„Bigoreksja była bezlitosna i zazdrosna, gdy starał się myśleć o czymś innym”. Portrety: Bartek – bigoreksja [część 2]

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019
Fot. iStock / MarinaZg
 

Bigoreksja była bezlitosna i zazdrosna, gdy starał się myśleć o czymś innym. Rozpanoszyła się w jego głowie. Wszędzie widział ogromnych mężczyzn z mięśniami większymi od jego. Kluby fitness i sklepy z odżywkami wołały go zewsząd. Pełno odżywek dookoła wyrastało niczym grzyby po  deszczu.

Na telefonie pełno reklam w tym samym temacie. Siłownia była wszędzie nawet jak na niej nie był. Po nocach śniły mu się sztangi. Budził się zlany potem, bo w koszmarze nie był w stanie podnieść najlżejszego ciężarka, które bez problemu podnosiła Ania. Co Ania robiła w jego śnie? Nie było jej w jego życiu. Jedyną kochanką była siłownia. Jej się poświęcał, spędzał z nią czas, podporządkował jej całe życie. Każda kobieta marzyłaby o takim oddaniu. Jednak ta miłość była jednostronna. Bartek oddał się cały. Na początku „znajomości” dostał wiele, by z czasem otrzymywać coraz mniej. Ciało puchło, było większe. Żołądek zmęczony proteinami do przerobienia. Organizm szalał, ale on nie słuchał. Choroba sterowała wszystkim nawet za cenę bólu, osłabienia, poddenerwowania. A nerwowy był bardzo. Testosteron aż kipiał. Miał za mało ujścia. Nie mieścił się w tym ogromnym ciele.

Ania śniła mu się coraz częściej. Zawsze tak samo. Była z nim na siłowni i podczas gdy on powinien jednym palcem podnosić półkilogramowe hantelki, a nie miał siły, ona w szalonym tempie robiła kilkaset pompek. Koszmar. Najgorszy z możliwych.

Spotkali się przypadkiem. Ania z chłopakiem, tym studentem psychologii, wyglądała jeszcze ładniej. Promieniała. A chłopak wpatrzony był w nią jak w obrazek. No tak, pewnie miał więcej centymetrów w bicepsie niż on. Jakiś taki w ogóle duży był.

Bartek pobiegł zaraz na siłownię. Wypił przed treningiem podwójną porcję gaineri. Dostanie kopa. Będzie ostry trening. Dwa dni regeneracji i będzie większy.

Większy nie był. W trakcie ćwiczeń na ławeczce zasłabł. Ledwo usiadł. W sumie osunął się na tę ławeczkę, z której sam już nie wstał.

Obudził się w szpitalu. Podłączony do jakichś maszyn, rurek. Nie miał siły się ruszyć. Czuł się taki mały, a ledwo się mieścił na łóżku. Pielęgniarki patrzyły z zachwytem dopóki nie zobaczyły karty badań. Stan przedzawałowy. Wątroba i trzustka zniszczone przez energetyki i suple. Nerki obciążone. Wysokie ciśnienie. Głęboka anemia. Znacznie podwyższone próby wątrobowe jak u alkoholika z marskością.

Wyniki można jednak poprawić. Zmienić dietę. Odpocząć. Organizm tak młodego człowieka nawet wyniszczony szybko się zregeneruje. Gorzej z głową. Tu tabletki i dieta nie pomogą.

Bartek spędza w szpitalu kilka dni. Ania przybiega jak tylko się dowiaduje. Spokojnie tłumaczy mu to, co za godzinę powtórzy mu umówiony szpitalny psycholog. Jest chory. Poważnie. Potrzebuje pomocy. Sam nie da rady. Bigoreksja jest podstępna. Niczym bluszcz powoli oplata ofiarę. Delikatnie, niezauważalnie, mami. Z czasem zacieśnia sploty. Nie pozwala samodzielnie myśleć. Narzuca swoje formy. Aż w końcu unieruchamia.

Bartek właśnie znajduje się w tym stanie. Bez czyjejś pomocy się nie uwolni. Długo będzie walczył z samym sobą, aż pewnego dnia stanie przed lustrem nagi i powie sobie w twarz, że jest chory. Że to, co widzi, jest nieprawdą. Że potrzebuje terapii, by zrozumieć, poznać siebie, pokonać chorobę. Wtedy też dopiero zrozumie swój koszmar. W postaci Ani robiącej setki pompek, kryła się choroba. Choroba, która kpiąc z jego niemocy pragnęła go osłabić, a przez to posiąść jeszcze bardziej. Zniewolić do cna.

Bartek po kilku miesiącach

Jest wysoki. Dobrze zbudowany, mocny, ale rysy delikatne i nadal męskie. Błękitne oczy z piękną ciemną oprawą. Z taką urodą mógłby być modelem. Najlepiej w pismach typu fit. Dziewczyny się w nim kochają. Pielęgniarki z oddziału. Koleżanki z terapii i z uczelni. Już nie wini się za swój charakter i wygląd. Jest spokojny, zrównoważony. Uczy się akceptować swoje ciało. Odżywia się zdrowo. Smakuje życie. Biega. Na siłownię nie chodzi. Odżywek mu nie brakuje. Studiuje z pasją. Pierwsza lokata na roku.

A Ania? Z Anią jest w kontakcie. Bardzo mu pomogła. Czeka na nią, choć ona jeszcze o tym nie wie. Jest cierpliwy. Chorobę pokonał, osiągnął cel. Teraz czas zawalczyć o to, co zepsuł. Jest zdrowy, silny, pełen planów. Może się uda. Teraz może wszystko!


„Robił się coraz większy. Celu już nie miał, bo gdy patrzył w lustro uważał, że wciąż jest za szczupły”. Portrety: Bartek – bigoreksja [część 1]

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019
Fot. iStock / MarinaZg
 

Jest wysoki. Bardzo smukły. Rysy delikatne, ale nadal męskie. Błękitne oczy z piękną ciemną oprawą. Z taką urodą mógłby być modelem albo tancerzem. Najlepiej w balecie. Dziewczyny się w nim kochały. Potajemnie, bo był tak nieśmiały, że je paraliżował. Łatwiej było uderzać do tych bardziej wygadanych. Szkolnych łobuziaków. Do Łukasza na przykład. Albo Piotrka. Odważni. Pewni siebie, rzucających komplementy na głos na korytarzu, o czym młode dziewczęta przecież marzą. Bartek też je komplementował. W myślach. I w myślach zazdrościł chłopakom tej energii, niewyparzonego języka i zainteresowania płci przeciwnej. Winił się za swój charakter i wygląd. O tak, ten drugi był szczególnie winny. Piotrek miał w szkole same pały. Cymbał do kwadratu. Ale z tą sylwetką mógł czarować. Wystarczy, że dziewczynę objął. A gdy Kaśkę podniósł na studniówce i niósł ją przez pół sali jak piórko, reszta dziewczyn piszczała z zachwytem. Ona, Ania też. Może nie krzyczała jak inne. Ale stała w tym tłumie. Wpatrzona w tani spektakl, jaki za pomocą mięśni wyczarował Piotrek.

Podjął zatem męską decyzję. Siłownia. Siłka jak mówią chłopaki. Pójdzie. Poćwiczy. Do matury się nie wbije w obecny garnitur.

Poszedł. Najpierw do tej w piwnicy, którą kumple z osiedla założyli. Śmiali się z niego. Ale on przychodził regularnie. Oczytał się w internecie. Zaplanował treningi. Najpierw 3 razy w tygodniu. Po półtorej godziny. Stopniowo modyfikował dietę. Poznawał wartości odżywcze produktów, proporcje węgli, białka i tłuszczów. Nie od razu zaczął przybierać na masie. Nawet schudł, co nie było jego celem. Nie załamał się. Miał cel i do niego dążył. Zmienił siłkę kumpli na profesjonalną siłownię. Oszczędził na konsultacje z trenerem personalnym. Kupił karnet i odżywki. Dużo odżywek. Proteiny i węglowodany. Różne suple. Przed treningiem i po. Zaczął ćwiczyć codziennie. Pilnował posiłków. Przygotowywał je sam. Jadł regularnie. Z czasem co do minuty. Potrafił wyjść na lekcji niby to toalety, a tak naprawdę z szafki z szatni szybko wyciągał pudełko z ryżem i kurczakiem. Czy wyjść z kina w trakcie seansu, by zjeść.

Rodzice z dumą patrzyli jak zdrowo się odżywia. Mamę odciążył. Sam lepiej wiedział, co powinien jeść. Poinstruował tylko, co musi być w lodówce. W weekendy dorabiał w restauracji, więc na karnet i na odżywki zawsze było.

Przed maturą było widać różnicę. W garnitur się jeszcze wbił. Spodnie wchodziły bez problemu, ale marynarka była już opięta. To go motywowało. Nie liczyło się nic. Ani nikt. Nawet Ania zniknęła na jakiś czas z jego horyzontu. Jego życie zaczęło kręcić się wokół siłowni. I snu. Wiedział jak regeneracja jest ważna. Mięśnie odpoczywały i rosły. Chciał, by to trwało. Czuł zwierzęca wręcz satysfakcję. Każda kropla potu przybliżała go do upragnionej sylwetki.

Ustny z polskiego miał w ostatniej grupie. Rano pobiegł jeszcze na trening. W południe był w szkole. Nie zapamiętał nawet, że Ania zdaje  zaraz po nim. Przypomniał sobie, gdy usiadł pod salą. Weszła z przerażoną miną. Była taka śliczna i drobna. On to by ją niósł na tej studniówce.

Wspaniale się poczuł, gdy się uśmiechnęła na jego widok. Poczuła się raźniej i jakoś tak bezpieczniej. Te jego oczy. Hipnotyzowały, a on nawet nie był tego świadomy.

Razem czekali na wyniki ustnego. On wtedy już jadł swoją porcję. Dzielnie, bo monotonne posiłki już dawno mu obrzydły. Gdy zaproponowała pizzę w nagrodę za zdaną maturę, przez chwilę miał ochotę odmówić. Ale poszedł. Jednak czuł się nieswojo. Złamał zasadę. Zjadł nie to, co trzeba i nie o tej porze. Aż brzuch go zabolał. A głowa ganiła za słabą wolę.

Ania na szczęście na koniec spotkania się w niego wtuliła. Wtedy stwierdził, że to kolejny plus ćwiczeń. Mógł jej dać schronienie przed całym światem. Jeszcze parę kilo. Kilka centymetrów i osiągnie cel. Gdy go zdobył, wcale nie zaprzestał. Ćwiczył dalej. Faszerował się odżywkami. Jako że w wakacje poszedł do pracy stać go było na jedzenie z cateringu. Określił jasno proporcje i już nie miał odruchu wymiotnego, gdy po raz tysięczny miał jeść to samo. Dla Ani też znajdował czas. Po lub przed treningiem. Przed lub po pracy. Jednak to siłownia dyktowała, co i kiedy ma robić. Dieta także określała styl życia.

Lody? Nie, niedobre.

Pizza ze znajomymi? Absolutnie.

Alko? Zakaz totalny.

Kebab po imprezie? No co wy?

Impreza? Nie, rano mam trening, muszę być wyspany.

Ania na początku znajomości cieszyła się, że Bartek ma tę siłownię. Wiedziała co i kiedy robi. Było bezpiecznie. Nawet nie wie, gdy stali się parą. Po prostu byli razem. Bartek był spokojny, czuły i zdeterminowany. Dostał się na wymarzone studia. Ona też. Miał plan na swoją sylwetkę. Podobał się jej. Był coraz lepiej zbudowany, ale nie ogromny. Miło było iść z nim na plażę, gdy pokazywał już delikatnie zarysowaną rzeźbę. Ona przy nim wydawała się jeszcze mniejsza.

W październiku zaczęły się studia. Dużo czasu na uczelni. Dobrze, że na tej samej. Różne kierunki, inne godziny. W okienku Bartek biegł na siłownię. Po zajęciach do pracy. Czasu miał dla niej mniej. Z grupą się nie integrował. Nie palił, nie pił, nie jarał. Imprezy w akademiku i klubach też odpadały. Byłby niewyspany. Byli parą na Messengerze. W rzeczywistości się mijali. Nie zrezygnował z siłowni, nawet gdy Ania miała urodziny. Dzień jak każdy inny, a że zajęcia mieli od rana, to ćwiczyć poszedł wieczorem. Na imprezę nie wpadł. Chciał się wyspać. Właśnie miał rozpisany nowy trening. Potrzebował regeneracji. Gdy Ania się obraziła, nie czuł się winny. Ma pasję, a ona tego nie rozumiała.

Robił się coraz większy. Musiał całkowicie zmienić garderobę. Celu już nie miał, bo gdy patrzył w lustro uważał, że wciąż jest za szczupły. Na treningi przychodził albo bardzo rano albo późnym wieczorem, żeby nie widzieć chłopaków. Bał się konfrontacji. Na pewno był mniejszy.

Ania zerwała z nim w sylwestra. Odmówił pójścia na imprezę. Zaplanował trening wieczorem, a następnego dnia musiał być w pracy. Nie mógł przecież zrezygnować z regeneracji. Zresztą siedzieć z bandą idiotów, pić i palić całą noc. Co to rozrywka?

Gdy zerwała, poczuł ulgę. Nie żal. Nie smutek. Nie złość. Ucieszył się w duchu, że będzie miał więcej czasu na treningi.

A te były skuteczne. Ostatnio Piotrek, ten z klasy, go nie poznał na ulicy.

 

Siłownia i odżywki planowały życie. Bigoreksja zagościła w głowie, tylko Bartek jeszcze tego nie wie.

 

Czy się opamięta? Tego nie wiadomo. Ania wyrzuciła go z serca, ale nie z głowy. Spotyka się z chłopakiem z psychologii. Ostatnio miał na zajęciach uzależnienia. Ania pierwszy raz usłyszała wtedy, na co być może cierpi Bartek. Ambitny, ale bardzo niepewny w środku. Wygląda okazale. Boi się, że bez siłowni będzie się kurczył. Nawet od diety nie zrobi odstępstwa. Żadnego.

Nie zauważył, że libido mu spadło, że organizm jest przemęczony, a głowa sfokusowana na sylwetce. Ze życie to dom, praca, uczelnia i siłownia. Że ma 20 lat i żyje jak w klatce.

 

Ania z nowym chłopakiem będzie chciała mu pomóc. Trudno będzie przebić się przez te coraz większe mięśnie.  Pytanie tylko czy silny Bartek, który bierze na klatę 120 kg wygra z bigoreksją, czy to ona jednym podmuchem wyrzutów sumienia położy go na łopatki?

 


Gabriela, Wanda, Agnieszka, Łucja, Tosia. Jedyne czego pragną to zniknąć… GWAŁT

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019

G abriela,
W anda,
A gnieszka,
Ł ucja,
T osia,

Gabriela
W
A
Ł
T

Najpiękniejsza w całej wsi. W domu bieda aż piszczy. Posagu nie będzie żadnego. Tylko ta jej uroda niesamowita może dać jej męża, bo chłopaki w kolejce do niej stoją. Każdy marzy, by w jego kuchni i sypialni rządziła ona. Jest robotna, gospodarna i bogato obdarowana przez naturę. Warkocz do talii. Gruby w kolorze lnu. Biust pięknie kontrastuje z cienką talią. Biodra słuszne. Będzie szybko rodzić. Taka kobieta to skarb.

Ten dzień był gorący. Żniwa. Ciężka robota w polu. Gdy zaczęło się ściemniać wracała do domu. Powoli, zmęczona. Ojciec chyba w polu jeszcze robił. Matka na pewno w kuchni się krzątała. Szła zamyślona. O czym myślała? Nie pamięta. Nie pamięta też kiedy poczuła mocne szarpnięcie. Najpierw nie wiedziała co to i kto to. Zaciągnął ją za stodołę na początku wsi. Nikt nie widział. A ona ze zmęczenia i strachu nawet nie pisnęła. Rzucił ją na ziemię. Słyszała jego sapanie, czuła drażniący zapach potu, potem zabolało. Tak bardzo, jakby ktoś ją ciął. Od środka. Czuła pchnięcia, mocne, nieregularne. Zastygła w bólu. Zamknęła oczy. Nie broniła się. Nie wiedziała, co się dzieje. Potem jeszcze ten skowyt. I wycedzone przez zęby, jezdeś moja.

Nie wie, ile leżała na ziemi. Nie wie, kto to był. Pamięta tylko, że był silny, duży i ciężki. Że bolało i krew z niej ciekła.

Na czworakach doczołgała się do chałupy. Matka czekała. Ojciec też. Dał jeszcze w twarz, że się po nocach puszcza. Matka umyła. Położyła do łóżka. Nic nie wyjaśniła. Wiedziała, co się stało. Gabriela jedynie instynktownie czuła, że coś złego. Że to krzywda nie tylko z tego wieczoru. Że przekreśli szansę na dobre zamążpójście, bo kto będzie chciał taką, co z chłopami po nocach używa. Nikt nie wysłucha. Matka zbyt słaba, by ją bronić, będzie tylko ukradkiem ocierać łzy nad tym, jak szybko komuś niewinnemu można zniszczyć życie.

G
Wanda
A
Ł
T

Rok 1943. Wojna trwa już 4 lata. Jest coraz trudniej. Ludzie znikają. Łapanki na ulicach. Dokoła strach, głód i płacz. Płacze każdy. Dorośli wycieńczeni niepewnością jutra. Matki i żony tracące synów, i mężów. Osierocone, błąkające się po ulicach dzieci.

Latem, gdy świeci słońce, gdy jest ciepło, można na chwilę zamknąć oczy i przy odrobinie szczęścia zapomnieć o codziennym koszmarze. Kiedy nadchodzi szara, zimna, ciemna jesień jest najtrudniej. Wszechobecny strach potęguje jej brzydotę. Godzina policyjna każe się ludziom zamykać w domach. Tylko tam, choć chłodno i głodno mają swoje małe światy, w których żyjąc szeptem mogą na chwilę być sobą.

Do takiego świata Wanda szybkim krokiem wraca po pracy. Pracuje jako kelnerka w jednej z restauracji. Restauracji tylko dla Niemców i ewentualnie dopuszczonych volksdeutschów. Nie lubi tej pracy, ale dzięki niej pomaga mamie. Ma dostęp do jedzenia, co dla małego brata, chorowitego Jasia, jest kluczowe. Wanda zdobywa też jedzenie dla sąsiadów. Trochę handluje. Jest cicha i uczynna. Maturę zrobiła w ’39. Na studia nie zdążyła pójść. Marzyła o polonistyce. Niewysoka, bardzo drobna. Włosy zawsze gładko uczesane w kok nad karkiem lub splecione w warkocz. Podoba się Niemcom, a że zna niemiecki i rozumie ich szepty,  obsługuje ich z opuszczoną głową lub wzrokiem skierowanym na bok. Szczególnie namolny jest Hans. Z urody typowy nordyk. Z zachowania cham. Żąda, by tylko ona go obsługiwała. Daje jej sute napiwki. Wanda najpierw odmawia. Ale gdy pewnego razu musi zdobyć leki dla brata i zapłacić za nie sporą sumę, z wypiekami na twarzy chowa zwitek banknotów do fartuszka. Pieniądze ją parzą, ale dumą Jasia nie wyleczy.

Wraca do domu szybko. Do mamy i brata. W ręku siatka z chlebem i mięsem. Nagle zatrzymuje się przy niej czarne auto. Szofer otwiera drzwi. Hans zaprasza do środka. Wanda przyspiesza. Boi się. Zaczyna biec. Gubi siatkę z jedzeniem. Z młodym, wysportowanym i wykarmionym mężczyzną nie ma szans. On siłą zaciąga ją do samochodu. Dłonią trzyma za usta, by ją uciszyć. Ma skórzane rękawiczki. Czuje jak Wanda gryzie go w palce. To go podnieca jeszcze bardziej. Już w aucie szybko rozpina jej płaszcz. Guziki spadają na podłogę. Rozrywa bluzkę. Widok drobnych, aksamitnych, młodych piersi sprawia, że nie jest w stanie się opanować. Każe szoferowi jechać w boczną ulicę i wysiąść na papierosa. Na tylnym siedzeniu jest sporo miejsca. Rozdziera jej pończochy. Jedyne. Bezcenne. Te, które cerowała tyle razy. Jest brutalny. Chce ją posiąść. Nie słyszy jej krzyków. Nie czuje jej paznokci, które drapią jego twarz. Tyle o niej marzył. Kończy po paru minutach. Dla Wandy niemal wieczność. Bezwładnie leży, gdy on wciąga spodnie. Ma na tyle litości, że z auta wypchnie ją dopiero pod domem.

Wanda nie przyznaje się matce. Dziś nie przyniosła jedzenia i to się liczy. Jaś osłabiony, nie będzie jadł kolacji. Dziewczyna myje się potajemnie w łazience. Poszarpane pończochy ceruje w nocy, gdy matka śpi. Nazajutrz idzie do pracy. Hans zachowuje się jak zwykle. Jest głośny. Komplementuje. Daje pieniądze. Tylko patrzy jakoś tak dziko. Jak na zdobycz.

Banknoty parzą bardziej niż zwykle. Nie wyrzuca ich. Jaś nad ranem dostał gorączki. Wanda musi dalej grać w tę grę.

Nikomu nie powie, dlaczego po wojnie nienawidzi restauracji, a w samochodzie jeździ tylko z przodu. Dlaczego nie znosi blondynów ani komplementów na głos. Dlaczego nie kupuje bluzek z guzikami. Swoją bolesną tajemnicę i wstyd zabierze do grobu. Jak większość kobiet.

G
W
Agnieszka
Ł
T

Siedzi na brzegu wanny. Łazienka z sino-różowym kolorze. Żarówka na gołym kablu, bo lamp nigdzie nie było. Na podłodze stare linoleum. W kącie pralka Frania, cudem zdobyta.

Agnieszka powinna być szczęśliwa. Wyrwała się ze wsi do miasta. Skończyła zawodówkę. Poznała Romka. Zakochała się szybko. Chciała uciec ze swoich stron. Dusiła się. Wzięli ślub. Rodzice męża po znajomości załatwili mieszkanie i pracę dla niej. Marzenie. Inni czekają na mieszkanie latami. A oni pół roku. Praca też niezła. Ma dostęp do różnych towarów. Nie stoi w kolejkach. Dziewczyny na sklepie w porządku. Dogadują się. Nawet szefowa znośna.

Okres miodowy w małżeństwie trwa rok. Agnieszka najpierw jest zachwycona chłopakiem z miasta. Co z tego, że nie przepada za tym jak ją całuje. Seks jej też nie smakuje. Nie tak to sobie wyobrażała. Mimo to wychodzi za niego. Ma z nim jakieś perspektywy. Koleżanki ze wsi zazdroszczą.

Agnieszka siedzi na brzegu wanny. Zapłakana. Nie pierwszy raz. Znów przyszedł po kieliszku. Znów śmierdzący i spocony obudził ją w nocy. Zawsze tak samo. Wie, że lubi spać na brzuchu, więc wchodzi w nią od tyłu. Tak po prostu. Bo jest napalony, a żona ma słuchać męża. Bez niego gniłaby na wsi, doiła krowy i harowała w polu. A tu ma luksusy o jakich mogła tylko marzyć.

Agnieszka to rozumie. Już nie walczy z mężem. Poddaje się. Na szczęście po kilku minutach jest zawsze po wszystkim. A jak parę razy westchnie, to i po dwóch.

Kto by jej uwierzył? Przecież Pana Boga złapała za nogi wychodząc za Romka. Mama płakała w kościele na ślubie ze wzruszenia. Tata też ukradkiem ocierał łzy. Takie szczęście. Chociaż jej będzie lepiej.

Jak ma wrócić do rodziców? Rozwód? Co ludzie powiedzą? Ślub kościelny mają. Toż to grzech.

Wanna jest jej jedynym powiernikiem. Tyle łez już po niej spływało. Z kroplami krwi nierzadko.

Agnieszka nie ma odwagi odejść. Nie przyzna się przed samą sobą, że mąż ją gwałci. Choć ciało krzyczy z rozpaczy, bo jest krzywdzone.

Agnieszka łyka łzy w milczeniu. Wmawia sobie, że tak pewnie mają wszystkie żony. Zaciska zęby. Nie jest świadoma, że za pół wieku kobieta będzie mogła walczyć o swoją godność i sprawiedliwość. Ona jest tym pokoleniem, które nie ma prawa sprzeciwu i walki o siebie. I cierpi do końca w samotności.

G
W
A
Łucja
T

Samotna matka trójki dzieci. Pracuje na dwóch etatach. Dobrze, że najstarsza córka jest taka dojrzała. Opiekuje się bliźniakami. Odbiera ze szkoły, pomaga im w lekcjach, gotuje obiady, sprząta. Za swoje lekcje bierze się gdy chłopcy idą spać. Kuje po nocach. Chce się dostać na medycynę. Dużo nauki przed nią.

Łucja pracuje,by odłożyć trochę grosza. Bo jak Karolinka dostanie się na uniwersytet to będzie musiała wysyłać jej pieniądze na utrzymanie. Pracuje więc z rana na kuchni w przedszkolu, a popołudniu jako sprzątaczka w pobliskiej szkole. Wraca do domu po dwudziestej, gdy chłopcy już śpią lub leżą w łóżkach. Prawie ich nie widuje. Tylko na przerwie jak kończą lekcje, a ona zaczyna pracę.

Z córką pogada chwilę gdy ta odgrzewa jej obiad. Potem Karolina idzie się uczyć, a Łucja pada zmęczona. Nawet na serial nie ma siły.

Tego dnia bardzo boli ją głowa. Dziewczyny z pracy każą jej iść do domu szybciej. Widzą, że jest bladosina. Wraca więc i cieszy się, że chłopców zobaczy. Jest już ciemno. Po nowym roku przybywa co prawda dnia, ale po minucie. Mija pierwszą klatkę ośmioklatkowego bloku. Mieszka w ostatniej. Idzie powoli. Ból rozrywa czaszkę. Czuje nagle silne uderzenie w plecy. Nie wie, co się dzieje. Nie wie też, że szedł za nią od kilkuset metrów i upatrzył na ofiarę. Ciągnie ją za włosy do trzeciej klatki. Bez problemu otwiera drzwi, chyba zamek był zepsuty. Wpycha do piwnicy. Tam przygotował już miejsce. Łucja przytomnieje, gdy wkłada jej rękę pod spódnice. Zapomina o bólu. Szarpie się. Krzyczy, wierzga. Nie wie jak i w co go uderzyła, ale słyszy jak zawył i przeklął. Wyrywa mu się. Ktoś na szczęście wchodzi do piwnicy. Nieświadomie ją ratuje. Widzi młodego chłopaka w ciemnej kurtce z kapturem na głowie i krzyczącą kobietę koło 40-tki.

Łucja w dzikim pędzie ucieka. Odpycha przerażonego lokatora z piwnicy. Wypada z klatki. Biegnie do domu. Roztrzęsiona. Zapłakana. Córka znów staje na wysokości zadania. Wie, że trzeba reagować. Matka się wstydzi. Nie chce na policję. Bliźniaki mają po 10 lat, mogą zostać sami. Córka siłą wyprowadza ją z mieszkania. Na osiedlu jest mały komisariat. Zgłoszą.

Przesłuchanie jest bolesne. Dużo pytań. Czuje się jak przestępca, a nie jak ofiara. Monitoringu w bloku jeszcze nie mają. Znajdą świadka zdarzenia. Może coś ustalą. Ale jak nie zgwałcił to jaki to gwałt. Uciekła przecież. Za napaść mogą ukarać co najwyżej, bo dowodów nie ma. Ani śladów pobicia, ran, nasienia, krwi.

Łucja jak wiele kobiet żałuje, że zgłosiła się na policję. Sprawcy nie znaleziono. Nie wiadomo kto to był. A że krzywdy nie zrobił w sumie żadnej to nie ma szkodliwości czynu. Nic się nie stało.

A jednak się stało. Łucja nosi przy sobie od tej pory gaz łzawiący. Wraca inną drogą, nie przy klatkach. Czasem prosi, by koleżanka ją odprowadziła. Wstydzi się. Nie przyznała nikomu. Czuje się winna. Co zrobiła nie tak, że to ją chciał upolować? Przestała się malować. Chodzi tylko w spodniach. Gdy widzi idącego mężczyznę, zaczyna biec. Ucieka. Boi się. A przecież nic się nie stało.

G
W
A
Ł
Tosia

Studentka. Śliczna, przebojowa, wygadana. Na fejsie ma 358 znajomych. Wysportowana. Biega cztery razy w tygodniu. Ma duży krąg przyjaciół. Razem chodzą do kina, na pizzę i imprezy. Tańczą i piją do rana. Są piękni i młodzi. Szybka regeneracja i o 9 są już na uczelni.

Tego wieczoru opijają obronione licencjaty. Dostała 5. Jest przeszczęśliwa. Na fejsie 200 lajków, 153 komentarzy. Świat należy do niej.

Pije sporo. Tańczy. Rzuca się w oczy. Właśnie leci jej ulubiona piosenka. Pamięta początek „Shape of you”, potem nic. Dziura. Budzi się w akademiku. Zaspała na zajęcia. Ma chyba mocnego kaca, bo głowa pęka i wszystko boli. Spała w ubraniu. Współlokatorek nie ma. W łazience odkrywa krew na bieliźnie. Smużki na udach po wewnętrznej stronie. Pewnie okres. Po chwili uświadamia sobie, że to niemożliwe. Miesiączkę miała tydzień temu. Uczyła się do egzaminu i bardzo bolał ją brzuch. Dopiero jak weszła pod gorący prysznic to minęło.

Nic nie pamięta. To dziwne. Nigdy nie pije tak, żeby urwał jej się film. Krocze też boli. Szczypie.

Jeszcze się nie domyśla. Jeszcze wierzy, że nic się nie stało. Gdy za chwilę ją oświeci, siada przerażona na podłodze. I tak siedzi zastygła do powrotu dziewczyn. Dziewczyny pamiętają trochę. Wyszła z Krystianem, słaniała się na nogach. Mówił, że ją odprowadzi. To był ich znajomy. Kolega z roku.

Reagują błyskawicznie. Kinga studiuje prawo.  Jakieś pojęcie ma. A Kaśka miała zrobić wczoraj badanie moczu i zapomniała. Ma pojemniczek. Delikatnie wyparzoną łyżeczką zeskrobują wydzielinę z bielizny Tosi. Robią zdjęcia jej ud. Nie pozwalają się podmyć. Biorą ubera i jadą na policję. Razem z Tosią. Najpierw mówią za nią. Jak z karabinu. Z niej uszło całe życie. Potem Tosia przesłuchiwana jest sama. Czuje się bardzo niekomfortowo. Łańcuch pytań ją dusi. Może kusiła, namawiała? Była przecież po drinku. Była zalotna, frywolna, wysyłała sygnały?Jak była ubrana, pomalowana? Mini i mocny makijaż? No to działa na płeć przeciwną. Chyba była tego świadoma? Czy znała chłopaka, czy byli parą? Czy ma wielu przyjaciół? Jakie utrzymuje z nimi stosunki? Czy jest aktywna seksualnie? Zmęczony policjant po czterdziestce zadaje pytania bez jakichkolwiek emocji. Jakby pytał o godzinę. Czasem westchnie, coś mruczy pod nosem. Kolejna naiwna, co to życie ją zaskoczyło. Było siedzieć w domu, a nie z gołą dupą po dyskotekach latać.

Dziewczyny mają filmiki z imprezy i zdjęcia. Przekazują je policji. Przypadkiem się nagrało jak Krystian wyprowadza Tosię. Pojemniczek z wydzieliną z bielizny też zostaje na komisariacie. Dziewczyny żądają badania koleżanki. Szczególnie Kinga. Składają zeznania. Późnym wieczorem po chłopaka przychodzi policja. Po 48 godzinach wszystko się wydaje. Kristian najpierw zaprzecza, ale w obliczu wyników badań nie ma szans.

Tosi jest objęta pomocą psychologa. Poczucie winy bardzo powoli przepracowuje na terapii. Nawet jeśli się doskonale bawiła, miała dekolt i krótką spódniczkę nic nie usprawiedliwia zachowania Kristiana. Za podanie tabletki gwałtu i sam gwałt dostaje wyrok. Nie jest bezkarny. Dorosłe życie zacznie od kilkuletniej odsiadki. Tosia na szczęście nic nie pamięta. Mimo to kolorowo nie jest. Co złośliwsi shejtowali jej profil na fejsie, dlatego konto szybko zablokowała. Stara się chodzić z podniesioną głową. Nie czuć wstydu. Ale ciężar świadomości bycia zgwałconą na dyskotece przygniata. Gdyby dorwał ją w ciemnej ulicy jak wraca z biblioteki, może nie wylano by na nią tylu wiader pomyj. A że poszła na imprezę. Świetnie się bawiła i jest bardzo atrakcyjna, to na pewno sobie zasłużyła. Ona w ogóle taka pewna siebie, to jej życie nosa trochę utarło.

Tosia bierze dziekankę. Chce odpocząć od powietrza, które ją truje. Od fałszywych znajomych, którzy w oczy nie mają odwagi powiedzieć tego, co szepczą po kątach lub wypisują w necie. Od okolicy, która wszystko jej przypomina, choć tak naprawdę nic nie pamięta.

Psycholog tłumaczy jej, że nie zrobiła nic złego poza tym, że była zbyt ufna. Oprawca zabrał jej nie tylko ufność i wiarę w drugiego człowieka. Zabrał godność, dobrą opinię i pewność siebie. Zabrał kobiecość w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Za tę kobiecość Tosia siebie nienawidzi. Nie lubi swoich piersi,  bioder i pupy.  Włosy zgoliła niemal do zera. Nie być już kobietą.

Nie maluje się już. Nie uprawia sportu. Chodzi niedbale ubrana. Mało je. Nie chce spotykać się z tymi przyjaciółmi, którzy wiernie przy niej zostali. Jedyne czego pragnie to zniknąć. Zniknąć dla świata, który i tak wydał na nią wyrok, nie wysłuchawszy co ma do powiedzenia.