Masz dobre serce, pomagasz innym i czujesz… że jesteś wykorzystywana? Czas powiedzieć STOP

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
14 listopada 2017
Fot. iStock /  franckreporter
Fot. iStock / franckreporter
 

Większość z nas ma zakodowane w głowie, że trzeba pomagać innym ludziom. W zdrowych relacjach takie postępowanie niesie korzyści dla obu stron. Jedni są szczęśliwi, ponieważ otrzymali pomoc, a drudzy czują się lepiej, ponieważ sprawili komuś radość. Oczywiście zdarzają się jednostki, które widzą sens swojego istnienia w pomaganiu innym. Tylko… czy to aby na pewno zawsze kończy się dobrze?

Wszyscy wiemy, że dobrze jest czynić dobro. Czasem jednak coś może wymknąć się spod kontroli. Od jakiegoś czasu masz wrażenie, że wszystko co robisz, robisz dla innych? A może wydaje ci się, że ludzie zaczynają wykorzystywać twoje dobre serce i szczerą chęć niesienia pomocy? Z dnia na dzień robisz się coraz bardziej smutna, sfrustrowana i nieszczęśliwa? Zabrzmi to strasznie, ale chyba nadeszła pora, żeby zastanowić się nad zmianą swojego zachowania. Ewidentnie musisz odzyskać równowagę. Pomagaj, owszem. Ale z głową.

Dlaczego zaczęłaś być tak pomocna?

Być może nie pamiętasz, kiedy to wszystko się zaczęło. Najprawdopodniej jednak wiązało się z jakąś nagrodą. Pomogłaś komuś i miałaś z tego powodu jakieś profity. Nie musiały to być rzeczy materialne, ale chociażby dobre słowo czy lepsze samopoczucie. Zastanów się, ile razy słyszałaś: „Traktuj innych tak, jak sama chciałabyś być traktowana”. Zdrowy egoizm naprawdę nie jest zły.

Boisz się, że nie sprostasz oczekiwaniom innych?

Przez ostatnie lata systematycznie przyzwyczajałaś innych, że jesteś na każde ich skinienie. Zawsze zwarta i gotowa, by nieść pomoc komuś w potrzebie. Boisz, że gdy teraz wykażesz się asertywnością, zawiedziesz kogoś. Prawda będzie brutalna – tak, zorientują się, że coś jest nie tak. Mogą cię odepchnąć. To z kolei może wpłynąć na twoją samoocenę. Nie daj się tym gierkom.

Co dostajesz w zamian?

Tak, to bardzo miłe uczucie, być uznawanym za kogoś, na kim zawsze można polegać. Cieszy cię, że w gronie znajomych uchodzisz za osobę pomocną i troskliwą. Pytanie brzmi – czy ci wszyscy ludzie zdają sobie sprawę z tego, jak wiele czasu i energii kosztuje cię taka postawa? Doceniają to? Mówią o tym? Oferują pomoc tobie?

Jest różnica między czynieniem dobra, a uzupełnianiem pustki

Nie ma nic złego w bezinteresownej pomocy, jeśli sprawia ci ona radość. Zastanów się jednak, czy twoje zachowanie nie maskuje przypadkiem twoich prawdziwych potrzeb. Być może lgniesz do ludzi i tylko w ten sposób potrafisz zaskarbić sobie ich sympatię? Czas przeanalizować, na ile bycie pomocnym wpływa na twoje poczucie własnej wartości.

Zadbaj o siebie i własne potrzeby

Jedno, proste pytanie – kto dba o ciebie? Kto ci pomaga? Na kogo możesz liczyć? Nie potrafisz nikogo wskazać? Cóż, najwyraźniej to ty stałaś się opiekunką innych. Uważaj, teraz będzie jeszcze smutnej. Nadszedł czas, żebyś zatroszczyła się o samą siebie. Kiedy stawiasz potrzeby innych przed swoimi, dajesz jasny sygnał, że twoje potrzeby nie są tak ważne jak ich, że twoje potrzeby mogą poczekać, że poświęcenie czasu dla siebie jest samolubne. BŁĄD!

Oceń swoje priorytety

Jeszcze ktoś nie zdążył dokończyć zdania, a ty już oferujesz swoją pomoc? A zastanowiłaś się, czy nie koliduje to z twoimi planami i priorytetami? Zanim na cokolwiek się zgodzisz, sprawdź plusy i minusy tej decyzji. Masz prawo żyć swoim życiem.

Zredukuj liczbę osób, którym pomagasz

Skup się na tych, którzy są ci najbliżsi – mąż, dzieci, rodzice. Postaraj się zrozumieć, że nie dasz rady zadowolić wszystkich. Oczywiście nie oznacza to, że powinnaś odwrócić się plecami do przyjaciółki, która przeżywa ciężkie chwile lub jest w bardzo trudnej sytuacji. Chodzi o to, żebyś nie spalała się tam, gdzie nie potrzeba.

Naucz się żyć z czyimiś fochami

Nikt nie lubi, gdy ktoś jest niezadowolony z jego postępowania. Wolimy udawać, że wszystko jest w porządku lub działać tak, żeby nikogo nie urazić lub nie zawieść. Pobudka! Tak się nie da. Pogódź się z faktem, że ktoś się obrazi.

Pewnie teraz przeszło ci przez myśl, jak miło byłoby następnym razem powiedzieć „nie” zamiast „tak”. Być może nawet to sobie wyobraziłaś. Co poczułaś? Wstyd czy ulgę?

Źródło: Psychology Today


„Nie jestem jednak w stanie odpowiadać za SPIE*DOLONY program po „reformie” edukacji”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 listopada 2017
Fot. iStock / karalon
Fot. iStock / karalon
 

Wydawałoby się, że skoro rok szkolny rozbujał się na dobre, to każdy się przyzwyczaił, do zmian, do reformy, do tego, co nowe, a jakby trochę jednak stare. Pewnie taką nadzieję ma Ministerstwo Edukacji Narodowej, czekają, aż minie burza, aż dyskusje się skończą i wszystko pójdzie zgodnie z ich wizją i myślą edukacyjną.

Co chwilę jednak wychodzą pewne „kwiatki”. A to w podręcznikach błędy albo dziwiące rodziców przykłady, a to nauczyciele bez pracy, a to przeładowany program dla klas siódmych (i pewnie nie tylko). Reforma się jednak toczy, to nic, że w słabo wyposażonych klasach, to nic, że w szkołach, które do dziś są remontowane, żeby dostosować się do nowo panujących warunków. Nasze dzieci nadal uczą się na pamięć definicji, których za chwilę pamiętać nie będą, ale dla zaliczenia sprawdzianu na blachę wykuć muszą. Eh.

Kilka dni temu na Facebooku ukazał się wpis Kai Malanowskiej – polskiej pisarki, felietonistki, ale też nauczycielki, w którym w odpowiedzi na list jednego z rodziców zaapelowała, by wszelkie skargi i uwagi kierować do MEN, być może listy rozwścieczonych rodziców zmuszą ministerstwo do zastanowienia się nad obecnym programem edukacji… Czemu nie spróbować?

MÓJ OSOBISTY APEL DO RODZICÓW UCZNIÓW:

Parę dni temu dostałam od rodzica jednego z moich uczniów list następującej treści:

„Dzień dobry, po ostatnim sprawdzianie mam pewne niezrozumienie poziomu wiedzy jaką powinno posiadać dziecko. Nie rozumiem podejścia do nauki, która sprowadza się do szczegółów do opanowania np. co powoduje białko w substancji międzykomórkowej kości??? Kolejne hasło, które było dla mnie sporym zaskoczeniem to definicja kwasu mlekowego. Wg mnie nie wpływa to w żaden sposób na rozumienie procesów, a wyłącznie uczenia się na pamięć, co nie rozwija naszych dzieci a sprowadza się wyłącznie do ćwiczenia pamięci bez zrozumienia stosowanych pojęć.”

Pomijam mało przyjemny ton listu. Przyzwyczaiłam się. Rodzice w stosunku do nauczycieli przyjmują zazwyczaj dwie postawy: roszczeniową bądź czołobitną. Nie sadzę, żeby dało się to zmienić. Nie jestem jednak w stanie odpowiadać za SPIER**LONY program po „reformie” edukacji. Szanowni rodzice, jest gorzej niż przewidywałam w czerwcu. Gorzej niż jawiło mi się to w najczarniejszych snach. Dzieci, które przyjęliśmy do 7 klasy przychodzą do nas z gigantyczną dziurą w wiedzy biologicznej. Nigdy nie miały chemii ani fizyki, nie rozumieją podstawowych pojęć przyrodniczych, a wiedza o świecie u większości jest radosną mieszaniną mało sensownych eksperymentów i ciekawostek o zwierzętach i roślinach, jakie wchłonęły na lekcjach biologii w podstawówce. Nie umieją się uczyć, ani samodzielnie notować. Tymczasem obecne 7 klasy mają obowiązek realizować program byłej 2 klasy gimnazjum, czyli fizjologię i anatomię człowieka. Bez godziny lekcyjnej poświęconej na wytłumaczenie czym jest proces spalania, fotosynteza, rozmnażanie ale też dyfuzja, osmoza, cząsteczka, związek chemiczny itp. Jak mają zrozumieć pojęcie komórki i tkanki? Jak mają pojąć czym są aminokwasy, białka i cukry, skoro dopiero zaczynają chemię? W jaki sposób zrozumieć proces oddychania?

Nie twierdzę, że program byłego gimnazjum był dobry. Wręcz przeciwnie. Zawsze uważałam, że jest przeładowany, z bezsensownym wymogiem uczenia na pamięć tysięcy szczegółów, bez możliwości przeprowadzania z dziećmi eksperymentów i obserwacji (bo nie starczało na nie czasu). Ale dostawaliśmy nowych uczniów i zaczynaliśmy z nimi od początku. Mogliśmy ich spokojnie przeprowadzić przez 3 lata stanowiące spójną całość. Korelacja między przedmiotami przyrodniczymi kulała, ale przynajmniej w zarysie istniała. Nie miałam poczucia, że zmuszam uczniów do wkuwania na pamięć wiedzy, która jest dla nich nie do zrozumienia. Dziś staram się wycinać z obecnie obowiązującego programu ile mogę, ale to niewiele pomaga. Podstawa programowa jest z gruntu zła. Nie da się jej dostosować, obawiam się, że nie dokona tego najlepszy nawet belfer.

Na list od rodzica odpisałam, prosząc, żeby swoje skargi i pretensje kierował do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Nie, nie było to agresywne odbicie piłeczki tylko całkiem poważna i grzeczna prośba. Wszystkich rodziców na FB proszę o to samo. Piszcie do MENu!!! Może jeżeli zostaną zasypani tysiącami listów od rozwścieczonych rodziców przemyślą nowy program i zaproponują nam coś lepszego niż napisany na kolanie dokument, który nadaje się tylko do kosza.

W efekcie reformy edukacji najbardziej cierpią dzieci. Uwierzcie mi, jestem nauczycielką. Moi uczniowie są przerażeni i zagubieni, a do liceum pójdą niedouczeni.

Z poważaniem
Kaja Malanowska


Kamila Rowińska: „Kobiety bardzo dużo od siebie oczekują. Chcą być idealnymi kochankami, ale od razu porównując się do gwiazd porno”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 listopada 2017
Kamila Rowińska
Kamila Rowińska
 

Od dzieciństwa słyszymy, że „samochwała w kącie stała”. W szkole każą się nam uczyć tego wiersza na pamięć, żeby czasem nikomu do głowy nie przyszło się chwalić, mówić, że jesteśmy w czymś dobrzy. Bo przecież to nie przystoi, a dziewczynka musi być skromna z jednej strony, a z drugiej cały czas starać się być coraz lepszą. W takiej sytuacji trudno, by kobiety były pewne siebie i sięgały po to, czego chcą, o czym marzą. Ubieramy się w szare sukienki, ciemne płaszcze i czekamy, aż ktoś nas zauważy i doceni. I wiecie co, nigdy się tego nie doczekamy.

O budowaniu pewności siebie, o naszych mocnych stronach i rezerwach, a także o tym, dlaczego my – kobiety, tak bardzo nie wierzymy w siebie, rozmawiamy z Kamilą Rowińską

Ewa Raczyńska: Brak pewności siebie to domena kobiet? My często mówimy: „nie dam rady”, „już próbowałam i mi się nie udało”, jestem beznadziejna”. 

Kamila Rowińska: Faktycznie jest tak, że kobiety częściej komunikują, że są niepewne siebie, co nie znaczy, że mężczyźni są pewni siebie, bo tak wcale nie jest. Oni po prostu się do tego tak często nie przyznają. Zdają sobie sprawę, że nie zawsze są ekspertami i często boją się, że zostaną zdemaskowani.

Na poziomie komunikacji o wiele pewniej niż kobiety mówią, czego by chcieli, przez co sprawiają wrażenie pewniejszych siebie. Męskie komunikaty są prostsze. Kiedy kobieta mówi: „chciałabym”, mężczyzna oświadcza: „chcę”, co wcale nie znaczy, że jest pewny siebie, ale jest tak postrzegany, bo wyraża się bardziej wprost. Jeżeli mężczyzna komunikuje się bezpośrednio, to automatycznie dostaje to, czego chce częściej, niż kobieta. 

Dlaczego?

Ponieważ kobieta wyraża swoje potrzeby w bardzo asekuracyjny sposób, zostawiając tym samym swojemu rozmówcy dużo przestrzeni na decyzję. Tymczasem mężczyzna takiej przestrzeni nie zostawia.   

Zdaje się, że to szczególnie zauważyć można w pracy, jeśli chodzi o podwyżki, awanse?

Tak, jak najbardziej. Na brak pewności siebie u kobiet nakładają się również nasze społeczne uwarunkowania, które w Polsce nadal są bardzo silne. Z góry przyjmuje się, że mężczyzna ma większy posłuch, ponieważ uznaje się go za mądrzejszego. Ktoś może się z tego śmiać, ale popatrzmy chociażby na pana Korwina-Mikke, który na forum europejskim ogłasza, że kobiety są głupsze, dlatego mniej zarabiają. Część Europy się temu sprzeciwia, a część niekoniecznie. Jakby nie patrzeć, jest on głosem większości, głośno powiedział to, o czym większość myśli. Niestety. Poza tym przeprowadzono  badania, w ramach których udowodniono, że jeśli artykuł ekspercki zostanie podpisany przez mężczyznę, będzie miał wyższe noty. 

Wskutek tych wszystkich uwarunkowań, kobieta faktycznie częściej może się wahać i zastanawiać, czy to, co ona ma do powiedzenia, jest wartościowe, czy to, co ma do zrobienia, warte jest w ogóle uwagi. 

Mało tego. Proszę zwrócić uwagę, jak mówi się o aktywnościach przypisanych kobietom, chodzi mi o zajmowanie się domem, dziećmi. Słyszymy:  „Przecież ona i tak nic nie robi w domu, TYLKO zajmuje się dziećmi, a on robi biznes”.  A gdyby tak zadać pytanie: co jest prostsze – wychowanie młodego człowieka, zajmowanie się TYLKO dziećmi, czy bycie menadżerem w  firmie i organizowanie jakiegoś projektu sprzedażowego?

Często przy pomocy wielu osób…

Zgadza się albo zarządzając tymi osobami. To wszystko w naszej komunikacji powoduje, że kobiety w siebie nie wierzą i potrzebują wykonać większą pracę, by pewność siebie, tego, co mam do zrobienia, do powiedzenia, wzrastała.

Proszę zauważyć, że kobiety czują się bardziej pewne siebie, jeśli chodzi o sprawy domowe. Niech tylko ktoś spróbuje powiedzieć, że ona wybrała złe firanki czy rolety. Tutaj nie ma dyskusji, a każda kobieta osobę podważającą jej domowe kompetencje jest w stanie bardzo szybko ustawić do pionu. To widać przy rozmowach dzieciach, sporach na temat karmienia, spania z dziećmi, jedzenia… Natomiast jeśli chodzi o kwestie zawodowe, tu już nie są takie pewne. 

Nie jesteśmy też pewne siebie w relacjach z innymi ludźmi.

Jeżeli chodzi o pewność siebie w relacji – to brakuje jej obu stronom. Jako osoba, która miała kilkanaście tysięcy osób na swoich sesjach czy szkoleniach coachingowych, jestem w stanie powiedzieć, że mężczyźni również w siebie nie wierzą. Ale też kobiety często ulegają presji społecznej, którą często same sobie fundują. Bo tak naprawdę to kobiety kobietom podkręcają  śrubki, podkręcają albo pozwalają, by robili to mężczyźni, poddając się różnego rodzaju propozycjom, bo nie wierzą, że są wystarczająco dobre by być kochanymi takimi, jakimi są naprawdę.

Z czego to wynika?

Bardzo często wynosimy to z domu, z  tego, w jaki sposób zostaliśmy wychowani i jakie jest miejsce kobiety w społeczeństwie, w którym żyjemy. Nasiąkamy tym jak gąbki.  Jeżeli kobiecie od dziecka powtarza się, że  jest niewystarczająco dobra, że musi być jeszcze lepsza, jeśli ma rodziców, którzy są perfekcjonistami i mówią jej, że jeszcze za mało, że powinna jeszcze bardziej się starać, to trudno, by była pewna siebie. Często też padają komunikaty: „bo jako dziewczynka musisz się lepiej uczyć”.

I  „Chłopak to sobie da w  życiu radę”.

Tak, a ty musisz się uczyć, bo jesteś dziewczynką. Te wszystkie zdania, które chlapiemy bezrefleksyjnie, zostają. Przy czym warto mieć na uwadze, że nasi rodzice, tak samo jak my, nie mieli złych intencji , nie pomyśleli, w jaki sposób te komunikaty mogą rezonować w nas w przyszłości. 

Patrzę na kobiety, z którymi pracuję podczas warsztatów „Kobieta niezależna” (www.kobietaniezalezna.pl). Bardzo często jest tak, że zjawiskowo piękna kobieta, kiedy ma za zadanie wypisać dziesięć komplementów na swój temat, nie tylko takich, które dotyczą jej wyglądu, ma z tym duży kłopot. Tymczasem obok niej może siedzieć ktoś o urodzie odbiegającej od społecznych standardów piękna, ale mający takie głębokie poczucie wartości siebie jako człowieka i taką pewność tego, co mu się w nim podoba, że bez problemu wypisuje to, co w sobie lubi. Takie postawy zależne są od tego w jakim domu i w jakim otoczeniu wyrastaliśmy. 

Kobietom  mówi się, że powinny być skromne, więc pewność siebie odbieramy jak zadzieranie nosa, arogancję.

Zgadza się i tu znowu tresują nas od dziecka, bo przecież już czytając Jana Brzechwę, dowiadujemy się że „Samochwała w kącie stała”. I teraz, jeśli sami się pochwalimy, jeśli będziemy zadowoleni z siebie, skazujemy się na bycie samochwałą, co jest nacechowane negatywną energią. Mówi się też: „siedź w kącie, znajdą cię”. I gdy faktycznie ktoś weźmie sobie to do serca, wówczas czeka, aż go ktoś inny doceni.

 A właściwie dlaczego ktoś inny miałby nas chwalić? To nie jest naturalne zachowanie, żeby ktoś stał obok nas i wyszukiwał tego, co w nas jest piękne. Każdy zajmuje się głównie sobą, więc jedyne komplementy, jakie możemy usłyszeć to te, które sami sobie dajemy, ewentualnie, które usłyszmy od rodziców i od najbliższej osoby, ale najczęściej one nie odnoszą się do naszych kompetencji tylko do tego, jacy jesteśmy. 

Dlatego o tym, co dobre w nas powinniśmy mówić głośno. Tyle tylko, że najpierw należy  zrozumieć, że chwaląc siebie, nie odejmujemy nikomu innemu i że doceniając to, kim jesteśmy, będziemy potrafili docenić piękno w innych ludziach. 

Jeśli ktoś ma wewnętrzną pewność siebie, poczucie obfitości czy to w talenty czy w inne miłe przywary, to mówi sobie, że jest w porządku: mam pewne atuty, mam pewne rezerwy i to też jest okej. Taka osoba będzie potrafiła stanąć obok innych i bez zazdrości, kompleksów oddać im to, co ich. Powiedzieć: „kurczę to masz fajne, to robisz świetnie, to mi się podoba”.

Proszę zwrócić uwagę na Amerykanów – jak pięknie wzajemnie się doceniają, jaką tworzą kulturę bycia człowiekiem, która jest wzmacniająca wobec innych. Oni przez to, że wychowują się w społecznym przyzwoleniu na to, by czuć się dobrze w swojej skórze, by mówić głośno o ty, co nam świetnego wyszło, są samonapędzającym się zespołem ludzi. Tymczasem u nas od osób, które odnoszą sukces oczekuje się, że będą skromni, że nie będą  tym mówić. 

Smutny obraz naszego społeczeństwa…

Takie zachowania wynikają z poczucia braku obfitości. Jeśli ktoś jest pewnym siebie, tego kim jest, co robi, to zupełnie nie będą mu przeszkadzać sukcesy innych. Jeśli pani  czuje się atrakcyjnie jako kobieta, to na inną atrakcyjną kobietą nie reaguje pani gorączkowo z namysłem, żeby usiąść z koleżanką i powiedzieć: a to ona ma brzydkie, a tu źle dobraną torebkę. Dlaczego? Bo się pani w ogóle tym nie zajmuje. Może pani pomyśleć: „o to ma fajne i to też super”. Wtedy człowiek ma poczucie pełni. Jeśli ktoś jest dobrze wykształcony, mądry i wie, że jest inteligentny, to nie będzie miał potrzeby udowadniać innym, że są głupsi, że czegoś nie potrafią, bo to nie leży w jego naturze. 

Czy nie jest tak, że pewność siebie utożsamiana jest z perfekcjonizmem, a przecież to także świadomość swoich deficytów?

Oczywiście, tyle, że ja nie używam słowa deficyty, bo one zaznaczają, że czegoś nam brakuje. Tymczasem uważam, że każdy z nas jest w stanie osiągnąć poziom mistrzowski w pewnych obszarach. Ludzie perfekcyjni nie istnieją. I tak, jak każdy z nas ma swoje atuty, tak i ma swoje rezerwy, które mogą być dla niego zagrożeniem w kontekście na przykład osobowości. Jeśli ktoś jest otwarty, towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty – to są jego atuty, które jest w stanie wykorzystać. Jednak ta sama osoba ma też rezerwy i prawdopodobnie rezerwą jest to, że jej umysł nie jest zbyt analityczny. Na przykład nie czyta uważnie umów, ma kłopot z tym, żeby je podpisywać. I teraz jeśli chciałaby być we wszystkim doskonałą, to nie ma na to szans.

 Jeśli jesteś kimś, kto szybko podejmuje decyzje, jesteś typem naturalnego przywódcy, to w towarzystwie tabelek, księgowych spraw, wykresów, będzie ci się nudziło,  nie będzie możliwym, by być mocnym w jednym i drugim. Tak samo odwrotnie – introwertyk, typ tak zwanej księgowej, nie będzie duszą towarzystwa wśród nowych znajomych. I nie można powiedzieć, że to jest jego deficytem, bo nie jest, to po prostu rezerwa, obszar, w którym ktoś  nie porusza się płynnie. Nie można być  dobrym we wszystkim naraz, choć często bardzo byśmy chcieli, żeby tak było. Jednak to wskutek takiego myślenia rodzą się sytuacje, w których czujemy się niepewnie. 

Tyle, że my chyba najczęściej rezerwach się skupiamy. Trudno nam przez to dostrzec, w czym jesteśmy dobrzy. Chcemy ulepszać rezerwy, zamiast skupić się na tym, co w nas dobre?

To w dużym stopniu zależne jest od tego, w jaki sposób jesteśmy edukowani. W polskiej szkole należy mieć same piątki i szóstki. Taki jest przekaz od rodziców. Jest jakiś przekrój przedmiotów od Sasa do lasa i ze wszystkiego trzeba mieć piątki, żeby być dobrym albo bardzo dobrym uczniem.  

Nieważne, jakie są nasze predyspozycje, który obszar chcielibyśmy zwiększać, do czego mamy super potencjał, to nie ma znaczenia. Mało który rodzic godzi się na to, żeby dziecko rozwijało się w tym, w czym czuje się dobrze. Przykładowo – dziecko jest zdolne matematycznie, ale trudno rodzicowi dopuścić myśl, że jego zdolne w końcu dziecko, będzie miało ocenę dostateczną z języka polskiego czy historii. Rodzic powie: „musisz się więcej uczyć historii”. Tylko dlaczego? Skoro jest dobry z matematyki i informatyki, to niech wzmacnia te przedmioty i jeszcze więcej właśnie z nich się uczy, bo tu może być wybitny. Z innych może być  dostatecznie dobry, żeby nie był ignorantem. 

Przecież ludzie, których obecnie podziwiamy, nie są wybitni we wszystkim. To najczęściej osoby świetnie odnajdujące się w jednym obszarze. Doskonały reżyser może przykładowo w kuchni jest w stanie ugotować jedynie wodę na herbatę. I to jest okej, to nie ma znaczenia, nikt nie zwraca na to uwagi, bo błyszczy bardzo w tym, w czym jest doskonały. Dlatego tak ważne jest nasze podejście do edukacji. Kiedy mój starszy syn przynosi oceny ze szkoły, to wiem, co go najbardziej interesuje, w związku z czym, to właśnie wzmacniamy. Powiedziałam mu, że oczywiście oczekuję od niego, że będzie przechodził z klasy do klasy i że będzie przykładał się do nauki w formie podstawowej. 

Szkoła to bardzo dobry przykład…

Mówimy, że kobiety mają małą pewność siebie, ale my chcemy nawet zajmować się domem lepiej niż perfekcyjna pani domu. Tak a propos, tego typu programy przynoszą kobietom więcej szkody niż pożytku. Cóż, ale takie rzeczy akurat w Polsce świetnie się sprzedają  – żeby myć wannę o drugiej w nocy w szpilkach –  niczego innego nie można kobiecie zaserwować, żeby bardziej ją pogrążyć. Bo teraz nie dość, że ona widzi tylko siebie szorującą tę wannę, jakby facet nie mógł jej umyć, to jeszcze w szpilkach. 

Kobiety bardzo dużo od siebie oczekują. Chcą być idealnym kochankami, ale od razu porównując się do gwiazd porno. Starają się być idealnymi matkami, ale lepszymi od trzech przedszkolanek razem wziętych. Tak mądra jak jej pediatra, psycholog dziecięcy i wszyscy święci razem wzięci. Dodatkowo oczywiście kobiety myślą o tym, by być świetnymi kucharkami, całe pokolenie przebić swoimi zupkami i tortami. Oczywiście chciałyby jeszcze zawodowo się rozwijać.  

Ale to jest niemożliwe. Zawsze jest coś, w czym nie będziemy doskonałe. I gdy przyjrzymy się kobietom, które odnoszą sukcesy zawodowe, które podziwiamy, to wtedy dopiero zrozumiemy, że każda z nich płaci jakąś cenę. 

Mając  100% siebie nie możemy rozdać więcej, ten tort trzeba podzielić na kawałki?

Właśnie. Ja pełnię rolę mamy, żony i bizneswoman, ale cały czas żongluję czasem i tymi rolami. Na przykład jako bizneswoman jestem na swoje 100% zaangażowana w swój biznes, ale to nie jest 100% jakie w ogóle można poświęcić biznesowi, ponieważ są wydarzenia, z których udziału rezygnuję, ponieważ wcześniej zaplanowałam czas, który spędzę z rodziną. Mój zawodowy kalendarz jest zaplanowany na półtora roku do przodu. I jasne, że trafiają się sytuacje, kiedy ktoś proponuje mi udział w jakimś przedsięwzięciu, a ja odmawiam, bo ten akurat weekend, czy dzień mam zaplanowany z rodziną. Z drugiej strony jest z pewnością wiele kobiet, które gotują lepiej ode mnie (oj są na pewno) albo jeszcze ładniej układają ubrania w szafie.

Co ważne, mężczyźni mają zrozumienie dla takich sytuacji. Bo kiedy on jest w pracy, to przecież nie będzie zajmował się domem, albo gdy rozwija firmę, nie będzie kładł kafelek w łazience. I nikt mu nie powie, że nie jest prawdziwym mężczyzną bo tego nie zrobił. Za to wiele kobiet daje sobie wkręcić do głowy, że ona nie jest prawdziwa kobietą, bo sama nie upiekła tortu na urodziny swoich dzieci czy męża. A przecież to jest ta sztuka wyborów.

Rzeczą, która powoduje, że nie jesteśmy pewni siebie jest także fakt, że bardzo chętnie oceniamy innych. Proponuję czytelniczkom tego wywiadu skoncentrować się na sobie na tyle, żeby przestać oceniać innych ludzi, to każdej bardzo pomoże w podniesieniu własnej pewności siebie. 

Kiedy studiowałam coaching przechodziłam przez roczną pracę wewnętrzną nad sobą, która zakładała duży wgląd w siebie, ale też większą tolerancję i pozwolenie na życie innym po swojemu. To wtedy zauważyłam,  że pozwalając  innym ludziom żyć tak, jak oni chcą, bez nakładania swojej mapy czy swojego pomysłu na ich życie, bez oceniania, co powinni i jak trzeba, uznając ich prawo do życia inaczej niż ja, stałam się jeszcze bardziej pewna siebie. Jeśli przestajemy oceniać innych, nie czujemy się cały czas oceniani.

Poza tym mamy tendencję na porównywanie cudzej wystawy do swojego zaplecza, co na etapie mediów społecznościowych jest nagminne. Publikujemy na portalach te elementy naszego życia, które są dla nas ważne, chcemy je zaakcentować. Na tych zdjęciach wszyscy wyglądają dobrze, są zadowoleni, bo to tak, jak gdyby albumy rodzinne przeniosły się do internetu. 

I to jest niesamowite, bo czasami leżąc chorym w łóżku, bądź będąc zabieganym w ciągu dnia, jesteśmy w stanie zestawić swój aktualny obraz ze zdjęciem modelki, które zostało zrobione przez fotografa, przy cudownym oświetleniu, w pełnym makijażu i ułożonej fryzurze. Nawet nie wiemy, jaką krzywdę sobie robimy. Nawet Cindy Crawford powiedziała, że jak patrzy na swoje zdjęcia w gazetach, to nie wierzy, że to jest ona.  

Takie wybiórcze porównywanie siebie do innych ludzi powoduje, że zaniżamy swoją wartość, ponieważ porównujemy nie to co trzeba. Porównujemy się do ludzi, którzy mają zupełnie warunki bytowe, życiowe, zupełnie inne doświadczenia, porównujemy swoją całość do ich fragmentu życia nie widząc całego obrazu . Znamy tylko tę laurkę, którą ktoś chce nam pokazać w internecie. Każdy to robi, nikt nie wrzuca do sieci zdjęcia, kiedy wygląda tragicznie, tylko myśli: „O nie dobra, jeszcze jedno ujęcie”. Wszyscy tacy jesteśmy, więc dlaczego mamy porównywać swoje najgorsze do cudzego najlepszego.

To porównywanie się faktycznie może mocno podkopać naszą pewność siebie… 

Tak, dlatego powinniśmy pamiętać o tym, że miło i fajnie czuć się docenionym, dla każdego z nas jest to mniej lub bardziej ważne. Niektórzy przyznają się do tego oficjalnie, inni udają, że nie ma to dla nich znaczenia. A to potrzeba nas jako ludzi, żeby w społeczeństwie zajmować pewną pozycję i  otoczeniu nam najbliższym być akceptowanym. Dlatego powinniśmy szukać ludzi, którzy mają podobne wartości do naszych, tak, żebyśmy nie czuli się nie na miejscu. Bo jeżeli damy sobie prawo do tego, żeby żyć tak jak chcemy, a tak długo, jak nie jest nasza intencją ranić innych ludzi, tak długo nasze wartości, jakie by nie były, są okej. I jeśli znajdziemy innych ludzi, którzy będą mieć podobne priorytety, opinie, mamy szansę żyć w otoczeniu, które jest wzmacniające. 

PrezentKamilaRowinska


Zobacz także

Fot. istock/Raphli

Gdzie leży granica, czyli 7 sytuacji, w których doświadczasz molestowania seksualnego, choć nie zawsze zdajesz sobie z tego sprawę

Fot. iStock / princessdlaf

„To ty jesteś samolubnym dupkiem, który zjawia się, kiedy mu wygodnie!”. Nie życzę ci niczego dobrego, bo niczego dobrego nie dostałam od ciebie

Got. iStock

„Mam kobietę, dziecko, jestem szczęśliwa.” Życie lesbijki w Polsce