50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób #9 – odpoczywaj

Aleksandra Gelo-Piesta
Aleksandra Gelo-Piesta
2 sierpnia 2017
Fot. iStock / pixdeluxe
Fot. iStock / pixdeluxe

Życie w mieście siłą rzeczy wymusza na nas życie w pędzie. Każdego dnia, już od bladego świtu zasuwamy niczym robociki.  Rozwozimy dzieci, załatwiamy multum spraw biznesowych i prywatnych. Biegamy, stoimy w korkach, w sklepowych kolejkach. Pracujemy, często znacznie dłużej niż powinniśmy. I w pewnym momencie opadamy z sił. Paliwo, które nas napędza zaczyna się kończyć. Spada nasza motywacja, koncentracja, nastrój, kreatywne myślenie. Zmęczony człowiek jest do niczego. Diametralnie spada jego efektywność. A co więcej, przez zmęczenie zaczyna robić się mało przyjemny dla otoczenia…

U mnie jest tak, że nic mi się nie chce. I nie chce mi się chcieć. Spada moja motywacja, znacznie częściej pojawiają się czarne myśli typu: nie dam rady, to bez sensu… zaczynam odczuwać smutek. Unikam ludzi i wycofuję się z życia towarzyskiego bo wszystko mnie drażni i nie chcę nikogo zranić przez swój gorszy stan ducha.

Ciało jest obolałe i nie pomaga mi żadna aktywność fizyczna. Często dochodzi jeszcze silny ból pleców – bo to właśnie tam kumuluje się cały stres.

Moje kreatywne myślenie jest całkowicie zablokowane. Zero nowych pomysłów, zero nowych rozwiązań.

Kiedy zaczynam zauważać takie symptomy u siebie, wiem że potrzebuję odpocząć. Moje ciało mówi: STOP! ZATRZYMAJ SIĘ I ODPOCZNIJ!

Ale w takim przypadku spokojny weekend już nie wystarczy. Bo przemęczyłam umysł i ciało. I bardzo nie lubię tego stanu…

Chociaż staram się żyć świadomie w stylu slow, czasami okoliczności zewnętrzne wymuszają na mnie przejście w tryb turbo fast mode. Milion spraw do ogarnięcia na wczoraj. Pewnie znasz to również. Po prostu zbyt łapczywie biorę na siebie zbyt wiele, żeby udowodnić sobie, że dam radę… i zawsze kończy się tak samo… zmęczeniem materiału.

URLOP NA ŻĄDANIE 

Co robić w takim przypadku?

Mówiąc (pisząc) kolokwialnie – weź się i wyjedź. Jak najdalej i jak najdłużej.

W miejsce, w którym zresetujesz zarówno ciało, jak i umysł. Naładujesz baterie i nabierzesz nowej energii oraz sił do codziennych działań.

Być może zmodyfikujesz nawet swój plan działania…

Ponoć człowiek wypoczywa najlepiej na trzy-tygodniowym urlopie. W pierwszym tygodniu adaptuje się do nowym warunków myśląc jeszcze czego nie zdążył zrobić przez wyjazdem, w drugim przestaje myśleć o pracy, w trzecim jest już na tyle zresetowany, że pod koniec już chce wrócić do domu i swoich codziennych obowiązków.

Wspaniała sprawa! Sprawdziłam dwukrotnie na własnej skórze i to naprawdę działa! Chociaż dla osób, które pracują w korpo może być to nieosiągalne, to dobre będę i dwa tygodnie lub nawet tydzień. Zawsze to już coś.

Dla mnie takim miejscem, w którym odpoczywam na całego są ciepłe kraje. Kocham słońce w połączeniu z plażą i morzem. Szum fal koi mój zmęczony umysł i uspokaja duszę. Słońce regeneruje ciało. Wytwarza się duża dawka witaminy D – odpowiedzialna między innymi za wytwarzanie się hormonów szczęścia.

Do tego solidna dawka ruchu: pływanie, bieganie, Aqua aerobik, siłownia, spacery oraz aktywności które są dostępne w zależności od miejsca, w którym mogę być.

Wygrzewanie się na słońcu w połączeniu z aktywnością fizyczną, odpowiednia dawna snu, zdrowe lekkie odżywianie, całkowite wrzucenie na luz, a do tego towarzystwo moich najbliższych to gwarancja porządnego resetu.

Polecam!

Nie możesz sobie pozwolić na dłuższe wakacje lub na daleki wyjazd?

Znajdź takie miejsce, które jest dostępne dla Ciebie, gdzie bez stresu, gonitwy będziesz mogła włączyć tryb slow i choć przez chwilę uporządkować swoje myśli, rozluźnić ciało i naładować baterie.

Bo każdy człowiek potrzebuje od czasu do czasu porządnie odpocząć.

Z miłością.

Poznaj holistyczny projekt dla kobiet www.crazywomengohealthy.pl i zadbaj o swoje ciało, umysł i ducha.


50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób #10 – odżywiaj się zdrowo!

Aleksandra Gelo-Piesta
Aleksandra Gelo-Piesta
25 sierpnia 2017
Fot. iStock/RossHelen
Fot. iStock/RossHelen

Zdrowe odżywianie staje się coraz popularniejsze. Wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że wręcz modne. Wszędzie diety i obiecanki, że schudniesz i osiągniesz wymarzoną sylwetkę. A Ty kolejny raz mówisz sobie: „zacznę się odchudzać od poniedziałku”… „od poniedziałku ostra dieta”… i co? Kończy się tak samo. Efekt jojo. Zrzucone kilogramy wracają szybciej niż się ich pozbyłaś. Zawód. Frustracja. Dół. Albo przerywasz swoją dietę już po kilku dniach, bo nie dajesz rady wytrwać w postanowieniu…

Brzmi znajomo?

Oczywiście, bo większość kobiet tak ma.

Też to przechodziłam… zaczynam od poniedziałku. Zaczynam od jutra… Przechodzę na dietę… Zawsze tak samo się kończyło. .

Zdrowo nie zawsze znaczy to samo

Kilka lat temu, kiedy byłam w pierwszej ciąży „przypadkiem” trafiłam do wspaniałej kobiety – specjalistki od Ajurwedy, która wywróciła moje „zdrowe odżywianie” do góry nogami.

Kiedy zapytała mnie, co jem, moja odpowiedź była krótka – „no jem same zdrowe produkty”. Następnie, poprosiła abym dokładnie wymieniła wszystko, co jem i okazało się, że moje posiłki pozostają dalekie od zdrowych. Sporo nabiału, pieczywo, owoce, płatki muesli i wiele wiele innych, które nie służyły mojemu organizmowi.

Spożywałam bardo dużo ukrytego cukru, jadłam nieregularnie i szybko. Nie dostarczałam tego, czego organizm potrzebował.

To był zalążek zmian. Od tamtej pory bardzo wiele zmieniło się w moim sposobie odżywiania…

Kolejnym bodźcem ku zmianie były konsultacje z moją znajomą diet coachem. Już wtedy zwracała mi uwagę, na zbyt duże ilości cukru, ukrytego w pożywieniu, sokach oraz moich ulubionych owocach. A ja codziennie przygotowywałam kolorowe shake’i wypełnione różnorodnymi owocami. I zastanawiałam się, dlaczego waga rośnie zamiast spadać…

Przecież ja wiem lepiej!

Na początku ciężko było mi zaakceptować fakt, że powinnam zredukować ilość spożywanych owoców w ciągu dnia… ukochane maliny, truskawki, arbuzy, nektarynki…. Przecież na to czeka się cały okrągły rok! I ja mam z nich rezygnować!!!! Czułam się oszukiwana, bo przecież od dzieciństwa słyszałam o zaletach owoców i soków owocowych…. O tym, że są zdrowe. Owszem, zdrowe są ale spożywane z umiarem, a ja tego umiaru nie znałam.

No i samo słowo dieta, które wszędzie słyszałam! Nie znosiłam go szczerze. Kojarzyło mi się z ogromnymi wyrzeczeniami, ciągłym odmawianiem sobie czegoś, frustracją i efektem jojo i ponowną frustracją. Z siedzeniem w restauracji i „delektowaniem się” liściem sałaty i szklanką wody…

Rewolucja w głowie i na talerzu

Kiedy minął bunt i opadły skrajne emocje, przyszła akceptacja. Ok robię to wyłącznie dla siebie. Naprawdę chcę coś zmienić w swoim sposobie odżywiania. Chcę być zdrowa, czuć się dobrze ze swoim ciałem. Chcę mieć więcej energii, bo jej najczęściej mi brakowało.

Krok 1 Zmiana myślenia

Przede wszystkich zmieniłam myślenie. Wyrzuciłam z głowy słowo „dieta”. Po pierwsze dlatego, że słowo „dieta” kłóciło się z moją kluczową wartością wolność/niezależność. W trakcie każdej diety czułam się uwiązana do posiłków, które mi nie smakowały. Jedzenie nie sprawiało mi przyjemności.

A przecież pożywienie jest pokarmem dla naszego ciała i duszy. Powinno również zadowalać nasze podniebienie. Chcąc nie chcąc jest dla nas przyjemnością.

Kiedy więc, wyrzuciłam już na dobre słowo dieta ze swojego słownika, musiałam je czymś zastąpić. Najlepiej przemawiało do mnie zdrowe odżywianie. No ale przecież odżywiałam się „zdrowo”.

Krok 2 – Gruntowny research

Zaczęłam szperać w internecie informacji na temat prawidłowego odżywiania, konsultowałam się również z moją znajomą dietetyczką. Zależało mi bardzo aby zmienić sposób odżywiania i wyeliminować złe nawyki. Dużo czytałam o glutenie, mięsie, słodyczach, owocach, sokach i alkoholu.

Krok 3 – Jestem królikiem doświadczalnym

Mam taką przypadłość, że zawsze muszę wypróbować coś na sobie, aby uwierzyć, że coś działa.

Tak więc, stałam się swoim własnym królikiem, na którym zaczęłam przeprowadzać eksperymenty metodą prób i błędów.

Na trzy miesiące odstawiłam zupełnie gluten i już po zaledwie kilku tygodniach okazało się, że rezultaty są widoczne gołym okiem. Więcej energii, płaski brzuch, brak problemów z wypróżnianiem, piękna cera i zdecydowanie mniejszy cellulit. Waga spadała jak głupia. Nie miałam łaknienia na słodycze i słone przekąski.

Po trzech miesiącach cieszenia się piękną sylwetką i namacalnym zdrowiem – pozwoliłam sobie na kanapkę z białej, mięciutkiej i cieplutkiej bułeczki. Jedna bułeczka mi nie zaszkodzi. Potem była druga, trzecia, czwarta…. różnego rodzaju makarony, których byłam fanką i nim się spostrzegłam jadłam już wszystko po staremu. Czułam się spuchnięta, wiecznie zmęczona, wkurzona i co chwila potrzebowałam czegoś słodkiego, aby szybko podnieść sobie poziom cukru we krwi. Im szybciej wzrastał, tym szybciej spadał , a ja ponownie czułam się senna i wk…..na! W dodatku wzdęty brzuch i zaniedbała cera, nie sprawiały, że czułam się lepiej.

Wniosek – nie mogę zupełnie odstawić pieczywa i makaronów, bo później rzucam się na nie jak głupia.

Tak samo było z mięsem. Przez ponad 3 miesiące nie jadłam również mięsa. Samopoczucie super, lekka, świetne trawienie. Po powrocie do mięsnych posiłków „żarłam” nawet parówki!

Wniosek – Mój organizm też potrzebuje mięsa.

Te doświadczenia, choć radykalne i drastyczne sprawiły, że bardzo poznałam swój organizm.

Nauczyłam się rozpoznawać jego potrzeby, a także dowiedziałam się, które pokarmy mi służą, a które nie. Od których łatwo się uzależniam, a które z powodzeniem mogę odstawić.

Właściwa droga

Moje zdrowe odżywianie polega dzisiaj na tym, że jem zbilansowane posiłki, w których królują warzywa, kasze, ryby, owoce morza, mięso (1-2 x w tygodniu), pieczywo własnej roboty z mąki bezglutenowej (bo ta ewidentnie mi nie służy), 2 porcje owoców do określonej godziny oraz soki w proporcji 3/1 (warzywa/owoce). Dużo kiszonek, naturalnych, nieprzetworzonych produktów, najlepiej z ogródka babci lub z dobrych bazarków.

Przestałam jeść gotowe muesli, nabiał, pić kawę z mlekiem krowim oraz kupne soki.

Zrozumiałam, że zdrowe odżywianie to spożywanie regularnych, niewielkich posiłków o możliwie stałej porze, nie jedzenie na noc oraz myślenie o tym, co wrzucam do swojego żołądka.

Zaczęłam częściej gotować sama, szukać inspiracji i wymyślać swoje przepisy.

Im lepiej się odżywiam, tym lepiej się czuję, tym więcej mam energii, ładniejszą cerę i piękniejsze ciało. Jedzenie jest dla mnie paliwem na cały dzień, odżywia wszystkie moje komórki i sprawia, że mam dobrą odporność.

A co najważniejsze – nie muszę się odchudzać od żadnego poniedziałku!

Moje nowe nawyki stały się także nawykami moich dzieci i męża. Wszyscy nauczyliśmy się nowych smaków i uczymy się ich cały. Co więcej, moja 7-letnia córka często pyta mnie – „mamo, a czy to jest zdrowe?” chcąc dowiedzieć, czy coś jest dla nas dobre, czy nie.

Drobne grzeszki

Jestem tylko człowiekiem i skłamałabym, że jem tylko super zdrowo i nie zdarza mi się popełnić żywieniowych grzeszków. Zdarza mi się, zboczyć z mojej drogi i zjeść coś słodkiego (zawsze miałam słabość do słodyczy), wypić alkohol i zjeść pizzę czy zapiekankę.

Nie biczuję się za to i też nie zakazuję moim dzieciom próbowania różnych smaków. Nawet tych, których normalnie na co dzień nie spożywamy. Znam granicę i wiem, kiedy nadmiar czegoś może sprawić, że stare nawyki żywieniowe powrócą i jak trudno jest znowu wrócić na właściwą ścieżkę. Tego też uczę swoje dzieci. Konsekwencji z naszych wyborów. Także żywieniowych.

Po takim małym odstępstwie, szybko wracam na właściwe tory.

Bo wiem doskonale, jaką ważną wartość dla siebie realizuję poprzez właściwe odżywianie – ZDROWIE, które mamy tylko jedno.

Dziś zdrowe odżywianie to mój styl życia, które przekłada się na moje poczucie szczęścia.

Zachęcam więc Ciebie abyś przyjrzała się temu, co i jak spożywasz i czy aby na pewno, jesz zdrowo.

Z miłością!

P.S. A jeśli chcesz dokładnie poznać moją historię rewolucji na talerzu oraz dowiedzieć się, jak jeść zdrowo i smacznie, a przy tym przekonać swoją rodzinę do zmiany sposobu odżywiania, to bądź z nami na wyjeździe dla kobiet CRAZY WOMEN GO HEALTHY 29.09 – 1.10. W holistyczny sposób zadbamy o CIAŁO, UMYSŁ I DUSZĘ.

Poznaj szczegóły i zapisz się już dziś! Do 4 września niższe ceny!

https://www.crazywomengohealthy.pl/wydarzenia

 


50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób #8 – Bądź wdzięczna!

Aleksandra Gelo-Piesta
Aleksandra Gelo-Piesta
25 lipca 2017
Fot. iStock / fcscafeine
Fot. iStock / fcscafeine

W poprzednim poście pisałam o narzekaniu i o tym, jak często zapominamy cieszyć się z tego, co mamy. Bo na prawdę mamy z czego się cieszyć! 

Wiem, wiem, zaraz pomyślisz sobie, że być może moje życie jest usłane różami, bo Ty właśnie siedzisz w gównie po uszy i nie masz najmniejszych powodów do radości.

Może oryginalna nie będę ale ja w tym gównie też bywam.

Różnica jednak jest taka, że bywam, z naciskiem właśnie na to słowo, a nie siedzę, ani nie tkwię w nim.

Bywam, bo takie jest życie i każdy z nas, raz na jakiś czas musi doświadczyć przykrych, trudnych i niewygodnych momentów. Momentów, których wolelibyśmy nie mieć i nie przeżywać.

Ponownie odwołam się do mojej przeszłości. Lubię się do niej odwoływać, bo wiele jej zawdzięczam. A skoro mowa o wdzięczności to właśnie chcę Ci pokazać co i jak zmieniło się w moim życiu. Prawie z dnia na dzień.

A nuż, zainspirujesz się odrobinę :-)

To, że byłam mistrzynią narzekania – to już wiesz, jeśli czytałaś mój poprzedni wpis.

W tamtym czasie siedziałam w tym przysłowiowym gównie po uszy i nacierałam się nim z największym namaszczeniem. (Wybacz mi tak obrazową metaforę ale nie potrafię inaczej określić tego, co w tamtym czasie robiłam ze swoim życiem).

Na szczęście któregoś dnia tupnęłam nogą, ogarnął mnie ogromny wk*rw i powiedziałam „dość”. Miałam dość smęcenia, narzekania i użalania się nad sobą. Ciągłego patrzenia na wszystko przez pryzmat czarnych barw. No bo ileż można do cholery?????

CO ZROBIŁAM? 

Zaczęłam zmuszać, dosłownie zmuszać mój smutny umysł do ogromnego wysiłku jakim miało być pozytywne myślenie. Jakkolwiek to brzmi…bo pozytywne myślenie dzisiaj różnie się kojarzy…

Zależało mi jednak aby zacząć dostrzegać drobiazgi, z których mogłabym się szczerze cieszyć.

TRENING WDZIĘCZNOŚCI

Na początku nie było to łatwe. Umysł domagał się smutku i narzekania niczym narkotyku… nie dawałam jednak za wygraną. Stosowałam afirmacje, zmianę przekonań i maleńkimi kroczkami zaczynałam wychodzić z tego całego bagienka.

Największa jednak zmiana przyszła kiedy usłyszałam o treningu wdzięczności.

A cóż to takiego??

Trening miał polegać na tym, aby każdego dnia sporządzić listę rzeczy, za które mogłam być wdzięczna. Od najbardziej błahych po te mniej oczywiste.

Postanowiłam podjąć wyzwanie, jako że nie miałam niczego do stracenia.

Każdego dnia, a właściwie wieczora brałam swój specjalny zeszyt WDZIĘCZNOŚCI i zapisywałam wszystko, co przyszło mi na myśl.

Ćwiczenie miałam robić przez 30 dni, a nawet nie zauważyłam kiedy minęły 2 miesiące. A ja nadal pisałam.

CO SIĘ ZMIENIŁO? 

Otworzyło się moje serce, umysł wszedł na inne tory, zaczął doceniać najdrobniejsze rzeczy, sytuacje, ludzi. Zaczął się cieszyć, tym co mam, a nie skupiać na tym, czego mieć nie mogę lub nie mam.

Okazało się, że mam wiele powodów do  bycia wdzięczną. Począwszy od wszystkich najbliższych – męża, dzieci, rodziców, teściów, siostry, szwagierki i całej reszty rodziny. Przyjaciół, na których mogę zawsze liczyć. Zdrowia, które mają moi bliscy i mam ja, a o które zaczęłam dbać jeszcze bardziej, kiedy zdałam sobie z tego sprawę. Domu, w którym dorastają moje dzieci i jest zawsze otwarty dla innych ludzi. Za mądrość i nieustanną chęć rozwoju. Za możliwość wnoszenia wartości do życia wielu osób.

Tych powodów było coraz więcej a każdy dzień przynosił coś nowego. Lista końca nie miała… i co najważniejsze, zrozumiałam, że nie potrzebuję uczestniczyć w tej wściekłej gonitwie donikąd. Bo mam wszystko, czego potrzebuję. Mam miłość, zdrowie, przyjaźń, pasję i zdrowie. I cudownych ludzi wokół siebie. Czego więc chcieć więcej???

WIELKIE ODKRYCIE

Najbardziej odkrywcze okazało się, że można być wdzięczną nie tylko za piękne rzeczy ale także za trudne chwile, gówniane sytuacje i beznadziejne momenty. A takich przecież nie brak w naszym życiu. Dziś jednak wiem, że każda taka chwila jest po coś i umiem również za nią dziękować, choć nie zawsze przychodzi mi to łatwo.

Trening wdzięczności był dla mnie ogromnym wyzwaniem, z czasem zaś stał się przepięknym nawykiem, rytuałem którym rozpoczynam i kończę każdy dzień. Niekoniecznie w zeszycie, choć po ten sięgam właśnie w tych najtrudniejszych momentach. Najczęściej robię to w myślach.

Tuż po przebudzeniu dziękuję za nowy dzień i za rzeczy, które się wydarzą.

Tuż przed zaśnięciem – za rzeczy które się wydarzyły, za ludzi, których spotkałam.

Trening wdzięczności ma ogromną MOC, która uzdrawia naszą duszę i sprawia, że zaczynamy być szczęśliwi.

Dzisiaj zachęcam Cię abyś podjęła wyzwanie i przez minimum 30 dni zapisywała w zeszycie wszystko, za co możesz być wdzięczna. Za wszystkie piękne i trudne chwile. Za wszystkich ludzi, których spotykasz na swojej drodze i którzy z jakiś powodów odchodzą, za rzeczy materialne, które już masz.

Proszę, uwierz mi na słowo – to działa cuda! Za kilka dni dostrzeżesz pierwsze rezultaty!

Z miłością.

Poznaj holistyczny projekt dla kobiet WWW.CRAZYWOMENGOHEALTHY.PL zadbaj o swoje ciało, umysł i duszę.