Leżałam, patrzyłam w ścianę, nie czułam nic. Przeżyłam załamanie nerwowe, choć wydawało mi się, że jestem silna

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 kwietnia 2018
Fot. iStock/kupicoo
Fot. iStock/kupicoo
 

Myślałam, że jestem silna. W każdym, najtrudniejszym momencie życia miałam uśmiech na twarzy, nadzieję w sercu. Mówiłam innym „dasz radę”, a oni pytali, skąd biorę tę siłę, jak to się dzieje, że niezależnie od tego, co się wydarzy, wierzę, że jeszcze wszystko się ułoży. Układało się, lepiej czy gorzej. Załamanie przyszło w najmniej spodziewanym momencie, właściwie dokładnie w momencie, kiedy naprawdę zaczęłam wychodzić na prostą. I nagle poddałam się, na ostatniej proste, na półmetku, widząc już cel. Zrezygnowałam.

Co to znaczy poradzić sobie z życiem? To znaczy, codziennie iść do przodu, mimo wszystko. Mimo wszystko codziennie wstać, zaparzyć sobie kawę, wyszykować dzieci do szkoły, albo nakarmić kota i wyjść do pracy, nawet tej za najniższą krajową. Ciągle, nie tylko mieć wiarę, że jeszcze trochę wysiłku i będzie lepiej.

I ja sobie radziłam, do pewnego momentu. Jako nastolatka przeżyłam śmierć brata, potem ojca, który nie pogodził się nigdy ze śmiercią dziecka i popełnił samobójstwo. To ja znalazłam tatę. Miałam wtedy 16 lat. Ten obraz zostanie ze mną na zawsze. Potem przyszły ciężkie momenty, kiedy zostałyśmy z mamą same i to ja musiałam przejąć za nią opiekę nad domem i moją młodszą siostrą. Mama pogrążyła się w żałobie, nie obchodziły jej rachunki, zakupy, wywiadówki. To ja pożyczałam pieniądze od rodziny, ja pocieszałam, pielęgnowała w chorobie. Z nastolatki stałam się nagle mentalnie trzydziestolatką, w kilka miesięcy wydoroślałam.

Nigdy nie zawiodłam.  Skończyłam szkołę, poszłam do pracy, zaocznie studiowałam. Po latach depresji mama stanęła na nogi, wróciła do zawodu. Było się z czego cieszyć. Ja byłam zakochana, z optymizmem patrzyłam w przyszłość, awansowałam i odliczałam dni do obrony pracy magisterskiej. Wtedy, w wypadku zginął mój chłopak. Wracał nad ranem z pracy, zasnął prowadząc. Miał 25 lat i całe życie przed sobą. Pamiętam jak odbieram telefon od jego rodziców i kątem oka zerkam na wyświetlacz zegarka. 5:49.

Oczywiście, że cierpiałam, żyć jednak trzeba było dalej. Moja mama narobiła długów, bo okazało się, że nabrała wcześniej jakiś kredytów, o których nic mi nie powiedziała. Chciałam ją ochronić, spłacić, pracowałam po godzinach i cieszyłam się, że nie muszę jeszcze wracać do pustego mieszkania.

Ale poradziłam sobie z tym, otrząsnęłam się. Choć dźwięk telefonu wcześnie rano do tej pory wywołuje u mnie przerażający, zimny dreszcz. Po trzech latach znów otworzyłam się na miłość, a długi mamy zostały spłacone. Zaczęłam planować przyszłość z mężczyzną, który pokochał we mnie ten mój optymizm i nie przestraszył się mojej historii. Przeniosłam się do innej firmy, na lepsze stanowisko. Poczułam się szczęśliwa. Chyba pierwszy raz tak naprawdę, głęboko w środku.

I nagle – awaria. To zdarzyło się nagle, bez uprzedzenia. Obudziłam się pewnego dnia i poczułam… wielkie nic. Pustka, obojętność. Może trochę strach, że tak nic nie czuję. Nie miałam siły wstać, leżałam i patrzyłam w ścianę. Dosłownie. To był moment, w którym w moim życiu panował absolutny spokój, harmonia. A ja właśnie rozpadłam się na tysiąc kawałków i nie miałam na to żadnego wytłumaczenia. Zadzwoniłam do pracy, wzięłam dwa dni wolnego. Położyłam się i zasnęłam, tak po prostu. Obudziłam się z atakiem kompletnej paniki. Niepokój, lęk, rozpacz – wszystkie te emocje spadły na mnie jak uderzenie i dosłownie wbiły w ziemię.

Następny dzień był jeszcze gorszy. Pamiętam, że chciałam się zabić. Siedziałam na podłodze, łzy płynęły mi po policzkach, zastanawiałam się, czy jeszcze nad sobą panuję, czy sama dla siebie jestem niebezpieczna.  Poza tym, czułam się bardzo źle fizycznie, bolała mnie głowa, plecy, kręgosłup. Czułam się, jakbym miała gorączkę.

Kolejne dni zapamiętałam jako chaos, ogromny bałagan w mojej głowie. Nie mogłam pracować, trzeźwo myśleć, rozmawiać. Nie była w stanie podjąć żadnej decyzji. Bałam się tego, co się ze mną działo i nie potrafiłam się do tego przyznać, nikomu tego opowiedzieć. Bo niby jak? Ja, ta najsilniejsza, opiekunka, która przetrwała dosłownie wszystko? A jednak, traciłam kontrolę nad życiem, nad sobą. I nie potrafiłam już temu zaradzić.

Do lekarza trafiłam dzięki narzeczonemu. Zobaczył to wszystko mimo mojej maski. Wziął mnie za rękę, posadził obok siebie w samochodzie i zawiózł do przychodni. Tam skierowano mnie do psychiatry, a on pomógł mi odzyskać siebie. Diagnoza kompletnie mnie zaskoczyła. Zaskoczyła też moją rodzinę, przyjaciół. Zdawali się mówić: „wszyscy, tylko nie ty”. Powrót do zdrowia okazał się kilkumiesięczną walką – moją, mojego lekarza i mojego narzeczonego. Udało się, choć to doświadczenie zmieniło mnie na zawsze. Dowiedziałam się, że nic nie jest pewne, jeśli chodzi o to, ile możemy znieść.

Czego nauczyło mnie moje załamanie? Tego, że jestem krucha, że potrzebuję okazywać słabość. Że nie zawsze wszystko jest dobrze i nie trzeba wtedy udawać, że jest inaczej.


Nie wierz w jego słowa. Mowa ciała zdradzi, czy naprawdę cię kocha

Redakcja
Redakcja
24 kwietnia 2018
Fot. iStock/nd3000
Następny

Niektórzy z nas bardzo mocno wierzą w intuicję i kierują się nią. Inni nazywają to instynktem samozachowawczym. Po prostu podświadomie czujemy, że coś jest dobre lub złe, że powinniśmy podjąć taką a nie inną decyzję, że ktoś nas oszukuje, manipuluje nami lub jest krystalicznie czysty. W ocenie innych osób często pomaga nam mowa ciała. Ludzie czasem kłamią lub naginają rzeczywistość, ale ich gesty i reakcje organizmu mogą zdradzić prawdę. 

Umiejętność odczytywania pewnych sygnałów może przydać się w związku. Szczególnie wtedy, gdy czujemy, że coś jest nie tak. Że partner nie jest szczery i gra. Dostajemy jednak sprzeczne sygnały, bo przecież mówi, że kocha i wszystko jest w porządku. Skąd więc te natrętne myśli, że zbliża się katastrofa. Często po czasie mówimy, że czułyśmy zbliżający się rozpad związku, choć teoretycznie nic na to nie wskazywało – on zapewniał o miłości, przynosił prezenty, był bardzo miły.

Oto kilka sygnałów, które świadczą o tym, że w waszym związku nie dzieje się zbyt dobrze:

Nierówny krok

Pary, które tworzą idealny duet potrafią zsynchronizować swoje kroki. Spacerują tak, jakby były jedną osobą. Często też trzymają się za ręce. Jeśli wy nie potraficie się zgrać, a kiedyś przychodziło wam to bez problemu, coś może być na rzeczy.

Unikanie bliskiego kontaktu

Jest coś takiego jak strefa intymna, której obce osoby nie powinny przekraczać. Jeśli ty lub twój partner odczuwacie dyskomfort, kiedy drugie jest bardzo, bardzo blisko, to jasny sygnał, że macie kłopoty.

Zamknięta postawa

Krzyżowanie nóg i rąk jest zawsze złym sygnałem. Świadczy o niechęci, czasem wręcz o wrogim nastawieniu do drugiej osoby. Większość z nas podświadomie czuje, że powstała pewna bariera.

Dziwne uśmiechy

Szczery uśmiech jest ok. Wymuszony uśmiech jest protekcjonalny. To się po prostu czuje – pojawia się wrażenie, jakby partner uważał siebie za kogoś lepszego w związku.

Ignorowanie

Nie słucha, nie pamięta, zajmuje się czymś innym, kiedy do niego mówisz. Nie interesuje go to, co mówisz i myślisz.

Klepanie się po plecach

Niby taki miły gest, a jednak… Jesteście partnerami, a nie członkami drużyny. Kiedy jedno z was chce pogratulować drugiej osobie, powinno dojść do intymnego uścisku. Klepanie po plecach jest miłe i „bezpieczne”.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Wszystkie kobiety są piękne… tylko często o tym nie wiedzą! To, jak wyglądasz, może być twoją radością lub kompleksem – wybieraj mądrze

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
23 kwietnia 2018
Fot. istock / Jasmina007
Fot. istock / Jasmina007

Zastanawiałyście się kiedyś, co sprawia, że czujecie się piękne? I nie chodzi o makijaż ani o nową sukienkę. Prawdziwe piękno bije od nas najczęściej, gdy jesteśmy szczęśliwe, zakochane lub atrakcyjne dla drugiej osoby. Jeden komplement potrafi zmienić świat. Podobnie dzieje się, gdy my same jesteśmy pewne swojej wartości.

Bo myśleć o sobie dobrze (i o swoim ciele też), to móc więcej!

Dlaczego wygląd jest ważny?

Na temat wpływu wyglądu na samopoczucie przeprowadzono wiele badań i czy się nam podoba czy nie, to, jak wyglądamy, wpływa na naszą samoocenę (i odwrotnie). Jesteśmy związani z naszymi „powłokami” silną i nierozerwalną więzią, co z kolei może być dla nas siłą lub słabością. Poczucie atrakcyjności jest odbiciem naszej pewności siebie. Nie trzeba tego nawet udowadniać, wystarczy wrócić myślami do momentu, w którym pomyślałyście kiedyś (a z pewnością przydarzyło się to każdej kobiecie): „On nigdy nie zwróci uwagi na kogoś takiego jak ja” – gdzie „takiego” prawie zawsze oznacza nieidealnego, nie dość pięknego, nie wystarczająco dobrego. A przecież doskonale wiemy (również z badań), że często ze stereotypową atrakcyjnością fizyczną wygrywa osobowość, otwartość, pewność siebie, uśmiech.

Dbanie o swój wygląd i sprawność ciała nie są więc związane tylko z fizycznością. Chcemy czuć się pięknie i zdrowo, bo dzięki temu jesteśmy szczęśliwsze i zadowolone z życia.

To jak wyglądasz może być twoją radością lub kompleksem – wybieraj mądrze

Tak już w życiu bywa, że dokonujemy wielu wyborów. Z każdej sytuacji, która nas spotkała, możemy wynieść ważną lekcję lub płakać nad rozlanym mlekiem. Podobnych wyborów dokonujemy wobec naszego ciała.

Nie ma ideałów. Często jednak wzdychamy do zdjęć perfekcyjnych kobiet na okładkach magazynów… do czasu, gdy te „perfekcyjne” zobaczymy bez makijażu albo na żywo, na ulicy. I nagle okazuje się, że stan, do którego chciałyśmy dążyć, zarzucając sobie bycie nie dość dobrą, nie dość piękną czy nie wystarczająco szczupłą, tak naprawdę nie istnieje. Że te kobiety niewiele się od nas różnią. I nawet nieidealne nadal są piękne.

Czasem jak dzieci, gonimy za kolejną bajką, zamiast cieszyć się tym wszystkim, co mamy już teraz. W tej gonitwie na prawdziwą radość nie wystarcza już czasu, bo przecież zawsze można zrobić, żeby wyglądać jeszcze lepiej.

Nie lubisz swoich bioder, ud czy pupy? One nie znikną, ale czy to dość dobry powód, by rezygnować z szczęśliwego życia? Masz ochotę – poćwicz, będziesz czuła, że zrobiłaś coś dla siebie, by twoje ciało wyglądało lepiej. Nie lubisz swojej skóry, masz wrażenie, że nie ma „tej dziewczyny”, którą tak bardzo lubiłaś? Zadbaj o nią najlepiej, jak potrafisz, ale nigdy nie zamieniaj swojej skóry na cudzą. Niech „ta dziewczyna” nie znika,  pozwól jej zostać i dojrzeć. Naprawdę możesz zrobić wiele, by jeszcze długo uśmiechała się do ciebie z lustra.

Nie skupiaj się na swoich deficytach, każdy z nas ma swoje mocne strony!

Wszystkie kobiety są piękne… tylko często o tym nie wiedzą!

One piękno noszą głęboko w sobie, czasem ukryte pod warstwą kurzu, zmęczenia, niskiej samooceny.  Szalenie trudno jest  im uwierzyć, że ono cały czas jest, czeka, aż wreszcie pozwolimy mu się pokazać. Zupełnie jakbyśmy czekały na bilet do lepszego życia, potrzebowały pozwolenia reszty świata, by wreszcie siebie polubić, pokochać i zaakceptować.

Tymczasem taką przepustką bywają drobiazgi – 10 minut czasu dla siebie, zdrowy rytuał, pogłaskanie swojego ciała, pochwalenie samej siebie. Decyzje: chcę, mogę, będę… I miłość własna do ciała, które, jakie by nie było, daje nam bardzo wiele. Piękno, którego jesteśmy świadome, kryje się za akceptacją.

Akceptacja to nie przemijanie

Mamy ogromny problem z akceptacją. Z jej zrozumieniem. Odbijamy się od niej, jak od niewidzialnej ściany. Akceptacja ciała jawi nam się, jak rezygnacja ze zmian. Twarda bariera, po której przekroczeniu nie wiadomo, co nas czeka. Tymczasem akceptować, nie oznacza zaniedbywać i wywiesić białą flagę.

Pomiędzy próżnością a obojętnością wobec własnego ciała, leży złoty punkt – i każdy znajdzie go gdzie indziej. Dla jednych będzie to pogodzenie się z upływem czasu, dla innych zaakceptowanie swojej fizyczności: wzrostu, wielkości piersi czy koloru włosów. I uwierzcie, to, że pogodzimy się ze swoim ciałem, nie oznacza, że nie możemy go już rozpieszczać, dbać o nie, spowalniać procesy, które stają się naszym ograniczeniem.

Tak, akceptuję:

– to, że moje ciało jest inne niż 10 lat temu (ale bardzo je lubię, jest nawet lepsze!),
– to , że nie będzie nigdy ciałem sprzed dwóch ciąż (i nic nie szkodzi, jestem z niego dumna, jest moją historią i wcale nie musi być zaniedbane),
– i to, że włosy siwieją (ale przecież mogę je ufarbować, a może kiedyś nie będę chciała tego już robić?).

Moje ciało jest inne i ja też jestem inna, ale wciąż mogę zrobić wiele rzeczy, by to „inne ciało” nadal mnie cieszyło. By służyło mi dobrze. Żeby dobrze wyglądało. Ale wszystko, co zrobię – zrobię dla siebie. Nie dla mężczyzn, przyjaciółek czy z powodu społecznych oczekiwań. To jedyny klucz do weryfikacji czy potrafimy zaakceptować swoje ciało. Jeżeli chcesz coś zmieniać, pracować nad czymś – niech motywacja wypływa z głębi ciebie. Nie walcz z wiatrakami, nie rzeźb ideałów, których ktoś od ciebie oczekuje (a może tylko ci się tak wydaje?).

Akceptuję siebie, nie oznacza: „przestanę walczyć z otyłością” – oznacza: „rozumiem, że zmiany wymagają czasu i pracy, rozumiem, że robię to dla swojego zdrowia (fizycznego i psychicznego), dla siebie”.

Akceptuję siebie, nie oznacza: „usiądę i będę czekać na starość, bo taka jest kolej rzeczy” – oznacza: „rozumiem, że moje ciało bardzo się zmieniło, wymaga ode mnie innej troski i pielęgnacji, rozumiem, że nie będę wyglądać jak dwudziestolatka, ale mogę żyć tak, by te zmiany mi nie przeszkadzały, by następowały powoli i łagodnie”.

Od naszej samooceny zależy bardzo wiele, nawet to, czy potrafimy zbudować szczęśliwy związek z drugą osobą. Kiedy kobieta czuje się ze sobą dobrze, może zdobyć cały świat. Akceptować, znaczy dbać dzisiaj o to, co już mamy.

Chcę wyglądać pięknie – dla mnie! I tego z całego serca wam wszystkim życzę.

Partnerem artykułu jest

biomedpharmapolska

dystrybutor Naturalnego Kolagenu Norweskiego

Kochaj swoje ciało. Dbaj o nie. Pozwól mu się odwdzięczyć.
Piękno nosimy w sobie przez całe życie.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Spółka BioMed-Pharma Polska, jako siostrzana firma BioMed-Pharma AS z siedzibą w Oslo, ma przyjemność przedstawić Państwu Kolagen Norweski. Jest to  najwyższej jakości suplement diety skierowany głównie do kobiet po dwudziestym piątym roku życia, które dbają o swoją aktywność fizyczną oraz zdrowie skóry, włosów i paznokci. Suplement produkowany jest w Norwegii przez firmę Pharmatech AS. Zawarte w Kolagenie Norweskim składniki mają potwierdzony przez wielu klientów znaczący wpływ na jędrność skóry (potwierdzone badaniami JCD, volume 14, Issue 4 December 2015, Pages 291-301) i opóźnianie procesów jej starzenia oraz witalność włosów i paznokci. 


Zobacz także

Fot. iStock/Marjan_Apostolovic

Widziałam jak ją gnało, jak ciągnęło w stronę mroku, bólu i złudnego, naćpanego szczęścia. Moja córka, narkomanka

Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

„Stres, niepokój, nerwy. Powiedziałam dość, spełniłam marzenia”. Jak zmienić życie na lepsze

„Proś, walcz, a potem żyj!", czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej

18 sygnałów, które wysyłasz, gdy boisz się porzucenia w związku