Dlaczego on cię nigdy nie pokocha. Warto tak trwać, w zawieszeniu?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 września 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
Fot. iStock/SrdjanPav
 

Może być twoim najlepszym przyjacielem. Może być najwspanialszym mężczyzną jakiego znasz, może być kimś wyjątkowym, kto od dawna znajduje się tuz obok ciebie. Nadchodzi moment, w którym uświadamiasz sobie, że go kochasz i … wiesz, że nic z tego nie będzie. Bo on nigdy nie obdarzy cię takim samym uczuciem. Jasne, możesz być dla niego ważna, ale nie w „ten sposób”. Z bolącym sercem wysłuchasz opowieści o tej, którą pokochał i będziesz udawać, że życzysz temu związkowi jak najlepiej. Że jemu życzysz jak najlepiej, choć jesteś przekonana, że z tobą byłby szczęśliwszy. Warto tak cierpieć?…

Odpowiedz sobie na pytanie, czy uda ci się, całkiem spokojnie, bez emocji rozmawiać z nim o jego miłości. Wysłuchiwać zwierzeń, dawać rady, jeśli cię o nie poprosi. Czy będziesz obiektywna? Czy kierujesz się jego szczęściem, czy swoimi emocjami? Nigdy nie będziesz nią, a to ją przecież wybrał, to jej chce. Czy zobaczysz w niej dobro?

 

Pomyśl,  długo będziesz trwać przy kimś, dla kogo nie jesteś priorytetem? Poświęcać mu swój czas, wiedząc, że gdy tylko może biegnie do innej? Przecież, gdyby to ciebie kochał, przeniósłby góry, by z tobą być, choć na chwilę. Minuty i godziny przeciekają ci przez palce, ciągle czekasz na coś, co nie nastąpi. I pokazujesz mu, że jesteś dla niego, gdyby tylko cię potrzebował, wiedząc, że on nigdy nie będzie mógł zachować się w taki sam sposób w stosunku do ciebie.

Przestań już kochać, bo nie dajesz sobie szansy na… miłość. Tę dobrą, odwzajemnioną, ciepłą. I też prawdziwą. Kto ci powiedział, że w miłości trzeba zawsze cierpieć? Przecież wiesz, że to nieprawda. Widziałaś, można kochać i być szczęśliwym. Twoja przyjaciółka jest zakochana. Jej oczy śmieją się do ciebie radośnie, gdy mówi o swoim mężu. Zazdrościsz jej. Niepotrzebnie. Tobie też się to zdarzy.

Wiem, prawda boli. Ale musisz to w końcu zrozumieć. On cię nigdy nie pokocha. 

Zauważyłaś, jak się niecierpliwił, gdy ostatnio chciałaś mu powiedzieć coś ważnego o sobie? Jak jego oczy wędrowały gdzieś dalej, a myśli biegły do kogoś innego? Nie jesteś dla niego na tyle ważna, by przejmował się tobą tak, jak o tym marzysz. Nawet jeśli zależy mu na tobie, jak na przyjaciółce. Lubi cię, wie, że ta znajomość jest dla niego dobra – bo czuje, że jesteś w stanie poświęcić dla niego wiele. A może uważa, że to bardzo niezręczne, bo jest uczciwy i nie chce dawać ci nadziei? Zauważyłaś, jak cię unika, jak się stara, by zawsze w pobliżu był ktoś jeszcze?

Może wasze rozmowy powoli stają się rozmowami „o niczym”, bo ty podświadomie wywołujesz presję. Otwierasz się na niego, wysyłasz sygnały – „kocham cię, jestem tutaj, gdybyś tylko chciał, moglibyśmy być ze sobą szczęśliwi”. Ale on tego NIE CHCE. Przeraża go to. Przerażają go również twoje emocje, kiedy niekontrolowane łzy spływają po twoich policzkach. Nie wiem jak pomóc, znów boi się, że zrobi coś, czego będzie żałował.

Nie chce, żebyś cierpiała, ale nie umie nic poradzić na twój smutek. Przecież sam jest jego źródłem. Empatia to nie miłość. Litość to nie miłość. Nie myl też z miłości dobrych intencji.

Otwórz oczy, odetchnij – głęboko, tak jakby ten oddech miał przywrócić ci wiarę w to, że zasługujesz na miłość, a nie na czekanie. Jeśli trzeba, odetnij tę znajomość. Może kiedyś do niej wrócisz. Wtedy, kiedy nie będzie bolała, kiedy przestaniesz już pragnąć dotknąć jego twarzy, poczuć jego dłoni na twojej głowie. Nie musisz mu nic tłumaczyć, nie wiąże was nic takiego, co by cię do tego zobowiązało. Jesteś wolna, nawet jeśli wydaje ci się, że nie potrafisz ruszyć z miejsca, bez niego. Już wystarczy, naprawdę.


Katarzyna Miller: „Upraszczajmy nasze życie w myśl zasady: ,„Nie wiesz, co zrobić? Zrób zupę”. Zrób zupę i wszyscy będą zadowoleni, ty też”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 września 2017
Katarzyna Miller
Fot. Materiały prasowe Wydawnictwa Zwierciadło
 

On nigdy nie jest taki, jakiego go sobie wymarzyłyśmy. Niemal zawsze rozczarowuje. Facet, związek, ogólnie życie w pewnym momencie staje się dość nieznośne, więc szukamy przyczyny… tfu. Katarzyna Miller twierdzi, że nie przyczyny, tylko winy. Bo w związku zawsze jest ktoś winny, za nasze niepowodzenia, frustrację i nudę. A gdyby tak wziąć odpowiedzialność za własne życie, przestać je komplikować i po prostu… ugotować zupę? 

Ewa Raczyńska: Czy my kobiety umiemy być w związku szczęśliwe?

Katarzyna Miller: Nie za bardzo. A Pani jest szczęśliwa?

Teraz już tak.

Co trzeba było zrobić, żeby dojść do tego szczęścia?

Trzeba było przejść niejedną burzę i to z wielkimi piorunami. I w końcu musiałam nauczyć się dbać o siebie i wiedzieć, czego chcę.

O i wiedzieć czego chcę – to jest najważniejsze – to w skrócie ma Pani przepis na szczęśliwy związek.

Gdyby to było takie łatwe…

Nikt nie powiedział, że jest. Ale pani to zrobiła!A jeszcze gdy się okaże, że facet jest mądry, elastyczny i ogarnięty to już prosta droga.

A możemy my jesteśmy ze złymi facetami?

A może to nie od faceta zależy? Przynajmniej nie zawsze oj , nie zawsze… Tylko ode mnie, jak ja się będę czuła. Bo jak on powie, że coś mu się podoba, że jestem za gruba czy za chuda i kobieta od razu myśli: „O rety, nie podobam mu się”, to już koniec, jest załatwiona na cacy. Dała się zrobić na szaro. Dziewczynki są strasznie wrażliwe, biorą wszystko bezpośrednio do siebie, brak im dystansu właściwie do wszystkiego, a już do siebie i swojego związku to na pewno.

Bywa tak, że bierzemy ślub, dogadzamy facetowi we wszystkim, bo tak czujemy, bo tak zostałyśmy wychowane, a później przychodzi rozczarowanie.

Bo my mu dogadzamy, a on nam nie, a do tego uważa, że to on ma od nas wszystko dostawać. Dlaczego? Bo my same tak zaczęłyśmy ten związek, stworzyłyśmy mu ciepełko w postaci obiadu z dwóch dań z kompotem, czystego mieszkania i nas – zawsze uśmiechniętych. I nagle szok, bo kiedy zaczynamy się buntować, on się dziwi i nie ma pojęcia, o co chodzi: „Przecież od początku taka byłaś, ja na tobie tego nie wymuszałem” – mówi.

Tworzymy iluzję, on ma prawo czuć się oszukanym?

Oczywiście. Kobiety mają tendencję do pokazywania się facetowi, którego chcą usidlić, takimi, jakimi wcale nie są. Zakładają na siebie te obcisłe kiecki, choć najlepiej czują się w domu w wygodnych dresach, gotują, choć tego nie cierpią, chodzą z nim na mecze i udają, że je to interesuje. Gotują obiady, sprzątają, są zawsze i wszędzie dla niego. I później on rozczarowany mówi: „Kiedyś ci się chciało, teraz ci się nie chce”, ale ona nie powiedziała mu na samym początku, że będę robiła, jeśli ty będziesz dziękował, cieszył się i sam z siebie dużo dla mnie robił. To skąd on ma to wiedzieć?

Może najlepiej, gdybyśmy wchodziły w trwałe związki w wieku 35 plus? Bardziej świadome siebie i tego, czego chcemy?

Może nawet i lepiej gdybyśmy miały i 50 lat, no może 40. To jest sensowne, ponieważ żyjemy coraz dłużej, do 40-tki jesteśmy bardzo młode, w tym wieku kobiety zostają matkami i nikogo to już na szczęście nie dziwi. Potem zaczynamy być trochę doroślejsze, dopiero później stajemy się dorosłe. A faceci teraz, to już w ogóle nie wiem, kiedy dojrzewają.

Ale nie można powiedzieć, że wina za budowanie nieszczęśliwych relacji jest tylko po naszej stronie i po stronie naszej niedojrzałości?

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały czas zajmujemy się winą. Powtarzamy: „Bo z tobą nie można, nie da się, bo to ty”. Dawno już odkryłam, że człowiek po to jest z kimś, by ktoś inny był za wszystko winny. Bo jak to zostać samemu ze sobą, i cały czas czuć się źle ze swojego własnego powodu? Okropność, prawda? A tak można winę zrzucić na tę drugą osobę i mamy święty spokój, nic nie musimy robić.

I jeszcze rywalizacja… Że za wszelka cenę udowodnię, że jestem lepsza czy lepszy od ciebie.

Po pierwsze to na pewno lepsza niż się sama czuję, bo nie mogę być taka, jak jestem, bo to zdecydowanie za mało. Muszę być zawsze bardziej i lepiej dążąc nie wiedzieć czemu do jakieś perfekcji i frustrując się, gdy nie uda się jej osiągnąć. Albo gdy uda się osiągnąć, że nikt tego nie docenia, nie zauważa, a my męczymy się same ze sobą.

Jest jakiś złoty środek?

Złoty środek jest zawsze, tylko trzeba go odnajdywać. To najprostsza i najtrudniejsza zarazem rzecz na tym świecie. Otóż przede wszystkim należy skupić się na traktowaniu samej siebie i podejściu do siebie. „Jestem w porządku, ale też nie jestem cudem świata, a już na pewno nie ideałem, bo cudem to i może tak”. Należy przestać się nadymać, tylko przyjąć do wiadomości, że jestem zwykłą osobą i on też jest zupełnie zwykły, ale ważne, że jest. Szkoda tylko czasami, że sam tego nie ceni, że jest.

W ostatniej książce „Zrób to kochanie” przywołuje Pani historię Basi, która bierze ślub ze samą sobą. Może od tego powinniśmy zacząć?

To historia Basi, 36-letniej singielki, która na jednym ze spotkań grupy terapeutycznej wpadła na pomysł wzięcia ślubu z sobą samą. I to był fantastyczny pomysł, ułożyłam dla niej ślubną przemowę podkreślając, że dzień jej ślubu ze sobą, to dzień, w którym poczuła się gotowa do tego, by wziąć rzetelną odpowiedzialność za siebie i otworzyć się na siebie. Wcześniej Basia wykonała ogromną pracę nad sobą, rozliczyła swoje związki i przyjaźnie, swoją przeszłość, znalazła nowe rozwiązania starych spraw, które ją trzymały w miejscu, znalazła swoje wewnętrzne dziecko, dzięki któremu na nowo odnalazła entuzjazm i radość życia. I w końcu postanowiła wziąć ślub ze sobą, bo przecież my dla siebie jesteśmy jedyną osobą, co do której mamy pewność, że nie opuści nas aż do śmierci. I tego możemy być pewne i na to liczyć.

Dopóki nie zrozumiemy, kim jesteśmy, ciężko budować szczęśliwy związek?

Jeśli się nie wie, czego się chce od siebie, to nie wiemy, czego chcemy od tego faceta. On ma się domyślić, żeby było dobrze. A on nie lubi się domyślać i nie umie, bo niby skąd.

To nie jest kwestia tego, że nie chce?

Na początku, to on nawet chce i to bardzo, ale mu się nie udaje, więc po co ma się starać i uszczęśliwiać kobietę na siłę. Próbować ją zrozumieć, skoro ona nie rozumie tak naprawdę samej siebie.

A nam trudno zrozumieć, że facetowi to najlepiej wyłożyć kawę na ławę?

No właśnie trudno nam zrozumieć, bo mamusia tego nie uczyła, ani nikt inny w domu.

My jednak wychowane zostałyśmy jeszcze w mocno trzymającym się patriarchacie, trudno nadążyć nam za tymi hasłami: „zadbaj o siebie”, „myśl o sobie”, „bądź dla siebie ważna”.

Ale wszystko można połączyć, można zmienić, to kwestia wzajemnych ustaleń. Chcesz mieć ciepły obiad w domu, nie ma problemu, ale jeden dzień gotujesz ty, kolejny ja, na zmianę. I sprawa byłaby rozwiązana. Albo nawet jeśli kobieta jest domowa i ona tylko gotuje, to niech usłyszy za to dziękuje i ma niech zrobione coś innego, nie wiem – odkurzone, posprzątane, pranie zrobione. Nie ma nic złego w dzieleniu się obowiązkami. Są faceci, którzy lubią gotować, a kobieta idzie do pracy i to też jest dobre. Problem polega na czymś innym – jeśli dochodzi do takiej sytuacji, wszyscy są niezadowoleni, bo kobieta pracująca chce mieć faceta lepszego od siebie. Dochodzi do paradoksu – ona chce udowodnić, że jest lepsza z jednej strony, a z drugiej chciałaby, by to facet jej imponował. Kobiety nie chcą się zgodzić na to, że będą utrzymywały mężczyzn. Niektóre to robią, ale je to wkurza. A przecież przez ostatnie 200 lat było odwrotnie, to faceci na nas zarabiali, to my możemy teraz trochę oddać. Kiedy kobieta porządnie zarabia, jest ważna, ma decydujący ma głos, ma pieniądze i jej zdanie się liczy. Eh, bo z kobietami jest tak, że chcą mieć i stare i nowe, a tego się nie da pogodzić.

Co zaskakuje Panią w pytaniach kobiet dotyczących związku czy facetów w ogóle?

Trudno o zaskoczenie, bo to stale powtarzające się pytania. Ale chyba to, co mnie nadal uderza, to ilość pytań w stylu: „A co zrobić, jak on nie zadzwonił/nie powiedział/nie chciał się spotkać/nie przyszedł”. To jest straszne, mnie to nie zaskakuje, tylko przeraża, bo od wielu lat słyszę te pytania od kobiet czy to w trakcie terapii czy podczas różnego rodzaju spotkań, na grupach damskich. Często pada: „I co ja zrobię, będzie tak pusto bez niego”. No więc ja się pytam takiej kobiety, czemu ona taka pusta, niech się napełni czymś nareszcie, facet nie wypełni pustki, którą ona czuje, bo ta jest w niej. To ta bzdura powtarzana o dwóch połówkach pomarańczy. Jaka połówka? Każdy człowiek jest całością, ma być całością, facet nie będzie nikogo ratował, on nie od tego jest. Chciałabym, żeby kobiety wbiły to sobie do głowy w końcu.

A związki przemocowe? Tych pytań też się dużo pojawia?

Niestety tak. I to też mnie nie dziwi, tylko przeraża, że kobiety się godzą na przemoc i nie mówię tu jedynie o przemocy fizycznej, ale też psychicznej. W niektórych domach kobiety do akceptowania takiego zachowania u facetów są wychowywane. Są domy tak patologiczne i tak dużo ich jest, że dla kobiety rola ofiary jest czymś normalnym. Ona wie, co ma robić, jak jest ofiarą, ale nie ma pojęcia, co zrobić i jak żyć, jak tą ofiarą nie będzie… I pozwalamy facetom na różne rzeczy, których oni pewnie by nie robili, gdyby nie było wolno. Mówię tu o upokarzaniu, szyderstwie, poniżaniu i niestety też o przemocy fizycznej. To wszystko nie należy do rzadkości, choć tak często chcielibyśmy myśleć.

Nie dostrzegamy symptomów?

Jak już złapiemy faceta, to się go kurczowo trzymamy. Ten ze skłonnościami do przemocy czy zaburzeniami, o osobowości narcystycznej pociąga kobiet bardziej, bo jest nieprzewidywalny, bo z nim trudno się nudzić. Bo co to za frajda być z normalnym facetem? Który jak mówi, że będzie w domu o 22:00, to jest, ewentualnie spóźni się pół godziny. Jak obieca, że wymieni żarówki w domu, to je wymieni, zrobi zakupy i ugotuje obiad. No skandal, co to za życie z takim facetem, prawda?

Nie mamy czujnika, który nas ostrzega przed pakowaniem się w zły dla nas związek.

No nie mamy, bo w domu nas tego nie uczono. Po tatusiu i mamusi co nam zostaje? Zupełny brak rozmów, bo oni ze sobą nie rozmawiali, wszystkie sprawy załatwiali przez dzieci, nie chodzili ze sobą do łóżka, nigdzie nie wychodzili, nie mają znajomych, a gości do domu nie wpuszczają. Polski wychów jest straszny. Boimy się obcych, boimy się czegoś nowego. Kto z dziećmi chodzi tam, gdzie się coś dzieje, na wystawy, przedstawienia , koncerty, wycieczki,,, Jasne, że tacy są, ale proszę zobaczyć jaka to znikoma ilość.

Pamiętam, jak w pewną niedzielę stałam w kinie, w kolejce po bilet. Było południe, więc idealna pora, żeby się z dziećmi wybrać do kina. Zerknęłam na kolejkę po bilety, gdzie wyświetlano właśnie film dla dzieci. Była bardzo długa i pełna takich tatusiów, co to mamusie wygnały ich do kina z dzieckiem. Oni wszyscy stali jak drągi, tylko jeden tatuś rozmawiał ze swoją córką. JEDEN, a kolejka była bardzo długa. Reszta zapatrzona gdzieś w sufit albo w telefon, a na dole, przy nodze jakieś małe stworzenie, którym kompletne nie byli zainteresowani. Cisza, drętwota, koszmar. Dzielni tatusiowe, dobrze, że w ogóle poszli do tego kina, ale pewnie wyjdą i nawet nie porozmawiają o filmie, który z dzieckiem obejrzeli. Groza.

Trudno nam wyjść poza tę strefę przykładów wyniesionych z domu.

To prawda. Skąd dzieci mają się uczyć? Książek nie czytają, bo rodzice nie czytają, do kina pójdą na jakieś głupoty, teatr nie istnieje.

Ale też w takim pędzie są wychowywane, przerzucane z zajęć na zajęcia.

Jeszcze jak ich wożą na zajęcia, to super, bo coś robią, bo w ogóle na coś chodzą. A przecież ja nie tak dawno mieszkałam w kamienicy, na podwórku której przesiadywało z sześciu czy ośmiu chłopaków, którzy w ogóle nie mieli gdzie się podziać. Jak jeszcze znajdą sobie kumpla i ciepłą mamę kumpla, która przygarnie, nakarmi i pokaże, że można fajnie razem żyć, to dobrze, to może ich uratować, bo zobaczą coś innego, inną rodzinę, inne relacje.

Moja przyjaciółka miała fantastyczną mamę, dzieciaków było u nich sporo, a mieszkanie ciasne, jak cholera, ale ona zawsze się cieszyła, gdy do nich przychodziłam. Mówiła: „Oj Kasieńka, super, że jesteś, pierogów narobiłam”. I ja tam siedziałam jak szczęśliwe prosiątko. A jak moja przyjaciółka przychodziła do mnie, mojej mamie niekoniecznie było z tym dobrze. Nie wyganiała jej, ale na noc nigdy nie mogła zostać.

Niezwykle ważne jest to, co wynosimy z domu, ale także to co z tym później zrobimy, jak zbudujemy nasze związki, relacje, jak pokierujemy swoim życiem, czy zostaniemy w tym syfie, który widzieliśmy w domu, czy może będziemy chcieli czegoś więcej.

Kobiety mają niezwykłą inteligencję emocjonalną, która może pomóc coś zmienić…

Mają, ale faceci mają za to więcej rozsądku. On powie: „Czym się przejmujesz? Nie zrobiłaś, to nie będzie, daj już spokój, o co ci chodzi”, „Nie ma obiadu, zjemy pizzę”.

Moglibyśmy od siebie nawzajem wiele się nauczyć.

Moglibyśmy, tylko nie bardzo się nam chce. Ja bym chciała, żeby kobiety nauczył się od facetów egoizmu. Takiego normalnego, na zasadzie: że jak ja czegoś chcę, to jest ważne, że jak coś mi nie pasuje, to jest ważne i nie robię tego, czego nie chcę tylko dlatego, że inni tego ode mnie oczekują.

Ja cenię u facetów brak analizowania do bólu każdej sytuacji.

Ja tego nie nazywam nawet analizowaniem, to jest obsesyjne zajmowanie się swoim nieszczęściem. To nie jest żadna analiza, gdyby nią była i gdyby brał w niej udział dorosły umysł, to byłoby dobrze, bo dochodziłoby się do jakiś wniosków, rozwiązań. Tymczasem kobiety obracają sobie w głowie bez przerwy tym samym.

W związku też potrafimy się zafiksować na tym, co złe.

Owszem, to jest wielki problem. Ale nasza mamusia też widziała wszystko co złe w naszym ojcu. Z kolei tatuś mówił: „dlaczego przyniosłaś czwórkę, a nie piątkę”. A własną cenzurkę z trójami trzymał w szufladzie z papierami zamkniętą i nigdy nikomu nie pokazał. Ale wobec dzieci wpadamy w takie koło narzekań, niezadowolenia, wiecznego skwaszenia, bo jakby nie było dobrze, to i tak będzie źle.

A gdyby tak spytać taką narzekającą na swój związek kobietę: „to po co ty z nim jesteś?”?

Po to, żeby ktoś był winny.

Albo boi się być sama?

Oczywiście, ale to w tym sensie boi się być sama, żeby móc na kogoś zrzucić winę za swoje niepowodzenia, ograniczenia, i tak dalej. Jak jest sama, to musi się męczyć sama ze sobą i musiałaby sobie to oczywiście przyznać, ale ona powie: „Męczę się, bo nikogo nie mam”. Nie mówi: „męczę się ze sobą”, bo wtedy trzeba by było coś ze sobą zrobić, ale powtarza „jestem nieszczęśliwa, bo nikt mnie nie kocha”. Kochana, przede wszystkim to ty siebie nie kochasz. To pierwsza i podstawowa sprawa.

Poza tym bycie samym, to też wzięcie odpowiedzialności za swoje własne decyzje i wybory. Jak często kobiety mówią: „Gdyby nie on, to czego ja bym nie zrobiła”. Jej się wydaje, że bez niego to ona i sukces zawodowy by odniosła i miała więcej pieniędzy i mieszkała, gdzie indziej. Najłatwiej zwalić winę na kogoś.

Są osoby, które wiedzą, jak rozkoszną rzeczą jest wziąć za siebie odpowiedzialność. Odkryłam to jakoś koło 30-tki, bo przedtem uważałam, że moja mamusia była winna różnym rzeczom. Ale w końcu zrozumiałam, że fajnie, gdy to ja decyduję, gdy mogę robić co chcę z pieniędzmi, z dniem i z czasem i z ludźmi. Mogę się umówić, mogę nie umówić, mogę pójść i nie pójść. Boże, jakie to cudowne. Ale baby namiętnie powtarzają: „no tak, ale jak ja podejmę decyzję, a potem będę niezadowolona, to na kogo to zwalę?”. Trzeba lubić swoje błędy. Przecież na nich się uczymy. Poza tym, co to znaczy błąd? Raz nam coś pasuje, raz nie pasuje i to często jest ta sama rzecz. To normalne.

Lubimy sobie komplikować życie…

Oj tak, nie jest nam dobrze i wydaje się nam, że my w tym nieszczęściu jesteśmy jedyne na świecie, takie oryginalne, ale fakt, że każda jedna to samo myśli, już nie jest ważne, bo przecież ona jedna się tak męczy, ona jedna jest taka nieszczęśliwa. Taka heroina romansu gotyckiego.

A później wychodzi książka „Dziewczyna z pociągu”. Skoro polecał ją Stephan King, postanowiłam przeczytać. I czytam, i czytam i czekam, kiedy się coś zacznie dziać, a tam trzy takie beznadziejne cipcie wloką się przez stronice książki, a w główkach mają jedno: „on mnie nie kocha, on mnie nie chce, jak ja będę żyć”. I jak to światowy bestseller? Bo autorka napisała to, co się w tych wszystkich główkach dzieje. „Jak ja będę żyć bez niego? A jak kocha inną bardziej niż mnie?”. Litości! Naprawdę, trzymam się swoich słów: „kobieto uważaj, co czytasz”. Jeszcze powinno być: „uważaj co myślisz”.

Upraszczajmy nasze życie, upraszczajmy, ile się da, nie komplikujmy. Lubię takie małe powiedzonka: „Nie wiesz, co zrobić? Zrób zupę”. Zrób zupę i wszyscy będą zadowoleni, ty też, a w lodówce zawsze coś się do niej znajdzie, naprawdę nie potrzeba wiele.

No i wróćmy do pani odpowiedzi na początku, Jest pani szczęśliwa, bo się pani nauczyła. Tego się warto uczyć!

zrobtokochanie-3d


Czego lepiej nie mówić w pracy? Po takich tekstach łatwo ją stracić

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
27 września 2017
Fot. iStock/thomasandreas
Fot. iStock/thomasandreas
 

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że nazwanie szefa debilem i to w bezpośredniej konfrontacji, nie jest najlepszym pomysłem. Czasem jednak wypowiadamy w pracy teksty, które świadczą o naszej niekompetencji, braku doświadczenia czy ogłady. Może to nie tylko skutecznie uniemożliwić nam osiągnięcie sukcesu zawodowego, ale nawet pozbawić źródła utrzymania. Lolly Daskal, specjalistka od rozwoju przywództwa i przedsiębiorczości, wskazuje siedem najbardziej destrukcyjnych tekstów, które często nieświadomie wypowiadamy.

Scenka 1.

Szef wpada do waszego pokoju i wymachuje jakimiś papierami przed twoim nosem. Faktura została źle wypisana, przelewy nie wpłyną na czas. Zanim zdążysz się zastanowić, już wypalasz: „To nie moja wina!”.

Błąd. To nie czas i miejsce, by udowadniać swoją niewinność. Nie ma znaczenia, czy to, co mówisz jest prawdą – po prostu pozostawia złe wrażenie. Jakbyś próbowała za wszelką cenę wymigać się od odpowiedzialności. W tym momencie należy przede wszystkim skupić się na tym, co poszło źle i jak najszybciej naprawić błąd, zamiast szukać winnego. Co więcej, w ten sposób można też zapunktować. Wyjdziesz na osobę, która potrafi szybko reagować, naprawić błąd i wyciągać wnioski z pomyłek.

Scenka 2.

Twój przełożony chce, żebyś uczestniczyła w projekcie, który dotyczy zupełnie nieznanej ci dziedziny. Boisz się niepowodzenia, więc wymigujesz się na różne sposoby, mówiąc, że nie możesz podjąć się tego zadania.

Takim zachowaniem pokazujesz, że boisz się podejmować ryzyko i nie jesteś otwarta na nowe propozycje. Oczywiście, że możesz odczuwać niepokój, ale przeważać powinno jednak podekscytowane. Lepiej, żebyś powiedziała „To dla mnie duże wyzwanie, ponieważ wcześniej czymś takim się nie zajmowałam, ale chętnie się podejmę. Czy mogę liczyć na twoje (kogoś z zespołu) wsparcie, gdybym miała z czymś problem?” lub po prostu „Jasne, chętnie nauczę się czegoś nowego”.

Scenka 3.

W korporacji, w której pracujesz, wprowadzono nowe zasady. Np. zobligowano wszystkich do mówienia sobie na „ty”. Albo też wprowadzono comiesięczne spotkania integracyjne na mieście. Ty jednak nie masz na to ochoty i głośno o tym mówisz.

Jasne, możesz przecież stawiać swoje priorytety wyżej niż firmę czy panujące w niej zasady. Nie ma w tym nic złego. Pytanie tylko, czy faktycznie korona z głowy ci spadnie, gdy przystaniesz na zaproponowane zmiany. A może faktycznie mają one sens?

Scenka 4.

Na zebraniu szef mówi, że w tym miesiącu musicie zwiększyć sprzedaż o 10 procent. Ty pytasz: „A co ja będę z tego miała?”.

Jeśli myślisz tylko o sobie i o tym, co możesz ugrać, zaczniesz być postrzegana jako osoba samolubna i niechętna do współpracy. Większość organizacji ma niestety niewielką tolerancję i cierpliwość do tych, którzy niechętnie pracują w zespole. Jeśli chcesz odnieść odnieść sukces w dużej firmie, skoncentruj się bardziej na „my”, a nie „ja”. Lub chociaż nie mów tego głośno, co myślisz.

Scenka 5.

Właśnie dowiedziałaś się, że do twojego zespołu przenoszą Jolkę. Tak, tę Jolkę, której nie znosisz, bo nie dość, że jest leniwa, to jeszcze obgaduje wszystkich za plecami. Jasno więc komunikujesz, że nie zamierzasz z nią pracować.

Taka postawa świadczy nie tylko o twoim braku profesjonalizmu, ale także o niedojrzałości. Praca to nie szkoła, tu nie wybiera się z kim usiądę w ławce lub przygotuję pracę semestralną z biologii. Naucz się rozwiązywać konflikty i przestań się nakręcać. Jeśli jednak twoja niechęć i niepokój wynika ze znacznie poważniejszych doświadczeń (np. osoba ta stosuje mobbing, jest agresywna lub zdecydowanie narusza twoją strefę intymną), powinnaś zgłosić to przełożonemu.

Scenka 6.

Wracasz do biurka po kolejnej rundce po sąsiednich pokojach. Tu pogadasz, tam poplotkujesz. Ewidentnie się nudzisz i nawet o tym mówisz.

Być może nudzisz się, ponieważ zadania, które wykonujesz są dla ciebie zbyt proste. A może nudzisz się, ponieważ kompletnie nie interesuje cię to, co robisz i nie potrafisz wykrzesać z siebie żadnego entuzjazmu. Albo sama zmienisz pracę, albo pomoże ci w tym ktoś, kto zauważy, jak bardzo się nudzisz.

Scenka 7.

Zaaferowany szef przybiega do ciebie z pilnym zleceniem. Zależy mu, żeby sprawa była zamknięta jeszcze dzisiaj. Ty odpowiadasz mu suchym „Spróbuję”.

Próbowanie nie oznacza robienia. Dajesz jasny komunikat, że weźmiesz się za powierzone zadanie niechętnie i dasz z siebie wyłącznie niezbędne minimum. Co więcej, najprawdopodobniej zrobisz to byle jak. Zamiast „Spróbuję”, powiedz „Zajmę się tym” i faktycznie zajmij się tym najlepiej jak potrafisz.

Złota rada? Zawsze zastanów się dwa razy, zanim coś powiesz. Komunikuj się tak, by twoje słowa faktycznie wyrażały to, co chcesz powiedzieć. Nie zapomnij jednak, że czasem lepiej ugryźć się w język.

Na podstawie: Inc.com


Zobacz także

Zrób sobie trochę miejsca na Ziemi. Jak stworzyć dla siebie przestrzeń w 6 krokach

Zrób sobie trochę miejsca na Ziemi. Jak w 6 krokach stworzyć dla siebie przestrzeń

Wspólnego śniadania nie będzie

Wspólnego śniadania nie będzie, czyli historia pewnej znajomości

Fot. i Stock / stock_colors

Gdzie dzisiaj jesteście? Jak blisko siebie, jak bardzo wspólnie, jak szczerzy wobec siebie? Związek nie musi być smutkiem i rozczarowaniem