Delirium

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
3 lipca 2017
 

Sto zim i ani jedno lato
a czasem okruch z twego stołu
czekałam aż do bólu na to
zmieniona w małą garść popiołu
… jeśli Bóg istnieje

 

Budzę się rano i myślę, że to jednak cud. Nie wiem jednak, czy za ten nowy dzień już dziękować, czy jeszcze nie wyskakiwać przed szereg i poczekać, czy ból chociaż trochę minie. W końcu podejmuję próbę wstania, choć na chwilę. Z przyzwyczajenia zmieniam prześcieradło, wiedząc, że będzie na nim krew, szukam też zaschniętej krwi na poduszkach i kocu. Skupiam się na prostym śniadaniu, tak abym mogła coś zjeść, cokolwiek, byle tylko leków na pusty żołądek nie łykać. Z każdą przyjętą tabletką ból powoli odchodzi, a stawy zaczynają funkcjonować na tyle, żebym mogła się przemieścić do biura w drugim pokoju.

Czegoś pragnęliście w młodości? Ja nigdy nie byłam zawodowo szczególnie ambitna, nie chciałam być nikim wielkim, nie marzyłam o byciu bezwzględną bizneswoman. Najmocniej na świecie pragnęłam kochać i być kochaną, z wzajemnością, być wspieraną i rozumianą; chciałam stworzyć dobry, mądry i czuły dom, z trójką dzieci, zwierzętami i ogromem miłości. Szanowny Pan Los zakpił z marzeń niemądrej dziewczynki i najpierw dał mi życiowego partnera, któremu się nawet nie podobałam i kochać mnie nie umiał, toteż moje poronienia pomijał milczeniem aprobat, ciszą i westchnieniem ulgi. A potem, jak już mi zabrał to, co było we mnie najpiękniejsze i najszczersze, to sobie poszedł – i przyszły choroby, i zabrały mi resztę. Rak wczepia się zębiskami w coraz to nowe organy, stwardnienie rozsiane sieje się, gdy tylko wiatr zawieje, choćby i malutki zefirek. Nagle stajesz przed lustrem i widzisz, ile lat straciłaś na bzdury, zamiast korzystać, gdy można było. Zawsze było „jutro” – aż nadeszło moje „dzisiaj” i „jutra” już nie ma. A przynajmniej jego pewności.
Patrzę czasem w lustro i widzę zmęczenie. Palcami przejeżdżam po wszystkich bliznach na skórze, które zafundował mi ten rok. Pozapadane żyły, popękane naczynka krwionośne, strupy po igłach, czasem wbite na stałe wenflony, dziury po kroplówkach. Moja łysa głowa, wypadające brwi i rzęsy. Plamy na skórze, w wyniku przyjmowania niektórych leków. Bóle żołądka od chemii, którą łykam i przepuszczam przez palące mnie żyły. Sterydy, które usiłują dodać mi siły do walki, a dodają jedynie kolejnych kilogramów. Potem przychodzi chemiczny odlot w kroplówce i kilogramy wciągają się do wewnątrz, zostawiając za sobą szlak nowych blizn.

To wszystko, tak naprawdę, to nic. To można przeżyć. Co jest najcięższe, to smutne twarze ludzi, towarzyszących mi w tych wyprawach i moje pragnienie, aby im „odpuścić” ten widok. Mam cudownych przyjaciół, gotowych przemierzyć wiele kilometrów, by mi w czymś pomóc, by popilnować, czy biorę leki i czy jadę na kroplówkę. Aby mnie pokarmić, bo przecież nic nie jem prawie. Aby mnie zmobilizować do przyjmowania pokarmów, kolega załatwił mi pisanie recenzji restauracji i kafejek -muszę iść tam, zjeść, opisać, opublikować – i dostaję dodatkowe pieniądze na leczenie. Ktoś inny zaprosił mnie do recenzowania książek, abym miała czym umysł zająć, a przy okazji kontakty nawiązała i napełniała sobie głowę mądrymi myślami. Nawet gdy nogi całkiem odmawiają mi posłuszeństwa, przyjaciele sadzają mnie na wózek i wiozą na koncert, do kina, teatru. Są ze mną ile chcę, ale ja nie zawsze umiem tą obecność docenić. Wiem, że mają to coś najcenniejszego – życie, rodzinę, miłość czekającą w domu. I mam wyrzuty sumienia, że im to odbieram, więc czasami wymyślam fortele, żeby wrócili do siebie i cieszyli się tym, co mi odebrano…

Gdy choroba lekko się wycofuje i mogę chodzić, nawet mój lekarz mówi do mnie „Te, Morticia, pojechałabyś sobie gdzieś, co? Może fiordy pokarmić? Może policzyć kamienie na Akropolu? Przejść się Puszczą i żubry pogłaskać, hmm? Bo się nieznośna robisz z tego nie-życia”.
„A wolno mi?” – pytam.
„No, patrząc po wynikach, to raczej już nic ci nie zaszkodzi, hehe”.

Ludzie wokół mnie mają misję – nauczyć mnie od nowa, jak żyć. Moja misja jest skrajnie inna – chcę się nauczyć umierać, spokojnie i bez żalu. Bo na razie to żal mi jątrzy rany, wylewa się ze mnie systematycznie. Dwóch rzeczy w życiu chciałam najmocniej: kogoś, kto będzie mnie kochał oraz normalnego domu. Dostałam tak koszmarną karykaturę stabilizacji, że się z Losem na siebie przez to tak obraziliśmy, że do dziś stoimy do siebie plecami i nie odzywamy się. Czasem histerycznie myślę, że mojego serca już we mnie nie ma, zrezygnowało i wyprowadziło się. Nic nie stoi na przeszkodzie, abym spełniała swoje marzenia – wszystkie, poza tymi dwoma: o miłości i domu. Połowę z tego zniszczył mój eks, drugą połowę pogrzebał rak, mogą sobie panowie ręce uścisnąć i na piwo pójść. Zakochana po uszy, pewna wierności i miłości partnera jak swojej własnej, nie widziałam, jaką ułudą jest moje marzenie. Ogrom naiwności dotarł do mnie na łóżku szpitalnym – oni mówią terminy typu „prewencyjna histerektomia” i „grupa czwarta”, a ja słyszę – „żadnych dzieci już nigdy” oraz „śmierć”. Wszystko w pojedynkę.

Dostałam potężną karę za miłość i wierność.

„Jeśli Bóg istnieje”…


Hymn do miłości. Mylimy ją z pożądaniem, ze stagnacją, z przywiązaniem, z sympatią do kogoś

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
25 czerwca 2017
Fot. iStock/mixetto

Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, byłbym niczym…

Myślę ostatnio intensywnie o tym fragmencie Pierwszego Listu do Koryntian. Mój ślub był świecki, nie czytali mi trzynastego rozdziału, jak to się często robi w kościołach różnych wyznań chrześcijańskich i całe szczęście, bo trąciłoby hipokryzją. Niezależnie, znam ten rozdział na pamięć od dawna, z kilku tłumaczeń Biblii.

Jako kobieta kształtowana byłam przez moje autorytety w przekonaniu, że ponad miłość nic ważniejszego na świecie nie ma. Cóż, gdyby tak było, na rozwód nie czekałoby się czasem i latami (bo tyle spraw na wokandzie), wojny znalibyśmy z opowieści najstarszych staruszków, a nikogo nie raziłoby, że się kolejna para na ulicy całuje, ponieważ robiliby to wszyscy. Miłość jest nominałem, który wychodzi z użycia w obrocie powszechnym.

Mylimy ją z pożądaniem, ze stagnacją, z przywiązaniem, z sympatią do kogoś. Dla naszych przodków definicja miłości była prosta, my skomplikowaliśmy ją tak mocno, że dawno zapomnieliśmy, o co chodzi. Błądzimy więc, szukając jej po omacku i raniąc po drodze innych, którzy obrywają rykoszetem, bo jesteśmy niezdecydowani, zagubieni, skupieni na banałach zewnętrzności, szukający ciągle jakiegoś emocjonalnego haju. Święty Paweł miał rację – prawdziwa miłość jest prosta: nie unosi się, nie gniewa, nie obraża, nie rani, nie zdradza; wszystko przetrzyma, wierzy nawet w najmniej prawdopodobne rzeczy, ufa, pokłada nadzieję. Mówisz, że kochasz, ale nie znasz tego wszystkiego, co wymieniłam? Pierwszy List do Koryntian rozdział 13 nazywa to po imieniu: jesteś cymbałem, pustym, donośnie brzmiącym.

Wszyscy składamy się z popędów i potrzeb. Do najbardziej elementarnych należy potrzeba oddychania, jedzenia, picia, spania. To wiemy. A wiemy, że potrzeba miłości jest równie niezbędna do życia, jak tlen? Jeśli ktoś wątpi, może poczytać choćby o eksperymentach Harrego Harlowa lub tzw. Harvard Grant. Albo niech spojrzy na siebie: ile możesz bez poczucia, że ktoś Cię kocha i wspiera? To coś więcej niż hormony szczęścia, to zaspokojenie, dopełnienie, źródło siły.

Każdy z nas robi błąd
Czeka aż przyjdzie ktoś
Kto wypełni nam świat
Każdy z nas cierpi, bo
Wierzy, że przyjdzie ktoś
Kto ukoi nasz strach

(Kasia Kowalska „Antidotum”)

Nie, nie potrzebuję osoby drugiej, aby mnie dopełniła, nie czuję się jak połówka niczego; jestem cudowną, jędrną pełnią i całością. Ale gdy kłócę się z Bogiem, Karmą czy Losem (jak zwał tak zwał), mam żal tylko o jedno. Nie o nowotwór, nie o stwardnienie rozsiane, nie o choroby, śmierć, problemy w pracy, zawody życiowe. Nie. Mam wielki żal o to, że kochałam tyle lat kogoś, kto nie kochał mnie. Nie wiem, co to wzajemność. Patrząc na siebie wstecz, czuję mieszankę złości i zawodu w stosunku do tamtej dziewczyny, szkoda mi jej.

Wylałam z siebie całą moją miłość na człowieka, który nie był zainteresowany zapełnieniem tej pustki w sercu, która powstała po oddaniu mu wszystkiego, co we mnie było dobre i szczere. Dekadę życia spędziłam próbując zadowolić kogoś, kto nigdy mnie nie kochał – wmawiałam sobie, że jeśli tylko JA bardziej się postaram, jeśli tylko schudnę, zmienię fryzurę, wydepiluję te cholerne krocze, kupię tę debilną kanapę, zrobię mu ulubione danie, jeśli tylko się zamknę i zatrzymam opinie dla siebie, jeśli… – to w końcu usłyszę, że jest zadowolony. To wreszcie mi powie, że mu się podobam i jest we mnie (nadal) zakochany, że jestem miłością jego życia, i tak dalej. Złudzeniom nie było końca.

Mój partner nie potrafił powiedzieć o mnie nic dobrego, bo i nic takiego nie widział. Zamroczony swoją chorą wizją jakiejś dziwnej miłości, mówił mi, że nie mogę go zmuszać do mówienia mi komplementów tak często, bo przecież nie będzie kłamał. Nie było we mnie nic ładnego ani godnego uwagi, nie słyszałam, że warto ze mną być – klasyką gatunku pozostawały teksty typu, że mu imponowała moja inteligencja i „tak jakoś się wciągnął”, że ze mną był lat dziesięć z okładem. Wybaczałam wszystko i stawałam na przysłowiowych rzęsach, żeby się zmienić i w końcu zasłużyć na miłość… Szukałam rozpaczliwie, gotowa na najbardziej desperackie gesty, choćby na zrobienie sobie dziecka w nadziei, że oto w końcu pojawi się w moim życiu ktoś, kto będzie mnie kochał bezwarunkowo…

W tym miejscu nawet święty Paweł zarechotałby serdecznie nad moją głupotą. Miłość wszystko zwycięża? Oczywiście, ale tylko miłość wzajemna. Zanim to pojęłam, wylałam z siebie całe morze miłości na niewłaściwą osobę, która nie potrafiła docenić absolutnie niczego, co oferowałam.

Jest klucz do miłości wiecznej i wzajemnej? Nie mam pojęcia, szczerze. Mam nadzieję. Ale już nie pewność. Moja operacja na otwartym sercu jest bolesna, rany ciągle nie pozaszywane. Znam za to klucz do spełnienia w życiu.  Podała mi go niedawno Samantha w rozmowie ze swoim ukochanym Smithem. Brzmi on:
– I love you… But I love ME more!

Kochać siebie samego najbardziej, to mój cel. A reszta się ułoży.

A zarówno mężowi memu, jak i każdemu człowiekowi w ogóle, życzę, aby tego doświadczył: miłości nieograniczonej konwenansami, wyglądem, wiekiem, popędem seksualnym, stanem konta, hobby, statusem społecznym; życzę takiej miłości, gdy kogoś się kocha mimo wszystko, choćby był nie najpiękniejszy i nie najmądrzejszy, po prostu żeby był TWÓJ; miłości, która akceptuje bardziej niż ocenia, nawet jak głupotę druga strona robi.
Choć raz w życiu to przeżyjcie, bo mimo bólu, warto.

A potem niech Wam rozum wróci 😉