Cisza i echo w jej głowie… Schizofrenia

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
19 stycznia 2016
 

Otaczała ją cisza. Zawsze lubiła myśleć w nocy, gdy milkły hałasy codzienności. Jednak wtedy ta cisza bardzo jej przeszkadzała. Potęgowała emocje, które jej towarzyszyły. Od kilku godzin. Długich, niekończących się godzin. To wtedy usłyszała kilka słów, których  nie spodziewała się. Myślała, że to depresja. Silna, długo nieleczona. Jednak to była SCHIZOFRENIA. Trawiła tą wiadomość. Te kilka krótkich słów, zdań. Powoli, bardzo powoli. Wciąż jak echo słyszała słowo: SCHIZOFRENIA. Miała chęć krzyczeć, płakać. Jednak za ścianą spały dzieci. Wyszła do kuchni. Wzięła ze sobą laptop, telefon. Zamknęła drzwi salonu.

Usiadła przy stole w kuchni. Wyciągneła z szafki szklankę, z lodówki dwie butelki. Wódkę i sok pomarańczowy. Duszkiem wypiła drinka, po chwili drugiego i trzeciego. Poczuła, jak po jej policzkach płyną łzy. Gorące, słone. Otarła twarz  szorstkim rękawem swetra. Piekła ją skóra. Wzięła do ręki telefon. Po chwili usłyszała jego głos. Głos swojego ojca. Jak zawsze  twardy, mocny, pełen siły. Wyrzuciła z siebie potok słów. Nie chciała czekać do rana. Musiała to powiedzieć tu i teraz.

-Ona jest chora na schizofrenię. Nie na depresję, nie na coś innego. Słyszysz? Ona jest chora na schizofrenię.

Zaczęła płakać. On wydusił z siebie kilka słów.  Jego głos… był niepewny, pełen niedowierzania, smutku.  Nie mówił, szeptał. Potem się rozłączył. Może to i dobrze. Miała chęć krzyczeć, wyć, chciała, by on słyszał, że cierpi. Usłyszała tylko ciszę w słuchawce, a potem dźwięk rozłączonego połączenia. Nalała kolejną porcję wódki. Może miała nadzieję, że jej gorzki smak zabije lęk, który był w niej. Gdzieś głeboko, w środku.  Wciąż płakała. Przez łzy dostrzegała niewyraźny kształt liter. Szukała informacji o schiozfrenii, o jej objawach.  Może jednak to nie to- łudziła się.
Nagle usłyszała dźwięk telefonu. Szybko odebrała. To była ona. Spokojnym, jednostajnym  głosem mówiła o szpitalu, o tym, że tu jej pomogą, że tęskni, że kocha. Chciała powiedzieć coś pocieszającego, ale po jej policzkach znowu płynęły łzy.

– Nie płacz. Córeczko, nie płacz. Dadzą mi leki i depresja minie. Tylko ja tak bardzo się boję. Tych ciemności, które są wokół. Tych głosów, szeptów- usłyszała.

Ona, jej mama, wciąż nie dopuszczała do siebie myśli, że może być chora.

Od kilku miesięcy nie chciała podjąć żadnej decyzji dotyczącej swojego zdrowia. Nie chciała wychodzić z domu, jadła dopiero po wielu prośbach. Jej wzrok- taki zagubiony, nieobecny, jakby była gdzieś daleko. Słuchała, rzadko coś mówiła. Jakby zapomniała o świecie, która do niedawna tak bardzo kochała. Jakby zapomniała o ludziach, którzy byli jej bliscy. Smutna, pełna lęku. Jak wystraszone zwierzątko, które zgubiło swoją matką i stado. Zamknęła się w sobie. Nic nie sprawiało jej radości, nic nie mogło jej wyrwać z tej nieznanej rzeczywistości, w którą się zapadała.
Pewnego dnia zgodziła się iść do lekarza. Dostała leki, diagnozę „depresja”, a potem znowu uciekła do swoich czterech ścian. Tam było jej schronienie przed światem, przed ludźmi, przed wszystkim, co postrzegała jako zagrożenie.

Pewnego też dnia wyszła z domu. W torebce miała kilka opakowań leków, tych od psychiatry, który określał siebie specjalistą. Szukała jej. Razem ze swoimi dziećmi. Myślała, że to już koniec. Że już nie usłyszy jej głosu, nie zobaczy jej uśmiechu. Przemierzając kolejne uliczki osiedla wyrzucała sobie nieuwagę. Miała żal do siebie, że razem z ojcem jej nie dopilnowali. Nie pomogli. Ale ona przecież nie chciała pomocy. Mówiła, że jutro, za dwa dni. Na pewno wyjdzie, pójdzie może nawet do sklepu. Odwiedzi rodzinę. Gdy proponowali jej wizytę u innego lekarza, krzyczała. Twierdziła, że jest zdrowa. Jedynie trochę zmęczona. Musi odpocząć, wyspać się. Nie docierały do niej ich argumenty. Na ich słowa troski, chęć pomocy reagowała obojętnością, a czasem agresją. Po kilku godzinach poszukiwań zadzwoniła. Chyba nie potrafiła, a może nie chciała umierać. Może jednak miłość do życia, które zawsze kochała, mimo wszystko, była silniejsza. Zjadła kilkanaście tabletek. Zadzwonili po pogotowie. Nie chcieli jej wziąć. Po wielu prośbach zabrali ją na płukanie żołądka. Tam też rozmawiał z nią psychiatra. Ten sam, który kilka tygodni wcześniej stwierdził, że ma depresję. Po kilku godzinach wypuścili ją. Stwierdzili, że jest zdrowa. Nie była! Po kilku kolejnych tygodniach sama poprosiła o zawiezienie do szpitala. Zbyt mocno cierpiała. Sama już nie mogła pokonać Cieni, które zamieszkały w jej głowie. Po kilkunastu minutach na izbie przyjęć skierowali ją na oddział. Patrzyła na nią. Jej smutną twarz. Trzęsące się dłonie. Wystraszone spojrzenie.
Gdy mama była już na oddziale, ona podeszła do lekarza. Chciała zapytać, upewnić się.

– To nie jest depresja. Nie jestem pewny, ale podejrzewam, że to schizofrenia. Jednak diagnozę postawimy po kilku dniach obserwacji.

Wrociła do domu. Nikomu nie chciała mówić o tym, co przeżyła. Było zbyt wcześnie. Nie potrafiła. Bała się słowa SCHIZOFRENIA. Bała się tego, co będzie. Jutro, pojutrze, za kilkanaście dni.

Schowała wódkę. Szklankę odłożyła do zlewu, zamknęła laptop. Musiała iść spać. W końcu rano musiała zająć się dziećmi, spakować torbę do szpitala. Nie było już ciszy. Był BÓL, było CIERPIENIE, był STRACH. Było tysiąc róznorodnych dźwięków. Jej spokojny głos, jego szept, do tego ktoś czytał jednostajnym głosem: Schizofrenia to choroba psychiczna…
Zamknęła oczy, otuliła się szczelnie kołdrą. Chciała schronić się przed tym, co ją czekało. Czego tak bardzo się bała. Musiała przecież jechać do szpitala, spojrzeć jej w oczy, porozmawiać z lekarzem. Musiała zmierzyć się chorobą, której tak bardzo się bała. Musiała być…Dla NIEJ!


Droga Kochanko… mojego Tatusia!

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
3 lutego 2016
 

Droga Kochanko… mojego Tatusia!

Mam na imię Klara. Chodzę do drugiej klasy. Za trzy miesiące będę miała Komunię. Razem z mamą byłyśmy już nawet w sklepie. Oglądałyśmy sukienki, wianki. Myślałam, że Tatuś ze mną pójdzie. Ale On wolał włożyć swoje eleganckie spodnie, te jasne, w prążki i spotkać się z Tobą. Chciał nawet poprosić mnie, żebym mu te spodnie wyprasowała. Ale przecież kilka dni wcześniej oparzyłam się właśnie żelazkiem podczas prasowania jego koszuli. Tej w kolorze dojrzałego zboża. Może to Twój ulubiony kolor? Może przypomina Ci wakacje na wsi u babci?

Wyszedł z domu. Elegancki, pachnący. Uśmiechał się tajemniczo. Zawsze tak się uśmiecha, gdy wychodzi z domu. Nie wiem,  jak długo spotykasz się z moim Tatusiem. Wiem, że jego uśmiech jest zawsze taki sam. Od tych kilku lat, gdy zaczęłam baczniej postrzegać ludzi, obserwować ich twarze, miny. A On? On chyba nie jest stały w uczuciach. Zobacz, zostawił żonę w domu,  zostawił córkę. Nie zwracał nawet uwagi na moje prośby, by został w domu. By poszedł ze mną wybrać sukienkę. Kochanki też pewnie zmienia. Przecież dla niego nie liczą się uczucia innych. Nawet tych najbliższych osób.

Mój Tatuś. Wiem, że jest przystojny, dowcipny. Potrafi pięknie mówić. I obiecywać. Wiesz, że obiecał mi wycieczkę nad morze? Nie, nie pojechaliśmy. Powiedział, że musi wyjechać zawodowo, w jakąś delegację. Pewnie pojechał do Ciebie. A może do innej pani, bo to było już dwa lata temu. Wtedy nie nosił spodni w prążki, a jego koszule nie były w kolorze zboża.  Może tamta lubiła dżinsy, które pasowały do szarej marynarki i czarnej koszuli.

Mój Tatuś też smacznie gotuje. Chyba nikt mu w tej sztuce nie dorówa. Często wylewa zupy mojej mamy do zlewu. I krzyczy. Mówi, że  dodaje za mało pieprzu, ziół. Potem wychodzi z domu, a my  jemy kanapki. Razem, z mamą. Siedzimy przy małym stole w kuchni. Nawet próbujemy się uśmiechać. Chociaż w jej oczach widzę łzy. Nawet nie wiesz, jaka Ona jest piękna. Ma kruczoczarne włosy, piwne oczy i usta w kolorze wina. Lubi nosić buty na obcasie. Jest taka malutka i delikatna.

Ty pewnie jesteś wysoka. On lubi wysokie kobiety. Często mi mówi, że to po niej, po mamie, odziedziczyłam niski wzrost, który jest moją wadą. Śmieje się, dokucza mi. A ja lubię być taka… malutka, taka niewidzialna. Wystarczy, że schowam się do szafy, by nie słyszeć, jak On, mój kochany Tatuś, dokucza mamie. Ona wciąż prosi go, żebyśmy razem gdzieś poszli. We troje. Jak rodzina. Na lody, do parku. Cichutko wtedy płacze. On trzaska drzwiami, idzie do łazienki. Bierze kąpiel, a potem ubiera się. W jedną z tych koszul, które ja muszę prasować. Czasem żałuję, że nie mam rodzeństwa. Może w towarzystwie brata lub siostry byłoby łatwiej pocieszyć mamę. Ale Tatuś nie chce więcej dzieci. Ty masz dzieci? Lubisz z nimi czytać bajki, bawić  się w ciuciu-babkę, układać puzzle? Mój  Tatuś nie lubi. Jak proszę, żeby pobawił się w berka  lub udawał starego niedźwiedzia, który śpi i głośno chrapie, wychodzi z domu. Pewnie idzie do Ciebie. Pewnie…

Kiedyś byłam na placu zabaw. Sama. Mama gotowała zupę, która mimo starań, wylądowała w zlewie. Bawiłam się z Olą, tą szczupłą blondyneczką z parteru, na huśtawce. Skakałyśmy. Chciałam chociaż w tym skakaniu być najlepsza. Przecież nie miałam drogich zabawek, nie miałam Tatusia, który obroniłby mnie.  Poszedłby na wywiadówkę do szkoły czy zabrałby  mnie i moje koleżanki do wesołego miasteczka, na lody. Skakałam. Jak najwyżej, jak najdalej. Nie szło mi dobrze, a po powrocie z podwórka zaczęła boleć mnie noga. Pojechałam z mamą na pogotowie. Noga była sina, a Tatuś? Tatuś pewnie był u Ciebie, a może u innej pani. Rano, po powrocie, przytulił mnie.

Dawno tego nie robił. Przecież takie gesty miał zarezerwowane dla innych. Pachniał konwaliami. To pewnie były Twoje perfumy. Mama lubi zapach róż. Takich, które rosną w ogrodzie babci. Znasz moją babcię? Może Tatuś zabrał Cię do niej? Ona bardzo nie lubi mojej mamy. Ale może Ciebie polubi. Ja rzadko ją odwiedzam. Ona nie chce, żebym zbyt często do niej przyjeżdżała. Może dlatego, że jestem podobna do mamy. Lubię czytać baśnie i dobrze się uczę. Tylko jestem brzydka i niska. Mama mówi, że mam piękne włosy. Kasztanowe. I tak pięknie opowiadam. Mój Tatuś jednak nie lubi moich opowieści. Kilka dni temu chciałam wytłumaczyć mu, dlaczego na moim szkolnym obrazku rodzinnym go nie ma. Chciałam powiedzieć, że rzadko jest w domu, że nie wiem, jakiego koloru jest jego ulubiona koszula. Bo tak często zmienia zdanie. I gust. Nie wysłuchał. Pewnie myślał, jaki upominek Ci kupić.

Czasem chodziłam z nim do sklepu. Kupował drogie bomboniery. W dużych, kartonowych opakowaniach ozdobionych kwiatami lub sercami. Czasem odważyłam się poprosić go o czekoladę. Taką zwykłą… Bez orzechów. Nie kupił. Musiał mieć przecież pieniądze. Tak samo było ze szkolną wycieczką do Krakowa. Powiedział, że ma wydatki… Że kiedyś sami tam pojedziemy. Pokaże mi Wawel, sukiennice i legendarnego smoka.  Mama też wtedy nie miała pieniędzy. Musiała utrzymać mnie, siebie, opłacić rachunki. A on rzadko daje jej pieniądze. Nie zarabia przecież wiele. Lubi też ładnie wyglądać.

Droga Kochanko …mojego Tatusia!
Za trzy miesiące jest moja Komunia.  Wybacz mi, że mój Tatuś tego dnia będzie ze mną. Pewnie powie Ci, że musi wyjechać w sprawach zawodowych. Okłamie Cię. Oszuka. Ja przyzwyczaiłam się już do tego. Może będziesz płakać, może będziesz zła. Pójdziesz do przyjaciółki, razem będziecie pić wino. Jednak zrozum, że tego dnia chciałabym mieć Tatusia. Obok siebie.  Tylko dla siebie. Może mi też kupi czekoladki. Chciałabym, żeby był ze mnie dumny. Żeby patrzył na mnie z podziwem. Żeby mnie pochwalił. Tak jak Ciebie. W te wieczory i weekendy, gdy jesteście razem. I …żeby zjadł rosół Mamy, Mamusi…Ona przecież tak dobrze gotuje. Pamiętam, żeby kupić przyprawy i zioła. I dodać cebulę, tak jak babcia dodaje.

Potem. Potem możesz go zabrać. Przecież wiem, że nie zasługuję na takiego Tatusia. Nigdy nie byłam ani ładna, ani lepsza…Od tych Pań, z którymi spędza czas po pracy.

Droga Kochanko…mojego Tatusia!
Wierzę, że go kochasz. Całym sercem. I potrafisz wybaczyć, i czekać. I wierzyć w jego słowa, obietnice. Może kiedyś się spotkamy. Może on wreszcie się zdecyduje. Wybierze Ciebie lub mnie, Mamusię- swoją Rodzinę. Może kiedyś sprawi, że Ktoś (ja, Ty, Mamusia) będzie dzięki niemu szczęśliwy. Może…Kiedyś…
Dziś wiem tylko tyle, że muszę napisać ten list. Nie chcę krzyczeć, nie chcę płakać, bo Mamusia mówi, że jesteśmy silne, mądre i cierpliwe. Ale …pamiętaj! Tam, gdzieś…Jest Ktoś, kto go kocha. Miłością wielką, pełną zrozumienia, oddania…Miłością Dziecka!

Klara – niekochana córka mojego Tatusia!

PS: Tak  naprawdę to często płaczę, jak Mamusia nie widzi. I czekam, aż usłyszę jego kroki na schodach. Czekam, aż otworzy drzwi mojego pokoju i powie: Kocham Cię Córeczko!


Krzyczał: „Jesteś jak ona. Zachowujesz się jak matka”. Zawsze musiała patrzeć mu prosto w oczy

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
16 stycznia 2016
Fot. iStock/sturti

Nie pamięta, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Chociaż…Tak, to było wtedy. Miała cztery lata, bawiła się, biegała po mieszkaniu, gdy nagle, niespodziewanie strąciła ozdobny talerz wiszący na ścianie. Chwycił za drewnianą listewkę, bo przecież niedawno robił remont. Uderzył ją kilka razy. Jej czerwone rajstopki zrobiły się mokre,  tak samo jak twarz, po której spływały maleńkie łzy.

Potem już tak mocno nie bił…

…A może przyzwyczaiła się do bólu uderzeń pasa czy kabla. Częściej krzyczał. Robił się czerwony na twarzy i rzucał stek wyzwisk. Na nią, na jej matkę. Zawsze krzyczał: „Jesteś jak ona. Zachowujesz się jak matka”. Zawsze musiała wtedy patrzeć na niego, na jego wściekłą twarz. Patrzył na nią i mówił: „Patrz, patrz mi prosto w oczy. Nie odwracaj głowy, nie spuszczaj jej. Patrz mi w oczy”.

Patrzyła. Z czasem nauczyła się patrzeć na jego wściekłą twarz, a myślami błądziła. Gdzieś daleko. W tych swoich zaczarowanych, wymaigowanych krainach. Szczęśliwych, spokojnych.
Lubiła, gdy nie było go w domu. Wtedy najczęściej spędzał czas u swoich kochanek. Kilka dni przed każdym spotkaniem szykował się. Przygotowywał eleganckie ubranie, szedł do fryzjera. Jego włosy były zawsze perfekcyjnie przystrzyżone i ułożone.  Zawsze nosił ze sobą grzebień i lusterko. To właśnie ta fryzura stała się pretekstem, by go pominąć podczas rysowania swojej rodziny w przedszkolu. Na rysunku była tylko ona i mama. Pani Joli z przedszkola powiedziała, że tata ma takie włosy, które ciężko namalować. Tak naprawdę nie chciała go na tej kartce, pełnej kwiatów, kolorowej tęczy i czerwonych serc.

Rzadko ją chwalił…

…Nieustannie wypominał jej wady. Nieładna fryzura, która podkreslała okragłą twarz, pulchna sylwetka. Cały czas jej powtarzał, że jest za gruba. Przyzwyczaiła się go jego uwag. Wolała nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Przecież nic ładnego w nim nie zobaczy. Nie zabierał jej na wycieczki, bo przecież nie miał pieniędzy. On musiał mieć nowy samochód, kolejną parę spodni, by dobrze się prezentować. By móc zdobywać kolejne kobiety.

Uwielbiał im się podobać. Zawsze czarujący, miły, szarmancki. Poza domem. Czasem wychodził z nią na miasto, by spotkać się z kolegami. To właśnie w domu jednego z przyjaciół poznał kolejną panią. W pewien zimowy wieczór zaprowadziła tam mamę. Gdy ulice otulał miękki, biały puch, ona w tureckich kozaczkach stała pod drzwiami mieszkania, gdzie on był. Słyszała zalotny śmiech, jego charakterystyczny kaszel. Dźwięk rozmów, w tle jakaś muzyka. I ona z mamą pod drzwiami. Było ciemno. Bała się. Chciała zapalić światło. Zamiast dostrzec jasność, usłyszała dźwięk dzwonka. Zbiegała szybko po schodach. Mamę trzymała za rękę i modliła się, by za duże kozaczki nie spadły jej z nóg.

Wiedziała, że on nie kocha jej mamy. ..

…Chociaż czasem okazywał jej czułość, ona pamiętała o tych kochankach. O tych uśmiechach, komplementach, którymi obdarowywał wszystkie znane sobie kobiety. I o jego słowach: „Nic nie mów mamie. Tata tylko tak sobie żartuje”. Tata nie żartował. Tata taki był.

Gdy zaczęła dojrzewać, bił ją rzadziej. Może dlatego, że postępowała według zasad, jakie on jej od kilkunastu lat wpajał. Podczas rozmowy słuchała go uważnie, dbała o porządek, nigdy o nic nie prosiła, a swoje problemy rozwiązywała sama. Nie zaprzątała mu głowy trudną klasówką czy kłótnią z przyjaciółką.  Była też punktualna. Tego też ją nauczył, gdy pewnego dnia spóźniła się piętnaście minut. Zagadała się z koleżankami, nie wzięła zegarka. W domu czekał on. Z purpurową od złości twarzą i z grubym pasem w ręce. Wielkie siniaki na nogach i plecach zniknęły po kilkunastu dniach, ale ona już nigdy się nie spóźniła. Nigdy!

Umiała też przepraszać…

…Tego nauczyła się od mamy. Przepraszała za wszystko. Za to, że dostała złą ocenę, za to że ziemniaki były niedogotowane, a w lodówce nie było jego ulubionego napoju.
Każdy  jej dzień był podporządkowany jemu. Obiad na czas ugotowany, mieszkanie lśniło. Jego garderoba była zawsze wyprasowana, lodówka pełna. Wszystko po to, by on okazał cień zadowolenia. Pochwalił, czasem okazał podziw. Wciąż żyła w przekonaniu, że na jego miłość czy chwilę uwagi musi zasłużyć, zapracować. Starała się więc najlpiej, jak potrafiła. Nigdy jednak nie była doskonała. Doskonała na tyle, by go zadowolić. By był z niej dumny.

Po latach, gdy zaczęła uczyć się żyć, dostrzegać swoje pragnienia, potrzeby, marzenia. Gdy już nie miała ani siły, ani chęci, by starać się i walczyć o jego miłość i akceptację, zapytała: „Dlaczego? Dlaczego mnie biłeś, krzyczałeś? Dlaczego wciąż wypominałeś mi moje wady? Nie potrafił nic powiedzieć. Milczał.  Jednak  jak zawsze patrzył jej prosto w oczy.