Ania. Ludzie często myślą, że terapia sprawi, że poczują się lepiej. Jako cel – tak, ale droga do tego jest jak każda – ciężką pracą

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
9 grudnia 2015
Fot. iStock / Yuri_Arcurs
 

Ania ma 42 lata. Zgłasza się na terapię. „Po co? Nie wiem. Źle się czuję. Nie chce mi się wstać. Pracować. Rozmawiać. Najlepiej czuję się sama ze sobą, gdy wracam i nikogo nie ma. Tomek w pracy, Jacek u swojej dziewczyny. Cisza. Niczego nie zauważyli, w domu wszystko jest jak zwykle. Obiad. Pranie. Rachunki. Weekend u jego mamy. Żyjemy jak zawsze. Pustka.”

Terapeuta: O czym Pani pomyślała idąc tu? – ciemnowłosy lekko szpakowaty mężczyzna w średnim wieku wlepia we mnie spojrzenie. Ma kolorowe skarpetki.

Ja: O tym, że to głupi pomysł.

Terapeuta: Więc dlaczego Pani przyszła skoro nie była do tego przekonana?

Ja: Nie wiem. Po prostu szłam przed siebie. Jak w życiu.

(Dlaczego ma kolorowe skarpetki?)

Terapeuta: Jak w życiu? Też Pani idzie tam gdzie nie chce?

Ja: Zazwyczaj. – Denerwuje mnie, że jego fotel jest tak blisko. Krępuje mnie.

Terapeuta: To musi być męczące – wzdycha i zapisuje coś w swoim notesie, który rozłożył przed sobą.

Ja: Nie rozumiem.

(Może rozumiem, ale mnie irytuje).

Terapeuta: Męczące jest, gdy człowiek idzie w kierunku, w którym nie chce iść. Co Pani przeszkadza zawrócić?

Ja: Myślę. Rzeczywiście wciąż robię rzeczy, których nie lubię. Nie znoszę swojej pracy, nie podoba mi się mój dom, nie lubię nawet Warszawy.

Ja: Nie mam siły. Nie chce mi się.

(Teraz też nie chce mi się odpowiadać. Denerwuje mnie jego notowanie).

Terapeuta: Rozumiem.

(Czyżby?)

Ja: Nie wiem, czy Pan rozumie. – patrzę mu w oczy. – Nie może Pan rozumieć, bo mnie Pan nie zna.

Terapeuta: Rozumiem, że Pani nie ma siły i że się Pani nie chce. – parafrazuje (tak to się chyba nazywa).

Ja: Nie wiem sama… Chciałabym chcieć, ale nie mam siły.

Terapeuta: Czy wie Pani, po czym by Pani poznała, że znów się Pani chce?

(Dziwne pytanie)

Myślę chwilę. Jak to było chcieć? Chyba rano jadłam płatki z mlekiem.

Ja: Miałabym ochotę na płatki- odpowiadam.

Terapeuta: Czekoladowe?

(Co???)

Ja: Nie, z miodem. Słodkie płatki z miodem i orzechami.

Terapeuta: Pamięta Pani kiedy ostatni raz jadła takie płatki?

Hmm. W wakacje zeszłego roku?

Ja: Chyba rok temu w wakacje.

Terapeuta: Proszę o tym opowiedzieć. Gdzie Pani była i z kim?

Byliśmy z mężem w Grecji. Było gorąco. Nie chciało mi się jeść. Całe dnie jadłam płatki z mlekiem.

Terapeuta: Jak się Pani wtedy czuła?

Próbuje sobie przypomnieć Kretę. Czułam się wspaniale wtedy. Miałam kochanka i byłam szczęśliwa. Nie powiem mu.

Ja: Było mi dobrze wtedy.

Terapeuta: Czy było tam coś, czego brakuje Pani dzisiaj?

(Czyta mi w myślach!)

Nie chcę mu o tym mówić. To obcy facet. Ma kolorowe skarpetki. Ciągle notuje. Nie lubię go. Nie wzbudza mojego zaufania. Długa cisza.

Terapeuta: Dlaczego Pani tu przyszła? – przerywa nagle milczenie i odkłada swój notes, patrząc jednocześnie na zegar.

Ja: Już Panu mówiłam, nie mam siły żyć.

Terapeuta: Jak Pani sobie wyobraża, w jaki sposób terapia miałaby Pani pomóc?

(Brzmi to jak cytat, jest mi zimno).

Ja: Nie wiem. Szukam pomocy. Energii do działania.

Terapeuta: Terapia mogłaby stanowić dla Pani źródło energii?

(Czy słyszę ironię czy to mój własny jad?).

Ja: No tak…

Terapeuta: Jak? W jaki sposób?

(Głupek!)

Ja: Czułabym się lepiej, wychodząc stąd.

Terapeuta: Yhm. A potem?

Ja: Wracałabym do domu i myślała o swoim życiu.

Terapeuta: O czym by Pani myślała?

Ja: No o życiu. Że może się zmienić.

Terapeuta: W jaki sposób?

(Normalnie płyta mu się zacięła, zaciskam zęby)

Ja: Pan mówiłby mi, co robię dobrze, a ja bym czuła się wzmocniona.

Terapeuta: Skąd miałbym to wiedzieć?

(Ale co?)

Ja: Przecież jest Pan terapeutą! Zajmuje się Pan zmienianiem żyć.

Terapeuta: Aha. Wyglądam na czarodzieja? – marszczy nos i wywraca oczami.

Ja: Ma Pan wiedzę i doświadczenie w udzielaniu pomocy, a ja bardzo potrzebuję pomocy!!!! Nie mam już siły!!! Chcę jeść te cholerne płatki!!!!

Zaczynam płakać i już sama nie wiem, czy z bezsilności, smutku czy ze złości. Osuwam się na fotel i robi mi się lżej. Zaczynam tęsknić za Grecją, kochankiem i płatkami z miodem. Ale najbardziej tęsknię za sobą. Przypominam sobie swoje sukienki, radość, entuzjazm, turkusowy akryl na paznokciach, który odbijał niebo. Pisałam do niego maile, opisując wszystko, co widzę. Był moją plażą, rozgrzaną skórą, wieczorną falą uderzającą o brzeg. Był moim powrotem, sensem, pocztówką. Zaciskam pięści, aby zadusić tęsknotę. Wycieram łzy i łapię jego wzrok. Przygląda mi się chłodno (chyba) i zaczyna mówić.

Terapeuta: Chciałbym Pani pomóc, ale nie jestem czarodziejem. Mogę być z Panią w tej drodze, która, mam nadzieję, zmieni Pani życie. (bla bla bla). Ale to Pani musi iść. Terapia wymaga siły, będzie Pani pomocna, ale też będzie Panią przygnębiać, smucić, pozbawiać. Być może dobrze byłoby pomyśleć o lekach na początek, konsultacji u psychiatry, abyśmy mogli uzyskać od Pani choć odrobinę energii.

Ja: Psychiatry?!!!

(Czy powiedziałam coś, co wskazuje, że jestem chora psychicznie?! Po co tu przyszłam?)

Terapeuta: To normalna konsultacja, ma Pani obniżony nastrój, może to stan depresyjny. Ważne jest, aby porozmawiała Pani z lekarzem. Leki pomogą nam w pracy nad zmianą. Ludzie często myślą, że terapia sprawi, że poczują się lepiej. Jako cel – tak. Ale droga do tego jest jak każda ciężka pracą. Pojawia się zmęczenie, frustracja, cierpienie związane z odkrywaniem bolesnych spraw, czasami długo utrzymujący się smutek. Jeśli już teraz nie ma Pani siły wstać, jak będzie potem? Martwię się o Panią, dlatego chciałbym, aby była Pani zaopiekowana także medycznie.

Martwi się o mnie? Dziwne. Nie czuję tego. Przypomina mi mojego dziadka, który nigdy nikogo nie przytulił. Nie chcę tu być. Być może ma rację. Może nawet powinnam pójść do tego lekarza, ale nie chcę tu wracać. Chcę się przytulić do kogoś. Chcę poczuć, że jestem ważna; to, co mówię. Że chciałabym zjeść z tym człowiekiem płatki. Czy za dużo wymagam?

Terapeuta: Dziękuję. Nasz czas minął. Proszę się zapisać, jak już skonsultuje się Pani u psychiatry. Dać Pani namiar na kogoś?

Ja: Nie, poradzę sobie. Do widzenia.

Wracam do domu i zaczynam się śmiać.

Przypominam sobie ten jego notes i skrobanie piórem. Pytania z podręcznika. Ściśnięte usta i brak ekspresji. Chłód. Obojętność. Zatykam sobie usta, bo tak chce mi się śmiać. Czy wyobraża sobie Pani, jak terapia mogłaby Pani pomóc… No doprawdy.

Oj, drogi Terapeuto, nikt ci nie powiedział, że ludzie przychodzą też pod odrobinę ciepła? Uwagi? Zainteresowania? Że brak chcenia jest też wyrazem samotności tak dotkliwej, że tylko drugi człowiek mógłby to zmienić. Nie, nie czarodziej. Człowiek właśnie. Człowiek w terapeucie. Nie znalazłam go w tobie.

Zapisz więc w tym swoim notesie, że pacjentka jest w depresji, odmawia konsultacji medycznej i nie nadaje się do terapii. Dopisz też na marginesie, że po wyjściu z twojego gabinetu pacjentce strasznie chciało jej się śmiać. Pytasz, kiedy ostatni raz się śmiała? Wiesz kiedy? Gdy jej pies puścił śmierdzącego bąka.


 

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Ani

  1. Ludzie często myślą, że terapia sprawi, że poczują się lepiej. Jako cel – tak, ale droga do tego jest jak każda – ciężką pracą – czytasz ten odcinek
  2. „Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce. Złym ludziom serce bić przestało”


Ania. „Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce. Złym ludziom serce bić przestało”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
28 grudnia 2015
Fot. Unsplash / Eli DeFaria / CC0 Public Domain
 

Stara kamienica w centrum miasta. Denerwuję się i mam ochotę uciec. Jaka ona będzie? Czy mnie polubi? Czy zrozumie? Nie potrzebuję więcej rozczarowań. Moja mama trzasnęła słuchawką na święta i powiedziała: – Jesteś jak twój ojciec. Niszczysz innych.”. Przygryzam wargę, jak zawsze gdy się stresuję. Numer 6 i ktoś otwiera mi drzwi domofonem. Wchodzę.

Terapeutka: Dorota C. – przestawia się i wyciąga do mnie rękę. Włosy podpięte spinką, plisowana szara spódnica, półbuty. Szare uważne oczy.

Ja: Ania.

Terapeutka:  Proszę wejść – wpuszcza mnie do małego pokoju, gdzie stoją dwa fotele. – Moje miejsce jest pod oknem. (Jakbym chciała je zająć). Przemykam na swoje (czy to będzie naprawdę moje?) i upycham małą torebkę obok siebie. Pudełko z chusteczkami, woda. Ona siada, ja nalewam sobie do plastikowego kubka. Uśmiecha się.

Terapeutka: Gorąco. Może otworzę okno? – nie czekając na odpowiedź, podchodzi do okna i uchyla je. Wypijam duszkiem cały kubek. – Jest Pani zdenerwowana. – ani to pytanie ani stwierdzenie. Gryzę brzeg plastiku.

Ja: Tak. Czuję się nieswojo.

Terapeutka: Jak to jest?

Ja: Nieswojo? To znaczy, że się boję.

Terapeutka: Mnie?

Ja: Tak. Nie chodzi mi o to, że Pani wygląda groźnie (chichoczę nerwowo), ale nie znam Pani. A muszę Pani powiedzieć coś o sobie.

Terapeutka: Musi Pani? – zmienia pozycję pochylając się w moją stronę.

Ja: No niby nie muszę, ale chcę. Źle się czuję.

Terapeutka: Dlaczego się Pani źle czuje? – marszczy czoło i poprawia kosmyk włosów za uchem.

Ja: Bo chciałabym coś zrobić, co skrzywdzi innych. Czuję się źle ze sobą.

Terapeutka: Ze sobą krzywdząca?

Ja: Tak. Nie lubię ranić innych.

Terapeutka: Nikt nie lubi, to przykre. – przechyla głowę w bok i smutno na mnie patrzy.

Ja: Jestem złym człowiekiem. – Jezu, od razu mówię jej takie rzeczy! Po co?

Terapeutka: Co to znaczy być złym człowiekiem, Pani Aniu?

Ja: Egoistką. Zdrajcą.

Terapeutka: To bardzo oceniające. Jest Pani zła na siebie?

Ja: Nie wiem… Jestem zła po prostu. Zdradzam swojego męża od roku i chcę od niego odejść – wyliczam szybko i spuszczam wzrok. Skupię brzeg torebki.

Terapeutka: Zdradzać kogoś i chcieć od niego odejść to jednoznaczne z byciem złym? – mówi zdziwiona.

Ja: A nie?

Terapeutka: Nie. To może oznaczać też wiele innych rzeczy.

Ja: Jakich?

Terapeutka: Bycie samotnym, niekochanym, niekochającym, zrozpaczonym…

Ja: Tak się czuję właśnie – ściska mnie w gardle i chce mi się strasznie płakać.

Nic nie mówi. Patrzy na mnie zatroskana. Myślę o tym, że chciałabym aby była moją mamą. Aby moja mama na mnie tak patrzyła. Siorpię nosem i nie mogę przestać płakać.

Terapeutka: Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce – mówi cicho. – Złym ludziom serce bić przestało.

Ja: Czy Pani mnie przyjmie?

Terapeutka: Słucham?

Ja: Czy znajdzie Pani dla mnie miejsce?

Terapeutka: Tak, skąd ta obawa?

Ja: Boję się, że nie zasłużę na terapię u Pani.

Terapeutka: To na terapię trzeba zasłużyć? – Cisza.

Ja: Jak na wszystko, prawda? – Cisza.

Terapeutka: Musi Pani zasłużyć na każdą relację?

Ja: Tak, muszę. W moim małżeństwie pracowałam 9 lat. Jako sprzątaczka, sekretarka, kierowca i niańka. Nie chcę już.

Terapeutka: W nowym związku jest inaczej?

Ja: Jestem księżniczką z bajki – robi mi się przyjemnie w sercu. – To takie przyjemne, gdy ktoś o mnie dba.

Terapeutka: Pani mąż nie potrafi?

Ja: Nie, zresztą nie wiem. Ja jestem od dbania.

Terapeutka: Czyli: Pani dba o męża, a kochanek o Panią. Kto dba o kochanka?- dobre pytanie.

Ja: Chyba jego żona. Tak, ona.

Terapeutka: Czyli wszyscy mają zaspokojone potrzeby, gdy żyjecie w tym czworokącie. Myślała Pani, co się stanie, gdy ten układ zniknie?

Ja: W sensie gdybym się rozstała z mężem? Hmm. Myślę, że będzie inaczej.

Terapeutka: Czyli jak?

Ja: Będę dbać o siebie zamiast o kogoś. A kochanek? Będzie też musiał zadbać o siebie, bo nikt o niego nie zadba.

Terapeutka: To będzie związek? – pyta i unosi brew.

Ja: Nie wiem. Nie jestem pewna, czy chcę z nim być. On mi pomaga rozstać się z mężem.

Terapeutka: Jak?

Ja: Daje mi siłę.

Terapeutka: A bez tej siły nie potrafiłaby Pani?

Ja: Nie wiem. Czułabym się mniej pewna.

Terapeutka: Może to dobrze? Brak pewności też coś mówi.

Ja: Co mówi?

Terapeutka: Że może warto się zastanowić? Poczekać? Upewnić? Byliście Państwo na terapii małżeńskiej?

Ja: Nie. Nie chcę terapii. Chcę odejść.

Terapeutka: Rozumiem.

Ja: Nie chcę z nim próbować. Nie kocham go.

Terapeutka: Czego Pani oczekuje od naszych spotkań?

Ja: Chciałabym, aby pomogła mi się Pani rozstać.

Terapeutka: Mogę Pani w tym towarzyszyć. Mogę Pani słuchać. Mogę być.

Ja: Czy może mi Pani powiedzieć, czy dobrze robię?

Terapeutka: Tylko Pani może znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Ja: Czy Pani mnie nie zostawi?

Terapeutka: Nie. A czy Pani będzie tu w przyszłą środę o 17.00?

Ja: Tak. Będę.

Terapeutka: To do zobaczenia. Będę na Panią czekać.

To zdanie „Będę na Panią czekać” rozpoczęło moje najważniejsze spotkanie z samą sobą. Rozstałam się z kochankiem. Rozstałam się z mężem, a potem do niego wróciłam. Rozstałam się z matką, a potem do niej wróciłam. Rzuciłam terapię, a potem wróciłam. Ona nigdy mnie nie zostawiła. Jestem dziś innym człowiekiem dzięki Niej.


Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Ani

  1. Ludzie często myślą, że terapia sprawi, że poczują się lepiej. Jako cel – tak, ale droga do tego jest jak każda – ciężką pracą
  2. „Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce. Złym ludziom serce bić przestało” – czytasz ten odcinek


Magda. Dwa kroki do wolności

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
21 listopada 2015
Fot. iStock / pixalot

Terapia bywa męczącą. A raczej to my bywamy nią zmęczeni. Magda też jest. Nie ma ochoty mówić o emocjach. Chce odpocząć. Po prostu sobie posiedzieć.

Piątek. Godzina 15:00

Gabinet jest surowy. Biurko, kozetka fotel dla niej – jeden, drugi dla mnie. Wiem, że przyjmują tu też lekarze innej specjalizacji. I chusteczki na tym biurku. Pewnie potrzebne tylko podczas wizyt u niej. Kiedyś się śmiałam, że to takie „filmowe”, te chusteczki. Śmiałam się, jak pierwszy raz wyciągnęła je dla mnie. Płakałam i śmiałam się. Powiedziałam jej wtedy, że zastanawiałam się zawsze, czy one faktycznie w gabinecie psychoterapeuty są potrzebne.

Nad jej głową wisi tablica z opisanym przewodem pokarmowym i jakimiś chorobami. Nic z niej nie udało mi się zapamiętać. Czasami patrzałam na balkony mieszkań naprzeciwko. Wolałam myśleć, co robią ludzie, którzy tam mieszkają, niż co słychać u mnie.

W gabinecie wisiał obraz. Jedyna ładna rzecz.

Terapeutka: O czym Pani myśli.

Ja: O niczym. (dzisiaj mam pustkę w głowie, nie chce mi się niczego odkrywać)

Cisza

Lubię tak siedzieć i nic nie mówić. Gdzie ten czas, kiedy miałam jej tyle do powiedzenia. Tyle błahych rzeczy, które wydawały mi się ważne. Teraz doceniam tę ciszę.

I ten obraz.

Ja: Lubię ten obraz.

Terapeutka: Tak? Dlaczego?

Ja: Nie wiem. Taki spokój na nim jest.

Terapeutka: A co Pani na nim widzi?

Ja: Kota.

Terapeutka: Kota? (zdziwiona i uśmiechnięta odwraca się i patrzy na obraz)

Ja: No tak, kota. Kota w płaszczu. W długim czarnym płaszczu spod którego wystaje tylko ogon. Trzyma w łapach ten wielki różowy parasol.

Terapeutka: A jak ma na imię?

Ja: No jak. Findus. Zna Pani taką bajkę dla dzieci? O kocie Findusie i jego staruszku Pettsonie? Moje dzieci uwielbiają, ja też. Ten kot umie mówić. Pewnego dnia postanawia się wyprowadzić. Pettson urządza mu mieszkanie obok swojego domu. Zresztą mnóstwo jest tych historii.

Terapeutka: Ale opowiada Pani właśnie tę o wyprowadzce…

(wiem, co chce powiedzieć. Też stoję przed podjęciem decyzji, wkurza mnie, że widzi drugie dno. A ja chcę dziś spokoju. Bezpiecznego dla mnie tematu, bez trudnych emocji)

Terapeutka: Koty lubią chodzić swoimi drogami…

Ja: No tak.

(i koniec. Chusteczki. Tak łatwo mnie dotyka. Czuję znowu gulę w gardle, już nie chcę nic więcej mówić)

Cisza. Już nie ma w niej spokoju.

Ja: Zazdroszczę mu. Temu kotu z obrazu…

Terapeutka: Czego?

Ja: Że może iść, gdzie chce. Że może wybrać swoją drogę i iść powoli, nigdzie się nie spieszyć…

(dlaczego to tak boli, przecież to tylko cholerny kot z różowym parasolem)

Terapeutka: A jak Pani myśli, gdzie on idzie?

Ja: Nie wiem.

Kot w czarnym płaszczu z różowym parasolem jest na pierwszy planie. Przed nim jest już tylko biało brudne tło. Trochę jak śnieg.

Ja: Mam wrażenie, że za chwilę, za moment wejdzie w tę białą przestrzeń. A tam jest tak cicho i spokojnie. Tam jest szczęśliwy.

Terapeutka: Co Pani widzi?

(tak wiem, to nasza gra: nie umiesz mówić emocjach – opowiedz obrazkiem)

Ja: Widzę tego kota, jak patrzy przed siebie i widzi wielką przestrzeń. Taką, której nic nie zakłóca aż po horyzont. Jak wielka łąka. On musi tylko zrobić dwa kroki. Dwa kroki do wolności. Gdzie już od nikogo nie będzie zależeć. Gdzie jest spokój. I cisza.

Terapeutka: Co znaczy od nikogo nie zależeć?

Ja: Że tam może podejmować decyzje nie oglądając się na innych. Nikogo za sobą nie ciągnie. Nie przytłacza go odpowiedzialność. Jest taki lekki… I taki wolny. Nikt niczego od niego nie oczekuje…

(płaczę. Boże ile bym dała za to…)

Terapeutka: Dostałam ten obraz od znajomej. Była przed sześćdziesiątką, kiedy postanowiła spełnic swoje marzenie i zaczęła malować. Zawsze chciała to robić, tylko nigdysię nie składało. Zaprosiła mnie na swoją pierwszą wystawę… Ten obraz też namalowała…

Ja: Piękny.

Dzwonek. Koniec. Popatrzę na niego za tydzień.

Noszę ten obraz w głowie. I te emocje. Marzenia o wolności. Te dwa kroki to bardzo dużo. Ale robię je. Powoli. Przesuwam się powoli do przodu.

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę

  4. Dwa kroki do wolności  –  czytasz ten odcinek