8 ważnych życiowych lekcji, które dostałam od innych ludzi

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
12 lipca 2016
Fot. iStock/gruizza
 

Gdzie byśmy byli, gdyby nie inni ludzie? Jakbyśmy żyli w samotności? Przecież ludzie, to siła napędowa naszego życia, nie uważacie? Dla nich i przez nich chcemy się zmieniać. Ale też dzięki nim dowiadujemy się wielu rzeczy o sobie i o człowieku w ogóle.

Spotykam różnych ludzi. Z jednymi się wiążę, z innymi nie. Dzisiaj wiem:

Że ludzie odchodzą

Tak się w życiu dzieje, że my porzucamy ludzi, oni porzucają nas. Puszczamy niektórych, choć nie raz nie jest to łatwe, ale pozwalamy w końcu sobie iść inną drogą i tamtej osobie również. Już bez tłumaczeń, bez próby walki udowadniając, że jednak trzeba przy sobie być. Usłyszałam jakiś czas temu: „Ludzie odchodzą, to naturalne”. Choć czasami za nimi tęsknimy, to jednak wiemy, że spotkaliśmy się na pewnym etapie życia po coś i pozostaje nam liczyć na to, że oboje wyciągnęliśmy z tego dobrą dla nas lekcję.

Że różnimy się na wielu płaszczyznach

To niby truizm, bo, że się różnimy, to często powtarzany frazes. Ale dopiero bliskie spotkania z drugim człowiekiem nam to unaoczniają. Bo nie różnimy się jedynie wyglądem, pasją, zainteresowaniami. Różnią nas priorytety, pojmowanie szczęścia, oczekiwania jakie stawiamy samym sobie i innym. I nagle okazuje się, że napotykamy w relacji z drugim człowiekiem mur nie do przejścia, płaszczyznę, na której nigdy nie znajdziemy porozumienia. A kiedyś myślałam, że dogadać się można z każdym. Jednak nie można, nie da się ze wszystkimi. Można odpuścić, zaakceptować, albo odejść. To też ważna lekcja.

Że nie ze wszystkimi trzeba się spotykać

Nie wiem, czy każdy ma w życiu taki czas, kiedy wokół niego jest dużo ludzi. Dużo znajomych nowych, starych, bliższych i dalszych. I nagle przychodzi moment, kiedy brakuje nam czasu na spotkania, kiedy wszystkich tych znajomości nie jesteśmy w stanie utrzymać z równym zaangażowaniem. I kiedy w końcu rozumiemy, że te znajomości zaczynamy wartościować – na te ważniejsze i mniej ważne, bo z jednych czerpiemy więcej, a inne są bardzo powierzchowne. Ta lekcja, że pewne relacje są dla nas bardziej wartościowe i że to na nich chcemy się skupić, jest bardzo cenna, choć bywa bolesna. Bo ktoś może nam zarzucić egoizm, ktoś inny arogancję. Ale z drugiej strony my wiemy, że tak nie jest, że są ludzie, przy których czujemy się lepiej, bezpieczniej, którzy akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy. Mamy prawo do takich wyborów.

Że ludzie budzą w nas skrajne uczucia

To jest niezwykłe, jak wiele o nas samych dowiadujemy się dzięki innym ludziom. To dzięki spotkaniom z nim wiem, co mnie złości, co doprowadza do szału, co wzrusza, a co sprawia, że czuję bezsilność, ale też czego nie jestem w stanie zaakceptować. Często trwamy w relacjach, w których mamy mało punktów stycznych, ale nie potrafimy się z nich wyplątać, kiedy ktoś sprawia, że jesteśmy poddenerwowani, tracimy pewność siebie, kiedy wysysana jest z nas energia. Uczę się, że nie musimy trwać w takich relacjach, że możemy się wycofać, zareagować, nie pozwalać się używać. Nie wszystkie nasze relacje, nawet te, które wydają się nam na pierwszy rzut oka bliskie, trzeba podtrzymywać. Jeśli nam źle, mamy prawo się wycofać.

Że niektórzy pojawiają się tylko na chwilę

Są ludzie, których spotykamy na jakiś moment i wiemy, że już nigdy w naszym życiu się nie pojawią, a jednak odgrywają wielką rolę, wyciskają na nas swoją krótką obecność. Bywa, że ktoś staje się dla nas inspiracją, ktoś inny zmotywuje do działania, a jeszcze ktoś sprawi, że zrozumiemy, czym dla nas jest szczęście czy miłość. Tacy ludzie nauczyli mnie, że trzeba być uważnym, bo każdy, kogo spotykamy może dać nam ważną lekcję o sobie, o życiu, o wartościach, które warto pielęgnować. Jedna rozmowa może naprawdę wiele w naszym życiu zmienić. Naprawdę.

Fot. iStocl/Todor Tsvetkov

Fot. iStocl/Todor Tsvetkov

Że są ludzie, którzy ranią i to też dzieje się po coś

Bo przecież spotkania z ludźmi to nie tylko radość i przyjemność, to często także cierpienie i rozpacz, kiedy ktoś komu ufaliśmy, kogo kochaliśmy, zranił nas tak, że na chwilę świat przestał istnieć, zatrzymał się, a my chcieliśmy przestać żyć, zniknąć, byleby tylko przestało nas boleć. Ale przecież po każdym takim ciosie wstajemy, paradoksalnie silniejsi, bardziej pewni siebie, ale też ostrożniejsi nie pozwalając się ranić zbyt szybko i zbyt głęboko. Te wszystkie lekcje cierpienia pokazały mi, że jestem silna, że są ludzie, którym ufać nie powinnam, że kochając siebie też mogę być szczęśliwa nie szukając akceptacji w innym człowieku. A w końcu, że nie wszyscy ludzie są dobrzy – to było chyba najtrudniejsze.

Że nie można spełnić oczekiwań wszystkich wokół

Nie można być miłym i grzecznym dla wszystkich. Nie można sprawić, by każdy nas lubił. Nie da się zadowolić wszystkich, bo każdy ma wobec nas inne oczekiwania. I im bardziej my te oczekiwania będziemy chcieli spełnić, tym coraz to inne będą nam stawiane. Będziemy chcieli nieustannie uszczęśliwić innych, sami nie znajdując swojego szczęścia, a nawet sobie na nie nie pozwalając. To my powinniśmy pisać scenariusz, według którego chcemy żyć, nie rodzice, nie partner, nie znajomi.

Że ja też mogę być ważna dla kogoś

Kiedy ktoś pisze: „tęsknię” a ty wiesz, że tęskni naprawdę i czujesz to samo. Kiedy słyszysz w telefonie: „Musiałam cię usłyszeć” i wiesz, że twój głos i twoja obecność już komuś wystarczy. Bycie ważnym dla kogoś, to jedna z najważniejszych lekcji. Zbudować takie relacje, w których jesteś ważny i ta druga osoba jest ważna dla ciebie – bezcenne,  pozbawione żalów, pretensji i właśnie oczekiwań. To ten rodzaj bliskości, który sprawia, że jesteś szczęśliwa.

Że ludzie wracają

Tak, jak odchodzą, tak bywa, że wracają. Nie wszyscy i nie zawsze. Ale czasami puszczenie kogoś nie oznacza pożegnania na zawsze. To chyba najnowsza z lekcji, której się nauczyłam od ludzi. Że czasami trzeba się rozstać, by móc do siebie wrócić. To doświadczenie, które buduje w tobie pewność, że niektóre wybory i decyzje, choć tak bolesne, bywają podjęte słusznie.

Mam nadzieję, że ta lekcja nie była ostatnią i że wiele jeszcze nauczę się spotykając na swojej drodze kolejnych ludzi.

 


Marzysz o pracy w domu? Uważaj, niektóre marzenia się spełniają!

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
8 sierpnia 2016
Fot. iStock/Geber86
 

„Ty to masz super. Praca w domu – marzenie”. Tjaa myślę sobie… marzenie. Marzenie chyba ściętej głowy.

„Masz czas dla dzieci. Jesteś w domu. Nie musisz się martwić, co zjedzą, obiadu wieczorem przygotowywać”. Tjaa. No faktycznie – świetnie, nie ma co. Zwłaszcza, gdy od rana słyszysz kłótnię o parówkę – która jest czyja, kto zje szybciej i czy jeden keczupu sobie zbyt dużo nie nałożył.

„Moje pranie cały dzień w pralce a taka pogoda była, ty to chociaż sobie powiesisz. I przerwy śniadaniowej nie masz na czas”. Tja nie mam. Za to mam trzy przerwy dla każdego osobno, plus przerwę na wywieszenie prania, przerwę na danie żarcia kotom i sprawdzenie, czy pies ma wodę. Nic na czas. Absolutnie.

Naprawdę marzysz o pracy w domu? Uważaj, bo niektóre marzenia się spełniają…

„Masz tyyyle czasu”

Co ci się wydaje:

Wstajesz rano, przygotowujesz śniadanie dzieciom i mężowi. Siadacie razem, bez poganiania, bo przecież ty masz czas. Z uśmiechem zamkniesz drzwi i pomachasz im jeszcze przez okno, gdy rozchodzą się każde do swojej placówki. Twoja jest w domu. Tylko jeszcze umyjesz naczynia i już siadasz sobie spokojnie.

Jak jest naprawdę:

Wstajesz grubo przed domownikami. Najchętniej o 5:00 rano, ale budzik przestawiasz w tryb drzemki, żeby choć jeszcze chwilę. W efekcie wstajesz wściekła pół godziny później niż planowałaś. Szybko robisz kawę, nogi przykrywasz kocem i bierzesz się do pracy. To wyścig z czasem, nim któryś z domowników wstanie. To rano w tej ciszy najlepiej ci się skupić. Każde skrzypnięcie podłogi czy łóżka przyjmujesz z drżeniem serca. Zerkasz na zegarek – jeszcze 10 minut, osiem, trzy. Dzwoni budzik u dzieci. Znowu nie zdążyłaś… Dobra płatki na śniadanie, co by szybko. Kiedy w pośpiechu żegnasz wszystkich w drzwiach, patrzysz na stos naczyń na stole i myślisz: „pie*dole później”. I znowu siadasz do pracy.

„Nie musisz się stroić i malować”

Co ci się wydaje:

Możesz cały dzień przechodzić w dresach. Żadnych szpilek, wciskania się w spódnice czy sukienki. Nie tracisz czasu na robienie makijażu. Ubierasz się tak, żeby było ci wygodnie. Koszulka, luźne spodnie – luz blues. Ewentualnie na telekonferencję robisz szybki makijaż i zmieniasz koszulkę na bluzkę śmiejąc się w duchu, że jeszcze zębów nie zdążyłaś umyć.

Jak jest naprawdę:

Zapominasz co to sukienka, spódnica. Dresy to twoje drugie imię. Dresy noszone jeden, trzy, a może pięć dni. Właściwie jakie to ma znaczenie, ewentualnie po plamach na koszulce widzisz ile dni minęło, od ostatniego spaghetti na obiad. Kąpiesz się, jak popadnie. Czasami o 13-tej, co by mózg odmóżdżyć, a czasami o 17-tej, kiedy czujesz, że już śmierdzisz, bo zdążyłaś oblać się kawą, wysmarować karmą dla kota i pies jeszcze opluł ci pół nogawki. Wyjście z domu to święta, na które nie wiesz, co na siebie włożyć, bo już nie pamiętasz, co masz w szafie.

„Masz dom na bieżąco ogarnięty”

Co ci się wydaje:

Jesteś w domu, więc wspomniane pranie powieszone i poskładane na bieżąco. Lodówka pełna, obiad nie robiony na szybko, tylko przemyślany i w końcu zdrowy, a wasz domowy jadłospis urozmaicony. Kibel czysty, zmywarka pusta. Żyć nie umierać.

Jak jest naprawdę:

Twoje myśli nieustannie krążą wokół tego, co zrobić na obiad, żeby starczyło na dwa dni. I co zrobić w maksymalnie pół godziny. Jesteś mistrzynią szybkich dań – ryżu, kaszy na zmianę z warzywami mrożonymi i zawsze skitraną w lodówce piersią z kurczaka. Rosół to zawsze zapowiedź pomidorowej i nigdy w twojej lodówce nie brakuje białego sera, który nas bardzo szybko możesz przygotować z makaronem. Aaaa no i szpinak zamrożony. I fasolki po bretońsku robisz wielki gar, żeby móc pomrozić na czarną godzinę, która zdecydowanie wypada zbyt często. A porządek w domu… Może lepiej nie będziemy o tym mówić.

„Jesteś cały czas z dziećmi”

Co ci się wydaje:

Tak, w końcu masz dla nich czas, żeby porozmawiać, pograć w jakąś planszówkę, wyjść na spacer, zabrać na rower. Możesz spokojnie wytłumaczyć zadanie domowe, przepytać przed sprawdzianem, zawieźć na dodatkowe zajęcia i popatrzeć, jak sobie radzą. A wieczorem jeszcze posłuchasz jak czytają książkę, albo położysz się z nimi choćby na chwilę. No i wakacje, nie musisz kombinować, bo przecież jesteś w domu.

Jak jest naprawdę:

Dzieci = wyścig z czasem. Dzieci determinują twój czas pracy. Dopóki są w szkole, pól biedy, zawsze masz kilka godzin na skupienie się tylko i wyłącznie na pracy. Ale jak przychodzi czas wolny… Dla dzieci czas wolny, bo nie dla ciebie. Ty musisz pracować dalej. W dziesiątkach pytań: „Mamo, jest jeszcze mleko”, „Mamo, mogę sobie zrobić kakao”, „Mamo, kiedy skończysz rozmawiać przez telefon”, w setkach informacji: „Mamo, a wiesz, że wczoraj…”, „Mamo, a pamiętasz, jak rok temu…”, „Mamo, a co myślisz o…”, w tysiącu żali, złości, kłótni i awantur, bo im się nudzi, bo on go uderzy, a tamten zjadł ostatniego loda, a właściwie to oni nie chcą pomidorówki na obiad.

I tak, oczywiście, oni rozumieją, że ty pracujesz, że zakładasz słuchawki, żeby się skupić. Ale przecież zawsze mogą klepnąć cię w ramię pytając: „Mamo, a mogę zadzwonić do taty”. Wrrrr, czemu nie ma całodobowych domów opieki dla dzieci rodziców pracujących w domu? Żeby ich tak chociaż na 24 godziny w tygodniu, żeby zaległości nadrobić… Tymczasem to u was śpią wszyscy koledzy twoich dzieci, bo przecież inni rodzice idą do pracy, a ty jesteś w domu… Idealne rozwiązanie na wakacje…

I jeszcze przyjaciółka (ma wolne), która w samo południe pisze: „Idziemy na basen, idziesz?”, i inna, która ma urlop i przecież wpadnie rano na kawę. I matka, która przyjeżdża pomóc, a tymczasem słyszysz: „no wiesz, ty naprawdę  MUSISZ tyle pracować”. Tak ku*rwa. MUSZĘ. I czasami marzę zamknąć się na osiem godzin w jakimś biurze i po godzinie w ciszy dojeżdżać do pracy w jedną i drugą stronę. Czasami… Kiedy sama czekam na urlop. Ale jest jeszcze przyjaciółka, która dzwoni: „Daj mi chłopaków na dwie nocki, mój się nudzi, pobawią się”. Kochana, z nieba mi spadłaś.


Wszystkim ojcom dziś życzę, by byli dumni z tego, że ich synowie są do nich podobni!

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
23 czerwca 2016
Fot. iStock / ArtMarie

Patrzę dziś na moich synów i szukam podobieństwa do ciebie. Widzę jak starszy chodzi tak, jak ty, lubi dużo gadać i dyskutować, i do niego musi należeć ostatnie słowo – tak wiem, nie lubisz tego porównania, ale nie da się go uniknąć. Młodszy ze sportowym zacięciem, z ciekawością świata.

Patrzę na nich i myślę o ojcu, który w twoim życiu był nieobecny. Który jedyne, co mógł ci pokazać, to jakim ojcem nie być. Nie zdążyłam go poznać. Kiedy spytałam, czemu o nim nie mówisz, odpowiedziałeś, że nie ma o kim.

A przecież ojcowie w życiu swoich synów powinni być ważni. To oni są pierwszym męskim autorytetem. Dlatego dzisiaj, z okazji Dnia Ojca tacie moich synów i wszystkim innym ojcom życzę:

– żebyście pokazali swoim synom, czym jest męskość

że prawdziwy mężczyzna to nie twardziel przekonany o własnej nieomylności, stworzony do wyższych celów, to facet, który się wzrusza oglądając bajki, który ma serce czułe na czyjąś krzywdę, który dba o słabszych i się nimi opiekuje

– żebyście nauczyli swoich synów, że nie jest wstydem mówienie o swoich uczuciach

by naśladując ciebie widzieli, że emocje nie są obciachem, że mówienie o nich nie jest oznaką słabości, że okazywanie uczuć to jedna z najlepszych rzeczy, jaką można podarować drugiemu człowiekowi

– żebyście pokazali, jak ważny jest szacunek do drugiego człowieka

że siłą mężczyzny jest szanowanie innych, a nie nienawiść i nietolerancja i niechęć

– żebyście nauczyli, iż konfliktów nie rozwiązuje się siłą

że nie potrzeba pięści i obraźliwych słów, że nie ma racji ten, kto głośniej krzyczy, kto ma więcej do powiedzenia, że tylko rozmowa, wymiana argumentów doprowadzi do porozumienia bez krzywdy dla żadnej ze stron

– żebyście nie dzielili świata na męski i kobiecy

Byście pokazywali swoim synom, że nic nie jest tylko męskie i tylko kobiece, że odkurzanie to żaden obciach, a w prasowaniu i myciu okien, to wy możecie być domowymi mistrzami

– żebyście nie mówili „zostaw, ja to zrobię lepiej”

odbierając swoim synom pewność siebie

– żebyście nie rywalizowali ze swoimi synami

o to, kto jest lepszy, kto bardziej i szybciej. Tak wiem, rywalizację macie w genach, ale nie rywalizujcie ze swoimi synami chcąc potwierdzić swoją wyższość

– żebyście chwalili, a nie krytykowali

nie mówcie: mógłbyś się bardziej postarać, stać cię na więcej. Powtarzajcie swoimi synom: jestem z ciebie dumny, niech oni pamiętają, że ich ojciec doceniał to, co robili, że byli jego powodem do dumy

– żebyście byli obecni

nie uciekajcie, nie znikajcie, rozmawiajcie i pytajcie. Poznawajcie imiona przyjaciół waszych synów, rozmawiajcie o ich pierwszych miłościach, o dziewczynach, które im się podobają ucząc jednocześnie szacunku dla kobiet, a nie ich przedmiotowego traktowania

– żebyście z dumą mogli kiedyś powiedzieć: „to mój syn”

i żeby oni mogli z miłością mówić: „to mój tata” i cieszyć się, gdy ktoś ich do ojca porównuje, bo właśnie tacy jak on chcieliby być

– żebyście byli wsparciem

żebyście wspierali swoich synów w ich wyborach i decyzjach, byście nie zawodzili, żebyście byli, kiedy wasz syn potrzebuje pomocy i nigdy tej pomocy nie odmawiali.

Spójrzcie na waszych synów dzisiaj. Jesteście dumni? Bądźcie, bo oni na tę waszą z nich dumę czekają, czekają na uznanie w waszych oczach i na miłość, żeby jej nigdy nie zabrakło.

Życzę wam dzisiaj, byście byli dumni z tego, że wasi synowie są do was podobni!