Nie ma takiego kryzysu, którego się nie da pokonać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 sierpnia 2016
życiowego kryzysu
Fot. iStock / FredFroese
 

Ogólna zasada jest prosta: nigdy nie jest aż tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Potwierdzą to twoi przyjaciele, rodzice i najbliżsi. W szczerej rozmowie wyznają że każdy z nich był kiedyś w takim życiowym punkcie, który można określić krótko: zęby w ścianę. I co? I każdy z nich jakoś z tego wyszedł. Czemu więc tobie miałoby się nie udać?

Niezależnie od tego, jak ciemne są chmury, które nadciągnęły nad twoje niebo i jak się z tym czujesz, jesteś w stanie się z tą sytuacją uporać. Wystarczy, że odpowiednio zadziałasz.

5 uniwersalnych kroków, które musisz podjąć w razie życiowego kryzysu

1. Przyjmij do wiadomości, że jest jak jest 

Choćby była to prawda najbardziej brutalna, bolesna, nie ma co jej dłużej od siebie odsuwać. Nie oszukuj się, nie próbuj żyć złudzeniami, bo to nie jest metoda rozwiązania twojego problemu. A jeśli to taki problem, którego nie da się rozwiązać, trzeba nauczyć się z nim żyć. W obu przypadkach kluczem do sukcesu jest akceptacja tego, co się wydarzyło. Nie oznacza to, że mamy się cieszyć z czegoś, co w tej chwili oznacza dla nas emocjonalny koniec świata (np. właśnie odeszła bliska Ci osoba). Chodzi o wpuszczenie tego faktu do swojej świadomości, po to właśnie by zacząć go sobie „oswajać”.

2. Koncentruj się na tym co jeszcze przed tobą 

Ważnym aspektem radzeniem sobie z sytuacją kryzysową jest podejście „zadaniowe” . Trzeba powiedzieć sobie: OK, jest nieciekawie, trzeba teraz jakoś się zorganizować, stworzyć sobie jakiś plan na ten najbliższy, niełatwy czas, żeby wyjść z tego obronna ręką. Zadaj sobie cztery pytania: Co realnie mogę teraz zrobić? Jak to mogę zrobić? Czego będę potrzebowała? Kto może mi w tym pomóc (wsparcie „z zewnątrz” jest w sytuacjach kryzysowych absolutnie niezbędne, choćby ograniczało się do krótkiego SMS-a od przyjaciółki: „jestem z tobą”)?.  Od dziś wszystko będzie inaczej, ale pracuj nad tym, żeby pewnego dnia było znowu pięknie.

3. Ucz się od innych 

Nie zamykaj się na doświadczenia innych ludzi. Słuchaj o tym, jak oni poradzili sobie w trudnych chwilach, bo tak naprawdę nigdy nie wiesz co pomoże ci najlepiej przetrwać kryzys i wyjść z niego obronną ręką. Nie kieruj się dumą, wykorzystaj wiedzę, którą ktoś chce się z tobą podzielić. Sama rozmowa z kimś, kto pokonał podobne jak twoje przeciwieństwa losu, może być budująca i wzmacniająca psychicznie. Ludzie są ciągle o wiele bardziej życzliwi niż wrogo nastawieni.

4. Idz cały czas do przodu 

Bo nie ma co rozpamiętywać w nieskończoność tego, na co nie masz wpływu, czego już nie zmienisz. Stagnacja i ciągłe przeżywanie swojego cierpienia sprawi, że będzie ci coraz trudniej wyjść z emocjonalnego „dołka”.  Nie oglądaj się więc co chwila żałując tego, co się wydarzyło. Trudno, życie jest czasem bardziej kwaśne niż słodkie, od ciebie tylko zależy jak długo będziesz czuł ten smak.

5. Zrób coś dla innych 

Po to, by mocniej poczuć, że nie jesteś sam, że stanowisz część, element tego świata, który może wpłynąć na czyjś los, na czyjeś samopoczucie. Uwierz, sam poczujesz się lepiej i z większym optymizmem spojrzysz na swoją sytuację. Poza tym, to taka twoja inwestycja w przyszłość. Dobro wysłane w przestrzeń, prędzej czy później,  zawsze do ciebie wróci.

Nasze osobiste kryzysy, te większe i mniejsze są nieodzowną częścią naszego życia. Zaakceptuj więc fakt, że nie zawsze będzie różowo i wzmacniaj swoją psychiczną siłę, pracuj nad emocjami. Gdy wydaje ci się, że nie możesz zrobić nic, by było lepiej, odpuść i przeczekaj ten słabszy moment. Za chwilę znów wzejdzie słońce.


Panowie, czas by myśleć odpowiednią częścią ciała! Co z wami nie tak?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
24 sierpnia 2016
Fot. iStock / gilaxia
Fot. iStock / gilaxia
 

Zaznaczam od razu na wstępie – ten tekst nie dotyczy WSZYSTKICH mężczyzn na świecie. Dobrze wiem, że są gdzieś tam ci uczciwi, lojalni, wierni, a na dodatek całkiem sympatyczni i mający pod czachą dobrze działający mózg – w końcu na czymś mit księcia z bajki opierać się musi. Cóż mam jednak poradzić, że ostatnio spotykam na swojej drodze i obserwuję w najbliższym otoczeniu tych mniej fajnych facetów, żeby nie powiedzieć wprost, zwyczajnych dupków.

Sytuacja pierwsza: były-niedoszły, wciąż aspirujący

Spotykam swojego kumpla, byłego współlokatora, z którym przez niemal dwa lata dzieliłam ścianę. Tylko ścianę, bo choć on miał nadzieję na coś więcej i próbował przez pewien czas ten mur między nami przebić (tylko symboliczny, oczywiście, bo ściana stoi nienaruszona do dziś), to jednak ja nie czułam do niego nic więcej poza sympatią i wolałam nie ryzykować wojną domową po nieudanym romansie. Pozostaliśmy na stopie koleżeńskiej z możliwością realnego awansu do stopnia przyjaźni. W końcu nie można mieć wszystkiego i lepsza kumpela w garści, niż zawiedziona kochanka na dachu.

Minęło parę lat, on po kilku burzliwych romansach osiadł przy Mariolce, która niedawno urodziła mu córkę. Spotykamy się przypadkiem na ulicy, uściski, powitania, co słychać, jak leci. Szybko wymieniamy się najnowszymi wieściami, zaglądam do wózka, chwalę smacznie śpiące niemowlę, gratuluję dumnemu tacie. „Śliczna jest, tylko pozazdrościć!” mówię. „Mogła być twoja” słyszę w odpowiedzi i czuję, jak momentalnie nogi wrastają mi w beton i zaczynam się intensywnie pocić. „Mogło być fajnie, ale nie chciałaś, więc znalazłem sobie Mariolkę”. Uśmiecham się głupkowato i próbuję obrócić jego słowa w żart, mówię, że było minęło, że stare dzieje, prehistoria, na co on odpowiada, że jeszcze nic straconego, możemy się kiedyś spotkać. Dać w pysk to mało. Powinnam trzasnąć z jednej i drugiej strony aż głowa wykona magiczny taniec 360 stopni, a w mózgu (bo jest tam jakiś mózg, prawda?) wszystko wróci na właściwe półki. Cholera jasna! Żona w połogu, dziecku w wózku, a on mi romans proponuje! Obrazić się, współczuć czy po prostu uciekać?

Sytuacja druga: okazja czyni… kochanka?

Spotykam się na kawę i ploteczki z koleżanką świeżo po rozwodzie. Nastawiam się na narzekanie, ciskanie gromami w ród męski, może nawet kilka łez, a tymczasem zastaję ją w świetnej formie, z uśmiechem i iskrami w oczach. A wszystko za sprawą pana od remontu! W życiu nikt by nie pomyślał – poza szowinistami i seksistami- że nowa kuchnia da kobiecie tyle szczęścia.  Od słowa do słowa opowiada o swoim nowym życiu, w którym niebagatelną rolę odgrywa od pewnego czasu pan Dariusz. A właściwie Darek, bo szybko przeszli na „ty”, a od malowania do całowania droga już naprawdę niedaleka. A jak on glazurę kładzie, jak meble skręca, aż mu tatuaże na plecach tańczą. I na motorze jeździ, sam go złożył!

Mnie też powoli zaczyna się wszystko składać, bo im dalej brniemy w opis wspaniałego Darka, tym większa u mnie pewność, że mowa o… moim sąsiedzie. Sąsiedzie, który co niedziela jeździ z rodziną na obiady do teściów. Który ma dwójkę dzieciaków i trzecie w drodze. Którego żona jest jedną z najsympatyczniejszych sąsiadek, jakie w życiu miałam. Świat naprawdę jest bardzo mały. Waham się – powiedzieć, nie powiedzieć, co robić? Trudno, trzeba się z tym zmierzyć, walę prawdę prosto z mostu. Najpierw szok, potem niedowierzanie i pytania „może to jednak nie on, jesteś pewna”, na końcu wściekłość. Całe szczęście koleżanki mam mądre, wiedzą, że nie należy bić posłańca. Ostatecznie jest to, na co się nastawiałam- narzekanie, ciskanie gromami w ród męski i kilka łez.

Sytuacja trzecia: znikam, pojawiam się, znowu znikam

Dzwoni Ilona, moja przyjaciółka z dzieciństwa, która w zeszłym roku przeżyła kryzys małżeński i otarła się o rozwód. Bardzo jej wtedy współczułam, bo w moich oczach byli z Grześkiem parą niemal idealną, wprost dla siebie stworzoną – razem od liceum, zakochani, wpatrzeni w siebie, dzielący pasję do sportu i górskich wypraw. Na szczęście, po dużych staraniach Grzesia, jego prośbach i obietnicach, dali sobie drugą szansę. A może jednak na nieszczęście, bo teraz znowu słucham jej płaczu, chlipania i pesymistycznych wizji przyszłego życia w pojedynkę.

„Ale co się stało?” pytam w nadziei, że może jednak nie jest tak źle, a Ilona popada w histerię i wyolbrzymia problemy. „Grzesiek zrobił dziecko koleżance z pracy. Na delegacji. Pogoniłam dziada i wywaliłam na zbity pysk”- wyje moja przyjaciółka do słuchawki, a mnie, oprócz współczucia, bierze zwyczajna ku**ica.

Co z wami jest nie tak, panowie?

Panowie, co do jasnej cholery, jest z wami nie tak? Czy macie genetycznie zaprogramowane, że należy szukać sobie kogoś na boku, wykorzystywać okazję i hulać, jakby nikt i nic się nie liczyło? Czy dziewczyna/narzeczona/żona to tylko kobieta zapewniająca wygodne życie, troszcząca się i dbająca o ciepły obiadek, koszule wyprasowane, i skarpety wyprane? A dzieci? Bo zdradzając ich matkę zdradzacie także i je – ryzykujecie rozwalenie im świata w drobny mak, kolosalną zmianę, życiowy huragan i zawieruchę. Popęd, instynkt, hormony – powiecie. Przypadek, chwila zapomnienia, zaćmienie umysłu i pomroczność jasna – będziecie tłumaczyć. Mam to jednak gdzieś – bo jeśli ktoś całkowicie powierza decyzję jednemu z swoich organów, to nie pozostaje nic innego, jak tylko nazwą tej części ciała go określić.


Rozmowy wagi ciężkiej. Nie jest łatwo być belą w świecie tyczek

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
24 sierpnia 2016
Fot. iStock / Ryhor Bruyeu
Fot. iStock / Ryhor Bruyeu

Waga ciężka zawsze cieszy się największym powodzeniem w sporcie. Bo ponoć najwięcej emocji, najgroźniejsi rywale. I całkiem dużo pieniędzy. Zupełnie inaczej jest na rodzinnym ringu. Tam rozmowy z przedstawicielami wagi ciężkiej są naprawdę trudne. Tu dieta potrzebna od zaraz, a tam kuzynka (rozmiar 36) marudzi tobie (rozmiar 46), jaka to jest gruba. Zwariować można, ale takie rozmowy to norma. I trzeba się do nich przyzwyczaić.

Akceptacja vs zrozumienie

Dopóki nie spotkasz się z otyłością wśród swoich najbliższych, nie będziesz miała pojęcia, jak trudno zrzucić chociaż kilka kilogramów. Choć walka zaczyna się już na etapie planowania diety. Bardzo często problem wcale nie leży w złej diecie czy braku ruchu, ale w hormonach. Tak, dokładnie tych samych, które odpowiadają za naszą kobiecość. Sama jestem tego doskonałym przykładem, do którego w gratisie dostaniecie przykład braku zrozumienia. Od półtora roku zmagam się z tymi cholerami, które zupełnie zmieniły moje ciało. Może nigdy nie byłam najszczuplejsza, ale nigdy nie nosiłam rozmiaru 46. Jedna z moich najbliższych ciotek ciągle mówi, jak to powinnam się za siebie wziąć i coś ze sobą zrobić. Robię. Biorę garść leków jak staruszka, odwiedzam lekarzy, a do tego zdrowo się odżywiam i chodzę na siłownię. Waga? Ani drgnęła. Wszystko, czego nam trzeba to zrozumienie. Bo nie jest łatwo być belą w świecie tyczek.

Związki jak inne

Kilka tygodni temu usłyszałam historię, która przyprawiła mnie o palpitację serca. Oto ona: „Noszę rozmiar 50 i całkiem mi z tym dobrze. Od roku jestem w związku z facetem, który wyglądem bardziej przypomina modela Calvina Kleina niż kolejnego walenia. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczął jeździć po Europie w ramach pracy. Ja przygotowywałam się wtedy do ważnej operacji. Jego nie było. Było mi z tym źle, kłóciliśmy się ciągle. Wtedy moja mama nawrzeszczała na mnie. Nie potrafiła zrozumieć, jak mogę mieć pretensję do kogoś tak atrakcyjnego. Według niej powinnam być wdzięczna za to, że on w ogóle na mnie spojrzał. Czy wy też właśnie czujecie wzrastający poziom wnerwienia? Atrakcyjność jest bardzo ważna. Nie oszukujmy się, w końcu z samą głową do łóżka raczej nie pójdziesz. Ale w świadomości społeczeństwa, my grube dziewczyny, powinnyśmy ciągle być wdzięczne za każde spojrzenie faceta, który nie jest naszych gabarytów. Jaki ma to sens?

Z nami lub przeciw nam

W każdym związku lub przyjaźni przychodzi moment sprawdzianu. Nikt go nie przygotowuje, przychodzi tak, sam z siebie. Zawsze, choć raz, będzie to sprawdzian akceptacji. Grubi vs Chudzi. Czy to nie brzmi co najmniej źle? Niby wszyscy jesteśmy ludźmi zasługującymi na dokładnie taki sam szacunek, a jednak zawsze wydarzy się coś, co da nam w kość. A ty, jako przyjaciółka lub partnerka, będziesz musiała zdecydować, po której stronie jesteś. Twoja przyjaciółka chce założyć na plażę bikini, chociaż nosi rozmiar 48? Nie namawiaj jej do zmiany tego planu! Rok temu sama kupiłam pierwsze od lat bikini. Chociaż wcześniej mogłam je nosić bez problemu, gdy rozmiar był jeszcze mniejszy, nie miałam do tego odwagi. Jasne, że się bałam. Na szczęście stojąc w szatni basenu i zastanawiając się, czy aby na pewno powinnam wyjść w tym do ludzi, moja siostra rzuciła – „przestań, i tak wszyscy faceci będą się gapić na twoje cycki”. Miała rację. Nikogo nie obchodziło, co mam na sobie. Stanęła po mojej stronie. I tak powinno być.

Na piasku czy skale?

Ostatnio branża plus size ruszyła z kopyta. W każdym sklepie można dostać kolekcję dla większych rozmiarów, a w co lepszym portalu znajdziesz artykuły o akceptacji i poprawnym ubieraniu się w duchu plus size. Naprawdę się cieszę, że tak jest. Ale tak samo jak się cieszę, tak samo wiem, jak bardzo czasem to płytkie. Wrzucasz motywacyjne obrazki na Facebooka, które mówią jak to każde ciało jest piękne? A może podrzucasz przyjaciółce linki do kolejnych pięknych modelek plus size, mówiąc, że jest dokładnie tak samo piękna jak ona? Jeżeli to robisz, myśl tak naprawdę. W pewnym momencie może wyjść na jaw, że po prostu się zgrywałaś. Dla popularności, przyjaźni, czegokolwiek. I cokolwiek to było, teraz jest nożem wbitym w czyjeś serce. Wyobraź sobie, że ktoś zbudował swoje poczucie własnej wartości i akceptacji na twoim fałszywym wsparciu. Wybudowałabyś dom skale czy piasku?


Zobacz także

Fot. iStock

„O ja, biedna mała kobietka”. Dlaczego w towarzystwie mężczyzn udajemy kogoś innego?

Anna Dymna

Anna Dymna o innym wzorcu człowieczeństwa. „Kimkolwiek jesteś, jesteś kochany”

fot. iStock/ lolostock

Co z nami robi zmiana czasu. Pamiętajcie, to już dziś