Dlaczego niektórzy ludzie nie potrafią odejść i zapomnieć, choć związek już się zakończył?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
7 grudnia 2017
Fot. iStock/domoyega
Fot. iStock/domoyega
 

Kiedy związek się rozpada, każdy z partnerów powinien zastanowić się, dlaczego tak się stało i wyciągnąć wnioski. Ułatwi to budowanie kolejnych relacji bez popełniania tych samych błędów. Żałoba po rozstaniu nie trwa jednak zbyt długo i ostatecznie każdej ze stron udaje się wejść w nowy związek. Jest to możliwe jednak wyłącznie wtedy, gdy decyzja o zakończeniu tego rozdziału w życiu była wspólna. Jeśli jeden z partnerów odszedł, gdy drugi wciąż był przywiązany i emocjonalnie zaangażowany, może sobie nie poradzić i wciąż próbować ratować związek, który już nie istnieje. 

K. już piąty tydzień opłakuje odejście M. Nie docierają do niej słowa, że już po wszystkim, że on odszedł do innej. Trochę nie ma się co dziwić – byli razem cztery lata. W dodatku informacja, że on odchodzi była dla niej jak grom z jasnego nieba. Szczególnie, gdy zaczął tłumaczyć, że już od dawna nosił się z takim zamiarem. Jej wydawało się, że wszystko jest między nimi w porządku, a tu taka niespodzianka.

Spakował wszystkie swoje rzeczy, cofnął upoważnienie w banku, opłacił z góry trzy kolejne raty za lodówkę, którą kupili niedawno i tyle go widziała. Mimo to, K. wciąż wierzy, że on wróci. Taki tam kryzys. Potrzebuje odpocząć.

„Za dużo siebie włożyłam w ten związek, żeby to wszystko teraz zniszczyć. Nigdy sobie nie daruję, jeśli tak łatwo odpuszczę. Nie wyobrażam sobie, jak teraz będzie wyglądało moje życie i bardzo boję się samotności. Ja nie umiem być sama” – mówi. Póki co całe dnie płacze. Jak zamierza walczyć o byłego? Jeszcze nie wie. Z całą pewnością nie uważa jednak, że cokolwiek się skończyło.

Dlaczego nie potrafimy pogodzić się z odejściem?

Osoby, które zostały w swoim życiu porzucone choć raz, doskonale znają to uczucie dezorientacji. „Przecież tak się starałam, to musi być jakaś pomyłka” albo „Może coś jest ze mną nie tak, skoro kolejny razem facet zostawia mnie na lodzie”. Do tego dochodzi jeszcze paraliżujący strach, że ten ból, który właśnie odczuwasz, nigdy nie zniknie. Że będziesz nieszczęśliwie zakochana już do końca życia.

Oto, dlaczego niektórzy ludzie nie mogą iść do przodu i jak podejście do relacji wpływa na odwlekanie decyzji o odejściu:

Są z natury niepewni

Niektórzy ludzie nieustannie odczuwają strach. Nie chodzi o czarnowidztwo, a o niepewność. Często wydaje im się, że na coś nie zasługują i wcześniej czy później ich idealne życie się rozpadnie. Kiedy dostają namiastkę bezpieczeństwa i stabilizacji, będą się jej kurczowo trzymać.

Wkładają związek zbyt wiele

Kiedy znajdziemy tego idealnego partnera, staramy się zrobić wszystko, żeby związek był jak najwspanialszy. Rezygnujemy ze swoich planów i ambicji, zmieniamy swoje priorytety, angażujemy się emocjonalnie z nadzieją, że będziemy z tym człowiekiem do końca życia. Mówiąc w skrócie – dajemy z siebie wszystko. Gdy on decyduje się odejść, jesteśmy rozżaleni i rozgoryczeni. Nie potrafimy odpuścić, bo nagle uświadamiamy sobie, że ten związek to cały nasz świat.

Mają traumy z dzieciństwa

Osoby, które w dzieciństwie zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców lub nie otrzymały od nich miłości i poczucia bezpieczeństwa mogą w dwojaki sposób podchodzić do relacji w związku. Albo mają problem z zaufaniem, albo ufają bezgranicznie, wierząc, że ta osoba na pewno ich nie zostawi. Gdy partner decyduje się odejść, poczucie stabilizacji znika. Trauma z dzieciństwa się powtarza, a oni rozpaczliwie próbują uniknąć tych złych doświadczeń.

Boją się samotności

Wiele osób toleruje przemoc fizyczną i psychiczną, ponieważ panicznie boi się samotności. Wolą trwać w toksycznych związkach niż żyć samotnie. Często wynika to z bardzo niskiej samooceny. Osobom tym wydaje się, że bez tego partnera z niczym sobie nie poradzą. Choć każdego dnia ich niszczą, wiele im zawdzięczają. Lęk przed samotnością powoduje, że nie potrafimy odejść, ale też nie pozwalamy drugiej osobie, by odeszła.

Uzależniają poczucie własnej wartości od partnera

Niektórzy głęboko wierzą, że poczucie własnej wartości jest uzależnione od bycia z kimś. Gdy taka osoba zostanie porzucona, wydaje jej się, że jej życie nie ma żadnego sensu. Że automatycznie traci swoją wartość jako człowiek i już w nikim innym nie wzbudzi zainteresowania.

Boją się porażek

Tak to czasem w życiu bywa – trzeba zaliczyć kilka nieudanych związków, żeby trafić na tę właściwą osobę. Jednak dla niektórych rozstanie oznacza porażkę. No bo jak to możliwe, że innym udaje się budować trwałe relacje, a ja sobie nie radzę? Te osoby będą próbowały na siłę ratować sytuację.

Naoglądali się filmów romantycznych

Romantykom wydaje się, że ich życie będzie wyglądało tak jak to, które znajdą z romantycznych filmów i opowieści. Że miłość ponad wszystko i tak dalej. Nawet gdy zostają porzuceni, wydaje im się, że partner wróci – ba! On to zrobi w jakiś spektakularny sposób. Romantyk nie rozumie, że można po prostu odejść, że miłość się skończyła, bo prawdopodobnie wcale jej nie było.

Mają potrzebę zemsty

Kiedy cierpienie jest nie do wytrzymania, ludzie podejmują różne, dziwne decyzje. Niektórzy w akcie desperacji próbują zemścić się na partnerze. Zamiast odpuścić i zapomnieć, nękają telefonami i składają niespodziewane wizyty. Inni proszą o powrót tylko po to, by później się odpłacić.

Najtrudniej z pewnością mają osoby, które zostały wielokrotnie porzucane. Albo coraz mniej się starają i nie angażują się w kolejne relacje, albo dla odmiany stają na rzęsach, by historia się nie powtórzyła. Tymczasem każde rozstanie, nawet to, z którym nie możemy się pogodzić, jest lekcją. Tylko od nas zależy, ile z niej wyniesiemy i co z tą wiedzą zrobimy.


 

Na podstawie: Your Tango


Karolina Malinowska: „Co kupić osobie, która ma wszystko? A jak coś chce, to idzie i sobie kupuje? To mnie denerwuje”

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
7 grudnia 2017
Karolina Malinowska
Fot. Materiały prasowe
 

Świąteczne prezenty – dla jednych problem, który spędza sen z powiek, dla drugich okazja, by wyrazić swoją sympatię, miłość czy wdzięczność. O tym, jak szukać i kupować prezenty, żeby sprawiły radość nie tylko obdarowanemu, ale także darczyńcy, opowiada Karolina Malinowska, z którą rozmawiałyśmy na inauguracji Akademii 5 10 15. Polska topmodelka i prezenterka zdradza również, jakie prezenty czekają na jej dzieci i wspomina najbardziej nietrafiony prezent, który otrzymała od… męża.

Ewelina Celejewska: Na myśl o zakupach świątecznych większość z nas dostaje dreszczy. Ty też?

Karolina Malinowska: Nie. I już tłumaczę, dlaczego. Gdy nadchodzi gorączka zakupów, najpierw tych mikołajkowych, a później tych pod choinkę, ja jestem już absolutnie przygotowana. Nie lubię robić żadnych zakupów na ostatnią chwilę i choć może zabrzmieć to schizofrenicznie, ja naprawdę kupuję prezenty dużo wcześniej, ponieważ wiem, jak to później wygląda. Jeżeli chodzę po sklepach, coś mi się spodoba i jednocześnie wiem, że spodoba się to również bliskiej mi osobie, po prostu to kupuję i chowam. Dzięki temu prezenty mam zapewnione dużo wcześniej.

No dobrze, tylko jak się powstrzymać, żeby nie wręczyć ich wcześniej? Podekscytowanie i chęć sprawienia komuś radości mogą wziąć górę.

Mam na to prosty sposób. Tuż po zakupie pakuję upominek w świąteczny papier. Jeśli zapakujesz, na pewno nie dasz go wcześniej. Ja tak robię i przysięgam, że działa.

Najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałaś?

Ostrzegam, to może wydać się dziwne. Pochodzę z domu, w którym się nie przelewało. Moja mama wychowywała mnie i mojego młodszego brata sama. Doskonale pamiętam takie momenty, kiedy po wieczerzy wigilijnej chodziliśmy we trójkę na spacer z psem. To były te zamierzchłe czasy, kiedy jeszcze w Święta padał śnieg. Pamiętam, że nigdy nie mogliśmy z bratem pojąć, jak to się dzieje, że my wychodzimy wszyscy razem na spacer, a po powrocie czekają na nas prezenty. To nie były nigdy jakieś spektakularne rzeczy, ponieważ moja mama nigdy nie miała pieniędzy. Ale pracowała w drukarni w Łodzi i tam dawano na Święta paczki pracownicze. Można było w nich znaleźć ananasa i brzoskwinie w puszkach, jakieś cukierki, szynkę konserwową. Najważniejsze jednak dla mnie były pomarańcze – wówczas towar deficytowy. Pamiętam, że zawsze najbardziej cieszyłam się z tych pomarańczy.

Cieszą nas najprostsze rzeczy?

Tak, tylko zdajemy sobie z tego sprawę dopiero po jakimś czasie.

W dzieciństwie najbardziej przecież zależy nam na zabawkach. Co kupujecie waszym dzieciom?

Nasi synowie zawsze robią listy marzeń. Oczywiście zmienia się ona co 5 minut, w zależności od tego, jaka reklama leci akurat w telewizji lub co mają koledzy z klasy. Dlatego też listę marzeń musimy weryfikować. Ostatecznie znajdują się na niej trzy pozycje. Potem dzieci piszą listy do Świętego Mikołaja, ponieważ kultywujemy tę tradycję. Staram się kupić to, o czym marzą. Oczywiście nie wszystko, o co poprosili, ale przynajmniej jedną rzecz z listy kupujemy.

I są zadowoleni?

Na szczęście moje dzieci ze wszystkiego się cieszą. Czasem, gdy idziemy razem do sklepu z zabawkami i mówię, że mogą coś sobie wybrać, że decydują się na… paczkę żelków, które leżą przy kasie.

A mój 4,5-letni syn ostatnio powiedział, że chciałby w tym roku dostać od Świętego Mikołaja dmuchany zamek…

To jeszcze nie jest tak źle. Jak ja ostatnio zapytałam mojego Julka, który jest w tym samym wieku, co chciałby znaleźć pod choinką, to powiedział mi, że on chciałby dostać taką świnkę, która jest w tęczowym kolorze, będzie za nim chodziła jak piesek i będzie z nim codziennie jadła watę cukrową. Więc dopytuję, czy to jest jakaś zabawka, czy gdzieś już taką świnkę widział. Co usłyszałam? Że nie, on to sobie wymyślił, ale przecież jaki to problem, skoro Święty Mikołaj wszystko potrafi przynieść. Więc mnie by chyba dmuchany zamek ucieszył.

Karolina Malinowska

Fot. Materiały prasowe

Fakt. Czasem trudno spełnić czyjeś marzenia. Pamiętasz najbardziej nietrafiony prezent, jaki otrzymałaś?

Pamiętam dwa takie prezenty. Jeden to robot kuchenny, taki blender, ale najgorsze jest to, że dostałam go od męża i moja mina mówiła jedynie: „ale o co chodzi?”. Drugi – też od męża – to taki obraz, przedstawiający jakąś przerażającą postać, przypominającą Matkę Boską. W dodatku namalowany był czarnym węglem. Ten obraz był tak straszny, że bałam się powiesić go na ścianie. Mój mąż chyba uważał, że jest to kawałek naprawdę dobrej sztuki. Zapewne kupił, bo mu się spodobało, ale dlaczego dał mi to w prezencie? Poza tymi wtopami, niczego więcej sobie nie przypominam. Jestem takim typem człowieka, który ucieszy się nawet z tych przysłowiowych skarpet. Ale blender? I to na pierwsze nasze Święta? Błagam.

Obraz chyba gorszy! Ale prawda jest taka, że często kupujemy na prezent coś, co nam się podoba, niekoniecznie patrząc na potrzeby i pragnienia osoby, którą chcemy obdarować. Jak wybrać ten idealny prezent?

Najbardziej widać to w momencie, gdy kupujemy prezent dla dzieci. Każdy rodzic dostaje dreszczy, na widok tych wszystkich grających, świecących, gadających i ruszających się zabawek, a właśnie tego dzieciaki pragną. Uważam, że Święta to jest właśnie taki czas, kiedy należy to dziecięce marzenie spełnić. Trafione prezenty to takie, które są naprawdę przemyślane i wybrane w celu sprawienia radości drugiej osobie. Kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy kupują prezenty w dniu Wigilii. Po pierwsze, jest to trudne logistycznie i znacznie obciąża budżet. Lepiej przecież takie wydatki rozłożyć na kilka miesięcy. Po drugie, nie da się w biegu wybrać czegoś, co ucieszy naszych bliskich. Co więcej, ten prezent wcale nie musi nam się podobać. On ma sprawić radość tej drugiej osobie.

Nawet jeśli zaczęłaś rozglądać się dużo wcześniej, to czy zakup jakiegoś prezentu dla konkretnej osoby sprawił ci szczególny kłopot?

Zawsze mam problem z wyborem prezentu dla mojego męża. Co kupić osobie, która ma wszystko? A jak coś chce, to idzie i sobie kupuje? To mnie denerwuje. Ale nie zniechęcam się i zawsze udaje mi się znaleźć coś, co mu się spodoba.

Gdzie szukasz upominków?

Generalnie nie ograniczam się tylko do tego, co jest dostępne w galeriach handlowych. W zeszłym roku moja babcia dostała ode mnie pod choinkę modlitewnik. Taki ołtarz, który był bardzo popularny w okresie II Wojny Światowej. Gdy palono kościoły, ludzie woleli modlić się w domu. Taki modlitewnik robiony był na przykład ze starych drzwi. Miał naklejone różne święte obrazki i funkcjonował jako mały, przenośny ołtarzyk. I mi udało się znaleźć w zeszłym roku dwa takie modlitewniki. Jeden, z 1943 podarowałam mojej przyjaciółce. A drugi, z 1939, dostała moja babcia. To było coś więcej niż prezent. Moja babcia bardzo się ucieszyła, bo w okresie wojny była małą dziewczynką i niewiele pamięta z tego okresu.

Wyszukiwanie takich perełek wymaga dużo czasu i zaangażowania?

A skąd! Trafiłam na nie przypadkiem w jakimś sklepie ze starociami. I w dodatku kosztowało grosze, bo sprzedawca w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, co u siebie ma. Pamiętam, jak mówił „Pani to kupuje? To już u mnie tyle czasu leży”. Wzięłam oba.

Wyjątkowo niebanalny prezent. A własnoręcznie wykonane upominki?

Bardzo często dajemy je znajomym, gdy przychodzimy z wizytą. Mogą to być na przykład własnoręcznie wykonane pierniczki w jakimś ładnym opakowaniu lub słoju. Wiadomo, że najłatwiej zawsze jest pójść i kupić. Dlatego też prezenty, które zrobimy sami, sprawiają innym tyle radości.

Lepiej prezenty dostawać czy dawać?

Mam takie wrażenie, że my w ogóle nie potrafimy przyjmować prezentów. Że czujemy się zakłopotani i zobligowani do odwdzięczenia się. Nam, dorosłym łatwiej jest dawać prezenty niż je otrzymywać. Małgosia Ohme na konferencji Akademii 5.10.15 powiedziała coś fajnego. Że powinniśmy cieszyć się z prezentów, ponieważ na nie zasługujemy. A skoro ktoś nam go wręcza, to znaczy, że jesteśmy dla tej osoby ważni. Lubimy dawać prezenty, ponieważ widzimy czyjąś radość. Odwdzięczmy się tym samym. Po prostu.

baner Akademii 51015


Nie dajcie się nabrać na oszustwa. W sieci krąży prośba o pomoc dla chłopca – nieprawdziwa

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 grudnia 2017
Fot. iStock / ThitareeSarmkasat
Fot. iStock / ThitareeSarmkasat
 

Od czasu do czasu dociera do nas informacja, że ktoś pilnie prosi o pomoc. Fejkowa historia z pilną potrzeby krwi dla kobiety – z podanym numerem telefonu i nazwiskiem wywołała sporo zamieszania, a jednak cały czas wraca, choć  czyni nas ciut ostrożniejszymi.

Co innego z dziećmi – te zawsze nas wzruszają, a w okresie przedświątecznym jesteśmy coraz bardziej skorzy do pomagania, zwłaszcza, że, aby pomóc, wystarczy przesłać wiadomość dalej, a rodzice za każdą nową wiadomość otrzymają 10 groszy.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Informacja jest nieprawdziwa, ponieważ do wiadomości wykorzystane zostało zdjęcie dziecka, zamieszczone przez prywatną osobę na jednym z forów parentingowych.

Ktoś powie, że takie informacje ograniczają wiarygodność osób, które naprawdę szukają pomocy. Wydaje mi się, że jednak bardziej uświadamiają tych, którzy chcą pomagać – zamiast bezrefleksyjnie podawać prośbę o pomoc. Zamiast bać się, że ktoś powie o nas, że „mamy serce z kamienia”, jak straszą w wiadomości, warto przez chwilę pochylić się nad sprawą, spytać chociażby pod opieką jakiej fundacji znajduje się dziecko. To najprostsza droga do zweryfikowania czy wiadomość jest autentyczna.

 

Jeśli chcemy pomagać – to z głową, naprawdę.


Zobacz także

Fot. iStock/vicnt

Wyrzuć w końcu z głowy te myśli, a twoje życie zacznie się zmieniać

Fot. iStock/filadendron

„Atrakcyjna”, czyli jaka? Wcale nie musisz mieć nóg do nieba i zgrabnej pupy

Fot. iStock / cerenaksan

„Bo to wszystko przez tę miłość, proszę pani. Wszystko przez nią”