Czy to już depresja? Nie lekceważ jej 7 sygnałów

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 maja 2016
7 sygnałów, że to już depresja
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

Depresja zbiera swoje żniwo. To zaburzenie psychiczne na liście problemów zdrowotnych na świecie zajmuje wysokie czwarte miejsce. W Polsce organizowane są kampanie społeczne, coraz głośniej mówi się o depresji, tak, by nie zostawała ona tematem tabu, nie była traktowana jedynie jak fanaberia i oznaka nieradzenia sobie z problemami, z którymi inni radzą sobie świetnie.

To cichy zabójca, który wkrada się w nasze życie zupełnie niepozornie. Sprawia, że najpierw jesteśmy zmęczeni, zrzucamy wszystko na karb przepracowania, pogody. Ale w końcu depresja przykuwa nas do łóżka, odcina od ludzi, sprawia, że zapadamy się w siebie.

Depresja bywa bardzo sprytna, świetnie się kamufluje i trudno ją poznać na pierwszy rzut oka. Nie pozostawaj obojętnym.

7 sygnałów, że to już depresja

Depresja się nie przebiera

Nie przychodzi w ciemnych rzeczach, w dresach, zaniedbana, z nieumytymi włosami. Szara i bura. Ona nie epatuje swoim wyglądem. Wręcz przeciwnie zwodzi nas właśnie zwykłym wyglądem, tym w stylu: „spokojnie, nic się nie dzieje”. Dlatego tak rzadko jest dostrzegana, dlatego wyprowadza na manowce naszą intuicję, że może coś jest nie tak, że to już potrzeba sięgnięcia po pomoc.

Depresja jest notorycznie zmęczona

Wydawałoby się, że zmęczenie jest wpisane w naszą codzienność. Gonimy, pracujemy, spieszymy się. Cały czas wszędzie jest nas za mało, więc przychodzi moment, kiedy nasza fizyczność z nami wygrywa. Kiedy zwyczajnie nie mamy siły podnieść się z łóżka, kładziemy się wcześnie spać, bierzemy wolne z pracy z przemęczenia. Każdy z nas ma prawo do odpoczynku, co wykorzystuje depresja. Początkowo pod przykrywką przepracowania, by z czasem wprowadzać nas w stan permanentnego zmęczenia. Bądź uważnym. Depresja to jedno wielkie niekończące się zmęczenie, to widoczny sygnał, że próbuje kimś zawładnąć. Nie lekceważ tego.

Depresja jest drażliwa

Chorujący na depresję popada w stan otępienia, odcina się od silnych emocji. Tak by się mogło nam wydawać. Tymczasem depresja jest niecierpliwa. Jest w stanie wiele znieść z codziennych rytuałów i czekać na swój czas, by wykorzystać go jak najlepiej. Jednak wpada w szał, gdy wybija się ją z rytmu. Ten, kto choruje na depresję zaskakuje chwilami swoją wybuchowością. Brak w nim cierpliwości i zrozumienia. On chce tu i teraz pobyć sam na sam ze swoim nastrojem i tylko to dla niego jest ważne.

Depresja nie czuje

Depresja wbrew pozorom nie bywa stanem melancholii czy głębokiego smutku. Depresja to otępienie, niezdolność do odczuwania emocji. Jeśli coś przeżywa to bardzo krótko, a właściwie dwoma towarzyszącymi jej uczuciami, które pojawiają się od czasu do czasu na chwilę jest smutek i irytacja. Depresja może reagować gniewem na jakiekolwiek przejawy czułości, miłości. Nie chce czuć, chce trwać w stanie otępienia. Emocje to jej wróg.

Depresja ma problem z jedzeniem

To przecież tak łatwo zauważyć. Zaburzenia w jedzeniu to coś, z czym depresja nie umie się ukrywać. Bo albo się przejada, jedzenie traktuje jako jedyną swoją przyjemność, albo nie je nic. Jedzenie traktuje jak swojego wroga, ma jadłowstręt. Nie lekceważ tego objawu, nie tłumacz problemami, dietą, zdrowiem.

Depresja potrzebuje pomocy

Ta pomoc jest jej potrzebna, gdy przestaje sobie radzić ze zwykłymi codziennymi sprawami. Wtedy prosi o pomoc, mówi, że nie daje rady, że trochę gorzej się czuje, stąd brak energii na zrobienie codziennych rzeczy. Niezły kamuflaż. Bo ktoś może docenić, że w końcu masz odwagę prosić o pomoc i nie zdawać sobie sprawy, że za tą prośbą stoi bezradność, bezsilność i chęć wycofania się ze świata.

Depresja pozwala na dobre dni

Kiedy wiemy, że ktoś choruje wydaje się, że nastąpiła poprawa w chorobie, że ktoś czuje się lepiej, wychodzi ze swoich ciemności. Kiedy depresja nie została zdiagnozowana może się nam zdawać, że po trudnym okresie powoli stajemy na nogi, wychodzimy ze zmęczenia, z nastroju otępienia. Nic bardziej mylnego. Depresja ma swoje lepsze i gorsze dni. Mami nas tymi lepszymi, obniżając naszą czujność, usypiając uważność.

Musimy pamiętać, że depresja nie jest bezpieczną przystanią, przy której możemy na chwilę się zatrzymać i odpocząć od wszystkich bodźców, od ludzi, od emocji. Depresja to choroba, im wcześniej ją rozpoznamy, tym mniejsze spustoszenie w nas samych uczyni.


„Umiesz liczyć? Licz na siebie”. I po Komunii Świętej…

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
24 maja 2016
Fot. iStock /  South_agency
Fot. iStock / South_agency
 

Zanim nadeszła Wiekopomna Chwila i moja córka dostąpiła momentu przyjęcia sakramentu Komunii, słucham w radio dyskusji o upadku wartości, wiary i te de wśród dzieci. Sale zarezerwowane rok wcześniej, prezenty wyrabiane ręcznie w fabrykach zagranicą, quady, złoto i dolary. Raczej wysnuwam wniosek, że spóźniłam się co najmniej pół roku ze wszystkim. Cóż.

Więc myślę sobie „Działam przeciwko komercji. Będzie skromnie”. Zrobię wszystko sama.

Tarte, sałatki, barszczyk i drugie. Co to dla mnie? Przyjeżdża moja mama (Babcia Basia czyli BB) mi pomóc, choć jak się potem okaże, pies, którego ze sobą zabiera zajmie jej więcej czasu niż pokrojenie choćby szczypiorku. Na szczęście uczyła mnie całe życie „Dziecko, umiesz liczyć? Licz na siebie”.

Więc liczę. Liczę pieniądze w portfelu,które znikają w zastraszającym tempie i liczę masła, śmietany, jajka i inne produkty, które w ilościach razy sto kupuję w spożywczym. Oczywiście, zapominam wciąż o czymś, więc krążę kilka razy, aż robi się popołudnie sobota, a ja nie mam NIC. Dosłownie nic.

Mam za to sukienkę pożyczoną od siostry, mam pofarbowane włosy, które wysiedziałam ponad 5 godzin u znanego kolorysty (spóźnił się troszkę i był po nieprzespanej nocy, ale warto!). Mam znajomych na tarasie, którzy przyjechali posiedzieć w ogrodzie. I mam psa BB, który wciąż ujada i przekopuje dziurę pod tarasem i tam znajduje swoją bazę do wycia. Hauuuuuuuuuu. „Mamo, czy buty doszły?” – pyta Klara, z którą wybierałyśmy buty na Komunię (oczywiście w cenie sukienki). „Tak, doszły rano, przymierz”. Oddycham z ulgą, gdy wsuwa swoje 35, bo dwie wcześniejsze pary odsyłałam pocztą (za małe lub za duże). „A coś na głowę?”. Auuuuuu czy Hauuuuuuu – już sama nie wiem.

Zostawiamy gości i jedziemy (skuterem) zamówić „coś na głowę” w zaprzyjaźnionej kwiaciarni. Gubię klapka po drodze i wjeżdżam w murek, gdy parkuję (sama). Mam obitą nogę i nie mam wianka. Pani Marysia (najlepsza florystka na świecie) pokazuje Klarze katalogi. Szukamy kwiatka we włosy, potem opaski, a na końcu wianka. „Przecież mówiłaś, że nie mogę mieć wianka!”- już prawie płacze moja córka, gdy sugeruję zrobić wianek. „Ja????”. „Tak! W tym sklepie z sukienkami tak powiedziałaś!” – już krzyk. Grzebię pamięcią w sklepie w Pruszkowie, gdzie wszystko sztuczne i brzydkie i przypominam sobie, że chodziło o te okropne wianki z plastikowych kwiatów. Tłumaczę Klarze, że wianek z prawdziwych kwiatów to nie to samo co sztuczny. Wracamy do katalogów, ale już siedząc na schodach przed sklepem, bo Klarze jest wstyd za moje (swoje?) zachowanie. Podobają nam się oczywiście inne modele.

Ale mam w pamięci swoją Komunię i to, że wszystkie dziewczynki miały suknie do ziemi, proste, najpiękniejsze moim, wtedy dziewięcioletnim, okiem, a ja dzięki autorytarności BB miałam suknię za kolana z falbanami z Bazaru Różyckiego za dwa pięćset. Wierzcie mi oddałabym wtedy pięćset za każdą inną, która sięgałaby do ziemi, bo przecież chodził o ten gest podnoszenia sukni, gdy się idzie. A ja podnosiłam tylko oczy do nieba, aby nikt łez moich nie widział, buuuu.

Wybiera(my) więc wianek taki jak sobie życzy Klara (koszt tyle samo ile sukienka!!!) i wracamy do gości. Wtedy też tłukę sobie tę nogę. Kulejąc wpadam na taras, gdzie wygrzewają się goście, a BB próbuje wyciągnąć wyjącego psa, który ugrzązł pod tarasem. Hauuuuu. Robię dwie margarity truskawkowe (mam genialny przepis!) i tarte jak w profesjonalnej restauracji, pieką się jedna za drugą. Noga spuchnięta, głowa spuchnięta, uszy spuchnięte od szczekania tego słodkiego (wrrr) kundelka BB.

Przeliczam sztuki mięsa, które przygotowała mama i z przerażeniem orientuję się, że jest po połówce na głowę. „Mamoooo! Czy ty umiesz liczyć?!”. BB nie umie wytłumaczyć dlaczego zrobiła tak mało, coś wspomina o tym, że poczęstowała pana taksówkarza, panią od sprzątania i tak dalej. Gościnność to wartość w dzisiejszych czasach. Lecę więc do marketu po łososie, aby upiec dla reszty. W sumie dochodzę do wniosku, że to lepszy pomysł, bo będzie jak w drogiej restauracji, gdzie urządzała Komunię moja siostra i każdy gość miał wybór, czy mięsne czy wege.

W dużym skrócie co dalej. Jest północ, a ja wyciągam czwartą tartę (nie tartą!). Mam przed sobą kilka godzin (niespania), by dokończyć resztę. Wstaję o szóstej i przygotowuję sałatki i małe przekąski. O ósmej orientuje się, że Klara nadal nie wstała, ja jestem w pidżamie, a stoły w ogrodzie nieprzetarte (o 9.00 Komunia). Przyjeżdża Tata Klary i pomaga jej się ubrać. Mimo że nie mam na to czasu biegnę im pomóc, bo gdzieś wewnętrznie czuję, że powinnam, że to jest ważna chwila, że wyobrażam sobie, jak to będzie za ileś tam lat, gdy będzie zakładała sukienkę ślubną i mam łzy w oczach i w ogóle.

Oni lecą po wianek, a ja szybko zmywam z siebie czosnek, suszone pomidory i inne sałatkowe produkty, zakładam sukienkę, ledwo susze włosy i już miałam wyjść, gdy… Okazuje się, że pies w nocy zjadł jedną z tart i chyba mu zaszkodziła (może więc dobrze, że jemu, a nie gościom, chociaż?) i cała podłoga w salonie jest w rozmazanej kupie. Więc podwijam tę piękną jedwabną sukienkę, rozmazuje makijaz łzami bezsilności i zmywam to przez ostatnie piętnaście minut, mając wrażenie, że to sen, zły sen.

Ale jestem na czas! I mówią, że wyglądam ładnie! Moja Klara najpiękniejsza, bo taka naturalna! I wszystko się udaje! I dostaję SMS-y, że to najfajniejsza Komunia, na jakiej byli! Więc co? Więc myślę sobie, że stare przysłowie o tym, że gówno szczęście przynosi – w moim przypadku się spełniło :-)

PS. Pies wył pod tarasem cały czas. Nikt nie ruszył mięsa ani barszczu ani łososia. Wystarczyły tarty (czy tarte?). Następnym razem będę o tym pamiętać, gdy będę szykować wesele. Jurka? Klary? A może swoje? Hauuuu.


„Dziś rozumiem więcej, bardziej… Dziś jestem starsza niż Ty wtedy, gdy zostałaś z nami sama”. Akcja „List do mamy”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 maja 2016
Fot. iStock / fotomontaż
Fot. iStock / fotomontaż

Mamusiu Moja Kochana,

Zawsze Ci mówiłam, że obraz Ciebie jaki mam z dzieciństwa… to TY wracająca z pracy z zakupami, pospiesznie realizująca obowiązki domowe, często popołudniami śpiąca…

Pamiętam dokładnie, jak nie jeden raz kładłam się obok Ciebie, wtulając się mocno. Bardzo mi brakowało wtedy Twojej obecności, wspólnych zabaw, spacerów, rozmów i przytulania.

Dziś rozumiem więcej, bardziej… Dziś jestem starsza niż Ty wtedy, gdy zostałaś z nami sama. Musiałaś wszystko „dźwigać”, zapewnić nam miłość, opiekę, bezpieczeństwo, stabilizację. Dbałaś, żeby na wszystko wystarczyło, choć wcale tak nie było, mimo ciężkiej Twojej pracy. Dziś wiem, że nie dało się wszystkiego realizować na 100 %. Nie miałaś dla nas tyle czasu, ile potrzebowałyśmy w tamtym okresie, ale przecież tyle miałaś na głowie… Sama pracowałaś – normalnie – na etacie (za pieniądze, które na nic nie wystarczały), nocami dorabiałaś robiąc ludziom swetry „na drutach” (dlatego często popołudniami spałaś, by mieć siłę siedzieć do rana). Bywałaś często zmęczona, czasem bardzo smutna.  Dziś widzę to zupełnie inaczej. Doceniam to, co dla nas robiłaś – pracę na dwa etaty, samotne wychowywanie córek. Nauczyłaś nas samodzielności, choć wcale nie byłyśmy wtedy szczęśliwe, że aż tyle musiałyśmy w domu robić czy same się uczyć. Dziś powtarzam swojemu synowi… ”ja w Twoim wieku…” To wszystko dzięki Tobie!!! Wtedy myślałam, że dużo wymagasz, mało poświęcasz uwagi. Dziś myślę zupełnie inaczej. Dałaś nam wszystko, co mogłaś. Na ironię…musiałam znaleźć się w podobnej sytuacji, żeby zrozumieć to jak ogromne koszty sama poniosłaś – emocjonalne i fizyczne. I choć było Ci bardzo ciężko, nigdy się nie poddałaś. Nie miałaś czasu dla siebie i w zasadzie siebie poświęciłaś z miłości do nas.

Bardzo Cię kocham Mamo !!! I nawet jeśli czasem denerwuję się na Ciebie, to tylko dlatego, że bardzo mi zależy. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło Cię zabraknąć ! Nie złość się na mnie, za nadgorliwość w kwestii Twojego zdrowia. To miłość, troska, ale też strach że może Cię nie być !  Proszę Cię, dbaj o siebie i pozwól nam troszczyć się o Ciebie. Nigdy się nie poddawaj!!! Jesteś tak bardzo potrzebna !

Magda

linia 2px

Weź udział w naszej akcji!

Napisz list do swojej mamy, my wyślemy go do niej z upominkiem. Nasza nowa akcja na Dzień Matki

Fot. iStock

Fot. iStock

Specjalnie dla naszych czytelniczek przygotowałyśmy akcję „List do Mamy”. Napisz list do swojej mamy i prześlij go do nas. To może być podziękowanie, prośba o zrozumienie, a może powiedzenie tego, co nie przechodzi przez gardło. Wszystko, co tylko chcesz i czujesz. Miłość matki i córki bywa trudna, pełna wzniesień i upadków, ale zawsze zajmuje ogromny kawałek serca, fragment nas samych, naszego życia. Czasem taki list do bliskiej osoby pomoże nie tylko jej, ale też tobie.

Wszystkie listy opublikujemy. Wybrane nagrodzimy w wyjątkowy sposób – wydrukujemy i razem z drobnym upominkiem, prześlemy twojej mamie!

Czas trwania akcji: 17.05 – 23.05.2016 roku.

Przejdź do wpisu konkursowego

Przeczytaj wszystkie listy biorące udział w akcji


Zobacz także

Fot. iStock / ideabug

5 rzeczy, których warto nauczyć się, by świat był lepszy

Fot. iStock/RyanJLane

Jak radzić sobie z agresywnymi ludźmi. Nie daj się wciągnąć w manipulację, nie pozwól się kontrolować

Fot. Pixabay/ Unsplash /

Pokolenie delikatesów – dlaczego nie zawalczą o szczęście i satysfakcję? Jak realizować cele na przekór wygodzie