Jestem gruba, bo za swoimi kilogramami ukrywam swój dramat. Do dziś potwornie wstydzę się tego, co robili mi rodzice w dzieciństwie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
5 czerwca 2018
Fot. iStock/MarinaZg
Fot. iStock/MarinaZg
 

Być może minęłaś mnie kiedyś na ulicy, może stałyśmy w jednej kolejce do kasy. Co wtedy pomyślałaś? „Matko, jaka ona gruba”, „Fuj, ale obrzydliwa”, „Jak można tak nie dbać o siebie”?

Wiesz, że kobiety, które w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, chowają się za masą swoich kilogramów? Wypełniają swoim ciałem świat tak, by nikt nie mógł dotrzeć do ich wnętrza?

Ledwo pamiętam smak tego wszystkiego, co jadłam w dzieciństwie. Przez 17 lat rodzice znęcali się nade mną fizycznie i psychicznie, każdy mój zmysł był odrętwiały. Kiedy starasz się jedynie przetrwać, nic nie czujesz…

Mój dom, na pierwszy rzut oka, niczym nie różnił się od innych. Zwykły wolno stojący domek jakich było wiele w mojej okolicy. Za to w środku czekało na mnie piekło. Ojciec decydował o wszystkim, był panem i władcą wymagającym bezwzględnego posłuszeństwa. Matka stała przy drzwiach trzymając jego teczkę, gdy wychodził z domu i stawiała obiad na stole, gdy parkował auto na podjeździe. Cokolwiek ugotowała dla niego, ja nie mogłam tego zjeść. Nie byłam godna, miałam szczęście, że w ogóle pozwalał mi jeść. Podczas obiadu siedziałam w milczeniu, starannie jedząc placki mojej matki, nie chcąc upuścić żadnych okruchów. Byłam przerażona mówiąc cokolwiek, co mogłoby ich zmartwić. Wierzyłam, że gdybym była wystarczająco dobra dla moich rodziców, w końcu zdobyłabym ich miłość. Nigdy jednak nic takiego się nie wydarzyło.

Kiedy uważali, że byłam „niegrzeczna”, nie pozwalali mi jeść. Byłam w stanie ukraść wszystko, co tylko udałoby mi się włożyć do ust. Chowałam ser, kromki chleba w swoim pokoju i jadłam je w tajemnicy. Gdy mnie na tym przyłapali…. musiałam cierpieć.

Moi rodzice nigdy nie potrzebowali specjalnego powodu, żeby mnie ukarać. Wystarczyło pięć minut spóźnienia ze szkoły, źle zawiązane buty, niedokładnie pościelone łóżko, żebym oberwała drewnianą łyżką, szmatą, paskiem czy została zgwałcona przez mojego ojca w zależności od tego, w jakim on był nastroju. Kiedy zwymiotowałam rano jedząc owsiankę, mama zmusiła mnie do zjedzenia moich własnych wymiocin. Nadal potwornie wstydzę się tych wspomnień…

Nie mogłam odwiedzać koleżanek, ale pewnego dnia pozwolili mi iść do domu mojej przyjaciółki. Było wesoło, głośno, pachniało ciastem. Pamiętam, jak dziwne dla mnie było, że dzieci mogły otworzyć lodówkę nie ponosząc za to żadnej kary…

Przez lata bycia wykorzystywaną przez mojego ojca i innych mężczyzn nie byłam w stanie uciec przed jego emocjonalną kontrolą. W końcu, w wieku 22 lat wyjechałam za granicę, gdzie pracowałam jako niania. Chciałam znaleźć się jak najdalej od domu, od rodziców, poczuć się w końcu wolna.

Próbowałam zbudować „normalne” życie, byłam przekonana, że odzyskuję nad nim kontrolę, tymczasem ulegałam coraz bardziej niszczącym mnie nawykom.

Kiedy miałam osiem lat po raz pierwszy okaleczyłam swoje ciało. Powtarzano mi, że jestem pełna trucizny, chciałam więc zadać sobie tyle bólu, ile tylko mogłam, aż w końcu zaczęłam bezmyślnie i gorączkowo się objadać.

Mój ojciec kazał mi wierzyć, że wszyscy mnie obserwują, że ludzie widzą, jak jestem zepsuta. Chciałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby to ukryć. Myślałam: „Skoro już jestem brzydka, dlaczego nie sprawić, że będę brzydsza jeszcze bardziej, wtedy ludzie nie będą chcieli mnie poznać”. Obżerałam się i tyłam. Zamawiałam jedzenie i jadłam w swojej sypialni. Kiedy kończyłam, przez ułamek sekundy czułam ulgę w bólu, który zadali mi moi rodzice. Jadłam i jadłam do momentu, kiedy nie poczułam się źle i było mi wstyd. Po kilku godzinach na nowo zaczynałam się objadać.

Codziennie zakładałam maskę. Dla mnie otyłość była przebraniem. Chroniła mnie przed czujnymi oczami tych, którzy dostrzeli by we mnie samo zło, sprawiała, że czułam się bardziej niewidoczna. Kto by się martwił kimś, kto jest brzydki i gruby?

Słyszałam różne komentarze na mój temat: gruba beka, słoń, słonina, spasiona świnia… Uważałam, że te epitety były tym, na co zasłużyłam, czego pragnęłam.

Przez wiele lat ciężko pracowałam nad tym, by wyglądać normalnie. Przed całym światem ukryłam ból mojego dzieciństwa, nigdy nikomu nie mówiłam, co działo się w moim domu. Poznałam cudownego męża, urodziłam pięknego synka. Wszystko, czego chciałam, to stworzyć szczęśliwą rodzinę i dać moim najbliższym najpiękniejsze wspomnienia. Zepchnęłam wgłąb siebie swój własny ból, by oni poczuli się kochani.

Jedzenie i samookaleczenie było tym, co musiałam nieustannie kontrolować, zwłaszcza gdy czułam się gorzej.

Miałam 40 lat, gdy wszystko się rozpadło. Na wakacjach zauważyłam mężczyznę. Było coś znajomego w jego sposobie poruszania się, ubrania, co wywołało u mnie stres pourazowy. Wszystko wróciło. Przez siedem tygodni leżałam w szpitalu, w tym także na oddziale psychiatrycznym. Zagrażałam sama sobie, w szpitalu na nowo zaczęłam się objadać, zamawiałam pizzę, zjadałam słodycze, czekoladki, które przynieśli mi bliscy i tak samo jak kiedyś… chowałam jedzenie.

Wreszcie trafiłam do terapeuty, który pomógł mi się otworzyć, pomagał uporać się z tym, przez co przeszłam w dzieciństwie. Nie mogłam jednak przestać jeść. Bolały mnie nogi i kolana. Miałam zapalenie stawów, groziła mi cukrzyca. Ale tylko objadanie się pomagało mi utrzymać kontrolę nad moimi emocjami.

Musiałam schudnąć, nie chciałam umierać, nie chciałam zostawić mojej rodziny. Znajdowałam różne grupy wsparcia, ale tam rozmawiano o zgubieniu wagi, dietetycznym jedzeniu, a nie o traumie, która  zmusiła mnie do jedzenia. Było ze mną już tak źle, że lekarze zdecydowali się na operację zmniejszenia żołądka. Gdy się obudziłam, poczułam się naga. Im bardziej chudłam, tym bardziej wpadałam w panikę, bo czułam się bezbronna, bałam się, że wszyscy w końcu zobaczą, jaka w środku jestem zła. Znalazłam terapeutę, bo wiedziałam, że sama przez to nie przejdę.

Gdy w wyniku powikłań po operacji trafiłam znowu do szpitala, dowiedziałam się, że mój ojciec miał zawał i zmarł… dwa piętra niżej. Musiałam to zobaczyć, przekonać się, że jego naprawdę już nie ma. Trzęsłam jego ciałem, sprawdzając czy przypadkiem się nie obudzi. Straciłam kontakt z rzeczywistością… Jednak tam, wtedy, zbrodnie mojego ojca wobec mnie umarły razem z nim. Nigdy tego nie zgłosiłam na policję, ani on, ani moja matka nie zostali ukarani za to, co mi zrobili.

Minęły dwa lata od operacji, a ja nauczyłem się patrzeć na moje ciało z życzliwością, pielęgnować je i wierzyć, że zasługuje na jedzenie. Zaczęłam mówić głośno o tym, co mnie spotkało, otwieram się na ludzi. Uczę się wierzyć, że zasługuję na miłość.

Nadal mam blizny na ciele, ale one opowiadają moją historie. Moje ciało może nie jest ładne, ale nie jest już dla mnie zagrożeniem. Mogę czerpać przyjemność z najprostszych rzeczy, takich jak siedzenie w samolocie bez pytania o przedłużenie pasów bezpieczeństwa, jazdę na rollercoasterze czy obcinanie paznokci u stóp. Możliwość spożywania posiłków bez chęci zranienia się jest wyzwalająca. Teraz, kiedy mój syn wraca do domu, mogę razem z nim i moją rodziną usiąść do niedzielnego obiadu.

Nadal borykam się ze swoimi problemami psychicznymi, ale jestem zdrową osobą i nauczyłem się radzić sobie ze stresem. Kiedy mam ochotę zjeść, by zapomnieć, by zadać sobie ból, skupiam się na emocjach, sięgam po swój pamiętnik.

Mam nadzieję, że pewnego dnia wszyscy, którzy potrzebują pomocy, będą mieli do niej dostęp. Chciałabym wierzyć, że jestem przykładem dla tych, którzy doświadczyli cierpienia w dzieciństwie – wy też macie wybór. Nie musicie się samounicestwiać. Opowiadam moją historię, żebyś kolejnym razem, gdy pomyślisz o kimś, że jest obrzydliwy, bo gruby, miał świadomość, że pod tym ciałem kryje się być może dramatyczna historia człowieka. Człowieka, który potrzebuje pomocy.


 

Na podstawie: bbc.com/


Drogi BYŁY mężu, dziękuję, że odszedłeś. To jedyny, ale najlepszy prezent, jaki w życiu mi dałeś – twoja nieobecność

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 czerwca 2018
Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain
 

Drogi BYŁY mężu,

nigdy nie myślałam, że przyjdzie taka chwila, kiedy serdecznie ci podziękuję za to, że mnie zostawiłeś.

Ja głupia byłam przekonana, że moje życie bez ciebie nie będzie miało sensu, wypełni się pustką i żalem po stracie. Że już po raz kolejny nie poczuję, co znaczy być szczęśliwą u boku mężczyzny. Tylko – uwaga – dzięki, temu, że odszedłeś, zrozumiałam, że przez ostatnie lata w ogóle nie byłam przy tobie szczęśliwa! Że jedynie wydawało mi się, iż nie ma większego szczęścia nad gotowanie tobie codziennie obiadków, robienia kanapek do pracy i prania twoich skarpet i gaci. Naprawdę! Jak durna wierzyłam, że to doskonałe życie. Dziękuję, że tak skutecznie, acz drastycznie (ale nic nie szkodzi) wyprowadziłeś mnie z błędu.

Kiedyś za szczyt codziennej przyjemności brałam mycie po tobie naczyń, odkładanie twoich ciuchów do prania i zbieranie z podłogi rzuconych tam, gdzie chciałeś, skarpetek. Byłam przekonana, że tak wygląda wspólna szczęśliwa małżeńska codzienność. Mycie zlewu, który zaplułeś pastą, robienie kawy z trzema łyżeczkami cukru i podstawianie ci jej pod nos, kupowanie piwa na piątkowy wieczór, żeby sprawić ci miłą niespodziankę i pieczenie ciasta w sobotę, które lubiłeś. Jakbym Pana Boga za pięty złapała i jeszcze całowała najchętniej, że obłaskawił mnie kimś takim jak ty.

Tak często mi mówiłeś, żebym użyła rozumu, żebym naiwna nie była, żebym w końcu pomyślała samodzielnie, a ja taka wpatrzona w ciebie byłam, boś ty moim sterem i okrętem był. I zamiast cię posłuchać, podjąć decyzję, jeszcze jak idiotka przytakiwałam, żeś ty jest głową naszego związku, więc wszystkie mądrości są po twojej stronie. Matko, gdybym ja cię wcześniej posłuchała, to sama bym odeszła kilka lat wcześniej, a nie czekała, aż zamienisz mnie na inny model. Ale trudno, moja strata. W końcu każdy musi się nauczyć na własnych błędach.

Dziękuję, że mogłam dostrzec swoje. Że w końcu dotarło do mnie, że błędem było znosić twoje humory czy cierpliwie czekać, aż odburkniesz mi cokolwiek na pytanie, jak minął ci dzień. Błędem było biegać z herbatką z cytrynką i kanapeczką z czosnkiem, kiedy tylko katarek ci się przypałętał, podczas gdy sama z gorączką po zakupy leciałam, żeby ci tort na urodziny przygotować. To nic, że go nawet nie posmakowałeś twierdząc nagle, że jesteś na diecie. Przecież najważniejsze było moje poświęcenie.

O właśnie – dziękuję ci za to, że nie muszę się już dla ciebie poświęcać. Ani tobie ani naszemu małżeństwu. Że nie muszę rezygnować ze spotkań z przyjaciółkami, z wyjścia na spacer czy do kina, bo ty nie masz ochoty. Zresztą uważałeś to za głupoty – lepiej żebym poważniejszymi rzeczami się zajmowała – na przykład kolacją dla ciebie. Dziękuję ci, że teraz już nie muszę ci tej kolacji podawać, że mogę iść pobiegać, że na zajęcia z fitnessu się zapisałam. Dziękuję ci, że uwolniłeś mnie od siebie i nagle zyskałam całą masę czasu, którą wcześniej tylko tobie poświęcałam. Dzięki twojemu odejściu zauważyłam, że zupełnie zapomniałam o sobie. Że błędnie myślałam, że ja i ty jesteśmy jednością, że twoje szczęście równa się moje. I dalej bym żyła w tym przekonaniu, gdybyś mnie od niego nie wyzwolił swoją zdradą i pozwem o rozwód.

Dziękuję ci też za to, że w końcu mam okazję się przekonać, że życie jest cudowne bez ciebie. Ba – jest lepsze, niż bym była w stanie sobie wyobrazić. Sama bym się pewnie nie odważyła spróbować, bo przecież powtarzałeś, że o niczym nie umiem zadecydować. Dziękuję, że tym razem to ty podjąłeś męską decyzję. Że postanowiłeś swoją osobą zadręczać inna kobietę. Że w końcu stwierdziłeś, że wszystko to, co ja tobie daję, jest dla ciebie niewystarczające. Oj, kochany, bo ja byłam gotowa dać ci jeszcze więcej, dałabym ci wszystko, czego byś tylko zapragnął, ale na moje szczęście ty tego nie chciałeś. Ufff.

Dziękuję, że zwróciłeś mi wolność. Że mając 40 kilka lat mogłam odzyskać siebie i swoje życie. Zacząć robić, to co kocham, poznawać nowych ludzi, nowe miejsca. Rozwijać się, smakować świata, tańczyć w deszczu i skakać po kałużach. Tak wiem, zawsze uważałeś to za dziecinadę, która nie przystoi żonie i matce dwójki dzieci.

Dziękuję, że postanowiłeś nie ograniczać mnie dłużej swoją obecnością. Że nie muszę już słuchać, że wspólny wyjazd na weekend to strata czasu i pieniędzy. Teraz tracę mój czas i moje pieniądze, czego wcale nie uważam za marnotrawstwo. Dziękuję, że już nie pytasz po co mi kolejna książka czy para butów. Nie czekam na prezent urodzinowy od ciebie, którego nigdy nie dostałam, za to teraz kupuję go sobie co miesiąc – wynagradzając sobie te wszystkie poprzednie lata.

Dziękuję, że nie muszę z tobą dzielić sypialni, bo nagle odkryłam, że seks naprawdę może być przyjemny i zabawny. Rety, gdybyś nie odszedł, nigdy w życiu bym się tego nie dowiedziała – dziękuję!

Dziękuję, że mogę śmiać się i płakać, robić to, na co mam ochotę, a ni tylko skupiać się na tym, jak ciebie zadowolić. Dbam o siebie. Dziękuję, że mi na to pozwoliłeś.

Życzę ci wszystkiego co najlepsze, bo na koniec właśnie to od ciebie dostałam – twoją nieobecność w moim życiu.


„Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył

Z życia kobiety
Z życia kobiety
31 maja 2018
Fot. Unsplash /
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Krzątasz się po kuchni jak zwykle, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znam na pamięć ten schemat. Woda w czajniku, kilka razy otwarta lodówka, wymięte w narzekania. Miniesz mnie siedzącą na kanapie bez słowa. Nawet nie spojrzysz w moją stronę. Od dawna jestem dla ciebie jak powietrze. Jak mebel na wyposażeniu naszego mieszkania w kredycie, który dzisiaj chyba tylko nas łączy.

Tyle lat chcę od ciebie odejść i nie mogę. Już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że nie chcę z tobą być, że niczego oprócz frustracji, złości i bezsilności nie czuję. Ale to znaczyło, że jeszcze mi zależy, skoro się złoszczę, skoro próbuję coś zmienić.

Czy między nami w ogóle była miłość? Może to zauroczenie, zachłyśnięcie się sobą. Kochałeś mnie kiedyś prawdziwie? Te początki trzymania się za rękę, wieczorów nad rzeką, ukradkowych spojrzeń podczas spotkań ze znajomymi. Mrowiło mnie w żołądku i to wzięłam za pewnik, że kocham. Wydawało mi się, żeby byliśmy tacy szczęśliwi, gdy zamieszkaliśmy razem, gdy rodził się nasz syn. Tak wiem, zwariowałam na jego punkcie, ale co miałam robić, skoro od ciebie nie dostawałam czułości, uwagi, miłości.

Od lat jesteśmy nieobecni. Traktujemy się mechanicznie, jak mijające się na stacji pociągi – wielkie metalowe maszyny bez dusz, które mają jeden cel – dotrzeć do kresu podróży, po drodze za obowiązek mając wymianę pasażerów. My też wymieniamy się rutynowymi uprzejmościami: „Dzień dobry”, „Smacznego”. Od dawna nie pytasz, jak mi minął dzień, a ja odpuściłam, kiedy zacząłeś zdawkowo odpowiadać, że dobrze.

Czuję się jak w zmniejszającej się z dnia na dzień klatce, w której brak mi oddechu i przestrzeni do życia, jakbyś ty odbierał mi powietrze. Kiedy krążysz po mieszkaniu, cała sztywnieję, czekam na moment, aż znikniesz, staniesz się niedostrzegalny – pójdziesz spać, wyjdziesz, zamkniesz się w łazience. Wtedy dopiero biorę głęboki oddech i myślę o tym, jakby wyglądało moje życie, gdyby ciebie w nim nie było. Widzę uśmiechniętą, ubraną na kolorowo kobietę, która wie, czego chce od życia, która uwolniła się ze związku, w którym z czasem zabrakło wszystkiego, co do szczęścia było jej potrzebne.

Wiem, że niedługo odejdę. Nabieram w sobie pewności, że to najlepsze, co mogę sobie dać, w końcu sama dla siebie staję się ważna i przestaję uzależniać swoje szczęście od ciebie. I chociaż decyzję podjęłam już dawno, nie mogłam się od ciebie uwolnić. Odchodzenie nie jest łatwe, bo na drugiej szali uparcie wisi nadzieja – ta trzyma się mocno i nie chce puścić. Nadzieja na to, że coś się zmieni. Że pewnego dnia przyjdziesz z bukietem kwiatów i powiesz: „Kochanie, tak bardzo cię kocham”. Wiesz, to by wystarczyło. Może to głupie, ale zostałabym, na pewno dłużej.

Ta nadzieja zmusza mnie, bym przy tobie trwała, bym wierzyła, że moje: „Nie mogę tak dłużej, nie czuję się kochana” w końcu do ciebie dotrze. Chlasnął cię te słowa w twarz i przebudzą i każą zrozumieć, jak jestem dla ciebie ważna. Bo tylko tego bym chciała – być ważną, być tą, bez której nie wyobrażasz sobie życia, która jest dopełnieniem twojego szczęścia, twojej radości, codzienności. Chciałabym poczuć się wyjątkowo, wiedzieć, że dla ciebie jestem tą jedną – najważniejszą. Czekałam na to, jak idiotka.

Odchodzę tak długo, bo nadal cię kocham, a nadzieja na miłość umiera ostatnia. Przecież musiałeś mnie kochać, musiałam coś dla ciebie znaczyć, skoro to mnie wybrałeś? Ile razy płakałam w poduszkę przypominając sobie te pierwsze wspólne roześmiane lata? Co się z nami stało? Kiedy się zgubiliśmy? Mam wrażenie, że zupełnie poza naszą wolą oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że już nie mamy do siebie powrotu. Dzisiaj to wiem. Przestałam żebrać o twoją czułość, o uwagę. To mnie upokarzało, sprawiało, że wstydziłam się siebie samej. A przecież „nic się nie zmieniło” – powtarzałeś za każdym razem, gdy pytałam, czy jeszcze mnie kochasz. Ale zmieniło się wiele, mój strach budził fakt, że nie widziałeś, że przestałam być przy tobie szczęśliwa.

Tak, mogłabym tak trwać. Udawać, że jest w porządku, że rutyna jest tym, co daje mi poczucie stabilizacji i szczęścia. Że poczucie bezpieczeństwa trzyma mnie przy tobie kurczowo. Że nadzieja podszeptuje: „Poczekaj jeszcze trochę, jeszcze rok, dwa lata”… Tylko, że nie mam już siły udawać. Pytając siebie, czego chcę jeszcze od życia – od dłuższego czasu widzę siebie uśmiechniętą bez ciebie. W końcu to zrozumiałam – żeby wyjść z tej ciasnej klatki, muszę zamknąć za sobą drzwi naszego mieszkania i powiedzieć: „Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył, co – uwierz mi – jest dla mnie najtrudniejsze.

Nie chcę już tak żyć. Chcę jeszcze być kochana, szczęśliwa, chcę zachłysnąć się życiem, które doceniam każdego dnia coraz bardziej, a ty tego zupełnie nie rozumiesz. Dlatego odchodzę. Wybacz.