Dorosłe dzieci narcyzów. Co chciałabyś dzisiaj powiedzieć swojemu narcystycznemu rodzicowi?

Karolina Krause
Karolina Krause
15 lutego 2017
Fot. iStock/Kerkez
Fot. iStock/Kerkez

Drogi narcystyczny rodzicu,

gdy będę pisać te słowa, ty zapewne będziesz już daleko stąd – jak najdalej ode mnie i mojego życia. Choć tak naprawdę chyba zawsze tak było… Być może wyrzucisz ten list lub jak zwykle zwyczajnie go zignorujesz. Tak samo, jak ignorowałeś wszystko to, co przez lata starałam się ci przekazać. Zapewne zastanawiasz się też, dlaczego miałbyś go przeczytać, bo wiem, że w twoim w życiu wszystko musi być „po coś”, czemuś służyć, być do czegoś przydatne. A więc piszę ten list po to, abyś wiedział, że ci wybaczam. Wybaczam ci:

Lęk, który po tobie „odziedziczyłam”

Bo wiem już, że wszystko, co robiłeś, brało się właśnie z niego. I ten lęk towarzyszy mi dzisiaj każdego dnia, choć sama staram się radzić sobie z nim inaczej. Staram się być konsekwentna w swoim zachowaniu i nie stosować podwójnych standardów, do których nie byłam w stanie dostosować się jako dziecko. Bo, kto byłby w stanie przewidzieć, jaki dzisiaj masz dzień i co może cię uszczęśliwić?

Że skłóciłeś mnie z moim rodzeństwem…

Traktując moją siostrę jako „złote dziecko”, a mnie samą, jak kozła ofiarnego. Blizna po czasach , w których musiałyśmy walczyć o twoją uwagę, pewnie na zawsze już w nas pozostanie. Za to, że bez przerwy nas ze sobą porównywałeś. A przez to ja nie mogę przestać porównywać się z innymi.

Fikcję, w której żyłam

Kiedy kazałeś mi udawać, że wszystko jest w porządku. „Nie mów nikomu”, „Udawaj!”, „Przestań wyolbrzymiać”.

Pamiętasz? Gdy tę maskę, którą nakładałeś, by chronić się przed światem, zakładałeś także na mnie? Bo przecież we wszystkim musimy być lepsi, osiągać same sukcesy i nigdy przenigdy nie przyznawać się do porażek. W końcu co wtedy o nas pomyślą sąsiedzi? Albo dalsza rodzina?

Teraz wiem już, kto się pod nią ukrywał.

Że nie znam własnych granic

Czy w naszym domu w ogóle jakieś istniały? Chociażby te najbardziej podstawowe, jak prawo do prywatności, do szanowania cudzej własności, albo do okazywania uczuć?

Tego wszystkiego musiałam nauczyć się, gdy z niego wyszłam.

Że nie wiem, czego tak naprawdę w życiu potrzebuję

Przez lata tak skutecznie ignorowałeś moje potrzeby, że sama przestałam zwracać na nie uwagę. Zamiast tego skupiałam się na zaspokajaniu twoich niespełnionych ambicji i oczekiwań.

Dziś wiem już, że nigdy mi się to nie uda, dlatego nawet nie próbuję. Zamiast tego walczę o to, by odkryć swoje własne pragnienia.

Braki w komunikacji, które do wciąż staram się, jakoś „załatać”

Przez te pie*rzone zabawy w trójkąt. Bo przecież nie można komuś powiedzieć czegoś prosto w oczy. Wszystko, co starałeś się mi przekazać, mówiłeś do „ogółu”, albo patrząc przy tym na kogoś innego. Tak, jakbym nie zasługiwała na twoją uwagę, jakby mnie tam nie było. A byłam i nadal jestem.

Mówienie wprost o swoich uczuciach wymaga odwagi. Żałuję, że jej w sobie nie miałeś.

Że nie potrafię dziś nikomu do końca zaufać

Skąd mogę mieć pewność, że ta druga osoba nie zawiedzie mnie tak, jak ty? Że będę mogła na niej polegać? Skoro na człowieku, który w dzieciństwie był mi całym światem, nie mogłam?

Wciąż oswajam się z myślą, że bliskość nie musi wiązać się ze strachem.

Że wciąż „trafiam” na nieodpowiednich facetów

A mówiąc konkretnie narcystycznych.Nadal nie mogę uwolnić się od powtarzania schematu…

Że przez wiele lat wierzyłam, że na miłość trzeba sobie zasłużyć

Wmówiłeś mi, że nie liczy się to, jaka jestem, ale to, ile w życiu osiągnęłam, zrobiłam. To, czy możesz być ze mnie dumny, a w zasadzie nie ze mnie, tylko z moich sukcesów, które traktowałeś jako własne.

Że nie wiem, jak radzić sobie ze swoimi emocjami

Bo nie pozwalałeś mi mówić o swoich uczuciach.

I, że za to wszystko obwiniałam siebie

Dziś już tak nie uważam. I choć cały ten bagaż, to twardy orzech do zgryzienia, tylko ode mnie zależy co z nim zrobię.

Dlatego właśnie zostawiam go tutaj – za drzwiami z napisem „wybaczenie”. I nie chcę do tego wracać.


Zamordowałam męża – kata, ale to nie ja byłam sądzona jako ofiara. Odsiedziałam kawał życia przez drania, który nie potrafił być człowiekiem

Anika Zadylak
Anika Zadylak
15 lutego 2017
Fot. iStock/kieferpix
Fot. iStock/kieferpix

– Dziś chciałabym powiedzieć wszystkim maltretowanym kobietom, żeby nie popełniały mojego błędu. Żeby nie dały sobie wmówić kolejnego „przepraszam”, żeby nie pozwalały się zastraszać. Bo jeśli to zrobią, skończą tak jak ja kiedyś. Chciałabyś słyszeć za plecami, że jesteś mordercą? Uwierz mi, że nigdy.

Kiedy siedzisz na więziennym łóżku, minuty ciągną się jak godziny i możesz patrzeć tylko w maleńkie, okratowane okno. To wtedy, wszystko do ciebie dociera. Nie tylko ten straszny obraz, gdzie noc skończyła się wraz z pierwszym uderzeniem noża i potwornym krzykiem twoich dzieci. Tylko świadomość, że zabiłaś człowieka, bo nikomu nic nie powiedziałaś. Nie przyznałaś się, że mieszkasz z potworem, nie poprosiłaś nikogo o pomoc. Bo może gdybym wtedy, gdzieś z tym poszła, chociaż raz zadzwoniła na policję, nie skazałabym moich dzieci na straszną samotność. Na brzemię, które dźwigały przez te wszystkie lata, gdy ja byłam tu. Zabiłam swojego męża. Bo nie był człowiekiem, tylko okrutnym katem. Przesiedziałam 10 lat, bo ciągle głupio czekałam, że wszystko się zmieni.

Pani Bożena wygląda na dużo starszą, niż faktycznie jest. Spokojna, zadbana, bardzo opanowana. Gdy wraca do wydarzeń sprzed ponad 20 lat, zastyga w bezruchu. Jakby na nowo znalazła się w koszmarze, za który dostała długoletni wyrok więzienia. W policyjnych aktach czytam, że na ciele jej męża znaleziono 5 ran ciętych brzucha i trzy w okolicach serca. Wszystkie zadane dużym nożem kuchennym z ogromną siłą. – Waliłam na oślep. Nie mogłam przestać, tak jakby mnie ktoś nakręcił i zapomniał wyłączyć. Nic nie słyszałam, nie wiem nawet, czy już wtedy dziewczynki coś krzyczały, czy płakały. Dopiero, gdy nagle oprzytomniałam, zobaczyłam siebie we krwi z tym ogromnym ostrzem w rękach. Nie wiem dlaczego, myślałam, że córki są w pokoju obok, że tego nie widzą. Marta, ta młodsza, siedziała skulona pod ścianą i wymiotowała. Starsza, Dagmara, strasznie płakała, darła się, błagała, żebyśmy uciekały. Nie mam pojęcia, co się wtedy ze mną działo, dlaczego się odwróciłam i wyszłam. Zostawiłam je tam same, z jego zakrwawionym ciałem i zapukałam, do sąsiadki. Potem, nie pamiętam wiele, tylko ten najgorszy obrazek. Do dziś mi się śni, gdy wsadzają mnie do radiowozu, a moje córki się wyrywają i krzyczą: „Mamusiu, nie zostawiaj nas! Mamusiu, wróć!”. Nie można przeżyć niczego gorszego.

Dlaczego nie odeszłam? To były inne czasy, choć wiem, że to żadne wytłumaczenie. Ślub się brało, raczej z rozsądku, nie z miłości. Niewielka wieś, gospodarka, nie przelewało się. Dostałam dom po rodzicach, szybko odeszli, całe życie bardzo ciężko pracowali. Dom, czyli przeciekający dach, sypiący się tynk, podłoga do wymiany. On był tzw. „dobrą partią”, narwany, ale pracowity. Już wcześniej się znaliśmy, nasi rodzice i rodziny też. Gdy ślub braliśmy, byłam już w czwartym miesiącu ciąży. Dagmarka się zdrowa urodziła, a on już wtedy popijał, nerwowy był, czasem coś w domu rozwalił w nerwach. Poszarpał, za włosy mnie chwycił. Ale jego matka mówiła, żebym nie robiła afery z niczego, że chłop ma prawo babie przyłożyć. Widocznie za mało się staram, albo źle się w łóżku sprawdzam. Milczałam, a pewnie już wtedy nie powinnam. Ale sama byłam, siostra daleko mieszkała, rzadko się widywałyśmy. To nie był czas komputerów i komórek, zwłaszcza na takich wiochach jak nasza.

„Nie jest najgorzej”, tak sobie wtedy mówiłam, może z czasem mu przejdzie. Jakoś to się wszystko toczyło. Jak był trzeźwy, było znośnie. Gdy wypił, starałam się go unikać, u sąsiadki przeczekać, aż zaśnie. Bo brutalny był, szczególnie w tych sprawach łóżkowych. Nie przeszkadzało mu, że mam obfitą miesiączkę, że prosiłam, żeby później, bo boli. Mówił, że ma boleć, żebym kochanków nie szukała. Najgorzej było, gdy się okazało, że jestem w kolejnej ciąży. Stłukł mnie tak, że nie mogłam przez godzinę wstać z podłogi. Mówił, że mam się tego pozbyć, bo dopiero co jeden bachor z obsranych pieluch wyrósł, że kolejnej baby pod dachem nie zniesie. A znając moje szczęście to mu syna nie urodzę. Wkładał mnie do bali z gorącą wodą, żebym poroniła, kazał skakać z wysokości, kopał w brzuch. Groził, że jak urodzę, to nas obie żywcem zakopie.

Wtedy z nim teść pogadał, bo powiedziałam, że się boję, że pójdę na policje. Powiedział mi, żebym się nie wygłupiała i plotek ze wsi na ich rodzinę nie ściągała, że to wstyd dla wszystkich. Jego matka, bardzo prosiła, on się też trochę uspokoił, nawet imię wybrał, jak już było wiadomo, że to druga córka.

Przez trzy lata, żyliśmy dość spokojnie. Trochę chorował, mniej pił, przez pewien okres wcale. Potem przyszedł ten kryzys, ulewy i wichury zniszczyły większość upraw, nie było pieniędzy, a zima szła. Ja się martwiłam, on pił i szalał. Coraz bardziej. Zamierałam, gdy tylko słyszałam trzask furtki. Wiedziałam, że wraca, że zaraz się zacznie. Dziewczynki chowałam w szafie, albo za łóżkiem. On nie potrzebował pretekstu, od progu krzyczał: „Gdzie jesteś suko!”. Gwałcił i bił, bił i gwałcił. Potem na podłodze kazał spać i się nawet słowem nie odzywać. Mogłam wstać, gdy mi pozwalał, mówił, że robić mogę pod siebie, ale potem mam to zeżreć. To trwało latami, niby wszyscy wiedzieli, ale nikt się nie odzywał, nie wychylał. Sąsiadka nieraz tylko przebąkiwała, że jak każdy tu – wyszumi się i na starość mu przejdzie, że najważniejsze, że sama nie jestem. I tak sobie wmawiałam, że byłoby jeszcze gorzej, że dziewczynki bez ojca, że kto w pole pójdzie, dach załata. To jakiś taki mechanizm, że znajdziesz tysiąc wymówek, usprawiedliwień, żeby tylko się nie przyznać, nigdzie z tym nie iść. To najgorsze, co mogłam zrobić. Pozwolić spuścić głowę, zgodzić się na to. Tego sobie nigdy nie wybaczę, że to ja zgotowałam dzieciom najgorsze piekło. Bo to za nimi potem po szkole biegali i wyzywali od bękartów morderczyni.

Nie planowałam tego. Byłam na skraju wytrzymania, wychudzona, znerwicowana, zastraszona. Nie wracał już drugi dzień, ciągle nasłuchiwałam i modliłam tylko o jedno: żeby ktoś zapukał i powiedział, że go znaleźli gdzieś, że się zapił. Ale on wtoczył się do domu nad ranem, jeszcze ciemno było. Od razu do pokoju starszej córki. Usłyszałam jej wołanie, żeby przestał, że tak nie wolno. Wstałam, po drodze przez kuchnię wzięłam nóż. Chciałam go postraszyć, ale gdy zobaczyłam, że usiłuje ją rozbierać, kłaść się na niej, nie wytrzymałam. Uderzałam raz po raz, aż przestał się ruszać i charczeć. Kiedy mnie zabrali, policjant mi powiedział, że on mi nawet wierzy, widzi, w jakim jestem stanie, że siniaki. Ale to za mało, bo nie było skarg i zgłoszeń, bo jego rodzice, mówią co innego. Że to ja popijałam, że prowokowałam. Ja się już nawet nie chciałam bronić, wiedziałam, że dziewczynki zabierze moja siostra, że będą już bezpieczne. Nic innego mnie nie interesowało. Dopiero za kratami wszystko do mnie wracało, jakbym zaczęła to widzieć i rozumieć. Te wszystkie niepotrzebne krzywdy, te wszystkie stracone lata, to tkwienie w koszmarze razem z moimi dziećmi. Ciągłe pretensje do siebie, za bezmyślność i bezczynność. Siostra wysyłała mi zdjęcia dziewczynek, pisała, że jest różnie, że chodzą do psychologa, moczą się w nocy. O tym, że starsza miała próbę samobójczą, dowiedziałam się, gdy wyszłam. Nie powiedziały mi, bo się bały, że tego nie wytrzymam. A mi i tak było ciężko. Z dala od nich, od normalnego życia, między obcymi ludźmi, kobietami, które zabijały z zimną krwią. Nie tłumaczę się, nie uważam za lepszą od nich. Ale odsiedziałam kawał życia przez drania, który nie potrafił być człowiekiem.

Dziś moje córki są dorosłe. Mam wnuki i mogę spokojnie patrzeć, jak rosną. Nikt nie ma do mnie pretensji, nie rozdrapuje ran. Wystarczy, że ja sama to wiem, że tamtej nocy, zabiłam dwie osoby. Bo siebie w pewnym sensie też. I zraniłam dogłębnie kolejne dwie. Już nigdy nie będę spała spokojnie, zawsze będzie mi się śnił płacz moich dzieci. Błaganie, żebym ich nie zostawiała, kiedy zabierała mnie policja. Moja starsza córka, gdy wczoraj uśpiła swojego synka, usiadła obok mnie i złapała za rękę. Powiedziała, że nie ma do mnie żalu. Że bardzo zawsze tęskniła i czekała. Ale dziś już wie, że milczenie, jest najgorszym wyborem.


10 sygnałów, że to co czujesz to nie miłość, a uzależnienie

Karolina Krause
Karolina Krause
15 lutego 2017
Fot. iStock/Marco_Piunti
Fot. iStock/Marco_Piunti

Znalezienie tej właściwej osoby, która sprawi, że nasze życie stanie się jaśniejsze i zaczniemy postrzegać je w kolorowych barwach, wydaje się być marzeniem prawie każdej kobiety. Niestety niektóre z nas chcą tego tak bardzo, że zachłystują się uczuciem, które jest jedynie namiastką albo iluzją miłości. Zaślepione gorącym romansem i wzajemnym pożądaniem, wpadają w sidła uzależnienia od drugiej osoby, z którego ciężko jest im się potem wydostać.

Najczęściej zdarza się, gdy zaczynamy idealizować tę drugą osobę i nie chcemy zobaczyć jej taką, jaka naprawdę jest. Gdy bardziej zależy nam na podniesieniu poczucia własnej wartości niż stworzeniu prawdziwej, głębokiej więzi. Chodź w większości przypadków dzieje się to nieświadomie, warto zdać sobie sprawę z tego, jakie mechanizmy nami kierują. Bo tylko wtedy możemy się od nich uwolnić.

Każda uzależniona osoba podświadomie zdaje sobie sprawę z tego, że dzieje się z nią coś niedobrego. Przez długi czas stara się jednak temu zaprzeczać, przez co czasami,  nawet latami może tkwić w toksycznej i wyniszczającej relacji.

Oto 10 sygnałów, że to co czujesz to nie miłość, a uzależnienie:

Zazdrość

Każde jego wyjście z kolegami wywołuje u ciebie ataki zazdrości. Czasami zazdrość popycha cię do czynów, których w normalnych warunkach nigdy byś nie zrobiła, jak na przykład sprawdzenie jego poczty, czy telefonu.

Staliście się nierozłączni

Praktycznie każdą rzecz robicie razem, przez co żadne z was nie ma już czasu dla siebie. Zaniedbaliście też ważne relacje z przyjaciółmi lub całkowicie zerwaliście z nimi kontakt.

Boisz się, że cię zostawi

Boisz się, że jeśli zrobisz coś wbrew jego woli, w końcu odejdzie do innej. A w obecności innych kobiet starasz się „zaznaczyć swój teren”, chwytając go za rękę lub podkreślając rzeczy, które was łączą.

„Rzuć wszystko i chodź się całować”

Niezależnie od tego, co w danym momencie robisz, jeden jego telefon wystarczy, by postawić cię w gotowości i ruszyć na spotkanie ze swoim „ukochanym”.

Jego zdanie liczy się dla ciebie bardziej niż twoje własne

Dlatego tak bardzo zabiegasz o jego afirmację.

Przesłanki zewnętrzne

W mniejszym stopniu obchodzi cię to, kim tak naprawdę jest twój partner, niż to, jak odbiera go twoja rodzina i przyjaciele.

Wydaje ci się, że możesz wprowadzić poprawki

Być może twój partner w tym momencie nie jest jeszcze idealny, ale już ty to naprawić. Wydaje ci się, że możesz w jakiś sposób dopasować go do swoich oczekiwań, zmienić, czy ulepszyć.

Przejmujesz stery

W pewnym sensie kontrola jaką przejmujesz nad swoim partnerem, sprawia ci przyjemność. Zaczynasz więc podświadomie nim manipulować – smucąc się lub odpychając go, gdy nie robi tego, co chcesz.

Nie możesz bez niego żyć

A przynajmniej tak właśnie ci się wydaje. Czujesz, że nie byłabyś w stanie się pozbierać, gdyby on nagle postanowił odejść lub gdyby („nie daj Boże”) coś mu się stało.

Połowa siebie

Duża część twojej samooceny zależy od tego, czy twój partner poświęca ci wystarczającą ilość troski, czułości i uwagi.

Choć pozornie takie zachowanie może wydać się nam niegroźne, nałóg miłości to jedno z najbardziej podstępnych uzależnień. Głównie dlatego, że jest ono tak trudne do zdiagnozowania. Prawdziwa miłość nigdy jednak nie powinna wiązać się z jakąkolwiek koniecznością, czy przymusem. To urzeczywistnienie czystego dobra, energia, która ciągnie nas do góry i dodaje nam skrzydeł. Dlatego właśnie od tego uczucia nie da się uzależnić.

Jeśli więc rozpoznajesz u siebie większość z wymienionych objawów, to znak, że powinnaś zwrócić się po specjalistyczną pomoc. Pamiętaj też, że miłość jest czymś realnym i każdy z nas na nią zasługuje.

Ty też.


 

Źródło: higherperspectives.com


Zobacz także

Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

„Dopiero niedawno, po siedmiu latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę. To nie była miłość, ale uzależnienie… uzależnienie od cierpienia”

Fot. iStock / Marco Maccarini

Dobrze poszukaj i odnajdź… siebie. Akcja „To lato jest Twoje. Pierwszy krok do zmian”

Fot. iStock / Geber86

Miłość na serwisie. Jak naprawić popsuty związek?