębszego psychicznego dołka i przerażenia większego niż wtedy, gdy – mając męża – leżysz samotnie pod chemią lub siedzisz na kucki w korytarzu na onkologii, z milionem dziur po igłach w rękach, i podnieść się nie możesz. Jeśli wcześniej rzeczony mąż obiecywał, że przyjedzie i pomoże, i nagle przestał odbierać telefony, to poczucie złych życiowych wyborów dopada Cię wtedy mocniej niż kiedykolwiek. Albo gdy sprzedajesz kolejne sprzęty czy pierścionek po babci, żeby mieć na podstawowe leczenie, podczas gdy wybranek wyjeżdża na kolejny weekend z nową ukochaną lub kupuje jej biżuterię. Albo gdy słyszysz od podpitego partnera po ponad 10 latach, telefoniczne życzenia rychłego zgonu, najlepiej w samotności. I wtedy Cię dopada najbardziej żywe objawienie, że kawał życia zmarnowałeś na jakąś podróbkę szczęścia i normalności made in China.

Klęskę życiową już oswoiłam i zamknęłam w pokoju, do którego nie zaglądam. Przestałam sobie sama wymierzać karę za to, że ufałam i kochałam, a do tego wierzyłam, bo to przecież nie o mnie świadczy źle. Nie biję się w tym temacie z myślami ani nie kopię się po kostkach, sycząc „oj, głupia ty”.

Ostatnio, gdy ta stara wróżka uparła się postawić mi tarota, długo wpatrywała się w te wszystkie karty z wisielcami, diabłami czy kochankami i po jakimś czasie wykrztusiła w końcu: „Ale dlaczego Ty się, Dziecko, rozstajesz, skoro Wy się kochacie?”. A Ty spojrzałeś na mnie rozbawiony i z lekkim niedowierzaniem. Ja się uśmiechnęłam też, bo już to również przerabiałam.
W moim połączeniu z mężem palce dyskretnie maczała Cyganka, a podczas tych lat wiele było na pozór ponadnaturalnych znaków, mających świadczyć o tym, że jesteśmy gdzieś tam sobie pisani i idealnie dobrani. Tylko że nie ma Losu ani Przeznaczenia, które do życia pchałoby nam się z butami, na siłę, wbrew nam samym. Jeśli sami bezmyślnie niszczymy to, co piękne, to żadna Siła Wyższa nam nie pomoże.
To już też jakiś czas temu zrozumiałam – uparcie przechodzić będę na drugą stronę ulicy, gdy go zobaczę oraz odcinać się od niego gdzie tylko mogę, ponieważ niezależnie od moich uczuć, nie można pozwolić się niszczyć. Owszem, wiem, że go kocham i w jakimś sensie zawsze będę, ale to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ on mnie niszczył i skoro miałam wybór jedynie pomiędzy nim a sobą – to musiałam postawić na siebie. Jestem wręcz pewna, że nikt nie będzie go kochał tak jak ja, bo nikt mu nie wybaczył tyle, co ja, a to jest chyba jakaś tam miara pojemności serca i powagi uczucia – ale jednocześnie jestem pewna, że w imię żadnej miłości nie wolno dawać się poniżać i niszczyć. Dla mnie ważne jest to, że udało mi się samą siebie ocalić od nienawiści, a myślałam, że będzie to niemożliwe. A jest zadziwiająco proste. I też już wiem, że uczucia to jedno, a myśli i słowa to czasem drugie – nie wiem jak wyjaśnić paradoks, że pomimo wyrozumiałości do niego, powiedzieć za dużo dobrego bym nie mogła, więc nie mówię prawie nic. Nie słucham. Omijam miejsca. Nie uciekam, a daję przestrzeń.
Wierzę w karmę. Ja zebrałam swoje żniwo, to złe i to dobre. Nie obchodzi mnie nic ponad to, że wiem, iż wszystko jest po coś. Nic się nie zdarzyło bez przyczyny, będzie widoczny efekt wszystkiego.

Toksyn z organizmu trzeba się po prostu pozbywać. Dopiero wtedy płynie to, co zdrowe. Uśmiecham się więc do wszystkich dobrych ludzi i rzeczy i wiem, że nic nie poszło na marne. Z każdym kolejnym wschodem słońca, odwiedzonym miejscem, zapachem dobrej kawy, szczeknięciem psa, mruczeniem kota, każdą zagraną nutą, napisanym zdaniem, przeczytaną stroną – wiem, że jest dobrze. Każda wbijana igła, bezsenna noc, łykana tabletka, każdy wsparty o kulę krok czy siniak po badaniach – przypomina mi, że nawet to, co nieprzyjemne, kończy się kiedyś. Rzeczy dobrych jest więcej niż złych.

Nawet dzisiaj.

Chodźmy spać, Drogi P., jutro szybciej przyjdzie.

J.

P.S., już nie do P. – dziękuję wszystkim za maile i listy, zapytania, oferty i wsparcie. Na wszystkie odpowiem (jak najszybciej). Nie mogę zrozumieć, skąd tyle zainteresowania mną i moimi problemami od osób, których nie znam. Bardzo dużo dobrej energii od Was dostałam, dziękuję.